poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOANNA WOJNICKA
Co nam zostało z „Zemsty”
Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)
„Zemsta”, reż. Andrzej Wajda wyk. Roman Polański, Janusz Gajos, Andrzej Seweryn, Katarzyna Figura, Daniel Olbrychski, prod. Polska, 2002, 100 min.



Wajdowska adaptacja „Zemsty” jest drugą w powojennej kinematografii polskiej. Pierwszą zrealizowali w 1957 Antoni Bohdziewcz i Bohdan Korzeniowski. W przeniesionej wówczas na ekran komedii Fredry wystąpili Jan Kurnakowicz (jako Cześnik), Jacek Woszczerowicz (jako Rejent) i Tadeusz Konrad (jako Papkin). Do tego jeszcze Danuta Szaflarska w roli Podstoliny i młodziutka Beata Tyszkiewicz jako Klara. Niestety, adaptacja z lat 50-tych odeszła właściwie w zapomnienie, a zatem filmowy projekt Andrzeja Wajdy można potraktować niemal jako pionierski. Rzecz jasna, nie dotyczy to dorobku reżysera. Wajda pracował już nad „Zemstą” w Teatrze Starym, a był to, przypomnę, rok 1986. I oczywiście dla widzów, którzy pamiętają tę teatralną inscenizację, film może stać się materiałem do efektownych porównań. Niemniej takich widzów jest zdecydowana mniejszość. Większość spośród nich potraktuje film Wajdy jako „po prostu” adaptację „Zemsty”: tekstu, który każdy kiedyś czytał, każdy kiedyś widział na scenie (tej prawdziwej lub tej telewizyjnej), z którego każdy zna jakieś fragmenty, a przynajmniej potrafi powiedzieć „Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby.” Ale będzie też i część widowni traktująca „Zemstę” jak kolejny fragment filmowej biografii Andrzeja Wajdy. A jest to przecież biografia, której etapy wyznaczały dotąd efektowne adaptacje literatury, i to różnej literatury – zarówno tej klasycznej, jak i tej współczesnej, często literatury z górnej półki, a nierzadko wydobywanej z zapomnienia.

Takie podwójne spojrzenie na Wajdowską „Zemstę” wydaje się dla recenzji dobrym punktem wyjścia. Po pierwsze bowiem mamy tu rzeczywiście do czynienia z kolejną adaptacją tekstu, który – jakkolwiek by na to spojrzeć – jest najpopularniejszą, jedną z najlepszych i najchętniej wystawianych polskich komedii. Z drugiej zaś strony samo doświadczenie oraz osobowość reżysera budzą oczekiwanie na coś wyjątkowego i odkrywczego, na to, że „Zemsta” w reżyserii Andrzeja Wajdy będzie inna niż wszystkie: zajaśnieje nowym blaskiem, odkryje drugie dno, a przede wszystkim – co w przypadku przenoszenia literatury na ekran jest nieodzowne – stanie się filmem (!). No i już wiemy, że te oczekiwania nie zostały w pełni zaspokojone. Obraz Wajdy nie jest ani specjalnie wyjątkowy, ani odkrywczy. Nie uderza ani szczególną pomysłowością, ani finezją realizatorską. Oczywiście, widać w nim pracę adaptacyjną, czy – jak można by to inaczej powiedzieć – widać w nim trud dostosowania tekstu scenicznego do potrzeb narracji filmowej. Tekst jest wyraźnie poddawany zabiegowi „ufilmowienia” i służy temu wiele środków, m.in. typowo kinowa dynamizacja jego poszczególnych fragmentów, współgranie rytmu montażu i ilustracji muzycznej z wewnętrznym rytmem dramaturgicznym tekstu, który kształtowany był przecież dla potrzeb innego niż film medium. Wszystko to jest obecne i dowodzi precyzji reżyserskich zamysłów. Nie prowadzi jednak do sukcesu, ponieważ wrażenie, jakie dominuje podczas oglądania filmu, to wrażenie ciasnoty, zduszenia i jakiejś niezrozumiałej szybkości w następstwie zdarzeń. Oczywiście zawsze można ripostować, że czas tekstu jest symboliczny i te zdarzenia rzeczywiście toczą się wartko. Ale w tym filmowym przyspieszeniu (czego teatr ze swej natury jest pozbawiony) toną ważne cechy tekstu, postaci i sytuacji. Tak więc reżyser zawęził przestrzeń (tę realną przestrzeń wydarzeń), ograniczył informacje o intrydze, apelując tym samym do naszej znajomości tekstu. Przez te „zabiegi” nie pozwolił zabłysnąć w pełnej krasie ani postaciom, ani dialogom. A przecież Fredrowska komedia należy do komedii charakterów. I oczywiście jej istotą nie jest skomplikowana fabuła, a tylko ogólnie nakreślony schemat, dzięki któremu w odpowiednim momencie dochodzi do konfrontacji pomiędzy bohaterami. Niemniej ten pretekstowo potraktowany schemat jest ważny, ponieważ przypomina kamyk, który w odpowiednim momencie uruchamia lawinę. Trzeba mu jednak na to pozwolić. Mam wrażenie, że w „Zemście” Wajdy zabrakło właśnie tego kamyka i przez to misterne relacje pomiędzy sześcioma głównymi postaciami zatraciły swój wyrazisty charakter. My je oczywiście dobrze znamy, więc ten brak umyka naszej uwadze. Ale źle się stało, że reżyser nie wykorzystał wielu możliwości, na jakie zezwala film. Zdusił więc fabułę, zamiast pozwolić jej się rozwinąć. Zamknął przestrzeń, zamiast dodać jej oddechu. Już raz tak postąpił. Wiele lat temu. Niemniej to wszystko, co niegdyś sprawdziło się w „Weselu” (zachowując oczywiście w tym porównaniu wszelkie proporcje), nie sprawdza się w przypadku „Zemsty”. Tam bowiem chodziło o wydobycie metaforycznego sensu tekstu, tu zaś chodzi o coś zupełnie innego. O co? Ano o to, żeby widza rozbawić. Nie widzę lepszego celu ekranizacji Fredry. Można analizować zamysły adaptacyjne, środki filmowe, koncepcje i konwencje, ale najważniejsze pytanie pozostanie jedno i nieodmienne: czy wyreżyserowana przez Wajdę „Zemsta” jest zabawna?

Odpowiem tak: bywa zabawna, ale rzadko. Dlaczego? Przyczyn tego stanu można szukać we wszystkim, co napisałam powyżej. Ostateczne powodzenie jakiegoś przedsięwzięcia łączy się bowiem zawsze z pewną ogólną koncepcją i wyrazistym pomysłem na tzw. „całość”, który albo okaże się szczęśliwy, albo nie. W tym przypadku chyba nie był. Z drugiej strony, powodzenie komedii – zwłaszcza komedii typu Fredrowskiego – opiera się na aktorstwie, dlatego często niedostatki reżyserii ratować mogą mistrzowskie kreacje. Co nam w tym względzie oferuje film Andrzeja Wajdy? Na pewno jedną wyśmienitą rolę. Jest to Cześnik Raptusiewicz w interpretacji Janusza Gajosa. Gajos postąpił tak, jak zwykle postępują wielcy aktorzy: dołączył własną interpretację do tradycji, w jakiej dotąd grano postać. Przyzwyczajono więc nas do tego, że Cześnik jest pieniaczem, zaściankowym szlachciurą, sprytnym na swój sposób i umiejącym dbać o własne interesy. Gajos zbudował swoją rolę w tej konwencji, nadał jej jednak niezwykłą świeżość i autentyczność. Gdyby reżyser był bardziej konsekwentny, mógłby stworzyć z Cześnika najważniejszą postać filmu, postać, która dominuje nad całą intrygą, która pociąga za wszystkie sznurki. Wydaje się, że aktor miał właśnie taki pomysł na swoją rolę. Cześnik Gajosa jest bardzo prawdziwy, a przy tym jakże komediowy. Jeśli napisałam wcześniej, że „Zemsta” w wersji Wajdy bywa śmieszna, to miałam na myśli rolę Janusza Gajosa. Szczery śmiech pojawia się wśród widzów właściwie tylko w scenach, która „należą” do Cześnika. Gajos gra wyraziście, ale naturalnie, komicznie, ale bez farsy. Farsa zaś staje się częstym chwytem stosowanym przez aktorów komediowych. Gajos jej konsekwentnie unikna. Ukoronowaniem tej popisowej roli jest rzecz jasna scena z listem (najzabawniejsza w całym filmie), zagrana przez aktora brawurowo.

Całkowitym zaprzeczeniem Cześnika jest Rejent w interpretacji Andrzeja Seweryna. Przyznam, że nie bardzo jest dla mnie jasna koncepcja postaci, którą zaproponował nam aktor. Wydaje mi się, że wszystko, co napisałam o roli Gajosa, mogłabym, pisząc o występie Seweryna, całkowicie odwrócić. Jeśli tamta rola błyszczy autentycznym komizmem, ta zdumiewa przerysowaniem. Może to wynik mojego osobistego gustu, lecz wydaje mi się, że Rejent w „Zemście” nie będzie należał do najwybitniejszych kreacji tego – skądinąd – znakomitego aktora. Za dużo w tej roli efektu, a nawet aktorskiej histerii. Za dużo chęci przełamywania naszych przyzwyczajeń. Niepotrzebnie. Ja jednak wolę kanoniczną interpretację postaci, nazwanej przecież przez samego autora Milczkiem.

Natomiast na przykładzie tych dwóch ról widać jak na dłoni, że reżyser albo nie zapanował nad aktorami i pozwolił im grać według własnych pomysłów, których (wyłączając dwóch opisanych powyżej aktorów) raczej nie mieli, albo narzucił im interpretacje nie współgrające ze sobą w żadnym stopniu. W konsekwencji Katarzyna Figura gra Katarzyną Figurą, Klara i Wacław są postaciami w połowie charakterystycznymi, w połowie pozbawionymi jakichkolwiek cech charakteru, a Papkin... No właśnie, Papkin. W tym momencie dochodzę do sedna sprawy. Powierzenie tej roli Romanowi Polańskiemu miało być – i było – największą atrakcją filmu. Polański jest bardzo utalentowanym aktorem i zagrał Papkina bardzo dobrze, a może nawet znakomicie. Tylko – i tu znowu z uporem maniaka powracam do problemu komizmu „Zemsty” – jego Papkin nie jest śmieszny. Albo inaczej. Nie śmieszy tak, jak przywykł nas śmieszyć Papkin. Rola Polańskiego jest bardzo konsekwentnie zbudowana, dlatego obok ról Janusza Gajosa i Andrzeja Seweryna (jednak) jest trzecią przykuwającą naszą uwagę. Papkin Polańskiego jest dziwny, jakby niepapkinowski: stonowany, oszczędny, wzbudzający rozczulenie, ale w ostateczności mało zabawny. To jest interesujący pomysł „na Papkina” – nadrabiający miną życiowy bankrut, usiłujący nieporadnie lawirować wśród wydarzeń, które go przerastają. Za każdym razem ponosi jednak klęskę i zdesperowany świadomie przyczynia się do zakończenia sporu. Niemniej, żeby taka koncepcja odpowiednio wybrzmiała, musi mieć sprzyjające warunki. Innymi słowy, musi ona współistnieć z jakąś ogólną koncepcją całości. A tej niestety nie ma.

I tak to otrzymaliśmy „Zemstę”, która – mimo jej rozmaitych atutów – nie może całkowicie zadowolić widza. Ani tego, który zna tekst na pamięć i wielokrotnie widział go na scenie, ani tego, który pamięta go tylko ze szkolnych czasów. A na koniec jeszcze jedno pytanie. Czy podczas projekcji filmu towarzyszy nam przekonanie, że mamy do czynienia z komedią, która naprawdę jest jedną z najlepszych w polskiej literaturze? Cóż, kto pomyśli – może zgadnie...

Joanna Wojnicka 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas