poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DARIUSZ NOWACKI
Miłość jest ślepa, a jej laska nebeska
Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)


 Mniej więcej wiadomo, dlaczego pisarz zagląda do dzieł innego pisarza. Zasadniczo po to, żeby się upewnić, iż tamten pisze gorzej od niego. I są to zapewne radosne doświadczenia lekturowe, w pełni zrozumiałe, zasadzające się na zwykłym – jakże ludzkim! – pragnieniu „lepszości”. Lecz co myśleć o namiętności zgoła odwrotnej, o pragnieniu własnej pośledniości? Jak rozumieć ową potrzebę bycia „mniejszym”? Czym tłumaczyć ów brak oporu przed wejściem w rolę pokornego wielbiciela, który umieszcza swego idola w jakichś odległych i niedostępnych rejonach? A przecież dobrze wiemy, że pycha tzw. prawdziwych pisarzy jest wręcz niewysłowiona; że nie tylko przywilejem, lecz bez mała obowiązkiem tzw. prawdziwego pisarza jest podtrzymywanie tezy o własnej genialności. Warto chyba przyjrzeć się tej grze, zapytać o konsekwencje poniżenia poprzez wywyższenie lub odwrotnie – wywyższenia za cenę poniżenia.

Mam tu na myśli konkretną i stosunkowo świeżą sprawę. Otóż, jak doskonale pamiętamy, miejscem wspólnym licznych omówień i komentarzy, jakie pojawiły się po ogłoszeniu przez Pawła Huellego „Mercedesa-Benza”, była dość oczywista konstatacja: polski autor złożył hołd czeskiemu pisarzowi, względnie: uczeń zapewnił, że proza mistrza jest dla niego niedoścignionym wzorem. Niepodobna zaprzeczyć – Huelle podziwia i wielbi Bohumila Hrabala. Dał temu wyraz na piśmie, w książce, której podtytuł brzmi: „Z listów do Hrabala” i której niezaprzeczalnym walorem jest obecność podwójnego planu narracyjnego: nadrzędną wypowiedź narrator kieruje do czeskiego mistrza, a w jej ramach rozwijana jest opowieść o perypetiach głównego bohatera, Pawła. Tyle że to coś więcej niż podziw i uwielbienie, to seria aktów strzelistych, aktów ofiarowania i zawierzenia – jeśli wolno w tym miejscu posłużyć się językiem liturgii. Samemu zaś pisarzowi bliższa wydaje się metaforyka erotyczna. W rozmowie z dziennikarzem „Rzeczpospolitej” powiada tak: „Pisząc najnowszą powieść »Hrabalem«, chciałem pokazać, jak szalenie ważny jest to dla mnie pisarz. „Mercedes-Benz” jest nie tylko hołdem, to wyznanie miłosne, poemat prozą”(1) . Idąc za rozerotyzowanym głosem gdańskiego autora, można by – niewiele chyba ryzykując – zauważyć, iż jest to więź podpadająca pod układ sado-maso, gdzie Hrabal, zgodnie z wolą Huellego, nie tylko jest partnerem dominującym, ale i Huelle czerpie rozkosz z własnej podrzędności (poniżenia). Autor „Postrzyżyn” jest potrzebny autorowi „Weisera Dawidka” już to jako obiekt adoracji, już to jako zwierciadło, w którym odbija się jego (Huellego) pisarska gorszość. A to wszystko dlatego, że istnieje ogromna różnica między dwoma afektami: co innego podziw czytelnika, czym innym jest „wyznanie miłosne” sformułowane przez pisarza. Z tych dwu zauroczeń tylko to pierwsze jest bezpieczne, wolne od poważniejszych implikacji, a także – bądźmy szczerzy – zupełnie obojętne dla świata. Natomiast uwielbienie zadeklarowane przez artystę to zawsze jakiś rodzaj zobowiązania. Trzeba wykazać, że hołd wcale nie jest pustym, retorycznym gestem, że może być poświadczony czynem pisarskim. Wypadało by dać dowód miłości? Właśnie tak! I tu zaczynają się schody.

 Tak więc wszyscy piszący o „Mercedesie” nie mogło być inaczej – powtarzali: „Huelle złożył hołd Hrabalowi”. Niewielu zapytało, czy jest to hołd udany, zupełnie tak, jakby liczył się wyłącznie piękny gest, gest jako taki, bez względu na jego charakter i jakość wykonawczą. Jednym z tych, którzy zechcieli przyjrzeć się nie tylko deklaracjom, ale i sprawdzić, ile zapewnienie te warte są w praktyce, był Krzysztof Uniłowski, autor recenzji pod wiele mówiącym tytułem „Nie będzie uczeń nad mistrza”… Recenzent najpierw zrekonstruował przesłanki, jakie w „Mercedesie” wyznaczają pole podziwu. Chodziło mu o to, by się przekonać, czy aby na pewno Paweł Huelle wie, za co trzeba podziwiać prozę Bohumila Hrabala. Ponoć wie doskonale, przy czym owej świadomości nie potrafi przekuć w czyn artystyczny. Pytał tedy i odpowiadał Uniłowski: „Dlaczego Huelle choć świetnym stylistą, to jednocześnie okazał się nieudanym uczniem czeskiego mistrza? Zgubił go brak szczypty mądrego niby to cynizmu, który w istocie oznacza »tak« (»ta-ak«?) powiedziane światu, choćby w świecie tym roiło się od rzeczy i wypadków, których akceptować nie sposób. A bez tego pisarz skazuje się na jałowe kaznodziejstwo, nieprzekonujące moralizowanie2 . W innym miejscu przytoczonego tu omówienia pojawiały się m.in. takie uwagi: Bo choć w teorii wszystko się niby zgadza, to „Mercedes- Benz” ma tę wadę, że, owszem, bawi czytelnika, ale w gruncie rzeczy pozostawia go obojętnym co do najważniejszych kwestii, co do borykania się bohaterów z losem (dodajmy, przewrotnym, środkowoeuropejskim losem) i przemijaniem. W odróżnieniu od »gorzkiej melancholii« Hrabala, »radykalna melancholia « Huellego nie porusza, choć nie dlatego, iżby była wyuczoną pozą. Rzecz raczej w tym, że narrator-bohater „Mercedesa-Benza” użala się wyłącznie nad sobą samym, co zawsze stanowi dość żałosny widok” (3) .

Co tak naprawdę zgubiło Huellego jako autora „Mercedesa”? Ano to, że w jego książce nałożyły się na siebie dwie perspektywy, wlazły sobie w paradę dwa porządki, niefortunnie skrzyżowały się dwa spojrzenia: czytelnika Hrabala i naśladowcy Hrabala. Dysponujemy w tej sprawie niejakim dowodem filologicznym. Otóż finałowa scena powieści (w pubie „U Irlandczyka” bohater wraz z przyjaciółmi pisze list do komitetu Noblowskiego), scena, w której dochodzi do nagłego spiętrzenia afektu i którą można wziąć za codę miłosnej pieśni, jest rozwinięciem opowieści zawartej w jednym z felietonów Huellego z cyklu „Imiona, miejsca…” (swego czasu cykl ten gościł na łamach „Gazety Wyborczej”). Z owego felietonu zatytułowanego „Dni słoneczne” wydobywa się wyłącznie głos oddanego czytelnika prozy Hrabala i w związku z tym rzecz nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Cóż, każdemu wolno kochać… Co tutaj szczególnie interesujące i co nie przedostało się do „Mercedesa” – Huelle-felietonista zaczyna swą opowieść, acz nie pisze o tym wprost, od wskazania na elementarną, doskonale znaną z naszych pism hrabaloznawczych, różnicę między historią pisaną przez małe „h” (Czesi) i duże „H” (Polacy) (4) . Istotą tej opozycji i zarazem ważnym argumentem w dyskursie czytelnika będącego miłośnikiem prozy czeskiej (osobliwie – twórczości Hrabala) jest przekonanie, iż pociąga i przyciąga nas brak: wielbimy to, czego nam nie staje; kochamy historię jako niewolnicy Historii itd. Przypomnę, idzie o pub zlokalizowany w szczególnym miejscu: „z widokiem na ulicę Grunwaldzką, która kiedyś nazywała się Adolf Hitler Strasse, a wcześniej ulicą Hindenburga, a nieco później Rokossowskiego, a całkiem najpierw aleją Główną” (5) . W takim miejscu, jakże boleśnie naznaczonym przez Historię, nie sposób nie myśleć z największą czułością o pisarzu, który, zaufawszy historii, nie potrzebował Historii, by stać się powszechnie podziwianą znakomitością. Słowem, w obrębie wypowiedzi felietonowej i na swój sposób okolicznościowej6 bez najmniejszych przeszkód akcentować można odrębność, wskazywać na różnicę, przy okazji skarżąc się na własny los (tu: niewolnika Historii). Nastawień tych nie da się natomiast pogodzić z praktyką naśladowczą. Imitacja bowiem znosi wszelkie różnice. Niepodobna wielbić Hrabala i pisać „Hrabalem”. O tym, że tak właśnie jest, powiadamia „Mercedes- Benz” Pawła Huellego.

Jest czymś charakterystycznym i zarazem zastanawiającym, że Huelle w swej powieści gromadzi głównie argumenty fana (wyznawcy). Niezwykle naiwna, choć szczera zapewne to argumentacja, typowa dla czytelnika prostolinijnego, nastawionego do literatury konsumpcyjnie. Hrabal w oczach narratora- bohatera „Mercedesa” to nade wszystko pocieszyciel strapionych („książki, które jak żadne inne pozwalały nam przetrwać najgorsze lata, bo pocieszały nas bezinteresownie, dawały natchnienie i ocierały łzy” (7) ). Według Pawła nie tylko proza Hrabala posiada moc terapeutyczną; to samo mówi bohater o biografii pisarza: „wszystko w moim życiu przyszło za późno, poniewczasie, a więc niejako niepotrzebnie i bez sensu, ale zaraz przypomniałem sobie tę pańską pracę w hucie albo pisarza w likwidacji, albo wesela w Libni i jakoś mi przechodziło, jakoś spłukiwałem w końcu z siebie tę melancholię” (8) . A co z argumentacją naśladowcy, już nie czytelnika zakochanego w pismach twórcy znad Wełtawy, lecz ucznia, który chciałby naśladować mistrza? W zasadzie na kartach „Mercedesa-Benza” pojawia się tylko jedna myśl tego rodzaju, o której wszelako nie da się powiedzieć, iżby była natury warsztatowej czy instruktażowej. Otóż Huelle przedstawia Hrabala jako pisarza obdarzonego łaską, a obecność tejże, jak wiadomo, wyklucza jakiekolwiek naśladownictwo. Autor „Skarbów świata całego” to artysta, któremu dana była „ostateczna wiedza o nicości”( 9) . Ów dar albo się posiada, albo nie – na próżno się trudzić.

Wie o tym na przykład Andrzej Stasiuk, artysta również szczerze zakochany w prozie Hrabala. Beskidzki pisarz jednak ma w sobie więcej pokory, z pewnością zdaje sobie sprawę z tego, że z fenomenami, których źródłem jest Opatrzność po prostu się nie dyskutuje. Oto on, Stasiuk, opowiada w miniaturowej notacji poświęconej czeskiemu mistrzowi, jak to wchodzi pewnego ranka do knajpy, gdzie „trzech facetów siedzi przy stoliku i popija piasta”(10) . I komentuje: „jeślibym miał znaleźć jakiś emblemat dla pisarstwa Bohumila Hrabala, to byłoby to tych trzech siedzących facetów. Nie ma w nich śladu heroizmu, nie ma w nich śladu literackości, nie ma pragnienia, by uzasadnić własną egzystencję. W końcu fundamentem świata nigdy nie były czyny, ale jedynie zwykłe, najzwyklejsze istnienie. I Hrabal, jak nikt inny, potrafił nam to opowiedzieć” (11) . W tym komentarzu odzywa się oczywiście, niczym głos z off-u, pisarskie credo Stasiuka, który niedwuznacznie daje do zrozumienia, że sam chciałby być (a przecież poniekąd jest) takim piewcą „zwykłego istnienia”, jakim był Hrabal. Owa ambicja bynajmniej nie wyklucza dystansu, wszak nawet własnych pragnień nie warto traktować z przesadnym nabożeństwem. Dlatego też bardziej ufam Stasiukowi, który w tytułowym zapisie z tomu „Tekturowy samolot” swoje frazy pełne zachwytów nad „hand-made mistyką” Hrabala puentuje, posługując się parafrazą: „jak się człowiek schleje, to i w Kersku jest Kilimandżaro” (12) .

Huelle i Hrabal – dwa światy, dwa różne temperamenty i dwie odmienne osobowości twórcze. Jak ich pojednać? Może dowcipnym powiedzonkiem-hybrydą z lat mej młodości „miłość jest ślepa, a jej laska nebeska”? Mówiąc zaś całkiem poważnie: nie mam nic przeciwko uwielbieniu, jakim otacza się u nas czeską epikę, a zwłaszcza prozę Hrabala, nie krzywię się nawet na afekty w wersji radykalnej (Paweł Huelle). W końcu – jak na prawdziwy afekt przystało – uczucia tego rodzaju muszą znajdować się na antypodach rozsądku; to silniejsze od człowieka. Miłości tedy mówię „tak”. Naśladownictwu wcale nie musze mówić „nie”, ponieważ jakakolwiek imitacja jest po prostu niemożliwa. Nikomu przecież z naszych pisarzy nie udało się wejść na ścieżki, którymi przechadzał się Bohumil Hrabal, a przypomnijmy w tym miejscu, że proza ta jest u nas podziwiana od dawna, co najmniej od końca lat sześćdziesiątych, znalazła w Polsce doskonałych tłumaczy (z Andrzejem Czciborem-Piotrowskim na czele), promotorów (z Józefem Waczkówem, także zresztą tłumaczem, na czele) i rzesze fanów, aczkolwiek nie wierzę, by w pubie „U Irlandczyka” zacni gdańszczanie przerzucali się cytatami z kilkunastu wydanych w Polsce książek wielkiego Czecha (ot, piękne literackie zmyślenie, mówmy sobie prawdę).

Zależności i parantele, o których od czasu do czasu się u nas mówi, są li tylko powierzchowne, naskórkowe, polegające co najwyżej na próbach skopiowania pojedynczego chwytu, motywu, charakteru postaci literackiej czy sytuacji. Ostatnio w roli dyżurnego przykładu występuje, rzecz jasna, proza Jerzego Pilcha, a zwłaszcza jego „Inne rozkosze”. Sam kiedyś wiązałem tę opowieść – bo nie było innego wyjścia – z czeską wrażliwością i motywiką, akcentując przy tym, że raczej o wpływach „klimatycznych” należy mówić, niż rozprawiać o jakichś konkretnych powinowactwach. Co zaś się samej naskórkowości tyczy, to ostatecznie przekonał mnie Aleksander Fiut, który onegdaj przytomnie zauważył: „Trudno sobie wyobrazić, by Hrabal określał narratora mianem: »my, starzy ewangelicy« i zarazem »my, starzy łóżkowi wyjadacze«!”(13).

Wielokrotnie odpowiadano nad Wisłą na pytanie, dlaczego kochamy Bohumila Hrabala (14) , względnie rozprawiano o tym, czego tak bardzo brakuje naszej literaturze, że poszukaliśmy tego u autora „Pociągów pod specjalnym nadzorem”. W tej sytuacji chciałbym oczywiście uniknąć zbędnych powtórzeń. Zarazem trudno przemilczeć pewną przykrą sprawę. Otóż bodaj wszystko to, co powiedziano u nas na chwałę Hrabala, wyartykułowano jednocześnie przeciwko literaturze polskiej. A na to zgody nie ma. Bohater Huellego powiada, że pociechy i wsparcia udzielił mu czeski pisarz, w domyśle: krajowi pisarze zawiedli. Wydaje mi się, że zarzewiem tej przykrości jest – by tak rzec – geograficzne złudzenie. Bo też – darujcie banał – geograficzna bliskość wcale nie musi być tożsama z bliskością kulturową. Nawet jakby się ktoś bardzo uparł, to i tak doświadczenia artystycznego Hrabala w naszych warunkach by nie powtórzył. Powody są znane. Znane są też kompleksy, w jakie wpędził polskich pisarzy czeski mistrz. Niektóre z nich odzywają się w powieści Pawła Huellego.

Weźmy sprawę „człowieka prostego”. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w tej materii proza polska powinna mieć do siebie bezmiar pretensji, a o pisarzu polskim można by powiedzieć, posiłkując się frazą klasyka, „ty, który zaniedbałeś człowieka prostego”. Dziś, a więc poniewczasie, gdański pisarz staje po jego stronie; dziś, kiedy na powrót ożywają socjalistyczne tęsknoty, a wsparcie, jakiego bohater „Mercedesa” udziela pannie Ciwle (na pohybel różnym Szkaradkom i Elefantom), nie wymaga dodatkowych uzasadnień. Być oddanym i szczerym „przyjacielem ludu” w epoce Gustava Husáka oznaczało jednak co innego. Było, nie było, Hrabal udowodnił w swoich książkach, że demokratyczny socjalizm nie tylko był możliwy, ale i był bardzo sexy. Przestrzenią, w której autentycznie realizowała się ta piękna utopia, była oczywiście słynna czeska knajpa zaludniona równie słynnymi ‘pábitelami’ (bajdułami, roicielami – różnie to u nas tłumaczą). Przesłanie zaś dobywające się z wnętrza tej knajpy brzmiało: jest dobrze! Czy można było tamto doświadczenie przeflancować na grunt polski? Otóż zdecydowanie nie można było!

Albo inne doświadczenie, tym razem stricte artystyczne, również utopią podszyte. Zacytujmy: „Bohumil Hrabal był najbardziej nowoczesnym, najbardziej awangardowym prozaikiem dwudziestego wieku, a przy tym nie miał w sobie nic z awangardowych barbarzyńców, z tej przekupnej hołoty, która poza naśladownictwem paru gagów Kabaretu Voltaire z Zurychu nic już nie umie sklecić”(15). Miłośnicy twórczości Hrabala dobrze wiedzą, skąd się owa nowoczesność wzięła, znają na pamięć historię przemiany surrealisty w piewcę „prozy  życia” i „przyjaciela ludu”. Ależ piękna metamorfoza dokonała się w oparach i huku kladeńskiej stalowni! Nawiasem mówiąc, jest to jedyny znany mi przypadek w pełni udanej, zakończonej jakże pomyślnie, pracy reedukacyjnej: doktor praw i niedoszły poeta-awangardysta, oderwany od mas ludowych, został przecież „wyprostowany” przez klasę robotniczą; to, kim się stał jako artysta, zawdzięcza swym towarzyszom, ludziom ciężkiej, fizycznej roboty. Chcę przez to powiedzieć, że kompleksy pisarzy polskich, zadręczających się myślą, iż nie udało się im przezwyciężyć antynomii nowoczesności, są po prostu absurdalne. Nie jest bowiem niczyją winą, że nad Wisłą nowoczesność literacka urzeczywistniała się wedle innego scenariusza, że – inaczej niż nad Wełtawą – prądy konstruktywistyczno-racjonalne jakoś się nie przebiły, że lekcja surrealizmu w ogóle nie została tutaj odrobiona itd. Tego zaś, że nie prowadzono u nas akcji reedukacyjnych (nie było takiej potrzeby, pisarze sami postawili na soca), nie żałuje bodaj nikt.

Na koniec powiem tak: kult czeskiej prozy oraz towarzysząca mu landrynkowatość (och, jak słodko!), osobliwie bałwochwalcze tańce wokół Bohumila Hrabala, zawsze wydawały mi się podejrzane. Ów niepokój – proszę się nie dziwić – to odruch etyczny. Otóż wywyższenie przez poniżenie (proza czeska u góry, krajowe produkty beletrystyczne na dole) łatwizną zalatuje. I dlatego jest nie do przyjęcia. Wybrać Hrabala, a zostawić w kącie Huellego? Doprawdy, nie godzi się. Stać nas na wybór bardziej heroiczny.

Dariusz Nowacki

1  „To se ne vrati, panie Kowalski!” Z P. Huellem rozmawia J. Cieślak, „Rzeczpospolita” z 9 lutego 2002 r.

2 K. Uniłowski, „Nie będzie uczeń nad mistrza...”, „Opcje” 2002 nr 1.

3 Tamże.

4 Wielokrotnie ogrywano tę opozycję. Oto typowa próbka: „Pisarze polscy zwykli pisać o historii przez duże H. Do naszego losu zbiorowego ma się to jako tako, ale do naszych losów pojedynczych - wcale" (A. Kaczorowski, „Nasz Hrabal”, „Gazeta Książki” 1997 nr 3).

5  P. Huelle, „Dni słoneczne”, „Gazeta Wyborcza” z 1-2 sierpnia 1998 r.

6 Pretekstem było ukazanie się albumu „Pamiętam jedynie słoneczne dni. Bohumil Hrabal w fotografii” z posłowiem Aleksandra Kaczorowskiego.

7 P. Huelle, „Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala”, Kraków 2001, s. 129.

8 Tamże, s. 49.

9 Tamże, s. 135.

10 A. Stasiuk, „O Hrabalu”. W tegoż, „Tekturowy samolot”, Wołowiec 2000, s. 201.

11 Tamże, s. 201-202.

12 Tamże, s. 76.

13 A. Fiut, „Postmodernizm á la polonaise”. W tegoż, „Być (albo nie być) Środkowoeuropejczykiem, Kraków 1999, s. 317-318.

14 Ostatnio odpowiadał na to pytanie Mariusz Cieślik („Dlaczego kochamy Hrabala”, „Rzeczpospolita” z 15 czerwca 2002 r).

15 P. Huelle, „Mercedes-Benz...”, s. 131.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas