poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ PIĄTEK
Pukając do nieba bram. O Bohumilu Hrabalu
Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)

     Próbuję wyobrazić sobie Bohumila Hrabala jako jednego z bohaterów popularnej telenoweli. Zważywszy na typowość i zwyczajność jego fizjonomii mógłby z powodzeniem wystąpić w jakiejś czeskiej wersji „Klanu” albo „Złotopolskich”.

Ale moja wyobraźnia jest bezsilna i podsuwa jedynie scenę, którą wszyscy miłośnicy praskiego pisarza doskonale znają: oto Bohumil Hrabal w beżowym, luźnym pulowerku siedzi w kącie sali „U Zlatého tygra”, w ręku trzyma kufel piwa (grube szkło) i delikatnie się uśmiecha. Kamera nie rejestruje niczego specjalnego: w piwiarni jest kilka przypadkowych osób, ani starych, ani młodych, które po prostu popijają piwo i palą papierosy. Łysiejący, grubawy facet za barem sapie i napełnia kolejne szklanice. Dzień jest upalny i słoneczny, dlatego operatorzy nie mają problemu z ustawieniem światła. Właściwie nic nie słychać: pospolity gwar knajpianego popołudnia. Gdzieś pod stołami pałęta się jamnik. Później już tylko reklamy i wieczorne wydanie codziennych wiadomości.

Być może tak właśnie wygląda Hrabalowskie niebo. I – jak zauważył Andrzej Stasiuk – może nas tam zabrać jedynie samolot z tektury.

1. W powszechnym odczuciu namysł nad sensem i istotą świata to jedynie zabawa próżniaków. Dla przeciętnego człowieka metafizyka, epistemologia czy spór o uniwersalia istnieją o tyle, o ile znajdzie się ktoś, kto ma czas i ochotę ku temu, aby się nimi zająć. Podstawowym zarzutem stawianym w takich razach filozofii jest to, iż z życiem jako takim ma ona niewiele wspólnego. A to, jak wiemy, może sprowadzać się do kilku podstawowych, elementarnych zasad. Zimą musimy odśnieżyć podwórko i napalić w piecu; latem – wyplewić ogródek i przyciąć żywopłot. Reszta jest sprawą przypadku. Albo upodobań.

„...kiedy tak pytam, jak się żyje? (...) Jak? Rano samobójstwo, przed południem praca, w południe obiad w stołówce, po południu jeszcze trochę tej harówy, a potem jestem tutaj, w „Barwince”, „Zielonym Laboratorium”, i piję jedno piwo za drugim, aż po ten ostatni kufel, i tak aż do wieczora... Bogaty dzień... nie ma co... rano samobójstwo... i tak dalej...” (1)

 Nieprzystosowalność filozofii do życia to oczywiście zarzut pozorny. Albowiem filozofia jako swą podstawę ma właśnie życie; z niego wyrasta i jego tajemnice próbuje zgłębić. Fakt, iż jej (filozofii) odpowiedzi urastają niekiedy do wymiarów zawiłych i skomplikowanych systemów pojęciowych w żaden sposób nie może przesądzać o jej przydatności (bądź nie).

Wszak nasze doznania i odczucia domagają się potwierdzenia, albo raczej odpowiedzi, której poszukujemy niezależnie od tego, kim jesteśmy i co robimy: „Właśnie, byłbym zapomniał, to nie są żadne spekulacje, to są dotknięcia. Te szyfry, które są znakami wyższej rzeczywistości, szyfry, które prowadzą do logosu, Bóg, zło i dobro, to wszystko, co prowadzi ku transcendencji, czy nawet ku metafizyce..”. (2).

 Tak czy inaczej Bohumil Hrabal nie był filozofem i dlatego wszystkie powyższe konstatacje możemy bez wyrzutów sumienia wyrzucić do kosza.

Bohumil Hrabal był pisarzem. Trywialność i oczywistość tego stwierdzenia powinny je unieważnić, gdyby nie to, że sam pisarz traktował swój zawód całkiem poważnie: „ ...to jest mój modus vivendi, serce status quo, to jest mój sposób myślenia, a zwłaszcza pisania, bo jestem pisarzem i tak trochę się tego swojego zawodu wstydzę, nawet raz po raz powtarzam mówiąc o sobie, że jestem raczej „zapisywaczem”, jestem raczej literackim reporterem i kocham też mistyfikacje – i to jest moje niepróżnujące próżnowanie, to moja obrona przed polityką, to jest właśnie moja polityka... Mój sposób pisania” (3)

 Spróbujmy zatem zlokalizować u Hrabala choćby kilka tych szyfrów, które w naturalny sposób prowadzą od imponderabiliów rzeczywistości do transcendencji i tajemnicy.

2. „Cierpieniem są narodziny, cierpieniem jest starość, cierpieniem jest choroba, cierpieniem jest śmierć, cierpieniem jest ból, smutek, żal, opłakiwanie oraz rozpacz, cierpieniem jest obcowanie z tym, kogo nie miłujemy, cierpieniem jest rozłąka z tym, kogo miłujemy, cierpieniem jest niespełnienie życzeń: cierpieniem jest pięć elementów zasilających żądzę bytowania”. (Budda, Mahawagga)

W formie literackiej powyższy passus brzmi mniej więcej tak: „Kiedy wstaję, kiedy budzę się, odzyskuję przytomność, sprawia mi ból całe mieszkanie, cały mój pokój, sprawia mi ból widok z okna, dzieci idą do szkoły, ludzie idą po zakupy, każdy wie, dokąd ma iść, tylko ja nie wiem, dokąd mógłbym pójść, ubieram się tępo (...) ból sprawia mi już nawet własny wygląd (...) załamuję nad sobą ręce i powtarzam kilka razy: Hrabalu, Bohumilu Hrabalu, a więc nazwyciężałeś się, osiągnąłeś szczyt pustki, jak nauczał mój Lao-Cy, osiągnąłem pustkę i wszystko sprawia mi ból...” (4)

Jakkolwiek ból i cierpienie, a także – jako ich konsekwencja – pustka i nicość mogą stanowić transcendentny składnik naszej konstytucji bytowej (transcendentny – bo poświadczający w stopniu totalnym nasze bycie–w–świecie) w sensie takim, że przy ich pomocy doświadczamy nie tylko realności otaczającego nas świata, ale także realności nas samych, o tyle nie mogą one (ból, cierpienie vel pustka i nicość) stanowić podstawy afirmacji świata (i – tym bardziej – afirmacji własnego „ja”), ponieważ nie posiadają same w sobie żadnej siły sprawczej; innymi słowy - są czystą negacją: „Na niebie każde tak ma swoje nie, ale to miligram dobra wprowadza wszystko w ruch, tak aby wszystko zostało na swoim miejscu, ale tylko na małą, maluteńką chwilkę, po czym wszystko zaczyna się od nowa”.(5)

 Jedynym atrybutem rzeczywistości jest tedy dobro i tylko ono, jako podstawowe, pierwotne i konieczne, może wprawić maszynę kosmosu w jakikolwiek ruch. Oczywiście, dobro nie występuje w świecie w postaci czystej; jest dialektycznie powiązane ze złem, na tej samej zasadzie na jakiej współistnieją inne pary „dychotomicznych antynomii”: światło i mrok, cierpienie i radość, ogień i woda... „Bóg jest zawsze dobrem, tak uważam. Ale mamy pewien tu problem: dlaczego posługuje się również złem? Otóż tak jak jest światło i jest cień, wszystko ma swoje przeciwieństwo i dopiero synteza tych sprzeczności pachnie tym, co nazywamy Bogiem...”(6)

 Wikłanie się w odmęty teologicznych i filozoficznych sporów na temat teodycei byłoby teraz zabiegiem dość ryzykownym, a to tym bardziej, że mają one jedynie rację bytu do czasu, kiedy żona nie wypowie swego stanowczego veto i nie obrzuci nas tym wymownym spojrzeniem, które z miejsca sytuuje nas na pozycji małego, głupiego dziecka... (patrz: „Drybling Hidegkutiego”, s.105 i n.)

Wtedy nie pozostaje nam nic innego, jak tylko ucieczka do pijalni, gdzie już w spokoju możemy próbować z innymi umowności istnienia. A ta, jak wiemy z własnego doświadczenia, wzmaga się z każdym kolejnym wypitym kuflem, aż do tego stopnia, iż u końca drogi zostajemy zupełnie nadzy. I sami: „...tam, na górze, nad basenem pływackim, zdążyłem jeszcze usłyszeć jak spadają żaluzje w oknach i żaluzje w drzwiach, i słyszałem, jak także w mojej głowie opadają żaluzje, i tak ze wszystkich stron, z zewnątrz i wewnątrz, i zapadłem w nieświadomość, jedyną rzeczą, która w pijaństwie jest piękna, to nieświadomość, owa tabula rasa, ta cisza i nic, ten niebyt, w którym człowiek rzeczywiście odpoczywa – za cenę kaca nazajutrz...”(7)

 No właśnie. Poranny kac może jednak przynieść dużo radości, zwłaszcza wtedy, kiedy mamy sposobność wykrzyknąć do studentów jednego z większych amerykańskich uniwersytetów: „Piękno będzie spazmatyczne, albo go nie będzie!”

 I właśnie w tym momencie otwierają się przed nami nowe przestrzenie (w sensie dosłownym i symbolicznym zarazem); przestrzenie trudnych i mozolnych eksploracji Bohumila Hrabala.

3. W 1989 roku miałem 13 lat i jeżeli polityka nie była dla mnie wielką niewiadomą, to tylko dlatego, że wszystko, co docierało wtedy do mojego młodego umysłu, miało z nią mniejszy albo większy związek.

Co prawda bardziej od Wałęsy czy obrad Okrągłego Stołu obchodziło mnie ) , najnowsze dokonanie grupy The Cure, które – nomen omen – nosiło tytuł „Disintegration”.

Pomiędzy domem, boiskiem a kolejnym notowaniem listy przebojów upływały mi dni i tygodnie. Rzeczywistość miała charakter płaskiego obrazu i nie musiałem szukać dla niej jakiegoś specjalnego uzasadnienia. Wzruszeniem ramion zbywałem płacz matki i radość ojca, kiedy okazało się, że prezydentem Polski został pan Jaruzelski. Zresztą nigdy nie było mi dane poznać, dlaczego zareagowali w tak różny i odmienny sposób. Środkowa Europa przeżywała swoje pięć minut, a ja musiałem wkuwać biologię, żeby dostać się do upragnionego technikum. Miałem wykonać swój pierwszy hortus siccus i Linneusz pochłaniał mnie do tego stopnia, iż nie miałem pojęcia o tworzącej się wokół Historii. Zresztą – rodzice i tak nie pozwalali mi oglądać telewizji.

To, iż tak frywolnie opisuję rzeczywistość tamtych czasów, nie wynika bynajmniej z ignorancji czy braku świadomości o wadze wydarzeń. Szukam po prostu w miarę łatwego i przyjemnego sposobu, aby przedstawić Państwu Hrabala- publicystę, Hrabala-kronikarza i świadka wydarzeń: „Już w styczniu (1989 – TP) pisze Hrabal głośne opowiadanie „Zaczarowany flet” o brutalnie rozproszonej przez służbę bezpieczeństwa demonstracji na ulicach Pragi, utwór będący jakby zapowiedzią „aksamitnej rewolucji”, która zmiotła po czterdziestu latach panowania komunistyczny reżim. W przewrocie pisarz wziął czynny udział, wspierając go nie tylko swoim pisarskim autorytetem. Na żywo komentował wydarzenia w krótkich opowiadaniach, które – nim zebrał się tom – ukazywały się jako broszury. W siedemdziesiątym piątym roku życia autor „Postrzyżyn” uczynił pierwszy istotny krok w politykę” (8)

 Ale nie tylko. Dzięki otwartym granicom Hrabal ma możność odwiedzenia różnych krajów. „W czasie, kiedy przemyśliwał o tym, że lepiej by mu było nie istnieć” – relacjonuje autorka biografii Hrabala (9) – „zaczął przyjmować wiele zaproszeń do podróży zagranicznych (...) znalazł się w Moskwie (...), w Londynie znów chciał zajrzeć tam, gdzie mieszkał i pisał T. S. Eliot (...), ze swą tłumaczką i eseistką Susanną Roth podróżował po Ameryce samolotem, pociągiem i autobusem...”

 No tak, wszystko jasne: uczestniczył, spotykał się, brał udział, a w międzyczasie przemierzał Stany wszelkimi możliwymi środkami lokomocji. Ale przecież „Listy do Kwiecieńki” nie są tylko zwykłym journey’s diary. Wychodząc od opisu zdarzeń i rzeczy, zmierzają w kierunku dogłębnej analizy mechanizmów rozwoju historycznego, aby w istocie stać się historiozoficznym traktatem, stanowiącym próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie o sens i znaczenie procesów dziejowych: „Tak, Kwiecieńko, podziemna rzeczka, która wyniosła nas w listopadzie na światło dzienne, będzie nas nieustannie zmuszać, abyśmy odnajdowali sposób, jak znów i raz jeszcze umierać, aby się oczyścić, aby wprowadzić w czyn autentyczną chrześcijańską miłość bliźniego, ale aby też uczyć się umierać i pozwalać umrzeć temu nieczystemu i wprowadzającemu w błąd, temu wrogiemu, a więc nieludzkiemu... wszystkiemu temu, co powinno i musi być przezwyciężone, potępione, temu, co widziałem w Kaplicy Sykstyńskiej... ten „Sąd Ostateczny” Michała Anioła, gdzie Chrystus potężnym gestem potępia to złe, a więc diabelskie, i ruchem uniesionego ramienia dźwiga tych, którzy w porę okazali się zdolni do oczyszczenia...” (10)

 W „Listach...” relacje z pobytu w Stanach Zadowolonych przeplatają się z opisem wydarzeń aksamitnej rewolucji w Czechach. Pisarz, tworząc swe komentarze in statu nascendi tkwi w nich po uszy i jednocześnie się od nich oddala. Pobyt w USA daje mu konieczny dystans, wytchnienie, by mieć czas na zebranie sił, aby w kolejnych odsłonach praskiej rewolucji „dawać świadectwo prawdzie”. Właściwie nietrudno to zrozumieć. Tu, w samym sercu Europy sytuacja społeczno-polityczna osiągała swe apogeum; to, co zdawało się być wieczne – w jednej chwili legło w gruzach; historia – nie po raz pierwszy – objawiała swe podwójne oblicze: „ ...i zaczęła się strzelanina i bieganie zwierzątek tam i z powrotem dopóki w trawie pod kwitnącymi jabłoniami nie leżało w kałużach krwi czterdzieści byków (...) w czwartkowych Sondach pewien obywatel ośmielił się wyrazić pogląd... oświadczył, że studenci powinni, Kwiecieńko, skończyć tak jak te dziki...; ...bo to, Kwiecieńko, co się tu dzieje, cieszy się sympatią na całej kuli ziemskiej... zwyczajny humanizm, który wywalczyli kwiatami i świeczkami, i pop-artem klowni i aktorzy, dzieci (...), studenci (...) poparci przez tych wszystkich, którzy mają wrodzone poczucie człowieczeństwa i poczucie przyzwoitości i humoru, którzy nie chcą wegetować w cieniu partyjnych dekretów..” (11 )

A sam Hrabal? Nie mógł przecież pozostać obojętny; sytuacja zmuszała Go do wybrania jednej z dróg...

Wykorzystując swą genetycznie odziedziczoną praską ironię (po Hašku, Kafce, Klímie i innych), usytuował się pomiędzy. Z jednej strony bowiem – „nie podpisywał nigdy żadnych listów protestacyjnych, podpisywał natomiast raczej kłopotliwe deklaracje lojalnościowo – kompromisowe”; z drugiej – „pisał (...) cały czas po swojemu, czyli nie do przyjęcia” (12)

 Sprawa ta nie byłaby może godna wzmianki, gdyby nie to, iż polityka i historia (nie – HISTORIA) stanowiły dla Hrabala źródło permanentnych lęków (13), a może nawet wypada powiedzieć – źródło trwogi istnienia, co w oczywisty sposób wpływać musiało na jego pisarstwo: „A więc, Kwiecieńko, skończyłem z pisaniem, z listami, z korespondencją do pani, to moje pisanie było tylko i wyłącznie odbiciem tego, czym żył cały naród, to wielkie wzburzenie, które sprawiło, że kiedy osiągnęło szczyt napięcia, wówczas runęły tamy wzruszenia i potoki łez rozlewały się przez te dwa miesiące, a ja też pisałem tak: jąkałem się, zacinałem się, mówiłem do maszyny do pisania, jakby mi się rozum pomieszał..” (14)

 I można by tak cytować, ale po co Państwu odbierać przyjemność lektury?

4. Ileż łagodnej mądrości w tym, co napisał Octavio Paz:

„To słowo jest Tobą
Prowadzi Cię
Od samej siebie do samej siebie.
Stworzyliśmy je – ty, ja, los”.

 Już noc. Zaciągam się ostatnim papierosem i myślę, że jego oddalenie było doskonale czyste: uwalniający skok w heraklitejski ogień. Zaciągam się ostatnim papierosem i myślę, ile musiało być w nim tej ujmującej, praskiej przekory, tego młodzieńczego animuszu, kiedy, pomimo swych osiemdziesięciu trzech lat, wkroczył w samą otchłań czasu, i nie było w tym geście żadnej napuszonej ekstrawagancji, żadnego snobstwa, a tylko czysty powiew niczym nieskrępowanego zaangażowania. No i oczywiście odrobina miłości do kotów. Ale to już zupełnie inna historia...

Tomasz Piątek


 

 

1  B. Hrabal, „Listy do Kwiecieńki”, przeł. A. Czci-bor-Piotrowski, Warszawa 2002.

2  „Drybling Hidegkutiego, czyli rozmowy z Hrabalem. Rozmawia László Szigeti”, przeł. A. Kaczorowski, Izabelin 2002.

3 „Listy do Kwiecieńki”, s. 51.

4 Tamże, s. 9.

5 „Drybling Hidegkutiego”, ss. 104, 105.

6 Tamże, s. 57.

7 „Listy do Kwiecieńki”, s. 68.

8  A. Czcibor-Piotrowski, „Dwa głosy o Hrabalu”, w: B. Hrabal, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, Katowice 1997.

9 M. Zgustová, „Bohumil Hrabal”, przeł. Z. Tarajło-Lipowska, Wrocław 2000, s. 277 i n.

10 „Listy do Kwiecieńki”.

11  Tamże.

12 J. Pilch, „Dwa głosy o Hrabalu”, w: B. Hrabal, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, Katowice 1997.

13  Jak zauważa filozof: „Zarówno przymus po¬dejmowania decyzji moralnych, jak i dobrowol-na rezygnacja z takiego stylu życia, który decy¬zji wymaga, związane są nieuchronnie z niepo-kojem”. L. Kołakowski, „Etyka bez kodeksu”, w: tegoż, „Kultura i fetysze”, Warszawa 2000. Zna¬czy to ni mniej, ni więcej, że właściwie nie ma wyboru, tertium non datur.

14 „Listy do Kwiecieńki”.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas