poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PETR ŠABACH
Zakład

Pewnego razu wpadłem na piwo do takiej zwyczajnej knajpy. Siedziałem w kącie, przysłuchując się szmerowi. Kelnerka mogła już dobijać do sześćdziesiątki, ale miała tyle energii, że musiała jej dawać upust, żeby jej zdrowie nie doznało szwanku. Była mała i szara – niczym myszka. Zza okularów świdrowały bystre oczy, przez co jej spojrzenie było nazbyt surowe. Siedzącym w rogu dwom dziadkom podała flaczki i rogaliki. Piwo dostali wcześniej.

Kelnerka mechanicznie obróciła się wokół własnej osi, kontrolując w sumie pusty lokal.

Siedzący przodem do sali dziadek w dawnych czasach musiał być osiłkiem. Miał wspaniałą, imponującą łysinę, którą podczas rozmowy masował palcami tak lubieżnie, że aż mu zazdrościłem.

 Dziadek obok stanowił jego całkowite przeciwieństwo. Nogami niemal nie dotykał podłogi. Miał na sobie wyszmelcowany garnitur i wciąż się obmacywał, drapał czy jakoś tak.

– Mówię ci wyraźnie, pokazywali to w telewizji! – darł się wniebogłosy.
– Bzdura – powiedział z pełnymi ustami ten drugi – w życiu żem nie słyszał podobnej durnoty. He? No! Betonowe statki? Weź się odwal! He? No!
– Pokazywali w telewizji – krzyknął pierwszy, rozglądając się wkoło. W jego oczach widać było prośbę o wsparcie. Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, która dla mnie trwała kilka długich sekund.
– Beton nie może pływać – stwierdził poważnie łysol. – Wrzuć do zupy kawałek betonu, to zobaczysz, co zrobi. Pójdzie na dno. Ja ci to mówię! He? No!
– Trudno z tobą gadać! – jęknął mały staruszek. – Przecież powietrze je unosi! Myślisz, że jak pływają inne statki? Kurnia, wrzuć do zupy kawałek żelaza, to masz jak z tym betonem. Ale połóż na powierzchni łyżkę i co?
– Tylko że łyżka jest z aluminium! – triumfował łysoń. – He? No!

Kelnerka wyszła zza szynkwasu i stanąwszy z rękami pod boki, powiedziała ostrzegawczo do obu:

– Mało wam tego było wczoraj?

Dziadki zamilkły, smętnie wlepiając wzrok w talerze.

Posępny bufeciarz, wrzuciwszy kolejną monetę do automatu, opuszkami palców mechanicznie walił w przyciski. Przed nim wirowała migocąca ruleta, a cały automat mienił się tak, że można od tego było dostać zawrotu głowy.

Dziadki zamówiły nowe piwa. Mały łyknął, beknął z zadowoleniem, po czym wymamrotał:

 – W telewizji to najbardziej lubię filmy przyrodnicze. Zresztą gdzie człowiek może zobaczyć co ciekawego, jak dupy się stąd ruszyć nie da?

 Łysemu, spodziewającemu się czegoś złego, pociemniały oczy, ale na razie nie oponował. Mały przez chwilę bacznie mu się przyglądał, po czym względnie cicho krzyknął:

– Mówili w telewizji, że niedźwiedź kodiak mierzy trzy metry pięćdziesiąt!
 – Kurde balans, trzech pięćdziesiąt nie ma nawet słoń! He? No! – sprzeciwił się drugi.
– Jak stanie na tylnych łapach, a podniesie przednie, to niedźwiedź kodiak mierzy trzy metry pięćdziesiąt.
 – Kurnia, już mnie nie wpieprzaj! – wrzasnął łysoń, zrywając się nagle. Był to naprawdę olbrzym. – Ja mam dwa metry, ty metr sześćdziesiąt. Wleź na mnie i rękami dotknij sufitu. Potem pogadamy o tym twoim kodiaku. He? No! – A znowu siadając, dodał: – Kurde balans, to będzie cholernie wysoko.
– No dobra – zgodził się niespodziewanie maleńki i zaczął wspinać się tamtemu na plecy.

Łysoń siedział spokojnie i dopiero gdy poczuł na swoich barkach podeszwy, krzyknął:

– A teraz trzymaj się, dziadku!

Po czym wyprostował się powoli. Staruszek na górze z drżeniem kolan rozpaczliwie przytrzymywał się ściany.

– Zrób no tam kreskę! – przykazał łysoń.

– Dosyć tego! – rozdarła się kelnerka, która akurat niosła im piwo.

Dziadek na dole spojrzał na nią zdziwiony i uśmiechnął się przepraszająco. Ten na górze wyskrobał paznokciem w farbie wyraźną rysę, a schodząc potrącił stół i rozrzucił na wszystkie strony resztę rogalików.

– J – E – SZ – CZ – E – R – A – Z – kelnerka niczym tasakiem odcinała głoski – i więcej was tu nie chcę widzieć! Kapewu?

Po tych słowach poszła się uspokoić za szynkwas.

Maleńki dziadek był w lekkim szoku. Siedział bez słowa i jakby się obmacywał albo drapał.

– Kodiak? He? No! – sapnął łysoń, pociągając piwo.

Zza szynkwasu rozległ się ragtime. Bufetowy beznamiętnie sięgnął do kasy po nowe monety. Była to piękna kasa. Ohio, USA. Dzieło sztuki.

Dziadki w milczeniu spoglądały na siebie. Tego mniejszego ze strachu złapała czkawka. Czkał, niespuszczając z łysonia wzroku.

– Wstrzymaj oddech! He? No! – poradził mu olbrzym. Zaczerpnąwszy głęboko powietrza, maleńki zamarł, wgapiając się w przyjaciela. Ten przyglądał mu się dobrotliwie.

– Hy! – parsknął maleńki.
– A idźże ty! – powiedział olbrzym z niesmakiem. – Nawet chwili nie wytrzymasz bez powietrza! Ja w młodości na luzie wytrzymałem pod wodą dwie minuty, co jest trudniejsze, bo człowiek nie oddycha przez pory. He? No!

– Też to potrafię! – krzyknął maleńki, który jakby cudem pozbył się czkawki. – Pokazywali raz w telewizji, że niektórzy poławiacze pereł lekko wytrzymują pod wodą piętnaście minut!

Od szynkwasu dobiegł głośny stukot, towarzyszący wygranej. Kelnerka niczym mała dziewczynka kręciła się w koło, klaszcząc w dłonie. Bufetowy uśmiechnął się, ale nie był to miły uśmiech.

– Mówię ci, dziś nie wytrzymasz nawet tych dwóch minut i to na powietrzu. He? No!

Urażony maleńki zastanawiał się w milczeniu.

– O co zakład? – zapytał w końcu zdesperowany.
– Korona za sekundę! – palnął łysoń, czekający na podobne pytanie. – Do dwóch minut wszystko dla mnie, ponad dwie wszystko dla ciebie. Stoi?

Mały dziadek poweselał.

 – Do dupy z tym! – rozległo się spod szynkwasu, kiedy skończył się ragtime. Łysoń z namaszczeniem zdjął z ręki zegarek, kładąc go na stole.

 – Omega – cmoknął. – He? No!

Maleńki z poważną miną przyglądał się cyferblatowi. – Przygotuj się! – zakomenderował łysoń. – Uwaga... Start! Maleńki nabrał w płuca powietrza i zamknął oczy. Siedział nieruchomo z rękami na blacie stołu. Przez moment słychać było tylko odgłosy spod szynkwasu. Klapu, klap, zadźwięczał automat, a kelnerka zaklaskała. Bufetowy uśmiechnął się do niej krzywo i z obojętną miną zgarnął wygraną.

– Oddychasz! – stwierdził łysoń z mieszanką goryczy, ale i podziwu. – Dziadku, ty oddychasz!

– Pssst... – syknął maleńki, powoli otwierając przepełnione krzywdą oczy. – Co takiego? – wrzasnął.

– Wyraźnie żem słyszał, żeś oddychał. He? No!
– Na Boga, a niby jak miałbym to zrobić? – darł się maleńki.
 – Nosem – skomentował smutnie łysoń. – Nadużyłeś mojego zaufania. Oddychałeś przez nos, tak jak Feliks Slovaczek, kiedy gra na saksie. Robi wdech i jednocześnie dmucha. He? No!
 – Feliks Slovaczek? – krzyknął z niedowierzaniem maleńki, rozglądając się wokół. – Mówię ci, że nie oddychałem! – Po czym wstał i patetycznie podniósł rękę do przysięgi.
 – Jeszcze raz – postanowił łysoń.

Maleńki tym razem nie zamknął oczu. Wciągnąwszy powietrze, przekłuwał wzrokiem swego przyjaciela. Ten rewanżował mu się twardym spojrzeniem, od czasu do czasu zerkając na zegarek.

W twarzy maleńkiego nie drżał choćby jeden mięsień, ale jego oczy zmieniały się nieco. Już nie miały w sobie nic konkretnego, stawały się oczami bez wyrazu, dwoma wypukłymi, osadzonymi w głowie przedmiotami.

– No nie, znowu żeś oddychał – powiedział zniechęcony łysoń.

Maleńki siedział dalej, broniąc swoich racji poprzez kontynuowanie zakładu.

 – Już ci tego nie liczę – nieustępliwie oznajmił łysoń. – Możesz se oddychać, ile chcesz, ale ja ci nie będę robił za dupka! – Zaśmiał się nerwowo, potem starannie zapiął zegarek na grubym nadgarstku.

Maleńki wciąż bez ruchu gapił się na niego.

– Spokojnie se oddychaj – poradził mu olbrzym. – He? No! Bo takie coś nie jest w porządku.

Maleńki staruszek nabrał innego koloru i wyglądu. Jego oczy jakby mówiły: Będziesz mnie miał na sumieniu. Tylko ty, nikt inny. Padnę tu trupem, ale z honorem. Jak się poczujesz, kiedy cię będą wypytywać? Co im odpowiesz?

Łysoń ostentacyjnie rozpostarł gazetę, ale ukradkiem nadal obserwował przyjaciela. – Ty, nie wygłupiaj się, bo się jeszcze przekręcisz... – powiedział po chwili zastanowienia. Maleńkiemu brakowało już tylko paru chwil, żeby ostatecznie wybrać między honorową śmiercią a wygraną.

 – Uaaaaach! – wciągnął wreszcie haust powietrza, po czym powtórzył to „uaaaaach” jeszcze kilka razy.

Pięć minut siedzieli w milczeniu. Łysonia chyba zainteresowała gazeta, a maleńki wyglądał na zaciekawionego automatem przy bufecie. Znów rozległ się ragtime. Wciąż wściekle wirowała ruleta.

– A niech tam! – oznajmił nagle triumfalnie maleńki, spojrzawszy zdecydowanie na łysonia. – Spróbujemy to w wodzie.

Olbrzym starannie złożył gazetę, wpatrując się w tamtego z nie udawanym zainteresowaniem.

– Zrobimy tak, żebyś nie mógł mi zarzucać oszustwa – rozwijał pomysł dziadek.

Łysoń przysłuchiwał się z uniesionymi brwiami.

 – Podejdziemy do szynkwasu i ty mi przytrzymasz głowę w zlewie.

Olbrzym przemyślał propozycję, potem potakująco pokiwał głową:

– Jasne, w wodzie nie będziesz mógł oddychać. He? No! Dobra, stoi – podsumował propozycję.

Wstali i poczłapali w stronę szynkwasu. Bufetowy akurat stał tyłem do sali, budując z wyplutych przez automat pięciokoronówek zgrabne stosiki.

Olbrzym uniósł lewą rękę i wpatrzył się w zegarek. Prawą delikatnie, ale zdecydowanie położył na ciemieniu głowy przyjaciela, czekając, kiedy sekundnik doczłapie do dwunastki. Lekkim pacnięciem dał maleńkiemu znać, żeby zrobił wdech, po czym błyskawicznie zanurzył mu głowę w zlewie z bulgoczącą wodą, w której płukano kufle. Nie padło przy tym choćby jedno słowo.

Kelnerka była gdzieś w kuchni, skąd dobiegał jej głos. Bufeciarz nadal starannie układał monety. Olbrzym w milczeniu kontrolował czas.

Bezgłowy maleńki wyglądał jak dziecko. Stał na czubkach palców, z rękami przepisowo ułożonymi wzdłuż ciała. Rozcapierzone palce dłoni przypominały drżące wachlarzyki.

– Dwie minuty! – zagrzmiał wesoło olbrzym. – Moje gratulacje, dziadku!

Bufeciarz obejrzał się gwałtownie.

 – No nie! – wrzasnął, łapiąc łysonia za nadgarstek. – Dawaj go stamtąd! – Potem sam włożył rękę do zlewu i wyciągnął z niego mokrą głowę. Łysoń z przepraszającą miną stanął z boku.

 Zdezorientowany, ale uśmiechnięty ze szczęścia maleńki rozglądał się, mrugając oczyma. Wciąż nie mógł złapać tchu. Bufeciarz zamachnął się i rąbnął go pięścią w twarz. Maleńki niczym szmaciana lalka przeleciał przez salę, uderzając potylicą w przyciski kasy Ohio, USA, na której wybił sto sześć koron.

– Wytrzymałeś, dziadku! – pogratulował mu łysoń. – Jak bum cyk-cyk, dobry jesteś.

Było widać, że się naprawdę cieszy.

– Kurnia, a toś mnie nie znał młodego! – piał radośnie maleńki, jak gdyby wcale nie poczuł tego uderzenia, chociaż minę miał kompletnie ogłupiałą.
– Dwie minuty! He? No! – stwierdził wesoło olbrzym, zacierając ręce.
 – Spieprzajcie już stąd! – wrzasnął bufeciarz.
– Dobra, dobra – uspokajał go łysoń.
– Żadne dobra! Sto sześć koron do kasy!

Łysoń pogrzebał w portmonetce i podał maleńkiemu sto dwadzieścia koron:

 – Twoja wygrana. Korona za sekundę. He? No!

Maleńki kiwał głową, wpatrując się w złe oczy bufeciarza, po czym wrzucił pieniądze do zlewu. Monety chybotliwie opadały na dno, stukoronowy banknot kołysał się na powierzchni.

Dziadki wytoczyły się przed knajpę, a za nimi wybiegła machająca rachunkiem kelnerka.

Olbrzym serdecznie ściskał małemu dłoń, krzycząc przy tym do przechodniów:

– On to potrafi!

W środku wciąż wściekle wirowała ruleta.


Petr Šabach

Tłumaczył Jan Stachowski

Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas