poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura [Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)]


■ Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Wprowadziłem w błąd Czytelników „Camery” z „Dekady Literackiej” nr 1/2, twierdząc, że należy pisać ‘per procuram’, a nie ‘per procura’. Właśnie PER PROCURA jest formą poprawną, bo to wyrażenie włoskie, a nie łacińskie. Czytelników przepraszam, a za zwrócenie mi uwagi na ten błąd dziękuję prof. Jackowi Woźniakowskiemu. (hm)

Wrocławskie przedstawienie „Wesela” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego jako całość nie spodobało się recenzentowi „Gazety Wyborczej" (nr 75) Romanowi Pawłowskiemu. „Odkryciem” była dla niego jednak rola Wernyhory. Jest on tu „silnym, młodym mężczyzną w stroju kozackim, z ogolonym łbem, z którego sterczy pasmo włosów”, wygląda jak „watażka z kresów, któremu krew nie obeschła jeszcze na rękach”. Reżyser - chwali tu Pawłowski - „wraca do tekstu po prawdę”. Czyżby? Tekst mówi najwyraźniej: „dziadzisko z siwą brodą”„, „ktoś serdeczny, ktoś kochany”, jeden z tych Polaków, „co są piękni”. Reżyserowi wszystko wolno, pod warunkiem, że robi do sensu. Jaki sens w tej transformacji Wernyhory? Według Pawłowskiego taki, że Wernyhora uosabia tradycję powstania chłopów ukraińskich z r. 1768, więc chyba „dobrze się stało, że nie on stanął na czele powstania, które utonęłoby znów w morzu krwi, tak jak to się stało (...) ze wszystkimi kolejnymi zrywami”. Wlazł na gruszkę... Przecież Wernyhora z „Wesela”, którego Pawłowski chciałby przerobić na Szelę nr 2, tym razem ukraińskiego, potępia owo powstanie („Patrzyłem na lud święty, jak upadał przeklęty, przekleństwami potępiony”), a stawianie znaku o łączności między koliszczyzną i rzezią humańską a solidarystycznymi powstańcami narodowymi tylko dlatego, że spowodowały one takie morze krwi jest - mówiąc oględnie - pomieszaniem z poplątaniem, (hm)

Jan Marx („Polski katon”, „Trybuna” nr 196) chwali Józefa Mackiewicza za to, że wypełniając białe plamy historii, pisał, „nie bacząc na żadne doraźne alianse”, iż „Stolica Apostolska popierała wojnę Hitlera ze Związkiem Radzieckim”, a w powieści „Droga do nikąd” prowadził do wniosku, że „Stalin z oprawcy Rusi stał się jej zbawcą przed nazistowskim ludobójstwem”. Co do pierwszego twierdzenia - Kamerzysta nie zna całej publicystyki Mackiewicza, ale nie przypomina sobie, by gdzieś Mackiewicz miał pretensje do Watykanu o jego wrogi stosunek do ZSRR, a twierdzenie drugie jest absolutnie sprzeczne z całą wymową powieści; wszak tytułowa „Droga do nikąd” to także metafora życia pod władzą komunistyczną. (hm)

I jeszcze jedna pretensja do Jana Marxa. Szkic jego, poświęcony Janowi Kottowi („Trybuna” nr 195) nosi tytuł „Heretyk na ambonie”. Tytuł dobry, tyle że w ten sposób nazwał już sam siebie Antoni Słonimski w tytule zbioru swych kronik tygodniowych z r. 1934, o czym Jan Marx ani słowem się nie zająknął. (hm)

Urszula Kozioł w swoim felietonie „O tym i owym gadu-gadu” z cyklu „Inaczej mówiąc” („Plus-minus” nr 13) jako dowód tego, że odmawianie poetom jest „w tym kraju zadawnioną normą”, podaje taki przykład:
„Kiedy rodzina Kochanowskiego chciała mieć w końcu jakąś dla siebie korzyść z tej jego pisaniny wciąż i wciąż li tylko dla wzbogacania ojczystego języka i skłoniła poetę do złożenia w jej imieniu na ręce króla jakiejś nie tak znowu wielkiej prośby, poeta wstrząśnięty odmową monarchy spełnienia tej prośby, padł trupem u stóp władcy aż tak głuchego na urodę ojczystej pieśni”.
Tymczasem - najstarszy życiorys Kochanowskiego z r. 1612 mówi tylko tyle, że Kochanowski zmarł tknięty apopleksją w Lublinie, gdzie miał w imieniu przyjaciół („amicorum nomine acturus”) przedstawić przed Stefanem Batorym sprawę zabójstwa swego szwagra Jakuba Podlodowskiego dokonanego w Turcji, w czasie jego wyprawy po konie, zleconej przez króla (przyczyną było prawdopodobnie podejrzenie o szpiegostwo). Tak więc: 1) nie chodziło o żadną korzyść, 2) Kochanowski - jeśli wierzyć życiorysowi - działał w imieniu przyjaciół, nie rodziny, 3) nic nie wiadomo o tym, czy Kochanowski w ogóle jakąś prośbę do króla zdążył wnieść, 4) a tym bardziej, że stanowisko króla go wzburzyło, 5) i że śmierć ta nastąpiła w jego obecności. NB. Batory uprzednio obdarzył Kochanowskiego urzędem wojskiego sandomierskiego i być może płacił mu pokaźną pensję roczną. O to, że był „głuchy na urodę ojczystej (?) pieśni” - trudno mieć do niego pretensję, choćby z tego powodu, że Batory do końca życia nie nauczył się dobrze języka polskiego. (hm)

Ryszard Matuszewski w notce „To nie metodologia...” („Dekada Literacka” nr 3/4, s. 123), odpowiadając na zarzuty Kamerzysty pyta retorycznie: „Czy hm wyobraża sobie Leśmiana pouczającego młodych poetów jak mają pisać erotyki?” Owszem, bez trudu wyobrażam sobie, bo znajduję takie pouczenia w recenzjach ze zbiorków różnych grafomanów i na wpół grafomanów, jakie Leśmian zamieszczał w „Nowej Gazecie” w latach 1910-1913 (Czesław Królikowski, „Kwiat konwalii”, Zygmunt Różycki, „Wybór poezji”, Jan Mieczysław, „Pieśni”, Stanisław Birmy Dróbecki, „Erotyki”). Recenzje te znaleźć można w „Szkicach literackich” Leśmiana wydanych przez Jacka Trznadla w r. 1969. (hm)

Barbara Lasocka („Nowe Książki” nr 5) doskonale zna się na teatrze, ale znacznie gorzej na hodowli zwierząt, skoro mówi, że w gospodarstwie Fredry trzeba było „z wiosną kupić skopy czyli rozpłodowe barany”. Tymczasem skopy to właśnie barany kastrowane...(hm)

Tadeusz Nyczek („Książki w Dużym Formacie” nr 16) chyba nie przeczytał tego, co mu „się napisało” o „Pogance” Żmichowskiej, skoro w jednym zdaniu orzeka, że główny wątek powieści jest „trudno przyswajalny”, a zawarte tu analizy różnych stanów ludzkiego ducha są „mało dziś czytelne”, a w zdaniu innym, że czytelnik znajdzie tu „sugestywny wizerunek miłości fatalnej w wykonaniu kobiety fatalnej”. Czytelnik zachodzi też w głowę, co miał na myśli Autor, twierdząc, że „»Pan Tadeusz« wydaje się spóźnionym arcydziełem XVIII-wiecznej epiki sarmackiej”. O ile nam wiadomo, w XVIII w. żadnej epiki, którą można by nazwać „sarmacką” nie było. (hm)

„Piliśmy z garła”, „luna zupełnie krasna”, „szampańskiego było mnogo, oczień mnogo”, „jedno pomnę ostro”, „ruskich bukw nie odróżniam”, „ten miecz napomniał mi nasze czołgi”, „rzecz poszła o eposie”, „rozebrano i jego, i życie”, „zamierzył utwierdzić zakon”, „białe kamienie ukraszały brzeg”, „uzdrowisko zbudowane po ukazu Piotra Wielkiego”, „Od razu zwrócił uwagę na inostranca”, „chozjain czyli gospodarz (z mafijnym nalotem)”. Takim udziwitelnym jazykiem zestawił Mariusz Wołk swój „Dziennik północny” („Rzeczpospolita” nr 121). Uważany gospodzin Wołk, po jakiej przyczynie wy napisali swój oczerk ni to po polsku, ni to po ruski? (hm)

Myli się Bogumiła Berdychowska („Nowe Książki” nr 5) pisząc, że poemat „Hajdamacy” Tarasa Szewczenki aż do dzisiaj nie został przetłumaczony na język polski. Uczynił to Leonard Sowiński i przekład swój dołączył do studium „Taras Szewczenko”, ogłoszonego w Wilnie w r. 1861. (hm)

Adam Krzemiński („Od Cezara do Adenauera”, „Gazeta Wyborcza” 25/26 V), pisząc o utworze Wiktora Hugo „Ten straszny rok”, nie miał go zapewne w ręku, skoro nazywa „esejem” to, co w istocie jest zbiorem wierszy. (hm)

Tego jeszcze nie było: jeden z najbardziej znanych filozofów niemieckich, Adorno, mianowany został w „Przekroju” (nr 31) filozofem włoskim. Używamy tej nieosobowej formy, bo nie chce się wierzyć, by sprawczynią tej gafy była autorka artykułu Renata Gorczyńska. (hm)

Piotr Osęka pisze w „Newsweeku” (z 4 VIII), że w okresie międzywojennym Kazimierz Junosza-Stępowski grał na deskach teatru Azais. W rzeczywistości teatru o takiej nazwie nigdy nie było. „Azais” (nazwisko francuskiego filozofa, 1766-1845, który twierdził, że w życiu człowieka suma szczęścia i nieszczęścia jest zrównoważona) to tytuł komedii L. Verneuila i J. Berra, w której jedną z głównych ról grał (świetnie!) Junosza-Stępowski. (hm)

Robert Papieski („Twórczość” nr 7/8) myli się pisząc, że Wokulski jadąc z Łęckimi z Warszawy do Krakowa znał tę trasę, bo była etapem wcześniejszej o rok jego eskapady do Paryża. Do Krakowa jechało się wówczas koleją warszawsko-wiedeńską, a do Paryża - warszawsko-bydgoską; w Bydgoszczy przesiadano się na pociąg berliński. (hm)


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas