poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PETR BORKOVEC
Wiersze
Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)
A.F.

Jak widzisz, lepiej potrafię opisać
salon, chłodny nawet w lecie,

do którego mnie nie zapraszałaś,
dokąd wśliznąłem się dwa, może trzy
razy,

niż kuchnię, gdzie zawsze siedzieliśmy,
kuchenną kanapę, na której –

jak sobie tyle razy wyobrażałem –
przez okno od podwórza

zobaczę cię martwą. I w pamięci
jest puste miejsce pod ścianą,

przykryte flanelowym fartuchem.
Ale czemu za każdym razem przypomina mi się

grupa modrzewi na końcu ogrodu,
przy płocie, na skraju zbocza,

tych pięć, sześć rzadkich drzew,
przeszkadzających jedno drugiemu,

i suche gałęzie, kora i igliwie
w kręgu pod nimi?


* * *

Czerwony numer domu na tle
popielatego morza. Oko prześlizguje się w milczeniu
i na chwilę się jeszcze zakrada
jak kotw palmiarni,
skrzypiącej niczym krzesło z rattanu.

Rolety. Okiennice. Story.
Przypominające brony w polu
przed kontynentem skib i zagubionego światła.
Albo spojrzenie gipsowego tyrana.
A wiatr przykrywa to, co zostało.

Jaskółka jeszcze raz wzlatuje
do środka kolumny, jeszcze raz
przysiada, strzępi gzyms i znika.
Wodny horyzont kala rogi
ostatnich ulic z ostatnimi barami.

W odgłosach autostrady, zalewających plażę,
przechodzi między światłami starzec z tyczką w ręce.
Jej bezbarwna struna obserwuje piasek -
a gdy tylko oślepi ją kolczyk,
zapiszczy z zachwytu
i delikatnie zgarnie kędzior z ucha.

22/10/00


Zapis z 11.10.00

Sroka kąpiąca się na górnej gałęzi,
Spokojna jak oko, oglądające grzmot.
To księżyc wzeszedł, nic nie widząc,
Żółty jak kartka, z nocą pod ręką.

A do krajobrazu zaprzęgnięta rzeka
Przebłyskiem odganiała ptaki,
Cierpliwie z najwyższych pięter
Wracające z posiłkami znów.

Judolia, Strangalia, 16.06.01


* * *

Pod dolnym piętrem gałązek
tkanka komarów, muszek, głosów i horyzontu,
oko jelonka, badające kołek w płocie,
kózki na kwiatach, na pokrywkach pośmiertne maski,
w równomiernym świetle rozpalają się ognie,
które nie wabią i nie odradzają.


* * *

Stan wody, rzeczny reżim, praca i puls
zachodniego sklepienia teraz pod wieczór,
na zakręcie rzeki miękkie powietrza kwadraty
dopóki ostatni ptak ich nie rozwlecze.

Z powierzchni wystaje mostek, kroki,
zmarszczona plaża, skopane buty, piasek,
który na ciebie spogląda ukradkiem,
chłód, co cię przecina i płyniesz. Tymczasem

nic już nie wróci. Chyba że rybak w łódce jak z obrazka
wpatrzony w swego spławika odcień,
ten, co wyławia już tylko przedmioty.
Grzmoty i łoskot. Uderzają o mostek.

6/11/00


Tekst z górnej granicy lasu

Podziemne przejścia, tłuste od żarówek
Zapalniczki pełne gazu.
Ciała jak piec rozpalone.

Ciemność jak lis polarny zstępuje rzadko.
Pod górną granicą
wyciosuje już tylko fałszywe ślady.

Słowa wokół przytulnych ciał -
jedynie na pokaz,
a wszystkie podobne do siebie jak nazwy leków.


Okno

Podjeziorne jaskółki. Następstwo zieleni.
I naraz burza jak z innej epoki.
Zaparty dech kolorów.
Szkło blasku, kit błękitu.

7/1999


Praga-Berlin

Środkiem lądu, z dala od wszystkich brzegów,
jak najdalej od plaży i ryb.
Z oczyma utkwionymi w polnym śniegu,
w pejzażu bez jasnych miejsc.

Las okno zasłoni, w półmroku zdać się może,
że mapa na udach światłem rozbłysła.
Jesz chleb z szynką. A w dole przy torze
oczyma szukasz martwych kobiecych ciał.

10/4/1998


* * *

Od lampy do lampy światło się zatacza,
O czerni śni step pośrodku miasta.
Cyrkowy namiot, jak chodzisz dookoła,
To metafora, która niczego nie wyzna.

A w piasku widzisz, czym nie żyjesz,
W powietrzu to, czego pióro nie zmieni.
Od płachty do płachty pręży się na wysokości
Bezbronna lina wczorajszego przedstawienia.

O nie, linoskoczek, który śpi, nawet we śnie
Nie pomoże ci. Bo jak karawan o sobie śni,
Tak i pismo i step znajdują swą czerń w majakach.
Znużenie, ten wściekły pies, chciałoby z miski żreć.


Mehwa

Twoje listy są przeźroczyste jak płatki
Kwiatów gruszy, które już trzy razy
Porywał wiatr. Kiedy rozglądam się po pokoju,
Nie znajduję dla nich stosownego porównania.
To, o czym piszesz, wcale nie przypomina tego,
Na czym mógłby spocząć wzrok.
Im piękniejsze, tym bardziej ciche twoje wiersze,
Tak jakby odległość i piękno skrywała jedna twarz.
Przeto listy twoje składam jeden na drugim,
Podwiązując skrawkiem zielonego jedwabiu.
I chowam je w skrzyni obok innych rzeczy.
Jakże chętnie zaglądam do tej skrzyneczki ze słowami!
Od czasu twojego wyjazdu, nawet nić płynąca przez materiał
Mogłaby zagłuszyć kroki twojego powrotu, w który święcie wierzę
Więc szyję po nocach. I do pisania zasiadam,
Kiedy się ciemność głęboka zgadza z bezwietrzną pogodą.
Gładzę abażur, światło ustawiam pod odpowiednim kątem.
Rozcieram atrament. A papier na stole
Bledszy jest wtedy niż makijaż
Na twarzy. I tego też potrzebuje litera!
Przecież wiem... Tak więc, niech cień
Kartki, pióra, słowa, rękawa,
Który szeleści, i głowy cień, pochylą się
Nad odległością między nami! Niech przynajmniej cień
Ręki, która stawia ślad na papierze za śladem,
Zmieni się w barwnego motyla i leci do ciebie!
Albo niech się w ważkę zmieni! W deszcz, ujadanie, w cień inny,
Zresztą - w cokolwiek! Bo tak już późno!

15/10/00


Notatka, 9/10/00

Wywroty, połamy. Słowa, na któreśmy się
długo zgadzali. Czyjś język
był z tym wnet gotowy. „Popatrzcie",
powiedział, „tutaj jest jak po wybuchu".
Ale i jego oczy znajdowały się w cieniu.

Grzęzawisko niebieskich gałęzi,
metrowe drzazgi sterczące ku słońcu,
rozłupane pnie pełne kurzego mięsa, wilgotne
ściany wywrotów, cienie jak w ostatniej uliczce,
powietrze, światło na świetle, plac budowy łodzi.


Notatka, 23/11/00

Gawrony wystrzeliwują ponad winnice,
głęboko za pagórkiem
nieruchoma objętość stada.
Parę ostatnich wymian na rzece,
powtarzający się blask.
Potem już nic nie powstanie na nowo.
Jedynie ściegi ławek na nabrzeżu.
Motorówka wróci do wydobywczej łodzi,
zgasną niepotrzebne światła.

Trzy rzeczy: lepkie tworzywo horyzontu
w miejscu, gdzie rzeka znika,
chmura pagórka,
niezauważalne wybulgotywanie
stada gawronów.



Tłumaczyli JULIAN KORNHAUSER, ARTUR SZLOSAREK i JAKUB PACZEŚNIAK.

Przekłady powstały w obecności Autora
w trakcie seminarium „Poeci przez poetów wspólnie przekładani”, które
odbyło się w dniach 12-16 maja 2002 w Willi Decjusza.




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas