poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
OTA PAVEL
Bieg przez Pragę
Tłumaczyła Urszula Lisowska

Kiedy po wojnie komuniści stali się jedną z wiodących partii, mój tatuś natychmiast do niej wstąpił. Pociągnął za sobą mamusię, braci. Tylko ja byłem na to jeszcze za młody. Wstąpił do tej partii komunistów zachwycony, jak wielu innych, Armią Czerwoną. Tego zachwytu doznał na furze zarośniętego radzieckiego żołnierzyka, który go wiózł do Busztehradu. Prócz tego wierzył, że wreszcie przyszli ci, którzy nie będą dzielić ludzi na białych i nie, Żydów i nie-Żydów. Przynajmniej tak wszyscy w swoich książkach i przemówieniach obiecywali, od Lenina począwszy. Po powrocie z obozu koncentracyjnego nasi używali radości życia. Chodzili tańczyć do barów Belvedere, Barbarina. Wino lało się strumieniami, jak gdyby chcieli sobie wynagrodzić lata cierpień, biedy i poniżenia. Przychodził do nas wtedy Arnoszt Lustig, studiował i hulał z moim bratem Jurkiem. Lustig najchętniej tańczył z naszą mamusią, był wybornym tancerzem, unosił się nad parkietem jak delikatny wietrzyk, mamusia też lubiła z nim tańczyć, dlatego że mój tatuś tupał i sapał przy tańcu jak słoń. Mama była prawdziwą pięknością, a Lustig trochę się w niej podkochiwał. Pewnego razu podszedł do niej przystojny, wysoki pan o blond włosach, tato skinął przyzwalająco, że mamusia może z nim zatańczyć. Ten pan zaczął się do niej zalecać, a w trakcie tańca powiedział:

– Jest pani taka piękna. – Nie mógł od niej oczu oderwać.

Mamusia uśmiechnęła się, bo której kobiety by to nie ucieszyło. Ale później ten piękny pan dodał:

 – Interesowałoby mnie tylko, co ma pani wspólnego z tym Żydem?
 – Trójkę dzieci. – Odpowiedziała mama, dotrwała do końca melodii, a potem znów usiadła obok tatusia.

W Belvederze tatuś poznał Amerykanina Johnego. Johny był piękny jak panienka, za to łapska miał jak niedźwiedź. Tatuś mawiał, że jak go zobaczą jakieś czeskie dziewuchy, to zaraz się rozbierają, ale ja miałem wtedy dopiero czternaście lat i nie wiedziałem, co to znaczy.

Rzeczywiście niezły był z niego gość, latał na Niemców samolotem bojowym, kilku strącił, zanim go zestrzelili i zrobili z niego częściowego inwalidę, utykającego lekko na lewą nogę. Ale odwaga go nie opuściła, wszyscy uciekali, kiedy jeździł po Pradze swoim dżipem – jeepem Willysem. Poza tym pełnił ważną funkcję w Unrze, która chciała pomóc Czechom, miał kieszenie pełne dolarów, mojemu tatusiowi podarował całe galony benzyny, tysiące amerykańskich papierosów, swetry, kawę, konserwy i mnóstwo gumy do żucia. Tatuś wszystko to przyjmował, mimo że był członkiem partii i zupełnie mu nie przeszkadzało, że to od Amerykanina. Bo kto inny, jak nie Żydzi, którzy najbardziej ucierpieli, mieliby teraz korzystać z tych amerykańskich dóbr.

 Johny był przy tym prawdziwym poczciwcem. Opowiadał, że miał przodków gdzieś na północy Czech i odziedziczył po nich piękne kamienice, w których będzie kiedyś gospodarzył, ale ciągle nie miał czasu, żeby jechać i obejrzeć te domy.

Zbliżały się wybory w czterdziestym szóstym i tatuś sobie umyślił, że nasza rodzina musi się jakoś przyczynić do zwycięstwa komunizmu. Jego plan przedstawiał się tak, że wieczorem w przeddzień wyborów pobiegniemy przez Pragę. Będziemy mieć numery partii politycznych i przepowiemy wyniki wyborów.

Nasza mamusia oświadczyła, że na tak idiotyczny pomysł może wpaść tylko tatuś, ale on niewiele sobie robił z jej gadania.

Kiedy teraz przywołuję te zdarzenia w pamięci, muszę przyznać rację tatusiowi, to było coś pięknego i zarazem wyjątkowego.

Tato znikł wczesnym rankiem z postanowieniem, że przyprowadzi na bieg Johnego, bo taką akcję powinna wspierać armia.

Przyjechali późnym popołudniem, Johny najwyraźniej nie chciał o tym słyszeć. Ale tacie się udało. Nie wiem jak, ale było jasne, że skoro potrafi sprzedać odkurzacz we wsi, w której nie mają elektryczności, to potrafi przekonać także Johnego.

Przyjechali do nas w jesienne popołudnie, już nie pamiętam czy świeciło słońce, czy się chmurzyło. Wiem tylko, że Johny był lekko wstawiony, pod kierownicą miał butelkę whisky i mruczał coś pod nosem. Podszedłem do niego bliżej i usłyszałem wyraźnie:

 – Niech zginie stary podły świat...

Tak więc memu tacie udało się go całkiem urobić. W czasie kiedy myśmy się przebierali w koszulki, Johny trenował swoim dżipem jazdę w kółko po ulicy Farskiego, jedna noga na gazie, druga na błotniku, i palił cygaro. Miał na sobie zupełnie nowy mundur pułkownika armii amerykańskiej, w którym było mu piekielnie do twarzy. Myślałem, że gdyby szła tędy jakaś dziewczyna, zaraz by się rozebrała. Ale on czekał na nas.

Było nas trzech braci, tato oczywiście nie biegł, to już było ponad jego siły, nogi miał mocno wygięte w „o”. Za sto gum do żucia od Johnego pozyskał jeszcze jednego chłopca, jako czwartego w tym biegu za zwycięstwo komunizmu. Mama przypinała nam numery i po cichu nadawała na tatę. Ale tatusiowi płonęły oczy, był święcie przekonany, że tym biegiem zapewnia zwycięstwo komunizmu po wieczne czasy. Sądził też, że sam bieg okaże się nie lada wydarzeniem.

Wyszliśmy przed dom. Zauważyliśmy, że Johny dopił już whisky.

Pierwszy wystartował Hugo, miał piękną sylwetkę, tatuś osobiście przypiął mu na piersi jedynkę, z którym to numerem startowali w wyborach komuniści.

 Jako drugiego wysłał tatuś na trasę tego chłopca, który biegł za sto gum do żucia. Dał mu numer trzy, drudzy będą socjalni demokraci.

Jurek pobiegł jako trzeci z numerem dwa. Reprezentował partię ludową.

 Mnie tatuś zostawił na sam koniec. Narodowi socjaliści zajmą czwarte miejsce. Tatuś wybrał mnie umyślnie, bo biegałem najlepiej i jakby przyszło co do czego, mogłem wziąć nogi za pas. Trenowałem w Sparcie u ojca Jandery, miałem wyćwiczone uda i mocne odbicie. Ojciec Jandera przepowiadał mi wielką przyszłość sprintera, ale nie miałem cierpliwości trenować. Atletyka to prawdziwa harówa.

Tato kazał mi lekko utykać, zapewne, żebym zachował dystans w stosunku do pozostałych, a może miałem pokazać, jak źle się wiedzie partii narodowosocjalistycznej.

Wystartowaliśmy z placu Strossmayera na nabrzeże, a stamtąd na Przykop. Zaczęło się nieźle. Biegłem prawie sam przez Pragę, znajdowałem się w centrum uwagi, komuniści klaskali, narodowi socjaliści cicho pogwizdywali. Żaden trening czy harówka, to był niezwykły wyścig, którego wynik tatuś ustalił z góry. Pierwsi komuniści, ostatni narodowi socjaliści. Proste zasady, nie było tylko mowy o wyprzedzaniu. W oknach powiewały sztandary, ludzie ubrani odświętnie i w dobrych humorach. Nawet przestawałem kuleć, wypinałem pierś i pokazywałem swoje silne nogi, odbijające się od chodnika. To było naprawdę upajające, jedynie tato jadący za mną z Johnym w dżipie napominał mnie od czasu do czasu:

– Dobrze! Dobrze! Tylko bardziej utykaj!

Za mną jechał Johny. Trzy razy dobrze mu się przyjrzałem, poprawiając opadającą skarpetkę. Jechał najlepszym amerykańskim autem bojowym, o którym mówiło się, że wygrało drugą wojnę światową, to był model MB, sześćdziesiąt koni mechanicznych, miał świetne przyspieszenie i już po pierwszych paru metrach osiągał fantastyczną prędkość. Dżipy służyły do wykrywania min, likwidowania barykad, jako drezyny, a teraz jeden do ubezpieczania wyborów komunistycznych. Dżip miał piękne, pomalowane na biało opony, a na masce gwiazdę amerykańską. Przypominał niezwykłą zielonobiałą rybę z wyłupiastymi oczami. Johny pięknie wyglądał w tym dżipie, palił nie wiadomo które cygaro i coś mruczał pod nosem, pewnie tę piosenkę o starym podłym świecie, której uczyli tatusia w dzieciństwie górnicy w Busztehradzie, żeby rozwścieczyć babcię Malwinę.

Nie wiem, dlaczego tacie przyszło do głowy, że pobiegniemy przez plac Wacława, tam pod wydawnictwem „Melantrich” kwaterę główną mieli narodowi socjaliści, w których imieniu biegłem, kulejąc, dopiero na czwartym miejscu. Skręciliśmy z Przykopu w górę i już z oddali widziałem ten straszny tłum pod „Melantrichem”. W miarę jak się zbliżałem, kurczyła się we mnie dusza. Uliczka, w którą miałem wbiec, zaczęła się zwężać. Obejrzałem się na tatę, który był moją ostatnią nadzieją. Ale za dobrze znałem swojego tatusia, żebym zbytnio tej nadziei ufał. Miał pewne wady, ale nie był zasranym Żydem, jak się o Żydach czasami mówiło. Nikomu nie przepuścił, stłukł już paru, którzy go skrzywdzili albo za bardzo podskakiwali, miał z tego powodu kilka rozpraw w sądzie. Żyd numer jeden to nie był dla niego ani pan Einstein, ani pan Chaplin, ale bokser Baer, który wykończył Schmelinga. Mój tatuś przed wojną kazał w naszym mieszkaniu zbudować ring i musieliśmy się ćwiczyć w boksie, ja miałem wtedy siedem lat. Przychodził nas uczyć pan Hrabak, a przede wszystkim pan Jenda Herzmanek, który zdobył srebrny medal olimpijski w Amsterdamie. Ale przeczuwałem, że moje doświadczenia z czasów, kiedy miałem siedem lat, teraz nie na wiele się zdadzą.

Było jeszcze jedno wyjście. Nie biec w ogóle. I to właśnie zrobiłem. Nogi same odmówiły mi posłuszeństwa. Stanąłem, dżip też zahamował. Tatuś mógł zawołać: „Wskakuj na górę, przyjacielu!”, gdzie było wspaniałe auto Johnego, jego mundur, prawdziwy amerykański kolt, pięści tatusia, ale tato tego nie zrobił. Uwielbiał tego Baera, a nie pana Einsteina. Wychylił się z samochodu i rozkazał mi:

– Biegnij! Kulej!

Moi bracia i ten chłopak od gum do żucia już znikli. Wbiegłem powoli przed „Melantrich”. To ciekawe, że do tej pory niewielu ludzi zauważyło nasz bieg, ale na placu Wacława było inaczej. Od razu zrozumieli o jaką agitację chodzi, bo to byli inteligenci. Najpierw zamilkli ze zdziwienia, że mam tyle tupetu, żeby stroić sobie z nich żarty przed samym „Melantrichem”. Nabrali powietrza w płuca i z wrzaskiem rzucili się za mną. Jakieś wyścigi na Strahovie w porównaniu z tym to pikuś. Natychmiast przestałem kuleć, jak mi radził tatuś, i zastosowałem się do poleceń ojca Jandery:

– Wyskocz!
– Wysoko podnoś kolana!
– Nie patrz w lewo!
– Nie patrz w prawo!
– Zmiataj!

Było za późno. Koło się zacieśniało, ludzie zastawiali wszystkie przejścia. Na przedzie zniknęli moi odważni bracia, a dżip wraz z załogą pozostał w tyle. Johny trąbił przenikliwie i to było wszystko.

Już nie miałem dokąd uciekać, więc stałem i czekałem, nogi uginały się pode mną, a serce, gdyby mogło, wyskoczyłoby z ciała i samo by uciekło po chodniku, żeby wzbudzić litość. Stali już całkiem blisko. Potem jeden z nich pochylił się i zerwał mi numer. Drugi tak mnie walnął, że osunąłem się na kolana. Zaczęli mnie tłuc. Uchylając się od ciosów, widziałem ich oczy. To były oczy urzędników, doktorów, inżynierów, handlowców, tylko ten pierwszy, który mnie uderzył, musiał być rzeźnikiem, tak straszliwy był ten cios.

Znałem te oczy. Tłukli mnie za moje późniejsze przesadzone reportaże radiowe i za naiwne opowiadania, za głupoty i łajdactwa, których się dopuścimy, kiedy jutro zwyciężymy. Bili mnie za zdrady i morderstwa, które będą naszym udziałem.

Usiłowałem przedostać się do przodu. Zdarli ze mnie koszulkę, spodenki i stałem nagi na placu Wacława, zakrywając sobie przyrodzenie. Był ze mnie wtedy piękny chłopak, ale nie aż tak piękny, żebym mógł stać w samym środku mateczki Pragi, jak mnie Pan Bóg stworzył. Z nosa i twarzy ciekła mi krew, spływała po piersi i udach.

Nagle pojawił się dżip Johnego. Kiedy Johny zobaczył mnie okrwawionego, zatrzymał samochód, wyjął kolta i w zupełnej ciszy zbliżał się w moim kierunku. Nie zaczął strzelać. Schował pistolet, wziął mnie na ręce i zaniósł do dżipa, krew wsiąkała w jego piękny mundur. Tato siedział na drugim siedzeniu, zaciskał pięści i kipiał ze złości.

Później Johny ruszył przez Pragę jak wariat. Wniósł mnie na rękach do mieszkania. Kiedy mamusia mnie zobaczyła, chciała się najpierw rzucić na tatusia, który wpadł na ten świetny pomysł. Tato uciekał po schodach, krzycząc, że biegnie po  doktora. Doktor Ptaczek miał wielkie okulary i mnóstwo opatrunków. Umył mnie, zalepił jak podziurawioną oponę i zabandażował.

Następnego dnia obudziłem się dopiero pod wieczór, wszystko mnie bolało, myślałem, że umieram. W moim pokoiku ktoś pokornie czekał. Przez szpary między bandażami zobaczyłem tatę, uśmiechał się do mnie, a w klapie marynarki miał czerwonego goździka. Coś mówił, ale ja go nie rozumiałem. Kręciłem głową, a on się nade mną nachylił i znowu coś powiedział. Chciał mnie jakoś pocieszyć i chyba coś mi dać. Widziałem jego rozradowaną twarz i w końcu usłyszałem wyraźnie:

– Zwyciężyliśmy.

Za nim stał Johny i przytakiwał, że wygraliśmy, nieprzeczuwając, że wraz z tym zwycięstwem stracił swoje piękne kamienice na północy Czech, których wciąż jeszcze nie zdążył obejrzeć.

Potem tatuś mi powiedział, że rozmawiał z posłem Hrubym, i że w przyszłym roku przyjmą mnie z wyprzedzeniem, w wieku siedemnastu lat, do Komunistycznej Partii Czechosłowacji.

Leżałem w łóżku, bolała mnie głowa, opuchnięta szyja, tyłek i noga, w którą mnie kopnęli, i na którą, już bez zachęty ze strony tatusia, długo potem utykałem. Patrzyłem smutno na tatę i myślałem o tym, czy jeszcze kiedykolwiek będę mógł grać w Sparcie w hokeja.

Wtem Johny w ramach przeprosin wyjął z torby najpiękniejszą koszulę, jaką kiedykolwiek widziałem. Prawdziwa amerykańska koszula oficerska w kolorze khaki, z delikatnego płócienka, z naszytymi małymi lwami i gwiazdkami oficerskimi. To było coś, czego potrzebowałem w tym momencie najbardziej. Mogłem to położyć obok siebie na łóżku i bawić się tym jak misiem czy lalką. Chciałem zasnąć i cieszyć się, że kiedy się obudzę, ta koszula ciągle tam będzie i znowu zapaść w sen ze świadomością, że nikt mi jej nie zabierze.

Długo tak spałem, jako przyszły członek KPCz, z amerykańską koszulą na uroczyste okazje u boku, a kiedy całkiem wyzdrowiałem, komuniści mieli już władzę, o której przez dziesiątki lat marzyli, i zaczęli robić w kraju porządek.

Mój tatuś starał się, żeby komunizm wyprzedził kapitalizm, jak sobie tego życzył Józef Stalin. Starał się, jak mógł, chociaż wielu Żydów mu mówiło, że jest meszuge. Nie powierzyli mu nigdy żadnej ważnej funkcji, został przewodniczącym jakiejś instytucji zajmującej się rozrywką, chodził po przedsiębiorstwach, bo nie miał już amerykańskiego buicka, i zdobywał do loterii fantowej gipsowe jelenie, krasnoludki i lalki, które tańczą, kiedy się je nakręci. Kiedy pomógł mi wstąpić do partii komunistycznej w wieku siedemnastu lat, musiałem przejąć te obowiązki po nim. Wtedy wydawało mi się to ekscytujące, ale teraz uświadamiam sobie, że przez zebrania, loterie fantowe, manifestacje przyjaźni, jelenie i krasnoludki z gipsu nie nauczyłem się tańczyć i miałem o wiele mniej dziewczyn niż inne chłopaki, co będzie mnie jeszcze długo trapić.

Tatuś bronił komunizmu na każdym kroku.

Głównym argumentem, że nie jest z nami tak źle i że już doganiamy kapitalizm, było to, że w każdym sklepie można zmyć komuś głowę za młynek do kawy. Wśród przyjaciół rozpowiadał, że komunistą został zanim założono partię komunistyczną. Już jako dziecko wynosił z majątku placki dla biednych. Podczas ucieczki z Legii Cudzoziemskiej czytał niegramotnym hiszpańskim komunistom ich gazety, chociaż nie znał hiszpańskiego. W więzieniu Fernando Póo śpiewał „Avanti popolo”. Piłkarzom SK Kladno kazał pomalować płot i balustradę. Na statku „Teresa Taja” wiózł jako chłopiec okrętowy rosyjskie szlachcianki, które uciekały przed rewolucją październikową, a on im dawał tylko sardynki. Kiedy omdlewały od upału, obmywał im ich piękne piersi.

To były niepodważalne dowody, z tym, że o ile w tym ostatnim pewną rolę odgrywała rewolucja październikowa i ta ograniczona ilość sardynek, o tyle nie bardzo mi się zgadzały te piękne piersi szlachcianek.

Ale niech tam, prawdą jest, że tatusiowi było blisko do komunizmu, często obcował z włóczęgami, powsinogami i biedakami. A przede wszystkim miał życzliwe serce.

Kiedy w Czechach zwyciężyli komuniści, jego bliski przyjaciel kuśnierz Heller powiedział mu:

– Głupiec z ciebie. Jeszcze im pomagasz!

Potem Heller wyjechał do Anglii i otworzył tam zakład kuśnierski, taki jak w Czechach.

Mój tatuś już nie handlował jak dawniej: zarabiał jak mógł. Wiodło nam się coraz gorzej, ale dla tatusia było ważne, że istniała przyjaźń, braterstwo, a przede wszystkim równość ras. To było warte więcej niż wszystkie pieniądze.

Później rodzice mieli już tylko mały domek w pobliżu Pragi. Pewnego razu przyjechałem do nich, w pierwszej chwili wydało mi się, że nikogo nie ma. Wszedłem do środka, przestraszyłem się, że może coś im się stało, ale w końcu znalazłem ich w pokoiku na tyłach domu. Mama leżała na tapczanie owinięta kocem i odwrócona do ściany, tato siedział w kalesonach przy stole i płakał. Włosy opadły mu na czoło, a łzy kapały na gazetę. To było „Rude Pravo”, które prenumerował, bo choćby jeden dzień bez tej lektury wydawał mu się stracony. Pochyliłem się nad nim i odgarnąłem mu włosy z czoła. Po raz pierwszy i zarazem ostatni przytulił się do mnie jak dziecko. Ze mnie był już wtedy kawał chłopa. Obejmując go, spojrzałem ponad jego głową do tego „Rudego Prava”, gdzie podkreślił czerwonym długopisem:

Rudolf Slansky, pochodzenia żydowskiego
Bedrzich Geminder, pochodzenia żydowskiego
Ludvik Frejka, pochodzenia żydowskiego
Bedrzich Reicin, pochodzenia żydowskiego
Rudolf Margolius, pochodzenia żydowskiego...

Ta lista Żydów ciągnęła się dalej i była rozmazana łzami. Kiedy się uspokoił, spojrzał na mnie nieprzytomnie, jakby mnie nie poznawał, i mówi:

– Znów zabijają Żydów. Znowu muszą zwalić na kogoś swoje winy.

Potem wstał, uderzył dłonią w to „Rude Pravo” i krzyczał:

– Ja wybaczam morderstwa. Nawet sądowe. Nawet polityczne. Ale w tym „Rudym Pravie” nie wolno im było napisać – pochodzenie żydowskie! Komuniści dzielą ludzi – na Żydów i nie-Żydów!

Znów uderzył ręką w to „Rude Pravo”, o ono rozsypało się jak zbutwiałe zimowe liście. Starodawny stolik z wyrzeźbionymi jeleniami też się rozleciał. Tato usiadł i ciężko oddychał. Wiedzieliśmy, że myśli o tym, że bezcelowe były manifestacje ze sztandarami, przemówienia o prawdzie i sprawiedliwości, że bezsensowna była ta krew, która kapała ze mnie na placu Wacława. Myślał też o tym, że Johny niepotrzebnie z nami wtedy pojechał, ten wspaniały chłopak, który potem kupił sobie ranczo w Teksasie i hoduje krowy. Zbyteczne były też gipsowe jelenie i ta lalka w różowej spódniczce, która tańczy, kiedy się ją nakręci.

Tatuś wstał i poszedł do szopy. Wyjął stamtąd największą siekierę do rąbania drewna. Przestraszyłem się i chciałem iść za nim. Mamusia prosiła, żebym go zostawił, że nigdy go nie widziała w takim stanie. Dopiero po chwili udało mi się jej wyrwać. Dobiegłem do drzwi, na których zawsze na pierwszego maja malował pięcioramienne gwiazdy. Dziś wyrył tam dwie wielkie gwiazdy. Stałem i liczyłem ramiona: „Jedno ramię, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć ramion...”

Podszedłem bliżej, jakbym nie wierzył własnym oczom. Tato myślał, że chcę zmazać te gwiazdy Dawida, podniósł siekierę w górę. Ale nie chciałem tego zrobić, zbyt dobrze go rozumiałem. Pod tymi drzwiami przestał być komunistą i stał się znowu Żydem. Patrzyliśmy na siebie. Miał w oczach coś, czego wcześniej nigdy u niego nie widziałem. Odbijało się w nich straszne rozczarowanie, poczucie beznadziei i rozpacz człowieka, który chciał przejść po stabilnym moście na drugą stronę rzeki, a tego mostu w rzeczywistości tam nie ma. W tych jego oczach dyndał też na sznurze Slansky z Margoliusem. Zbliżał się wieczór, wokół rozbrzmiewał śpiew ptaków, przypominający stare żydowskie psalmy. Odłożył siekierę i usiadł w kalesonach na krześle, które zawsze tu stało dla przechodniów zmęczonych drogą lub życiem. Czekał, że po niego też przyjdą. Ale nikt nie przychodził. Nie miał żadnej władzy i nie sprawował żadnego urzędu. Zbyt mały był z niego pan. W tym czasie hodował już tylko króliki.

Kiedy w nocy wyjrzałem przez okno na zewnątrz, ciągle jeszcze tam siedział. Właśnie w tym momencie spadała z nieba złota gwiazda, była piękniejsza, a może także bardziej sprawiedliwa niż wszystkie gwiazdy na tym dziwnym świecie.


Ota Pavel

Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas