poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)]

■ Wrześniowa „Twórczość” (2002 nr 9) przynosi ciekawą prozę Waldemara Bawołka. „Xero” to intertekstualny kolaż, mieszający różne typy tekstów od biblijnego po Joyce'a. Starotestamentowa enumeracja pogańskich imion, będąca wywodem genealogicznym, rozpoczyna tekst, wprowadzając główną postać - Światka: „Waldeus był ojcem Waldjana, Waldjan był ojcem Waldmara, (...) Waldemo był ojcem Wal-mora, ten zaś mężem Ludmiły. Ludmiła natomiast stała się matką Światosława, zwanego Światkiem.” Zdrobnienie Światek przywołuje nie tylko Światosława, ale i świat (Światek żyje w odrębnym świecie - kilkudziesięciu stronom prozy, na których możemy śledzić jego konstrukcję należałoby poświęcić odrębny artykuł) oraz świątka (to uporczywe skojarzenie, światek - świątek, nie ma uzasadnienia zapisanego w tekście wprost, ale buduje kolejny kontekst interpretacyjny dla działań postaci). Od rana do wieczora będziemy obserwować zmagania Światka, młodego magistra socjologii, z oczekiwaniem na telefon z hipermarketu (ma podjąć tam pracę trenera), z erotyką, rodziną, erudycją, onirycznymi wizjami. Światek jest osadzony w domu i rodzinie, chociaż związek ten ulega przewartościowaniu i definiowaniu na nowo. Pewien stopień alienacji podkreślają dialogi, budowane jak w dramatach, w których ŚWIATEK rozmawia z RODZINĄ. W partiach prozatorskich pojawiają się Ojciec, Matka, Babcia, Siostra, jednak w wyróżnionych graficznie dialogach występują jako Rodzina. Siostra czy Babcia z dużej litery, bez imienia to też elementy potęgujące dystans, wskazujący jednak ambiwalentnie na zakorzenienie w Rodzinie. (Dowiadujemy się np., że Światek jest oczkiem w głowie Babci). W toku opowiadania zmieniają się światy, rzeczywistości. Od mycia patelni przeskakujemy do sceny, w której Światek goniony jest przez tygrysa, a potem z koleżanką Wandą kradną pieniądze ze składki w kościele. Opowieść Światka jest zarazem mocno osadzona i nieosadzona we współczesnych polskich realiach. Mówi się o różnych produktach spożywczych, nazwach sklepów, danych technicznych telewizorów dostępnych na rynku. Natomiast pieniądze to miedziaki, a nie złote. Jest to zabieg mający zarówno zaprzeczyć realizmowi, jak i przekazać roniony sygnał lingwistyczny (złoty to zbyt wartościowa nazwa na określenie jednostki monetarnej; garnitur z dodatkami może kosztować około siedmiuset miedziaków). Realizm w opisach rzeczywistości drga niespokojnie, na chwilę wpada w oniryzm, to znowu w grę intertekstualną z opisami schulzowskimi czy miastem Kafki, żeby zaraz epatować sztucznym nieco wulgaryzmem. Czasami tekst sprawia wrażenie, jakby naśladował zapping - przeskakiwanie po kanałach telewizyjnych. Co pewien czas zresztą pojawiają się opisy takiej czynności, zdania zatrzymujące na kilka sekund zmieniające się szybko obrazy: „Wsiadają do samochodu. Kiedy chłopak wysiada, kobieta decyduje się go śledzić. Chce wymóc na nim obietnicę, że nie będzie już interesował się jej mężem. Mężczyzna wraca z Nowego Jorku i przywozi dzieciom prezenty. A świstak siedzi i zawija w te sreberka.” (Nawiasem mówiąc, tekst o świstaku z reklamy telewizyjnej zrobił swoistą karierę jako tekst pop kultury, chętnie cytowany, przedrzeźniany, parafrazowany przez młodych ludzi z różnych środowisk. Ba-wołek przywołuje go tutaj chyba ze świadomością tak nieoczekiwanej „kariery” słabej w gruncie rzeczy reklamy). Telefon pojawia się co pewien czas jak zwiastun nadziei, nitka łącząca z lepszym światem, która urywa się z nastaniem wieczoru, gdy wyczerpuje się bateria, a z hipermarketu nie dzwonią. W opisie tego jednego dnia z życia Światka można się rozsmakować, znajdując coraz to nowe cytaty, które nie nużą. Życzę wiec dobrej zabawy.
W „Twórczości” koniecznie trzeba przeczytać jeszcze wiersz Jarosława Mikołajewskiego „Niedziela palmowa”. Dawno nie spotkałem już tak ciekawego obrazowania - próbka: „Przed pomarańczarnią siedzą ludzkie okazy / przywiązane do kruchych tyczek kręgosłupów.”

W jesiennej scenerii pustkę po stracie kogoś najbliższego czuć najbardziej, trudno ją zapełnić, zorganizować tak, żeby mniej bolało, żeby noc nie powtarzała w koszmarach bólu dnia. Wiersz - list „Eden Ann Whitelaw do siostry, Kay Boyd, w Londynie” datowany jest na 5 listopada 1968 r. Jest to wiersz Annę Stevenson z bestsellerowego tomu „Correspondences: A Family History in Letters” (1974) - poetyckiego, epistolarnego zapisu dziejów amerykańskiej rodziny na przestrzeni stu pięćdziesięciu lat. Utwór w przekładzie Andrzeja Szuby opublikował „Przegląd Artystyczno-Literacki” (2002 nr 5/6). 5 listopada - jesień nie jest dobrym czasem na zapomnienie o matce, która odeszła w lecie. Ojciec „próbuje żyć normalnie”, praca, posiłki, długie spacery - nie umie jednak walczyć z poczuciem bezsensu. Eden Ann porządkuje rzeczy po matce, sprząta, odczuwając przez to mocniej duchową obecność zmarłej. „Już codziennie czuję się jak swój własny duch / krzątający się w jej duchu.” Ze śmiercią matki odchodzą w przeszłość czasy słonecznego dzieciństwa, „fioletowouste bankiety po jagodobraniu.” Jesień niby jest piękna, ale poczucie beznadziejności mijania podkreśla ten sam koszmar co noc, sen o odejściu dzieci. I to wezwanie na końcu wiersza, jakby wszystkie gesty i rozmyślania o matce mogły coś odwrócić, opóźnić: „Kay, proszę, wracaj. / No czemu nie wracasz? / Pomóż mi utrzymać ją przy życiu trochę dłużej.”
Zupełna zmiana nastroju - dawno nie ubawiłem się tak, jak przy lekturze wierszy Krzysztofa Ćwiklińskiego: „Na tapczanie (wiersze dla mocno starszych dzieci)”, opublikowanych przez „Pal”. Utwory te, opatrzone mottem ze Słonimskiego: „Dzieci są zakałą ludzkości”, zestawiać można z mniej lub bardziej dydaktyczną literaturą dla młodego czytelnika (np. Jachowicz, Brzechwa) i z przyjemnością rozpoznawać sprawnie robioną parodię. „Na tapczanie leży wieprz /i turecki gryzie pieprz”. Tak zaczyna się wiersz „Wieprz”, w którym tytułowy bohater po kłótni z żoną wynosi się tam, gdzie pieprz rośnie i sadzi pieprz. A świnia rozpacza i czeka na jego powrót. Każdy wiersz ma morał, wzięty ze świata dorosłych, znacznie różniącego się od prostej czarno-białej dydaktyki, tworzonej przez dorosłych dla dzieci. „Tak to, drogie dzieci, bywa, / Kiedy żona uciążliwa / Reszty nas pozbawi marzeń, / No i świnią się okaże.” Nawiązania intertekstualne, gra związkami frazeologicznymi, piosenkowe rymowanie, dosadna czasami dosłowność dodają smaku tym bajeczkom. „Koń - „Na tapczanie leży koń /i wydziela przykrą woń.” Wszystkie początki tych wierszy tworzą łatwo rozpoznawalną formułę metatekstową, nawiązującą również do znanego lenia na tapczanie. Krótka narracja zaznajamia nas z próbami kobyły, która chce, żeby koń się umył, a ten nie dość, ze śmierdzi, to jeszcze beka i pierdzi. Morał dla dzieci: można się nie myć i wydzielać brzydkie wonie, gdy wygrało się wybory (październikowe wybory samorządowe to dobry czas, by przywołać tę wierszowaną dydaktykę). Jednak „mówiąc szczerze, między nami, / Dobrze jest się myć czasami. / Nie zaszkodzi, a mieć może / Też znaczenie przy wyborze, / A tam każdy głos zaważy. / Tak się przecież może zdarzyć. / Że zaważą na wyniku / Producenci kosmetyków.” Łoś artysta cierpi ból świata i niezrozumienie zimnego tłumu. Poszedł skończyć z sobą i dał się wypchać, ale nawet po śmierci nikt go nie docenia, dzieci nie oglądają go w muzeum, bo w Kampinosie żyją żywe łosie. Artysta nie powinien więc przejmować się krytyką i ględzeniami żony. „Taka płynie stąd nauka: / Dać się wypchać? Żadna sztuka. / Sztuką jest największą w świecie / Zbić majątek na tandecie” („Łoś”). W „Jeżu” „na tapczanie leży jeż, / Strasznie mu dokucza wesz.” Żona jeża to jeżyca. Ten zabieg lingwistyczny przypomina urocze zestawienie z Biblii Wujka: mąż - mężyna, znacznie lepiej podkreślające jedność rodowodu obu płci niż współczesne kobieta i mężczyzna. Jeż tępił wesz za pomocą takiej ilości środków chemicznych, że w końcu zdechł. Wesz się zasmuciła, że jeż ją tak traktuje i zamieszkała u wdowy. Niewdzięcznicy kończą marnie, konstatuje autor bajeczki i poucza: „Drogie dzieci, rzecz jest krótka. / Opłakane bywa w skutkach / Niewłaściwe zachowanie, / Bowiem wierne przywiązanie / Trzeba cenić i szanować.” „Foka” to już ostatni wiersz z tego cyklu („Na tapczanie leży foka, / Utrefiona, cała w lokach,”). Wiersz zostaje przerwany po sześciu wersach. Dalej niech sobie dzieci piszą same, autor dość już ma przeklętego rymowania a do zwierząt czuje wstręt. „Żegnam pięknie! Życzę wam, / Od tatusiów i od mam, / Kar cielesnych oraz bur / Za czytanie takich bzdur!”
Z tego numeru polecam jeszcze dwa wiersze Dariusza Tomasza Lebiody: „stary żyd patrzy na nowy Jork” i „grób żołnierzy niemieckich odkryty w mieście bromberg”. Warto również przeczytać tekst omawiający krótko neoawangardę teatralną lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych - Marek Jeziński w artykule „Rewolucja i wspólnota” postrzega ją jako ruch społeczny i tak konsekwentnie prowadzi analizę.

Numer 16/17 (rok 2002) pisma „Pro Arte” przynosi cały blok tekstów pod wspólnym hasłem „Potrzebna nam awangarda?” Warto przede wszystkim przeczytać tekst „Dwa warianty...” Cezarego Domarusa, który krótko charakteryzuje niechęć współczesnych pisarzy do awangardy. „Być może twórcy młodej liryki stawiają jednak jakieś znaki równości lub przybliżenia między 'czytelnością' (...) a możliwością zaistnienia na 'rynku słowa'. (...) Z tej perspektywy projekt awangardowy musi budzić obawę. Losy poprzedników sanie do pozazdroszczenia. Popadanie w zapomnienie lub niechęć krytyków do pochylania się nad dorobkiem 'radykałów'... To nie wygląda za dobrze” - pisze Domarus. Być może poezja w naturalny sposób zaprzestała awangardowych poszukiwań, stając się okolicznościowym rytuałem kultury wysokiej. Poza tym strategia przetrwania w kulturze nakazuje poetom mówić głosem czystym = zrozumiałym. Jednak wszystkie te próby wyjaśnienia zjawiska stawia Domarus w kontekście prawdopodobieństwa, możliwości, mówi często „być może.”
„Dalej trawnik z konturami dyscypliny / - kółka bez linii, z wyraźnie zaznaczonymi środkami, / często polewane” - to fragment wiersza Domarusa, jednego z drukowanych przez „Pro Arte”. Nie wiem, czy jest awangardowy, jest dobry, polecam.

Robert Kozela

 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas