poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Na zapleczu
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)

Zaczął się sezon wręczania nagród literackich, Dorota Masłowska dostała NIKE, Jolanta Stefko – Kościelskich, a przed nami jeszcze rozstrzygnięcia w dwóch nowych, a przy tym lukratywnych konkursach, które zafundowały sobie Wrocław i Gdańsk. Nic więc dziwnego, że uwaga wszystkich – no, może prawie wszystkich – skupia się na pisarzach, którzy odbierają czeki i ściskają prawice różnych zacnych, wpływowych person. A i ci, którzy uzyskali jedynie status nominowanych, mogą przy okazji liczyć na nieco większe niż zwykle zainteresowanie czytającej, czy choćby snobującej się na czytanie, publiczności. Nieco przekornie postanowiliśmy zająć się w „Dekadzie Literackiej” prozaikami, którzy na razie na takie zainteresowanie liczyć nie mogą, a nawet, kto wie, prawdopodobnie skazani są na pisanie dla kilkudziesięciu czy kilkuset wiernych czytelników, o ile w ich pisarskich karierach nie nastąpi jakiś spektakularny zwrot akcji. Są to pisarze… Właśnie – problem pojawia się już przy próbie nazwania ich, dookreślenia. Pisarze drugiej ligi? To brzmi nazbyt pejoratywnie, sugeruje drugorzędność, literacką ułomność, a przecież wielu z nich tworzy prozę wartościową, inspirującą i intrygującą. Pisarze niemedialni? Zgoda na taką nazwę sugerowałaby, że akceptuję tezę, iż ranking pisarzy tworzą jedynie mass media, a tego nie chcę, bo to mocno uproszczona wizja tego, co dzieje się w literackim świecie. Pisarze niszowi? Też nie do końca, ponieważ spora część interesujących mnie autorów nie jest związana z żadnym niszowym środowiskiem, poza tym samo pojęcie niszy rozmywa się, staje się nieoczywiste, co jest wynikiem coraz częstszego – by tak rzec – przenikania się dyskursu głównonurtowego i niszowego. Może więc pisarze drugiego planu? Albo pisarze zaplecza? Przyznam, że żadna z tych propozycji nie wydaje mi się satysfakcjonująca, nie pozostaje mi więc nic innego, jak posłużyć się formułą opisową: są to prozaicy, którzy tworzą prozę wartościową, mają już na koncie kilka wydanych książek, ale z różnych powodów nie zyskali szerszego uznania i są rozpoznawalni najczęściej jedynie w niewielkim, specjalistycznym bądź środowiskowym, kręgu odbiorców.

Problem z nazwą nie jest w tym przypadku jedyny, trudno też o jasne, wyraziste kryteria odróżniania pisarzy pierwszo- i drugoplanowych. Na pozór nie ma z tym kłopotu, skoro wiadomo, że do pierwszej grupy zalicza się pisarzy, którzy często pojawiają się w mediach, publikują w dużych, renomowanych wydawnictwach, których książki prezentowane są w wysokonakładowej prasie, analizowane skrupulatnie przez krytyków literackich i mogą liczyć na zainteresowanie członków jury rozmaitych nagród. Pisarzami drugoplanowymi byliby więc ci, których nazwiska incydentalnie pojawiają się w mediach, którzy wydają w małych oficynach, i których teksty są słabo zauważalne i rozpoznawalne, a ich recepcja – znikoma. (Przypomnę, że zajmują mnie wyłącznie tacy twórcy, którzy – niezależnie od tego czy uznaje się ich za pierwszo- czy drugoplanowych – tworzą prozę wartościową literacko; pomijam więc kwestię autorów literatury popularnej, którzy funkcjonują w świecie medialno-wydawniczym na jeszcze innych zasadach.) Tyle tylko że przy tego rodzaju kryteriach pomiędzy sferą pisarzy bezdyskusyjnie pierwszoplanowych, takich jak choćby Jerzy Pilch, a sferą pisarzy zdecydowanie drugoplanowych, takich jak choćby Piotr Kofta, rozpościera się bardzo szeroka strefa przypadków nieoczywistych i niedookreślonych, strefa szarości. Podam dwa „gorące” przykłady. Do której kategorii zaliczyć wspomnianą na samym początku Stefko? Zdobycie prestiżowej w świecie literackim nagrody spowodowało, że autorka „Diablaka” na moment wyłowiona została przez medialne reflektory z mniej lub bardziej anonimowego tłumu autorów. Jej książki były wydawane w dużych, szanowanych wydawnictwach, czyli w Wydawnictwie Literackim i Prószyński i S-ka. Mimo tak mocnego wzmocnienia wydawniczo-medialnego recepcja tekstów Stefko – szczególnie prozatorskich, z poezją jest nieco lepiej – jest bardzo nikła, a ilość czytelników, którzy sięgnęli po jej książki, z tego co wiem, znikoma (i to mimo tego, iż wydawca próbował „sprzedać” pierwszą powieść autorki, „Możliwe sny”, jako „odpowiedź na Masłowską”, co okazało się strategią mocno chybioną). Wydaje mi się, że Stefko tylko na moment przepchnęła się do pierwszego szeregu pisarzy i za chwilę zrobi znowu krok w tył; a może zawsze już funkcjonować będzie w przestrzeni „pomiędzy”. Inny jest przypadek Ingi Iwasiów, znanej feministki, literaturoznawczyni, która jest także całkiem ciekawą poetką i prozaiczką. Przez długi czas artystyczna aktywność autorki „Miasto-ja-miasto” zauważana i ceniona była w środowisku niszowym, a właściwie w dwóch środowiskach: feministycznym i lokalnym, związanym ze szczecińskim dwumiesięcznikiem „Pogranicza”. W tym roku Iwasiów zyskała wsparcie mocnego na naszym rynku wydawcy, jej nowy tom opowiadań, „Smaki i dotyki”, opublikował Świat Książki. Czy sprawi to, że pisarka wyjdzie wreszcie z obiegu niszowego? Pierwsze reakcje na książkę – choć, zastrzegę, w tym przypadku być może jest jeszcze za wcześnie na formułowanie mocnych tez – sugerować mogą, że pisarce mimo wszystko trudno będzie wyjść poza niszową popularność. Dlaczego? Konsekwentnie realizowany przez Iwasiów w poezji i prozie ambitny projekt bezkompromisowego, transgresyjnego „pisania kobiecego” jest chyba wciąż jeszcze zbyt trudny, ambitny dla czytelników/czytelniczek, którym pisarstwo kobiet kojarzy się głównie z Katarzyną Grocholą i licznymi polskimi naśladowniczkami Helen Fielding.

Nie miejsce tu jednak, aby mnożyć problemy i zastrzeżenia – w końcu mój tekst jest tylko nieco rozbudowanym wstępniakiem. Część prozaików ma u nas wciąż pod górkę – choć na pewno sytuacja na rynku wydawniczym zmieniła się na lepsze w ciągu ostatnich kilku lat, bo pojawiło się większe zapotrzebowanie na polską prozę współczesną i nowe w niej nazwiska – trzeba więc zapytać, dlaczego tak się dzieje? Decydują o tym zarówno czynniki zewnętrze, jak i wewnętrzne, pozaliterackie i literackie.

Kluczową rolę zdaje się odgrywać wydawca. Mali wydawcy, którzy nie posiadają odpowiedniego zaplecza finansowo-organizacyjnego, mogą zaoferować autorowi jedynie druk książki, i niewiele poza tym. Największym problemem małych wydawców jest dystrybucja książek – a prawdę powiedziawszy, jej brak – ponieważ dla wielkich sieci hurtowniczych czy księgarskich oficyna, która wydaje kilka tytułów w roku, nie jest poważnym partnerem. Często już samo umieszczenie własnych książek na półkach księgarni stanowi dla tych wydawców nie lada kłopot. Wydawcy ci nie dysponują też środkami na promocję książek, ani nie mogą liczyć na znaczące wsparcie medialne. Nic więc dziwnego, że książki prozaików, którzy publikują w tych oficynach, zazwyczaj nie mają szans na dotarcie do szerszej publiczności i niejako skazane są na funkcjonowanie jedynie w obiegu specjalistycznym czy środowiskowym. Tak dzieje się z książkami, które wyszły w seriach wydawniczych uruchamianych przez czasopisma, na przykład olsztyński „Portret” (wydawcę prozy Mariusza Sieniewicza, Joanny Wilengowskiej, Tamary Bołdak-Janowskiej czy Tomasza Białkowskiego), krakowskie „Studium” (wydawcę Wojciech Kuczoka, Adama Wiedemanna, Grzegorza Strumyka, Błażeja Dzikowskiego, Jakuba Winiarskiego) czy śląski „FA-art” (wydawcę Andrzeja Tuziaka, Cezarego K. Kędera, Adama Ubertowskiego, Miłki Malzahn), ale też opublikowane zostały przez różnego rodzaju, mniej lub bardziej efemeryczne, wydawnictwa niszowe, takie jak chociażby szczeciński BASIL (autorskie wydawnictwo Dariusza Bitnera) czy warszawska oficyna BONOBO (wydawca opowiadań Kofty). Znamienne jest, że z przywołanych przeze mnie pisarzy, mających na koncie publikacje w małych oficynach, status pisarzy znanych i uznanych uzyskali jedynie Sieniewicz, Kuczok i Wiedemann, a więc ci, którzy w pewnym momencie „przejęci” zostali przez najważniejszych graczy na rynku wydawniczym.

Trudności z zaistnieniem mają pisarze, którzy wchodzą do literatury w niewłaściwym momencie, kiedy na nich samych, albo ich pisarstwo nie ma w danej chwili zapotrzebowania. Sytuacja na rynku wydawniczym zmienia się bardzo szybko, mody i tendencje pojawiają się i odchodzą, raz po raz pisarze premiowani są za coś innego. Dla przykładu: na początku lat 90., zeszłego wieku, gdy szukano „nowej literatury dla nowej Polski”, prozę zdominowali debiutanci z tzw. roczników 60., a starsi pisarze mieli kłopoty z przebiciem się z własnymi propozycjami. Już na przełomie lat 90. i pierwszych nastąpił zwrot o 180° – skończyło się „polowanie” na debiutantów, którzy skazani zostali na publikowanie u wydawców niszowych. Po sukcesie pierwszej książki Masłowskiej znowu pojawiła się koniunktura dla młodej polskiej prozy – najlepiej jak najmłodszej. Obecnie w najtrudniejszej sytuacji są chyba pisarze w wieku średnim, którzy nie mają na starcie premii za młodość. Zmieniają się też tendencje w samej prozie. W ubiegłym dziesięcioleciu mogli liczyć na zainteresowanie ci, którzy budowali swoimi tekstami kapliczki rozmaitym „małym ojczyznom”, na początku tego dziesięciolecia natomiast premiowani byli twórcy tzw. prozy zaangażowanej.

Kulą u nogi może stać się dla autora coś, co nazwałbym złym patronatem. To przypadek choćby całej grupy pisarzy ze szkoły Berezy, kojarzonych z prozą „rewolucji artystycznej” czy wydających w latach 90. książki w tzw. zielonej serii. Właściwie żaden z nich – może poza Januszem Rudnickim – nie przebił się na dłużej do pierwszego szeregu. W potocznej opinii, ale także, niestety, w obiegu krytycznoliterackim, utrwaliło się przekonanie, że pisarze mający jakikolwiek związek z prozą „rewolucji artystycznej” tworzą książki kiepskie, niewarte uwagi; przekonanie często powtarzane bezkrytycznie przez tych, którzy na temat tego rodzaju pisarstwa mają blade pojęcie.

Niewielką szansę na skupienie uwagi większej rzeszy czytelników mają prozaicy, którzy tworzą prozę bardziej skomplikowaną formalnie, by tak rzec, „awangardową”. W ostatnich latach praktycznie żaden z takich projektów nie powiódł się, znamienna jest porażka „postmodernizmu po polsku” w prozie; wszystkie lądowały prędzej czy później – najczęściej: prędzej – już nawet nie w niszy, ale na odległych marginesach marginesów.

Istnieją również całe środowiska pisarskie konsekwentnie odsuwane poza obręb głównego nurtu i zamykające się w niszowym getcie – jak fantastyka. Tego rodzaju proza, która, przypomnę, ma jednak sporą grupę oddanych i dobrze zorganizowanych fanów, wciąż jeszcze powszechnie kojarzona jest z twórczością podrzędną, popularną, „gorszą”, niezależnie od rzeczywistej rangi artystycznej konkretnych książek. Ten stan rzeczy być może już niedługo ulegnie zmianie, bo niektórzy fantaści, na przykład Jacek Dukaj czy Marek S. Huberath, coraz wyraźniej zgłaszają akces do głównego nurtu i traktowani są coraz poważniej. Ale pewnie jeszcze wiele lat poczekamy na to, żeby jurorzy nagród literackich zaczęli dostrzegać prozę z nurtu fantastyki.

Można by jeszcze wskazać inne czynniki wykluczające – mówią o nich Dariusz Nowacki i Krzysztof Uniłowski w wywiadach pomieszczonych w dalszej części numeru „Dekady Literackiej – spychające prozaików w cień. Na koniec warto może zadać pytanie: czy upominanie się o pisarzy drugiego planu ma sens? Nowacki i Uniłowski są zdania, że raczej nie, bo sytuacja w państwie literatury nie jest zła, mamy nawet nadprodukcję tekstów, więc od szukania nowych nazwisk ważniejsze jest wypracowywanie nowych strategii lekturowych, aby właściwie zagospodarować to, co już mamy. Można się z tym zgodzić. Przygotowując ten numer pisma, nie zamierzałem dokonywać żadnej rewindykacji, tym bardziej że uważam, iż trudno by było obecnie taką akcję rewindykacyjną przeprowadzić. Chciałem jedynie zachęcić czytelników do tego, żeby penetrując półki w księgarni, od czasu do czasu sięgali także po książki pisarzy o mniej głośnych nazwiskach – czasami naprawdę warto.

Robert Ostaszewski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas