poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MONIKA KOCBUCH
Perspektywa pudełka od zapałek. Kilka uwag o nowym kinie czeskim
Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)

Zamiast wstępu


 O ile współczesna literatura czeska praktycznie zupełnie nie jest znana polskiemu czytelnikowi, zmuszonemu opierać swoją wiedzę na nazwiskach znanych, docenionych i umieszczonych już w panteonie światowej literatury (Kundera, Hrabal czy Pavel), o tyle sytuacja widza kinowego, jeżeli choć odrobinę zainteresowany jest dokonaniami filmowymi naszych południowych sąsiadów, jest znacznie lepsza. Do Polski docierają co bardziej znaczące, nagradzane na międzynarodowych festiwalach tytuły, z których uważny obserwator może wywnioskować, jaką drogą próbuje podążać dzisiejsza czeska kinematografia. Przy odrobinie wysiłku – odwiedzając na przykład coraz liczniejsze festiwale, jak chociażby festiwal w Kazimierzu bądź Cieszynie, czy zupełnie wydawałoby się nieznany, a przecież warty uwagi, odbywający się od czterech lat pod koniec kwietnia w tym samym Cieszynie, przegląd filmów czeskich i słowackich „Kino na granicy” – można obejrzeć znaczną część dokonań czeskich młodych twórców. Każdy szanujący się kinoman kojarzy filmy Jana Svěráka, Sašy Gedeona. Dobrze znany jest obraz „Samotni” Davida Ondřički i „Musimy sobie pomagać” Jana Hřebejka. Od czasu do czasu w łaskawej telewizji polskiej, o niezbyt łaskawej porze, można obejrzeć czeski film, jak choćby „Guzikowców” Petera Zelenki czy „Przytulne gniazdka” Hřebejka. Dobre i to, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia.

W każdym z nas tkwi blondynka

 „Fascynacja kulturą czeską (...) opierała się przede wszystkim na poczuciu inności, pociągającej egzotyki. (...) Egzotykę przynosiło odmienne spojrzenie: zawsze równie ciepłe jak wspomnienie najszczęśliwszego dzieciństwa, czy był to opis szaleństw, pijaństwa, obżarstwa, czy monotonia dnia codziennego, która dzięki temu opisowi przestaje być monotonią. Spojrzenie zawsze pozbawione jakiegokolwiek dydaktyzmu, intencji natrętnie wartościującej, nie wyprowadzane z nakazów życia lepszego i głębszego. Każda forma życia zdaje się być uświęcona – właśnie dlatego, że jest życiem” (1). Tak postrzegana była w Polsce czeska nowa fala w czasach kiedy powstawała, i taki właśnie sposób patrzenia na świat fascynuje nas do tej pory. Miloš Forman, Jiří Menzel czy Ivan Passer z najzwyklejszego, monotonnego życia potrafili wydobyć esencję istnienia. Reżyserzy nowej fali akceptowali i lubili ludzi i życie, jakie wiedli, nawet, gdy spoza tego ciepłego spojrzenia kamery wyzierała czasem ironia i krytyka. Każdy człowiek mniej lub bardziej naiwnie wierzy w ideały, wartości, wyznaje pewną filozofię życiową, robi bardziej lub mniej sensowne rzeczy, ale oglądając filmy czeskiej nowej fali możemy być pewni, że nikt niczego nie będzie zjadliwie krytykować. W Czarnym Piotrusiu, zakochanej blondynce czy Milošu Hrmie każdy z nas może odnaleźć cząstkę siebie. Bowiem pomimo tej zwykłości, pozornej bylejakości czy też nijakości postaci, każda z nich jest osobnym i niepowtarzalnym bytem, odrębnym wszechświatem. Obok tego mikrokosmosu postaci i codziennych wydarzeń istnieje makrokosmos Historii, który wdziera się często brutalnie i bez ostrzeżenia w prosty ład zwykłości. Ale to nie Historia z jej zawirowaniami i zawiłościami zajmuje Czechów, lecz pierwsze zawody miłosne, kłopoty z męskością, po prostu życie w całej swej migotliwości i mozaikowości. Historia jest obok, na pierwszym planie stoi zawsze „wielki mały człowiek”. Czeskie kino lat 60. potrafi z mikroskali – dotyczy to nie tylko treści, ale również formy pełnej prostoty dokumentalnego stylu – uczynić swój atut i niepowtarzalny znak rozpoznawczy. Rzadko kto potrafi opowiadać o zwykłym życiu w sposób tak nasycony poezją, raz spod znaku Seiferta, innym razem Halasa, i jakże często poetyckością spod znaku Hrabala. Wydawałoby się, że niełatwo dorównać takim wzorom, a jednak...

Nie róbcie nic, jeśli nie macie ku temu ważnego powodu

 Tytuł drugiego filmu Jana Hřebejka wydaje się być artystycznym mottem współczesnych młodych czeskich filmowców. Ważnym powodem do robienia filmów jest potrzeba opisania rzeczywistości i jej transformacji. Opisania tak, żeby stała się bardziej zrozumiała, czyli bliższa. Hřebejk jest spadkobiercą (w żadnym razie epigonem) tradycji czeskiej szkoły, co wyraźnie widać w znanym u nas filmie „Musimy sobie pomagać” (2000) i niestety nie rozpowszechnianych w Polsce, a jedynie pokazanych w TVP, „Przytulnych gniazdkach” („Pelíšky”, 1999). „Pelíšky” to opowieść o dwóch rodzinach, dziejąca się w przełomowym roku 1968. W jednej kamienicy mieszkają obok siebie rodzina majora Šebka, zatwardziałego admiratora i propagatora demokracji ludowej i rodzina pana Krausa, owej demokracji zatwardziałego przeciwnika. Umieszczenie na małej przestrzeni antagonistów daje wspaniałe możliwości dramaturgiczne. Film opiera się przede wszystkim na wyraźnie zarysowanych charakterach, kameralnym ujęciu ludzkich losów i błyskotliwych dialogach. Siłą filmu jest spojrzenie na świat z perspektywy trzech pokoleń: dziadków, rodziców i dojrzewających dzieci. Wydarzenia sierpnia ’68 roku zmieniają cały ustalony ład małej praskiej kamienicy (warto dodać, że film był w Czechach frekwencyjnym sukcesem 1999 roku). Wielka Historia wkracza również w spokojne życie bohaterów „Musimy sobie pomagać” wraz z rokiem 1939. Bezdzietne małżeństwo ukrywa młodego Żyda. Fabularna sytuacja jest niezwykle podobna do fabuły polskiego „Daleko od okna” J.J. Kolskiego, ale czeska epopeja wojenna pełna jest ciepłego humoru i groźnych, a jednocześnie przesyconych komizmem sytuacji. To film o bohaterstwie i tchórzostwie, i o tym, że linia między nimi przebiegająca jest niezwykle cienka. Bohater odgrywany przez B. Polivkę jest czeskim odpowiednikiem bohatera pierwszej noweli „Eroiki” Munka, przy czym w kulturze czeskiej takie spojrzenie jest czymś naturalnym, a nie burzeniem mitów narodowych.

Saša Gedeon (ur. 1970) również bardzo silnie osadzony jest w tradycji nowej fali. Ale o ile Hřebejk mógłby być stylistycznym kontynuatorem i uczniem Menzla, o tyle Gedeonowi wydaje się być bliższa filozofująca prostota Ivana Passera i dokumentalna obserwacja Formana. Gedeon jest mistrzem ukazywania ludzkich emocji i konsekwencji, jakie niesie ze sobą najzwyklejsze spotkanie kilkorga osób. „Indiańskie lato” (1995) rozpoczyna obce współczesnemu kinu, długie ujęcie twarzy dziewczyny obserwującej świat z okna wlokącego się pociągu. Ta sekwencja może być metaforą całej twórczości reżysera, który obserwuje ludzi dyskretnie i bez pośpiechu, dając im czas na wykonanie każdego gestu, dlatego nie ma tu żadnego fałszu, niepotrzebnego zdarzenia czy motywu. Niby nie dzieje się nic, a ekran pęka od nagromadzonych emocji. „Indiańskie lato” to film o dojrzewaniu, które bywa zarówno tragiczne, jak i komiczne. „Powrót idioty” (1999), inspirowany powieścią Dostojewskiego, również rozpoczyna się sceną w pociągu; podróż, zmiana przestrzeni konotują zmianę życia, zmianę światopoglądu, a jednocześnie jest to reżyserska obietnica podróży, przygody wewnętrznej. František – tytułowy bohater, spędziwszy większość życia w szpitalu psychiatrycznym, patrzy na świat oczyma dziecka, pełnego ufności, naiwności i szczerości. Niczym superczuły radar odbiera fałsz, zakłamanie świata i międzyludzkich stosunków. Uważany za nieporadnego idiotę, każe zastanowić się, kto tak naprawdę jest idiotą w świecie nieszczerości. Reżyser skupia się na twarzach aktorów, na urywanych, pełnych niedopowiedzeń dialogach. Opowieść toczy się powolutku, niczym pociąg podmiejski, ale aby ukazać prawdę o emocjach nie należy się spieszyć. O ludziach zagubionych w rzeczywistości opowiada również David Ondřiček (ur. 1969), nadając jednak swoim filmom nowoczesną, bliższą videoclipom i reklamom, formę. Ondřiček wyreżyserował dotychczas dwa filmy: „Szeptem” (1996), swoiste preludium do kultowych wręcz w pewnych kręgach „Samotnych” (2000). Opisując „generację X”, „generację nic” wydaje się jednak prześlizgiwać po powierzchni problemu, gubiąc coś istotnego w feerii atrakcji, zabawnych wydarzeń i dialogów. Emocjonalna i życiowa pustka bohaterów nie tłumaczy pustki treściowej. To atrakcyjny wizualnie film, z którego wychodzi się jak z techno-party, ogłuszonym barwami i dźwiękami, ale samotnym, bo bycie „emocjonalnym idiotą” nie jest w tym świecie modne. Jego atutem jest jednak młodzieńcze zaangażowanie i szczerość przedstawianej rzeczywistości. Autorem scenariusza do „Samotnych” jest Petr Zelenka (ur. 1967), jako reżyser debiutujący w 1996 roku prześmiewczym paradokumentem o fikcyjnej grupie rockowej „Mňága – Happy End”. Kolejny film „Guzikowcy” (1997) jest nowelową historią o roli przypadku w życiu ludzkim. Bohaterowie sześciu poszczególnych nowelek przypadkowo spotykają się, przypadkowo połączeni są niewidzialną nicią zależności, a nad wszystkim czuwa duch amerykańskiego pilota (przypadkowo wywołany przez grupę nastolatek), który przypadkowo zrzucił bombę na Hiroszimę. Każda z postaci ma jakieś słabości i dziwactwa, przeżywa tragedie i rozczarowania, ale specyficzny czeski humor, zamieniający pogrzeb w wesele, nie pozwala przybrać tym rozważaniom tonu dramatycznego czy patetycznego. W 2002 roku Zelenka nakręcił czarną komedię „Rok diabła” z pieśniarzem Jaromirem Nohavicą w roli głównej. Podstawowym atutem reżysera jest wyczucie absurdalności świata i owo niepowtarzalne czeskie poczucie humoru, które o sprawach poważnych pozwala mówić z pogodnym uśmiechem. Takim przyjaznym uśmiechem przepełniony jest ostatni film Vladimíra Michálka, znanego w Polsce dzięki obrazom „Zabić Sekala” (1998), „Babie lato” (2001). Komedia o starszym małżeństwie: pełnym wigoru i młodym duchem siedemdziesięciokilkulatku (ostatnia rola Vlastimila Brodskiego), który pragnie do końca żyć pełnią życia, realizując swoje najniezwyklejsze marzenia, traktującego życie jako nieustanną przygodę i jego zrezygnowanej, czekającej już tylko na śmieć żonie, jest przewrotnym i zabawnym filmem o miłości do życia i radości z jego przeżywania. Młodzieńcza opowieść o starości, która wcale nie musi być smutna i nudna. Wydaje się, że bohaterowie „Babiego lata”, mimo że zbliżają się ku kresowi życia, mają go w sobie więcej niż młodzi ludzie z „Samotnych”. Trzeba mieć niezwykłą odwagę, żeby w czasach kultu wiecznej młodości zrobić film o tym, że „wesołe jest życie staruszka”. Wcześniejsze dokonania Michálka cechuje ogromne zróżnicowanie gatunkowe: eksperymentalna, narkotyczna podróż „Andel Exit” (2000) na motywach książki Jáchyma Topola „Andel”; nastrojowa komedia o życiu katolickiego księdza w czasach komunizmu, zainspirowana biografią kontrowersyjnego pisarza – księdza Jakuba Demla „Zapomniane światło” (1996) i udana adaptacja powieści Franza Kafki „Ameryka” (1994). I wreszcie na koniec najbardziej znany z opisywanych tu pokrótce młodych twórców Jan Svěrák (ur. 1965) nagrodzony Oskarem za „Kolę” (1996), historię przyjaźni rosyjskiego chłopczyka i dojrzałego życiowo Czecha z „aksamitną rewolucją” w tle. Svěrák doskonale zna schematy, klisze i konwencje gatunków filmowych, dlatego potrafi się z nich naigrywać (na przykład w filmie „Akumulator I”, 1994), choć wydaje się, że międzynarodowy sukces „Koli” pozbawił go tego czeskiego dystansu, czego dowodem jest niestety jego ostatni film „Świat w kolorze granatu” (2001), historia czeskich lotników podczas II wojny światowej. Najbardziej osadzone w tradycji czeskiego kina są jego wcześniejsze filmy „Szkoła podstawowa” (1991), nostalgiczna komedia o dzieciństwie i „Jazda” (1994), czeska odmiana specyficznie amerykańskiego gatunku kina drogi. „Jazda” jest skromnym filmem bez pościgów szybkich aut i szerokich autostrad, ale za to pełnym rozważań o przyjaźni, miłości i współczesnej cywilizacji, która zgubiła gdzieś w pędzie prawdziwe odczucie wartości i wielkości rzeczy. Bardzo znaczący dla całej fabuły jest dialog bohaterów, którzy konstatują, że kiedyś małe rzeczy porównywało się do pudełeczka zapałek, a dziś do karty kredytowej. To skromny, prosty film o najistotniejszych wartościach i śmierci. Niestety, zdaje się, że reżyser zgubił gdzieś w środku drogi owo pudełko zapałek, z perspektywy którego patrzył dotąd na świat.

Dla każdego z młodych twórców, mimo licznych, naturalnych przecież różnic, wspólna jest uważna, ale jednak pełna ciepła obserwacja (nigdy wiwisekcja) rzeczywistości i zamieszkujących ją ludzi. Skupienie na tym, co małe, nieistotne i niepozorne, odkrywanie „skarbów świata całego”. Młode czeskie kino nie potrzebuje wyszukanej formy i wielkich tematów, aby mówić o istotnych sprawach. Wydaje się to proste, ale nie każdemu udaje się odnaleźć piękno w zwykłym pudełeczku od zapałek
.
Monika Kocbuch

1) Andrzej Werner, "Czeskie pytania", w: "Dekada filmu", Warszawa 1997, s. 127.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas