poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
OTA FILIP
Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy (fragment)
Tłumaczył Jan Stachowski

 ROZDZIAŁ III

Najpierw życie komplikowała mi moja bezbożność, a potem, już w wieku dojrzałym, zarzucano mi, że jestem katolikiem. Pierwsze kłopoty z powodu wyznania zaczęły się w niemieckiej szkole powszechnej, do której tato i babka zaciągnęli mnie dnia pierwszego września roku jeden tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego. Darłem się całą drogę, ale na nic mi się to zdało.

W szkole nie za bardzo wiedziałem, o czym jest mowa, ponieważ nie umiałem po niemiecku, a akurat trafiłem na lekcję religii, na której nawet być nie powinienem, bo tato mnie nie ochrzcił. Mawiał, że bękarta chrzcić nie będzie.

Gdybym wiedział, że zaczyna się lekcja religii, tobym się z klasy urwał, ale było już za późno, ponieważ zjawiła się katechetka, chyba stara panna, i ze słowami „Heil Hitler” podniosła prawą rękę, a zaraz potem zaczęła odmawiać „Ojcze nasz...”.

Później wypytywała mnie o coś, pewnie czy jestem katolikiem, a ja, żeby jeszcze bardziej nie komplikować sobie sytuacji, powiedziałem, że tak. Wtrąciła się też Ewa Schubertowa i końcowy wynik mojej rozmowy z katechetką brzmiał, że mogę zostać na lekcji religii, co bardzo mi odpowiadało, bo Ewa także była katoliczką, no tak, ale Heinz Hupka, ten z chorą nogą, był ewangelikiem.

Przesiadywałem więc na lekcjach religii, próbując się połapać, o czym się mówi. Któregoś dnia dotarło do mnie, że w najbliższą sobotę pójdziemy do spowiedzi, a w niedzielę przyjmiemy komunię.

 Już wtedy chciałem wstać i powiedzieć katechetce, że nie mogę się spowiadać, ponieważ do tej pory nie jestem ochrzczony, ale układając w myślach swoje wystąpienie stwierdziłem, że nie znam ponad połowy słów, których miałbym użyć. Przykładowo nie wiedziałem, jak jest po niemiecku „święty”, „spowiedź” i tak dalej, i tak dalej.

Trudno i darmo, w sobotnie popołudnie udałem się na spowiedź do kościoła w Śląskiej Ostrawie, do którego w tym celu wezwano niemieckiego księdza z Witkowic, jako że ksiądz czeski nie znał niemieckiego, a gdyby nawet znał, kto wie, czy dostałby urzędową zgodę na wysłuchiwanie grzechów dziatek Wielkoniemieckiej Rzeszy.

W kolejce do konfesjonału raczej nie pchałem się do przodu, co więcej, starałem się jak najdłużej pozostać w tyle. W oczekiwaniu na swoją kolej ze strachu niemal zadręczyłem się na śmierć, nie znałem przecież niemieckiej nazwy ani jednego ze swoich grzechów. Byłem też trochę spocony i czułem, jak ciało ogarnia szczególny rodzaj wycieńczenia; całkowicie sparaliżowany strachem oraz słabością klęknąłem w końcu przed zakratowanym okienkiem i powiedziałem:

– Gruss Gott!

– Na also – wyszeptał proboszcz.

Nie miałem już nawet siły, żeby siebie zwymyślać od matołów za to, że poszedłem do kościoła i to tylko z powodu Ewy Schubertowej, no tak, ale Heinz Hupka też był z nami. Rozsiadł się w ławce czekając, aż wszyscy się wyspowiadamy i pomodlimy.

 Proboszcz w budce chyba się niecierpliwił, szeptał mi coś po niemiecku, ale ja nie rozumiałem niczego. Ksiądz szeptał na okrągło i zorientowałem się, że mam coś powtórzyć, więc zrobiłem to, choć nie wiedziałem, co mówię. Zląkłem się, że wypowiadam jakieś tajemnicze zaklęcia i tak mamrocząc, patrzyłem przez zakratowane okienko na wargi proboszcza – były wąskie i spierzchnięte.

Nagle dostałem ataku płaczu.

Chyba dusza w pięty mi poszła albo wyczułem instynktownie, że znalazłem się gdzieś, gdzie właściwie być nie powinienem, że wplątałem się w wydarzenia i słowa, których nie rozumiem. Zrobiłem się już tak słaby, że beczałem z głową opartą o zakratowane okienko.

 A potem poczułem na głowie czyjąś dłoń, która głaskała mnie po włosach, a jakiś głos mówił mi coś miłego, wprawdzie znów po niemiecku, lecz tym razem wydawało mi się, że rozumiem wszystko. Słyszałem, żebym się nie bał, że żaden śmiertelnik na tym świecie nie jest tak wielkim grzesznikiem, aby mu nie odpuszczono, że miłosierdzia Bożego wystarczy dla wszystkich, a zwłaszcza dla takich chłopców jak ja Pan Bóg ma ponoć w zapasie niejedno przynoszące ulgę rozgrzeszenie. Więc mam się nie bać i powiedzieć wszystko, co tak bardzo mi ciąży, że nawet nie mogę mówić.

– Tylko się, synu, szczerze wyspowiadaj – powiedział chyba proboszcz, bo i co innego mógł mówić – a będziesz oczyszczony z wszystkiego złego.

A potem rozgadał się chyba coś w tym sensie, że on tu jest po to, żeby mi pomóc wyzbyć się grzechów, o ile w ogóle jakieś mam, w co on szczerze wątpi, no bo jakież grzechy może mieć człowiek, który rozpłacze się mu przed konfesjonałem. Nie wiem dokładnie, co mi naopowiadał, ale chociaż nie rozumiałem ani słowa, to melodia jego zdań wydała mi się jasna, czułem wyraźnie, jak słowa czule mnie dotykają, uspokajają i przywracają siłę.

Opanowałem się więc i wydukałem, że nie znam niemieckiego.

 – Ale po czesku mówisz dobrze? – spytał proboszcz kiepską czeszczyzną, która dla mnie brzmiała jednak jak rajskie dźwięki, jak organy z chóru, jak okrzyki uniesienia w tym świętym przybytku, powoli zapadającym się w głąb ziemi. Złapałem się konfesjonału, żeby również się nie zapaść.

 – Tak, po czesku dobrze.
 – Czemu więc chodzisz do niemieckiej szkoły?
– Zaciągnęli mnie do niej tato i babka, ja nie chciałem, darłem się całą drogę.
 – Hm... pochodzisz z mieszanego małżeństwa, tato jest Niemcem, a matka Czeszką, co? A może odwrotnie?
– Nie, to nie tak – odparłem, a potem słowa same cisnęły mi się na język, przynosząc ulgę.

Szeptałem przez zakratowane okienko, że tato prowadzi piekarenkę przy boisku FC Śląska Ostrawa i jest też sekretarzem klubu, a przed meczem rozwiesza w bramkach siatki, maluje linie, przygotowuje stroje, które mama po każdym meczu pierze w naszej kuchni; w przerwie meczu tato sprzedaje na widowni precle i nikomu innemu nie wolno tego robić poza nim; mama za pranie strojów dostaje tygodniowo pięćdziesiąt koron, ale babka Zabalska złości się i krzyczy, że mama, z domu von Zabalska, zasługuje na lepszy los niż użeranie się z przepoconymi i obsranymi strojami i gdyby żył dziadek, to znaczy rotmistrz Georg von Zabalski, najlepszy biegacz i jeździec regimentu, wtedy wszystko wyglądałoby inaczej, ale dziadek razem z kasą pułku oraz jakąś komediantką przepadł gdzieś w świecie i babcia mawia, dobra, przynajmniej mam spokój od tego przeklętego drania, pewnie już ziemię gryzie, ale ja, proszę księdza – zniżyłem głos – ja wiem, że dziadek wciąż żyje, bo jeszcze nigdy do mnie nie przyszedł...

– Co to znaczy, nie przyszedł? – wyszeptał proboszcz.
 – Zna ksiądz panią Herminę Nosalową z Radwanic, tę od wywoływania duchów? No więc kiedy przywołujemy z nią duchy, to dziadek nigdy się nie odzywa. Pani Nosalowa mówi, że jestem najlepszym medium, z jakim współpracowała, a skoro nawet mnie nie udało się ściągnąć dziadka z pozagrobowego świata, to na pewno nie ma go wśród zmarłych. Ale babka Zabalska chyba by wolała, żeby dziadek już gryzł ziemię, bo po każdym nieudanym seansie wymyśla pani Nosalowej od szachrajek, a mnie zawsze zdzieli po gębie za to, że nie połączyłem ją z dziadkiem.
– Na rany Chrystusa – szepnął ksiądz.
– Tato podpisał folkslistę – ciągnąłem – chociaż wcale się do tego nie palił. Ale pan Wenzel Deutscher, którego znałem jeszcze jako Wacława, byłego piłkarza SC Morawska Ostrawa, tak długo suszył mu głowę, aż tato się poddał. Babka też go maglowała, że teraz wszystkich czeka wspaniała przyszłość i jeśli tato nie podpisze, to ona podpisze folkslistę razem z córką, znaczy się moją mamą, ponieważ ona wie dobrze, co ma teraz zrobić wdowa po rotmistrzu austro-węgierskiej armii. I powiedziała mu bez ogródek, że jeżeli nie podpisze, wtedy obie się wyprowadzą i sam będzie klepał swoją piekarską biedę. No i tato podpisał panu Deutscherowi, a kiedy było już po wszystkim, pan Deutscher podciągnął krótkie spodnie i oświadczył, że w tej sytuacji sprawa transferu jest załatwiona. Wcześniej, powiedział, nie chciałeś mnie pan do FC na łącznika, a potem, jak już chciałeś, to przecież ja nie mogłem grać obok Żyda i bolszewika. Ale teraz, panie sekretarzu, będziesz nam pan pasował jako kanonenfutter. Pan Deutscher roześmiał się, tata też, a babka Zabalska zachichotała: Daj pan spokój, panie Deutscher. Tylko mama płakała nad balią ze strojami po niedzielnym meczu, lecz nikt nie zwracał na nią uwagi. Muszę tu powiedzieć, że pan Deutscher był dobrym piłkarzem, jak się rozegrał, należał w mieście do najlepszych. Tata chciał go kupić za osiem tysięcy, ale nic z tego nie wyszło... Ileż się mama napłakała z powodu podpisu folkslisty, zresztą beczy cały czas i mówi, że wszystko ją umęczyło: stroje, tato, interes, a teraz coś takiego i że w nosie ma całego rotmistrza von Zabalskiego, bo to nazwisko ją tylko ogłupiło i trzeba sobie raz wyraźnie powiedzieć, że dziadek był zwykłym kurwiarzem i karciarzem, a babka powinna się cieszyć, że przepadł. Później mama mówi, że czuje na sobie wielki  grzech, który chce zmyć tylko pokorą i że ona ochroni tatę, nawet gdyby wyprawiał największe głupstwa, ale tej folkslisty nie powinien podpisywać...
 – Jezus Maria – westchnął proboszcz, a potem spytał, czy przed snem opowiadają mi bajki.
 – Nie, ale kiedy tata jest w dobrym humorze, to opowiada mi, jak zeżarł karalucha. Śmiechu jest wtedy co niemiara. Najbardziej chichocze babka i nawet musi się oprzeć o ścianę, żeby się nie przewrócić, a przy tym wciąż pokazuje na tatę: „Zeżarł karalucha, słuchajcie, on zeżarł karalucha!” Pochylona nad balią mama też się śmieje, ale w pewnej chwili mówi, że wystarczy już tego.

Z tym karaluchem to znowu nie była tak wielka heca, ale tato powtarza tę historyjkę do znudzenia, bo nie ma nic lepszego z lat pracy na rynku jako czeladnik w piekarni i cukierni forsiastego pana Józefa Kadleca.

Pan Kadlec był senatorem partii drobnych przedsiębiorców i przed czeladnikami w swoim zakładzie gawędził o gorliwych przedsiębiorcach, którzy wybili się własną pracowitością i teraz są we władzach miejskich i państwowych.

Tato zapewne wyobrażał sobie, jak to i on się wybije, ale za rok czy dwa jakoś stracił cierpliwość, kiedy okazało się, że choć opowiastki pana senatora stają się coraz barwniejsze i zajmujące, to jednak rzeczywistość jest dla piekarskiego czeladnika coraz gorsza. Tato się do tego nie przyznaje, lecz potrafię sobie wyobrazić, że chyba w ciągu drugiego roku zaczął nienawidzić pana Kadleca, co jest zupełnie naturalne. I później już pewnie tylko czekał na okazję, jak by się tu dobrać do skóry obrotnemu przedsiębiorcy i senatorowi. Okazja się nadarzyła, tata z niej skorzystał, ale była to raczej niezręczna sytuacja niż szczególna sposobność.

Stało się to kiedyś w roku jeden tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym, gdy pani Luiza Hrnczarkowa, instalacje elektryczne i neony, zasiadła w cukierni pana Józefa Kadleca, pracowitego senatora, i do popołudniowej kawy zamówiła kawałek biszkoptowej babki. I kiedy pani Luiza Hrnczarkowa, instalacje elektryczne i neony, swymi drobnymi ząbkami rozgryzła babkę, zobaczyła, że w cieście tkwi zapieczony karaluch, którego połowę już zdążyła połknąć.

Pani Luiza Hrnczarkowa, największa w mieście plotkara oraz właścicielka znanej firmy, kobietka energiczna, która raptem w ciągu dziesięciu lat zadręczyła na śmierć swego małżonka, wrzasnęła okropnie. Szef, pan senator Kadlec, oczywiście natychmiast był do usług szanownej pani. Stwierdziwszy nieprzyjemny kłopot w postaci zapieczonego karalucha, z miejsca wezwał czeladnika Jarosława Lapaczka, który piekł tę babkę. Po czym pan senator, z zawodu piekarz i cukiernik, przed wszystkim obecnymi w zakładzie oznajmił tacie, że to jego ostatnia godzina w tej firmie i żeby natychmiast spakował manatki, że dostanie wypłatę i może odejść. „A jeśli się dziwi, dlaczego zwalnia go on, człowiek tak niezwykle życzliwy dla swoich pracowników, ciągnął Kadlec, niech łaskawie popatrzy, co szanowna pani znalazła w babce, którą upiekł Lapaczek”.

Pan senator podetknął tacie pod nos talerzyk z połową babki i wrzasnął: „Wy mi tu nie będziecie rujnować dobrej opinii mojej firmy!”

Pani Luiza Hrnczarkowa, instalacje elektryczne i neony, stropiła się i wyraźnie pobladła.

Tato zobaczył połówkę karalucha, prześlicznie przepołowionego przez drobne ząbki korpulentnej właścicielki zakładu instalacji elektrycznych. I naraz oświecił go chyba Duch Święty czy coś w tym rodzaju, bo wziąwszy z talerza resztkę ciasta, zaczął się przyglądać zapieczonemu karaluchowi.

 – Szefie – wykrztusił, podniecony genialnym pomysłem – panie szefie, przecież to nie karaluch, skąd by się w naszym zakładzie wzięły karaluchy, toż to tylko zapieczona rodzynka, fakt, trochę przypalona, szanowna pani wybaczy, bardzo panią przepraszam za przypaloną rodzynkę...

 Po czym zapieczonego karalucha, a właściwie tylko jego połowę, wydłubał paznokciem z ciasta i włożywszy w usta, rozgryzł ze smakiem.

 – Panie szefie, od razu żem mówił – wargi taty rozciągnęły się w uśmiechu – że to nic innego jak przypalona rodzynka!

Senator Kadlec już otwierał usta, żeby zwymyślać tatę za bezczelną zuchwałość, lecz zaraz je zamknął, ponieważ uświadomił sobie, że właściwie jest to wyjście z trudnej sytuacji.

Odzyskawszy na twarzy kolory, pani Luiza Hrnczarkowa rozdarła się na cały lokal, że nie z nią takie numery, bo to był karaluch i że zgłosi to urzędom.

– Łaskawa pani – senator zgiął się w ukłonie – zostało udowodnione, że chodziło o przypaloną rodzynkę, podkreślam, tylko o przypaloną rodzynkę. Madam najwyraźniej się pomyliła, za pozwoleniem, każę wymienić pani ciastko...
– O nie, ja tak tego nie zostawię – głos pani Luizy Hrnczarkowej nabrał ostrości – to był karaluch i basta!
– Szanowna pani – senator Kadlec uśmiechnął się – muszę jednak panią ostrzec, że ewentualną skargę należałoby wesprzeć, hm, dowodem rzeczowym, prawda, czyli w tym wypadku karaluchem zapieczonym w moim cieście. A ponieważ nie może pani okazać karalucha zapieczonego w moim cieście, pozwolę sobie zauważyć, że każde rozpowszechnianie podobnych pomówień musiałbym traktować jako działanie na szkodę dobrego imienia i reputacji firmy.

Pani Luiza Hrnczarkowa zamilkła i spuściła oczy. Przyznawszy się do porażki, już bez sprzeciwu pozwoliła sobie przynieść nowe ciastko.

Potem szef wziął tatę na stronę.

– Niech was diabli, Lapaczek – dziwił się pan senator – jak mogliście połknąć karalucha, cholera, ależ wy macie żołądek... A tym wymówieniem nie przejmujcie się, nie ma sprawy.

– Jest, jest – powiedział tato, przyciągając do siebie pana senatora. – Nie ma już sprawy jednego karalucha, ale w cieście mógłby się trafić następny, i następny... A gdyby wtedy ktoś powiadomił izbę rzemieślniczą, albo na przykład napisał do komunistycznej gazety artykulik, taki felietonik o tym, jak pracowity przedsiębiorca i senator ulepsza ciasto... Myślę, szefie, że całe miasto miałoby z tego zabawę i to jaką...

Piekarz i cukiernik Kadlec pobladł. Przyglądał się tacie badawczo, ale bez gniewu, i tylko kręcił głową. A po chwili milczenia powiedział:

 – Fiu, fiu, Lapaczek, kto by się po was spodziewał. Jeśli w coś nie wdepniecie, zajdziecie wysoko. No, no, kto by to o was pomyślał!
– Szefie, nie chcę psuć dobrego imienia pana firmy – szeptał tato – bo sam chcę się kiedyś dorobić własnego interesu. I myślę, panie szefie, że mam teraz dobrą okazję, już sobie upatrzyłem lokal przy boisku FC Śląska Ostrawa, ładne, często odwiedzane miejsce, więc trzeba by mi tylko jeszcze odkupić tanio parę drobiazgów. Szefie, dogadamy się od ręki. Pan mi odstąpi za przyzwoitą cenę jakieś urządzenia... i na wieki zapomnimy o tym karaluchu...

– Cholera, Lapaczek – sapnął senator – cholera, ostro się za to zabieracie, no tak, młodość, cóż młodość. Pogadamy jeszcze o tym.

Taki był początek taty interesu w domu przy boisku FC Śląska Ostrawa.

– I, proszę księdza, mama mówi wystarczy, babka jeszcze dwa razy się zakrztusi i potem znika w swojej klitce. A wieczorem tato zamiast bajki opowiada mi, jak zjadł karalucha.

 – Jezus Maria – westchnął ksiądz znowu.

Przywykłem już do półmroku w kościele. Obserwując wargi proboszcza, życzyłem sobie, żeby modlił się za mnie.

Po chwili opuścił głowę.

– Mam się spowiadać? – zapytałem.

 – Nie, synu, to mi wystarczy. Idź pod główny ołtarz, uklęknij tam i pomyśl coś ładnego o tacie, mamie i babci. To wszystko.

Wiedziałem, że muszę mu wyznać wszystko. I wcale nie musiałem się przemóc, ani wziąć głębokiego oddechu, nic takiego. Po prostu cicho powiedziałem:

– Proszę księdza, ja nawet nie jestem ochrzczony...

Myślałem, że przepędzi mnie z kościoła i że przynajmniej posadzka powinna zafalować, ziemia otworzyć, a ja zapaść się w stare kopalniane chodniki i w mrok.

– Ulżyło ci, chłopcze? – spytał ksiądz.
– Tak – odparłem, bo naprawdę myślałem, że mi ulżyło.
 – Więc idź już pod ołtarz – uśmiechnął się.
– A jutro, czy będę mógł przyjść jutro? – zapytałem.
– Przyjdź – powiedział, zaciskając wargi – przyjdź i przyjmij ciało Pana. Amen. Przy ołtarzu klęczała już Ewa Schubertowa, a kiedy ukląkłem przy niej, pochyliła się w moją stronę i wyszeptała, że musiałem mieć diablo dużo grzechów, skoro trzymał mnie tak długo. Milczałem.
– Nie będziesz się modlił? – szepnęła mi do ucha.
– Nie, ksiądz mi powiedział, że nie muszę.

Z pochyloną głową myślałem o tacie, mamie i babci. Naprawdę starałem się myśleć o nich dobrze, ale nie wychodziło mi to, przynajmniej jeśli chodzi o tatę i babkę Zabalską. A myśląc o mamie, zdawało mi się, że zaraz beknę, tylko nie wiedziałem dlaczego, z żalu czy ze złości. Po prostu zbierało mi się na płacz. Widziałem, jak mama  stoi nad balią z przepoconymi strojami FC Śląska Ostrawa i nie miałem zielonego pojęcia, co powinienem o niej myśleć, a z tropu zbijały mnie łzy, rozmazujące widok przepięknego ołtarza. Potem powiedziałem sobie, że dzięki tacie znów wpadłem w kabałę, że się w tym wszystkim miotam nie wiedząc, jak się wydostać, i że właściwie nawet nie wiem, czy raczej powinienem wstać, wyjść z kościoła, strzelić drzwiami i już tu nie przychodzić. Nagle kompletnie nie wiedziałem, co mam robić. Klęczałem więc tylko przy głównym ołtarzu, lecz dokładnie już nie pamiętam, czy przeklinałem tatę i babkę Zabalską, czy też na swój sposób modliłem się za nich.

Następnego dnia, chociaż nieochrzczony, przyjąłem ciało Pana.


Ota Filip

Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas