poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JÁCHYM TOPOL
Nocna praca (fragment)
Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)
W „Nocnej pracy” pojawiają się elementy nowe w stosunku do dotychczasowej twórczości Topola - bohaterem jest dziecko, a tło wydarzeń to w przeważającej mierze nie miasto, lecz wieś. Styl pisarza rozpoznawalny jest jednak już na pierwszy rzut oka. I ten utwór należy uznać za dzieło o rysach postmodernistycznych. W jednej ze swoich warstw jest to powieść o wielowymiarowej inicjacji, dokonującej się w czasie szczególnym, okresie zamętu i niepewności tuż po wkroczeniu armii państw Układu Warszawskiego do Czechosłowacji w sierpniu 1968 r. (le)


     Światło uderzyło go w oczy, kiedy mrugał, zamknął je mocno, słyszał głosy. Mały klęczał na łóżku i wrzeszczał ku oknu, furtka skrzypiała.

Chwycił białą koszulę, leżała na łóżku, tak jak ją tam zwlokła z siebie dziewczyna, zarzucił koszulę na oczy, Mały wołał: Nigdzie nie idę, byłem wczoraj, a brat śpi! Weszli Berka i pani Škvorová, Ondra wyjrzał przez koszulę, ciągle miał ją na głowie, obrzucił ich mrugnięciem, do środka pchała się też stara Ferdynandka, był tam ktoś jeszcze. Dajcie mi spokój! krzyknął Ondra, a pan Berka powiedział: Powinieneś pójść, chłopcze, bo każdy dzień może być teraz ostatni... Ondra krzyknął: Zostawcie mnie! Mały na łóżku wrzasnął: Zostawcie brata! A potem zawołał: Ojej, dziękuję! Ondra spojrzał, przy łóżku stał koszyk. Mały zawołał: Ojej, jajka! Berka pociągnął za koszulę, którą Ondra przyciskał sobie do głowy, i powiedział: To na pewno byłoby dla ciebie dobre... Nigdzie nie idę, jestem chory!, powiedział Ondra, a Mały wrzasnął: Zostawcie brata! Pani Škvorová powiedziała: No tak, no... a stara Ferdynandka mruknęła: Kiej chłopak jest przeziębiony... To kiedy indziej, powiedziała pani Škvorová, a Berka na to: Może już nie być żadnego kiedy indziej... Ale co tam, powiedziała pani Škvorová, szarpała Berkę za rękaw, wyciągała go za drzwi… Mały chichotał pod oknem. Wiesz co? Dzisiaj mają chorągwie, ale heca... Ondra przelazł do okna, furtka skrzypiała bez przerwy, prowadzili pana Fantlę, stare baby trzymały go pod ramiona, ludzi było więcej niż dzień wcześniej, nad głowami nieśli chorągwie, mężczyzna, idący tuż za panem Fantlą, niósł kielich, który rzucał złote błyski, słońce stało prawie pionowo nad nimi.

To są monstrancje, powiedział Mały. Cały czas mieli je schowane.

Ondra zagrzebał się w pierzynie. Mały ciągnął go za nogę: Gdzie byłeś wczoraj? W kościele podobno wody jest po kolana. I błota! Wszystko jest tam zalane. Trumny to wypłynęły.

Nie nudź, machnął nogą w jego kierunku Ondra.

Zostawiłeś mnie tutaj!

No tak, już nie zasnę, oj tak, mówił do siebie Ondra. Która jest?

Mały łaził koło łóżka, twarzyczkę miał wykrzywioną wściekłością. Wyobrażam sobie ciebie w bunkrze, pomyślał nagle Ondra. Mały człapał w korytarzu, Ondra czekał, aż usłyszy jak beczy, i proszę, już po chwili... to ciche chlipanie.

Wciągał dziewczęcy zapach z koszuli. Wciągał zapach dziewczyny, wyobrażał sobie dziewczynę koło jazu, wyobrażał sobie jakąś dziewczynę, Zuza na sobie koszuli nie miała. To koszula mamy, uświadomił sobie. Mały ciągle popłakiwał, więc wstał.

 Klęczał przy bieliźniarce w pomieszczeniu z tyłu, głowę miał schowaną w stercie szmat. Kiedy Ondra wszedł, rozpłakał się mocniej.

 Ondra podszedł do szafy obok, otworzył ją, zaczął grzebać w podkoszulkach i koszulach ojca. Chyba będą na mnie za duże. Jeden podkoszulek włożył. Podszedł do Małego.

To są rzeczy mamy! Ondra spróbował zamknąć szufladę, ale Mały trzymał ją mocno. Leżały tam spódnice mamy, bluzki... Także korale. Korale, szminki, inne drobiazgi.

     Żebyś wiedział, powiedział Mały, dziewczyny bardzo mamę lubią. Inne kobiety mówiły: Prażanka jedna. Ale się picuje. Ale jak niby się picuje? Włosy ma umyte. Ma golf. Maluje sobie usta, no to co? Dziewczynom to się podobało. Wiesz, że tu drogeria jest dopiero w Osikovie? Mama pożyczała im różne rzeczy.

Hm, powiedział Ondra. Usiadł na krześle. Ręce położył na stole. Nie wiem nawet, czy dałbym radę podnieść ten stół, oznajmił. Ale chyba tak!

Mały ciągle grzebał w bieliźnie. Palce mu latały.

Dziewczyny mi mówiły, że tu się mówi, że Eluzyna była małą dziewczynką.

To przecież jasne, powiedział Ondra.

Ale nie była żadną naszą siorą. To była dziewczynka, która była niczyja. No więc mama ją wzięła. Czemu nie?, mówiły dziewczyny. Zawiezie ją do Pragi, dziewczynka pójdzie tam do liceum. Zostanie sprzedawczynią w sklepie. Albo nauczycielką. Fajnie! Czemu nie?

Tak, byliśmy wtedy jeszcze mali, ziewnął Ondra. Bębnił palcami po stole.

Gdzie tam byliśmy mali!, zawołał Mały. Jeszcze nie było nas na świecie. Czasem myślę o tym. Czekałem na mamę. Na ciebie! Jakby mama ciągle miała tą dziewczynkę, to może nas by nie było. Już by nas nie chciała.

Tak, powiedział Ondra. Ale jesteśmy. Bzdury.

A dziewczyny mówiły, że to wcale nie jest prawda.

Co?

No ta straszna historia. Że mama sobie golnęła i dziewczynka wpadła do wody. Podobno to nie było tak, wcale nie!

Hm. To było dawno.

Dziewczyny mówiły, że dziewczynka od mamy normalnie odeszła. Przecież przedtem przyszła. Mama była ululana, więc nie zauważyła! Może dziewczynce wpadł do wody tylko kapelusik. A myślą, że popłynęła cała. Ale ona tylko odeszła, kapujesz? Podobno ciągle uciekała. Co poradzić, skoro ucieka do lasu? Zgubi się w lesie? Ukradną ją Cyganie? Ktoś ją zabierze? No i co? Przecież jest niczyja. Dziewczynka patrzy: Co tu będę robić? Pasać gęsi, nosić wodę, płukać bieliznę, gotować ojcu obiad, karmić prosię i tak dalej? Dziewczyn to też nie bawi. No to mama myślała, że weźmie ją do siebie, jako Prażanka, i dziewczynka może nie odejdzie. Ale odeszła!

Jest tu coś do jedzenia?

Widziałeś koszyk, nie? Ja jadłem śniadanie już dawno. Podobno ludzie mówili, że dziewczynka należała do ludzi, co się tu chowali po lasach.

W lesie? Szkopy, co? Ondra walnął ręką, celując w muchę na stole. Tylko przeszła kawałek dalej. Spróbował drugi raz i trafił.

Nikt nie wie! Albo jacyś ludzie, co chowali się przed Niemcami. Zuza mówiła, że nie wiadomo. A Vendula mówi, że może jacyś ludzie chowali się przed komunistami tak strasznie długo, że umarli. Tylko dziewczynka żyła dalej!

Powinniśmy dać tu lep na muchy.

Lep na muchy nie, to jest strasznie obrzydliwe. A ludzie pytają dziewczynki: Kim jesteś? Skąd? Pytają się rozmaicie. Po polsku, rusku i szkopsku. Umieją. Ale jak ktoś spyta ich, to nie umieją. Dziwne, nie?

Mały znowu wsunął głowę w kupę ubrań mamy. Niektóre wyciągał i walały się teraz po podłodze.

Tylko żebyś mi tu nie robił maskarady, głupku, wrzasnął na niego Ondra. Mały trzymał się szuflady bieliźniarki. Chwilę znowu beczał. Cicho. Potem wytarł oczy rękawem bluzy dresu.

Debilu, krzyknął na Ondrę. Musiałem się przebrać, inaczej by mnie zabrali. Miałem na szyi korale! Miałem też kolczyki Jolany. Znaczy klipsy!

Zabraliby? Niby kto?, zainteresował się Ondra. Przecież już cię ochrzcili, sam mówiłeś. Jestem głodny.

Nie ci. Oni już mnie ochrzcili, więc mają mnie w dupie. Mówię o tych ubekach wczoraj. Była burza. Dziewczyny tu zostały. Znaleźliśmy coś. To dopiero gały wybałuszysz. Na strychu.

 Ubecy? Byli tu, tak? Naprawdę? Ondra wsunął podkoszulek taty za pasek krótkich spodenek.

Słuchaj! Jeszcze nie padało. Stary ubek opiera się tu o stół i niby: Dziouszki, gdzie są bracia Lipkowie? Nie wiemy! My nic nie wiemy!, mówiły Vendula i Jolana. Aha! No to przypomnijcie sobie, walnął stary pięścią w stół. Towarzyszu, przesłuchajcie te kozy! Rozkaz! Młody stoi na baczność. Stary poszedł na strych, wiesz, a ten młody mówi do Zuzy: Milczysz jak jaka księżniczka, no bądź grzeczna, przypomnij sobie. Ty chodzisz im tu posługiwać, co?, mówi. Trącił ją palcem w brodę. A Zuza ani drgnie. Patrzy tak przez niego, jakby go nie było. To go wkurza, to wszystko. Bębni palcami po stole, mówi: No! Cały czas słyszymy, jak stary ubek łazi po strychu, tupał, tup, tup! A Vendula mówi: Posługiwać! Trzymajcie mnie, dziewczyny. Co ten ważniak gada? Zaraz zemdleję z wrażenia.

A ubek już stoi przy Venduli i pyta: Co mówisz, kozo?

A Vendula jak się na niego rozedrze: Jaka koza, ty żłobie. Jestem panienką, głupolu! Panna Límanówna. I nie waż się mnie dotykać, łapy przy sobie. Vendula wrzasnęła. I Jolana też wrzasnęła. Szkoda, żeś tego nie widział: Ubek poczerwieniał. Kto cię dotyka, dziewczyno?

Ratunku!, zawyła Vendula. Jolana i Zuza wiły się ze śmiechu, ubek całkiem czerwony cofnął się, jakby go kto ukłuł. A Vendula go tam ręką! Cha, cha, cha!, zaśmiał się Mały. Normalnie mu tam położyła rękę, na spodniach. Też ryłem, jasne. A Vendula znowu zawyła: Ratunku! Ubek stoi pod ścianą, całkiem czerwony, i słyszymy: tup, tup, stary z powrotem leci ze strychu: Co tu się dzieje? krzyczy. Towarzyszu, bełkocze ten żłób, Jolana i Zuza już się nie śmieją, ja też nie, a Vendula nagle zaczyna beczeć! Beczy, a chwilę przedtem strasznie się śmiała, sprytna nie? No to też się rozpłakałem.

A Vendula idzie do starego i przez te łzy normalnie mu mówi: Panie majorze, towarzyszu nasz, proszę, niech nas ten funkcjonariusz zostawi… buu, buu… a stary jak nie wrzaśnie na młodego: Towarzyszu… won stąd! I młody wyleciał jak z procy za drzwi.

Stary mówi: To, co się stało, nie powinno się było stać… Vendula ciągle beczy i mówi: Towarzyszu, ten towarzysz jest straszny, przesłuchujcie nas lepiej wy…

Podeszła do starego ubeka, położyła mu rękę na ramieniu, tak go pogłaskała, wiesz? Stary się cofnął, stoi przede mną, miałem chustkę mamy i te rzeczy, co mi je dziewczyny dały już przedtem, stoi i mówi mi: Nie płacz, dziewczynko, i poleciał! To dopiero, co?

Patrzył na Małego z otwartymi ustami. Zamknął usta, zęby mu szczęknęły.

Mały już nie beczał. Łzy miał wytarte. Kiedy opowiadał, machał rękami.

Schowamy się w bunkrze! Chłopaki nas schowają! Nie bój nic!

Jasne, powiedział Mały. O, patrz!, zawołał i ze sterty pomiętych ubrań wyciągnął butelkę. To chyba wino, nie? Myślisz, że jest zepsute?

A jeśli znowu przyjdą?, zastanawiał się Ondra. Chciał Małemu powiedzieć to, co wiedział od Milana. O tych wagonach. Wepchną ich do wagonu i gdzieś zabiorą. Jak dziadka Voráčów. Czort wie, kiedy wrócą z Sybiru. Ledwie żywi z głodu.

Ja do żadnego bunkra nie idę!, powiedział Mały. Dziewczyny mówiły, że tam jest wstrętnie. Pełno tam petów, butelek, czaszek. Są tam pająki. I jest ciemno.

Dziewczyny nic nie wiedzą, powiedział Ondra. Wyrwał Małemu butelkę i przyglądał się jej pod światło. Nie wiem, czy jest zepsute. Dziewczynom nie wolno wchodzić do bunkra.

Phi, parsknął Mały. Wcale tam nie chcą wchodzić. I dobrze wiedzą, gdzie jest bunkier. Dziewczyny też chodzą po lesie, żebyś sobie nie myślał. Ale bunkier im wisi. Mają szopę na siano.

Cha, cha, zawołał Ondra. Ta cała szopa dziewczyn.

Żebyś wiedział. Jest tam daszek, kiedy pada. Zuza przynosi z knajpy fajki. Nie myśl sobie! Wkłada fajkę do fifki i wygląda jak jakaś gwiazda filmowa, dopiero byś wybałuszył gały.

Mały zamknął bieliźniarkę. Trzymał się stołu i krzesła. Kuśtykał korytarzem.

Przy ich łóżku leżał na ziemi koszyk.

Patrz, bułki, zawołał Ondra. I ser, dobry!

Mały szedł po łóżku i uklepywał poduszki. Wygładzał prześcieradło.

Ondra pożarł drugą bułkę. Stał przy oknie. Wyglądał na dwór.

Dawniej dziewczyny chodziły do kina, do Osikova. Kiedy drogi nie były zapchane. Widziały mnóstwo filmów, zdziwiłbyś się. Ale teraz… Zuza też chce stąd odejść. Jak Renata!

Jaka znowu Renata?, zamamlał Ondra z pełnymi ustami. Patrz, wskazał na okno. Pada. Odrywał wosk ze świecznika. Zrobił z wosku kulkę i pstryknął nią w Małego. Skąd wziąłeś ten świecznik?

To tajemnica. Nie mogę ci powiedzieć.

Na dworze znowu jest paskudnie, powiedział Ondra. Przez szybę widział gładką zasłonę deszczu.

Mały walił pięściami w materac. Były w nim całe pokłady kurzu.

Renata chodziła wszędzie. W ogóle się nie bała. Dziewczyny nie mogą chodzić po nocy, ojcowie by je zabili. Ale Renata! Spokojnie robiła sobie węgielkiem wąsik pod nosem, wkładała na nogi ciężkie buciory z cholewami, brała kurtkę albo wa-ciak i szła do knajpy. Do Osikova. Albo szła na bigbit, na herbatę, dlaczego nie? Teraz podobno pracuje w Pradze w jakimś nocnym lokalu. Porządna dziewczyna chyba nie powinna. Ale co tam, chodzi, gdzie chce, kupuje sobie, co chce. Jak myślisz?

Hm. Chcesz ogórka?

Mały kręcił się na łóżku. Naciągał prześcieradło. Chwytał je za materacem, napinał, ale zawsze gniotło się znowu pod jego kolanami.

Możesz zjeść całego, powiedział Mały. Vendula chce chodzić w Osikovie do liceum. Zuza też. Ale starzy zawsze mówią: W żadnym wypadku! Vendula mówi: Co tutaj można robić? Do usranej śmierci chodzić za krowim ogonem, aż sama będę starą krową? Jasne! Słuchaj, a wiesz, że w Osikovie drogeria jest przy samym dworcu?

Nie, nie wiem.

W Osikovie są żołnierze. Renata mówiła Zuzie: Jak ma mundur, to się puszy, a jak go zdejmie, to z niego taki sam burak, jak chłopcy tutaj. Renata zawsze mówiła dziewczynom: Musicie stąd wyjechać. A Vendula na to: Wyjechałabym. Ale jak? Gdzie? A Jolana, że niby: Pójdę do zakonnic. No, nie wiem, powiedziała Vendula.

Mały machał rękami. Stawał na palcach, kręcił głową. Przewracał oczami. Mówił jak dziewczyny.

Słuchaj no, tak nie mów, powiedział Ondra. Nie możesz mówić w taki sposób.

Tylko tak się wygłupiam. Mały położył się na łóżku. Ręce wsunął pod głowę.

Na dworze jest prawie ciemno, zobacz! No to ubecy nie przyjdą. Nie będą łazić po deszczu! Skoro pada, dziewczyny poszły do szopy. Chcą rozpalić ogień. Ale z tą maścią stało się prawdziwe nieszczęście!

Są w szopie na siano, tak? Ondra ziewnął. Zamknął oczy. Przeciągnął się, aż trzasnęły stawy. Też się położył. Też wsunął ręce pod głowę. Patrzyli w sufit.

Jak rozpalają ten ogień, wszyscy dają im spokój. Jeden brat idzie zebrać trawę, inny chrust, jeszcze inny pasie gęsi, na przykład. Dziewczyny są w nocy poza domem. Potem są zmęczone. Gdzie by po nocy łaziły dziewczyny aż z Zasmuk. Z Belej? Siedzą razem. Ich mamy też to robiły. A wiesz co? Tam żadnemu facetowi nie wolno!

Nie?

One się smarują, i przez to te kłopoty. Zawsze smarowały się maścią. A teraz jej nie mają, więc Zuza myśli, że nic się nie uda. Ale ja myślę, że Zuza i tak skoczy najwyżej. Dawniej to najwyżej skakała Renata.

Tak?

Dziewczyny zawsze smarują się całe. Są gołe, no! Potem się myją. Także z popiołu. Do domu muszą iść czyste. A jakby ktoś się na nie gapił, to o tym opowiedzą. Do takiego wzięliby się wszyscy ojcowie i bracia wszystkich dziewczyn, wiesz? Taki facet nie miałby szans

Nie miałby?

Nie. Jak się nasmarują, to są bardzo lekkie i wysoko skaczą przez ogień. Ale stało się coś strasznego. Obiecałem dziewczynom, że nic nie zdradzę. Chcesz, żebym ci powiedział?

Mały się pochylił. Oparł się na łokciu.

Słuchaj, szeptał. Zawsze miały maść od Cyganich. Za każdym razem. Teraz poszły Jaruna i Vendula. Miały umówione spotkanie z Cyganichą. Z tą, z którą się wymieniają. Różne łańcuszki, mają też ładne klipsy, grzebyki, co za różnica, skąd są? To wszystkim obojętne. No więc Jaruna i Vendula idą na to miejsce w lesie. I miały ze sobą forsę, jasne, nie?

Aha. Nie sap tak.

Już ją widzą. Cyganicha leży, dziewczyny wołają do niej: Ilonka, wstawaj ty leniuchu! Podchodzą, patrzą, nie żyje. Cała twarz we krwi. Ma otwarte oczy. Natychmiast zwiały. Kto to mógł zrobić? Jakiś facet? Wilki z Polski? I teraz nie mają maści. Ale historia, co?

Eee tam, gadanie…

Wcale nie, zaskomlał Mały. Umilkł. Był wkurzony.

Zapalę świeczki, powiedział Ondra. Ciemno.

Będzie widać, że tu jesteśmy.

No tak, powiedział Ondra.

Ja sam bym na strych nie poszedł. Ale musieliśmy. Drzewo walnęło w dach. Niezły był huk! Błyskało się, więc widzieliśmy. Znaleźliśmy świecznik i znaleźliśmy to miejsce. To, co wtedy mówiłeś, że tam mieszka Szogun, pamiętasz? Straszyłeś mnie! Czasem myślę, że okropny z ciebie kretyn!

Co znaleźliście?

Właziliśmy po deskach. Piorun walnął w dach, mówiłem ci! Wiszą tam drzwiczki, teraz je widać. Znaleźliśmy to miejsce, gdzie dziadek był przez całą wojnę. Całych dziesięć lat, głupolu, piętnaście! Słuchaj…

Jesteś kompletnym idiotą. Tak długo wojna nie trwała.

Tak sobie myślę. Schowamy się tam. Przed ubekami. Dziewczyny będą nosić nam jedzenie.

Ondra wstał. Idę zobaczyć, powiedział. Wygładził podkoszulek, krok, dwa, już chwycił za klamkę.

Nie zostawiaj mnie tutaj. Czekaj!


Jáchym Topol
 
Tłumaczył Leszek Engelking

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas