poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JIŘÍ KRATOCHVIL
Opowiadanie z rozkoszną kulminacją
Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)

To opowiadanie zaczyna się jako historia mojego dziadka, a kończy jako moja. Dziadek mój był maszynistą w tych dawnych czasach, kiedy nie tylko pociągi miały jeszcze napęd parowy (to w końcu nie było tak dawno), ale kiedy piękne kobiety traciły głowę w wyniku nieszczęśliwej miłości. I z jedną taką głową, uczepioną za czarne włosy pod trzonem lokomotywy, przyjechał dziadek w nocy do parowozowni (remizy). Ponieważ jej załoga wypuściła się na nocne wędkowanie do pobliskiego stawu, usiadł tymczasem na palecie, żeby zjeść skromną kolację, i w tej chwili (z kromką w ręku) zobaczył pod lokomotywą ludzką głowę.

Wisiała tam jak latarnia promieniująca blaskiem, którym było jej niebiańskie piękno. Głowa była elegancko ucięta, tak jak potrafią uciąć tylko koła lokomotywy, chodziło niewątpliwie o samobójczynię, która nawet na torach kładzie się w ten sposób, żeby również po śmierci pozostał przynajmniej enigmatyczny znak jej piękności.

Dziadek wiedział, że powinien wszystko niezwłocznie zgłosić odpowiednim władzom. Wiedział jednak także, że śledztwo mogłoby nieoczekiwanie przyjąć niedobry dla niego obrót (takie rzeczy działy się wówczas dość często), i straciłby zatrudnienie, a może nawet skończył w więzieniu. A w swojej ówczesnej sytuacji (miał liczną rodzinę, przy tym właśnie mu się urodził najmłodszy syn, mój ojciec) na nic takiego nie mógł sobie pozwolić. Włożył więc głowę do worka... lepiej nie będę opowiadać, co zrobił z nią później. W dodatku śpieszył się, żeby zdążyć przed powrotem nocnych wędkarzy.

Zachował się więc jak morderca, który usuwa szczątki swojej ofiary. I jak morderca został ukarany tym, że przez całe życie głowa prześladowała go w bardzo plastycznych snach i że już zawsze widział jej otwarte oczy. Tak więc kiedy po raz pierwszy przyprowadziłem Lidię, a dziadek (ciekawska bestia) wyszedł ze swojego pokoiku i spojrzał w jej twarz, przestraszył się tak okropnie, że aż zatoczył się od ściany do ściany.

 Siedzieliśmy przy rodzinnej kolacji i nikt nie mógł oderwać oczu od mojej ślicznej, jakby to powiedzieć, współbiesiadnicy, tylko dziadek wbijał wzrok w kawałek zmiętego obrusu przed sobą, w końcu jednak kilka razy przełknął ślinę (jabłko Adama biegało mu jak oszalałe) i spytał Lidii, jak czuje się jej mama.

A Lidia podniosła głowę, smutno uśmiechnęła się do dziadka i powiedziała, że jej mama już nie żyje. W tym momencie dziadek przestraszył się tak ohydnie, aż zacząłem się obawiać, żeby nic mu się nie stało. Nie stało się jednak nic, ponieważ Lidia spokojnym głosem opowiadała już w tej chwili, jak pod koniec wojny jej mamę wywieziono do obozu w Oświęcimiu. I od razu było widać, że dziadkowi ulżyło, że kamień spadł mu z serca, i już znowu milczał.

Niedługo jednak. Po chwili wszystko przemyślał, uświadomił sobie relacje czasowe i jeszcze w czasie kolacji spytał Lidii, jak umarła jej babcia. A Lidia znowu podniosła głowę, znowu się uśmiechnęła i opowiedziała mu o śmierci swoich babek (jedna zmarła już pod koniec lat trzydziestych, kiedy na polu trafił ją piorun, druga zaś w pierwszych dniach po wojnie, na tyfus). Moi rodzice wytrzeszczali na nich oboje (na Lidię i na dziadka) oczy, bezustannie ich obserwując sponad maczanych w sosie kęsów.

A kiedy potem dziadek spytał jeszcze, czy któraś z babek Lidii nie miała siostry i ku swej radości dowiedział się, że nie, wytarł chlebem swój talerz i poszedł spać. Potem poszliśmy spać także i my, a moi rodzice, którzy wciąż nie mogli przyjść do siebie po rozmowie przy kolacji, tym razem nie zdobyli się na protest, kiedy prowadziłem Lidię do swojego pokoju.

 – Wiesz – przerwała moje zabiegi Lidia – chciałabym ci najpierw coś powiedzieć. Moja babcia ze strony matki nie umarła na tyfus w pierwszych dniach po wojnie, ale odeszła już trzydzieści trzy lata wcześniej, 14 maja 1912 roku, kiedy jako kobieta w pełnej krasie młodości położyła głowę na tory i pozwoliła, by odciął ją twój dziadek.
 – Naprawdę? – powiedziałem zdegustowany, bo przerwała właśnie w chwili, kiedy zaczynało mi być bardzo dobrze.
– I jest jeszcze coś – dodała. – Nie była to wcale moja babcia, tylko ja.

 I w tym momencie przypomniałem sobie, że od samego początku niepokoiło mnie w niej coś leciutko archaicznego (długo wstydziła się różnych rzeczy, których dzisiejsze dziewczęta już się nie krępują). Z drugiej jednak strony dotarło do mnie wtedy, że ma miękkie serce (przecież zataiła swoją tożsamość przed dziadkiem, żeby go nie przestraszyć), toteż będzie dobrą żoną dla mnie. A potem już bez tchu gnaliśmy do rozkosznej kulminacji.

Jiří Kratochvil

Z tomu „Miłości moja, Postmoderno” (1994)
 Tłumaczył Leszek Engelking

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas