poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOHUMIL HRABAL
Auteczko (fragment)
Dekada Literacka 2002, nr 9-10 (191-192)
Tłumaczył Jakub Pacześniak



1.

Moja żona, kiedy przyjeżdżała do nas na weekend, za każdym razem wzdychała, co będziemy robić z tyloma kotami? Pocieszałem ją, ale przecież sama wiesz, naraz mamy pięć kotów, a na wiosnę wszystkie się rozpierzchną, jeden kotek nie przyjdzie, chodzimy w nocy, wołamy, ale kotek nie przychodzi, potem drugi, trzeci, wreszcie zostanie tylko jeden, żeby i ten gdzieś odszedł i już nie wrócił... Ale moja żona, kiedy widziała te zwierzątka, lamentowała dalej... co będziemy robić z tyloma kotami? Ale sama cieszyła się z poranków, kiedy budziliśmy się, kiedy wstawałem, otwierałem drzwi i pięć dorastających kociąt wpadało do kuchni, wychłeptywało najpierw dwa talerze mleka, a potem jeszcze właziliśmy do łóżka, ogrzać się przychodziły do pościeli także kocięta. Trzy z nich zawsze dawałem żonie do łóżka, na pryczę, i tak leżeliśmy ze zwierzątkami, które z zadowoleniem usypiały. Renda, Segmyler i Szwarcwald wylegiwały się z żoną, a u mnie leżały te dwa kocięta z białymi skarpetkami i białym przodzikiem, czarną koteczkę nazwałem Szwarcawą, burego kocurka Skarpeteczką. Najbardziej jednak lubiłem Szwarcawą, nie mogłem się na nią napatrzeć, a ona tak mnie kochała, że prawie mdlała, kiedy brałem ją na ręce, przystawiałem sobie do czoła i wyszeptywałem jej do ucha słodkie miłosne wyznania, tak jakoś osiągnąłem wiek, w którym już nie umiałem i nie mogłem zakochać się w pięknej kobiecie, ponieważ byłem już łysy, a twarz miałem zoraną zmarszczkami, ale koteczki kochały mnie tak, jak kochały się we mnie dziewczęta, kiedy byłem młody, byłem dla tych moich kotek wszystkim, byłem ich ojcem i kochankiem. Najbardziej kochała mnie ta kotka z białymi skarpetkami i białym przodzikiem, Szwarcawa. Kiedykolwiek na nią popatrzyłem, łagodniała, pokorniała i musiałem ją brać na ręce, a ona na chwilę omdlewała pod naporem uczucia, które płynęło ode mnie do niej i z powrotem od niej do mnie, krztusiłem się wtedy tym szczęściem. Te poranki, kiedy piątka kociąt właziła za nami do łóżka, to było nasze rodzinne szczęście, te kocięta, to były nasze dzieci. Jednakże każdego z tych poranków, kiedy kocięta wygrzały się, kiedy zapomniały o chłodnej nocy, ni stąd, ni zowąd zaczynały w grupach oraz wszystkie razem walczyć, napadać na siebie, umiały huśtać się na zasłonach, biegały i kręciły się tu i tam, nieustannie rozlegały się odgłosy uderzeń główek o szafę i o krzesła, pół godziny te kocięta szalały w kuchni, ściągały z krzeseł nasze ubrania i bieliznę, przynosiły z kuchni ścierki, rozwlekały buty i pantofle i szarpały się z nimi, wpadały pod pierzynę i tam w ciemności walczyły, skręcały się w fikołkach, ze stołu zrzucały wszystko, co na nim było... Zatem pół godziny trwała ta ‘meszuge Stunde’, na koniec kocięta ziajały tak, że wywalały na wierzch języczki, żeby wreszcie z wyczerpania upaść na zielony dywan, kładły się na krzesła, oblizywały jeden drugiego, długimi ruchami języczka jedno drugie doprowadzało do porządku, czyściły sobie nawzajem futerka pod szyją i na głowie. A potem znowu usypiały, wzdychały słodko... Ten rytuał ‘meszuge Stunde’ powtarzał się każdego dnia. Jak tylko na zewnątrz zaczęło siąpić i zrobiło się chłodno, kiedy zaczął padać śnieg, a dorastające kocięta przeistoczyły się w kocury i kotki, kiedy rano otworzyłem drzwi, najpierw wszystkie przychodziły się ogrzać, przychodziły wypić mleko, kiedy nadeszły mrozy, przytulały się do pieca, nastawiały swoje łebki, nagrzewały sobie te kocie głowy, aż się z nich dymiło. W ten  zimowy czas wszystkie poważniały, drętwiały na samą myśl, co by się stało, gdybym nie przyjechał? Sypiały na tarasie, tam pod altanką na sianie, stamtąd z pierwszego piętra spoglądały na leśną dróżkę, która prowadziła od szosy, kiedy przyjeżdżałem autobusem i brnąłem przez śnieg, widziałem z dróżki pod pewnym kątem taras, otwarty prostokąt pod podłogą altanki, gdzie podnosiły się kocie uszka, a potem wybiegały koty, widziałem ich łapki, jak zbiegają po drewnianych schodach, jak biegną mi naprzeciw, jak łaszą się do mnie... Zawsze brałem jedno po drugim na ręce i całowałem je pod szyją, a one przytulały się do mnie, kiedy pocieszyłem je tym, że o nich nie zapomniałem, odmykałem wejście na korytarz, stała tam zamarznięta woda w wiadrze, otwierałem pokój, a zwierzątka wpychały się za piec, szybko rozpalałem w nim drzewem, a dopiero potem zagrzewałem im mleko, częstokroć w małej kuchence miałem w misce zamarzniętą wodę... Ale już za pół godziny piec i rury były rozpalone, koty wychłeptały mleko i znów wszystkie nastawiały głowy pod piecem, długo się tak nagrzewały, aby odejść stamtąd dopiero po godzinie, poukładać się na krzesłach i usnąć, po tym, jak nakroiłem im ryby, dałem mięsa, pokruszyłem kawałki sera. A potem pisałem te swoje teksty, maszyna stukała, musiałem się śpieszyć, nigdy nie miałem czasu, żeby dbać o stylistyczną poprawność tekstu, musiałem pisać szybko, żeby móc się poświęcić kotom, ponieważ wszystkie, nawet kiedy leżały z zamkniętymi oczami, patrzyły na mnie przez szparkę, było im dobrze, kiedy słyszały stukot maszyny do pisania, po godzince pisania naciągałem kożuch i wychodziłem na zewnątrz przejść się pośród zimowej aury, zostawiałem nie domknięte drzwi, w razie gdyby się kotom zachciało do tej ich ubikacji pośród liści, na noc zawsze dawałem miednicę z piaskiem, gdyby się im chciało iść do ubikacji, gdybym twardo spał, bo wszystkie te koty, nawet kiedy spałem, najpierw zeskakiwały z krzeseł i podchodziły do drzwi i cicho miauczały, na ogół je słyszałem, więc wiele razy w nocy wstawałem, aby wypuścić je na zewnątrz i po powtórnym miauknięciu wpuścić z powrotem, kiedy padało, wycierałem im ścierką łapki, ponieważ cała piątka nad ranem, kiedy wygasł ogień, wskakiwała za mną do łóżka, tak jakoś jakby się dogadały, każdy miał swoje miejsce, przy głowie leżała mi Szwarcawa, ona jako jedyna miała prawo leżeć tuż przy mojej głowie, pozostałe leżały poniżej, przylegając ściśle do moich pleców... A wszystkie, zanim usnęły, słodko westchnęły, wzdychały, cicho mruczały, a potem zwijały się w kłębuszek, kiedy było nam gorąco, leżały na plecach z odwróconymi łebkami, w pięknych pozycjach, niekiedy nawet i futerka na brzuszku im się przepociły, możliwe że pociły się też ze strachu, co by z nimi było, gdybym nie przyjechał? Ja mianowicie jeździłem do kotów samochodem, ale tylko wówczas, kiedy było ładnie. A kiedy już jechałem samochodem, kiedy jechałem trochę szybciej, wkrótce zwalniałem, bo gdybym się rozbił, co by się stało z kotami? I wyprzedzałem jedynie traktory i ciężarówki oraz tak jak one jadące pomału samochody osobowe, bo co gdybym się podczas wyprzedzania rozbił, co by się stało z moimi kotami? I dlatego jeździłem autobusem, kiedy była gołoledź i kiedy padał śnieg, i kiedy lało, ponieważ miałem gwarancję, że dojadę i pocieszę te moje koty. A i w autobusie, kiedy usiadłem z przodu, od razu myślałem, gdyby się autobus rozbił, kto by nakarmił koty? I już siadałem pośrodku, i tak, gdyby się coś stało, byłem przygotowany, aby rzucić się tam, gdzie niebezpieczeństwo urazu jest najmniejsze, bo kto by później dał mleczko tym moim kotom? A kiedy musiałem wrócić do Pragi, jak już się ubierałem, wtedy koty pokorniały, smutniały, Szwarcawa, która charakterem przypominała trochę Chaplina, chciała mnie rozweselić, więc podskakiwała, wywracała koziołki, potem patrzyła na mnie badawczo, czy to nie może mnie powstrzymać przed odejściem, kiedy indziej, gdy dwa kocury się biły, a ja zaczynałem się ubierać, natychmiast przestawały, kładły się każdy na swoim krześle, niezwykle grzecznie, że niby takie posłuszne będą, żebym tylko nigdzie nie wyjeżdżał, albo żebym jechał, ale zostawił je tutaj w domu, bo one będą się zachowywać przyzwoicie, naraz wszystkie pokazywały, jak by były posłuszne, tylko żeby nie musiały iść na zewnątrz, brałem jednego po drugim i wyrzucałem za próg, wyślizgiwały się z moich rąk jak ryby, zamknąłem, byłem nieszczęśliwy, niemal tak nieszczęśliwy jak te moje koty, szedłem dróżką pod świerkami, potem przez bramę na aleję, kiedy po raz ostatni się obróciłem, zawsze widziałem to samo i zawsze się tego bałem. Między sztachetami płotu, w każdej z tych przerw, tkwiła kocia głowa, pięć kocich główek patrzyło za mną i życzyło sobie tego, co było już nieodwracalne, żebym wrócił i żebyśmy znów wszyscy znaleźli się w pokoiku przy ciepłym piecu... A w Pradze zdarzało mi się tak, że kiedy już byłem na dnie, kiedy już nie mogłem pisać i nie mogłem powrócić do równowagi, wypełniony strachem, samotny, wskakiwałem do autobusu, i przez cały czas godzinnej jazdy przez zasypaną śniegiem krainę paraliżowała mnie myśl, czy koty są jeszcze na świecie, uginały się pode mną kolana, kiedy wysiadałem i szedłem aleją, i kiedy wszystkie koty biegły mi naprzeciw, brałem je jedno po drugim na ręce i przyciskałem sobie do czoła, tak jakoś mnie kocie futerka leczyły z tych moich kaców i chandr, przyciskałem je sobie znowu i znowu, a one to wiedziały i przytulały się do mnie, i rozpalałem w piecu, i rozdawałem im kawałki mięsa, i rozlewałem mleczko. A Szwarcawa, ta wiedziała dokładnie, kim dla mnie jest wśród tych kotów, była uhonorowana, ją kochałem najbardziej ze wszystkich, w jej oczach zawsze znajdowałem takie zrozumienie, że się tego bałem. Byłem szczęśliwy, że ją mam, że mamy wspólną tajemnicę, która nas łączy, a ona siedziała na stole i patrzyła na mnie, pochylałem się, a ona mnie potrącała, wkładała swoją głowę pod moją rękę, jej główka była dokładnie takiej wielkości, że mieściła się w mojej dłoni, ale ja już zaczynałem się niepokoić, że muszę z powrotem do Pragi, że wieczorem mam spotkanie z czytelnikami, że znów te koty będę musiał wziąć jednego po drugim i wyrzucić na zimne powietrze, na mokre liście, w samotność, widziałem, jak i koty boją się, że za chwilę nadejdzie ten straszny moment, gdy się rozstaniemy, kiedy znów będą się lękać o to, czy do nich wrócę, czy nie zostawię ich swemu losowi, a prawie tak samo lękałem się ja, czy mi ich ktoś nie zastrzeli, czy, kiedy będą także na dnie, wyjdą mi naprzeciw, i czy ich nie przejedzie samochód tam koło przystanku autobusowego. I tak, aby się wyleczyć ze swoich zmartwień, wybierałem się wprawdzie do kotów, przykładałem je sobie do głowy jak mokrą chusteczkę na ból, ale na koniec znowu szedłem aleją, znowu musiałem się obrócić, i znowu spomiędzy sztachetek w płocie patrzyły na mnie kocie oczy, pięć kocich główek patrzyło na mnie tak długo, aż skręciłem na przystanek autobusowy, a potem w autobusie wtulałem się w postawiony kołnierz, zanurzałem się w siebie i wyrzucałem sobie, jak mogłem opuścić tak czułe zwierzątka, na które czeka wilgoć wieczoru, zimna noc, podczas której jeden kot wtulony w drugiego, chuchają sobie w łapki i futerka, jeden drugiego ogrzewa, a przy tym śniąc myślą o tym, czy wrócę, a jeśli tak, to żeby już się to stało, ponieważ kerskie noce zimą są długie, nieskończenie długie nawet dla ludzi. Niekiedy byłem w tak żałosnym stanie z powodu tych kotów, że życzyłem sobie, abym nie istniał ani ja, ani one. Jedynie podczas weekendu, kiedy byliśmy z żoną z kotami, jedynie dwa dni w tygodniu, kiedy spałem w tym kerskim domku, wszyscy byliśmy szczęśliwi, ale zwierzątka zdawały sobie sprawę, że jest niedziela, że po południu odjedziemy, już od południa były smutne, każdego przedpołudnia, kiedy byłem tutaj w Kersku, koty wiedziały i tylko na to czekały, aż położę się na kanapie i przykryję kocem, wiedziały, że to jest czas ich sjesty, że jeden po drugim położą się obok mnie, pod kocem, tuż pod brodą... ale w niedzielę te zwierzątka na darmo kładły się na pryczy, wiedziały, że za chwilę odjedziemy, i że nastąpi koniec radości. W tym czasie doszły mnie słuchy, że każdy myśliwy, który zastrzeli kota w lesie i potem odetnie mu ogon, to za każdy dostanie trzydzieści koron. Kiedy rozległ się gdzieś wystrzał, cierpła mi skóra, natychmiast wybiegałem na zewnątrz, zwoływałem i liczyłem te moje koty, czy aby jeden z nich gdzieś nie leży, a myśliwy nie odcina mu ogona. Także w tym czasie dowiedziałem się, że w okolicy chodzą ludzie, wędrowni kaci, jak się o nich mówiło, że kupują kocięta, kotki i kocury, łapią te, które nie mają właściciela i pozwalają się złapać, aby w instytutach naukowych w Pradze dostać za każdą sztukę pięćdziesiąt koron, tam potem wepną kotom w głowy miniaturowy aparat, który tyka i liczy impulsy oraz ruchy w korze mózgowej. A tego nie powinienem był wiedzieć, mnie wystarczały te wystrzały, mnie niszczył ten obraz, w którym jeden z mych kotów jest odwożony do Pragi, a potem w ciągu tygodnia umiera z aparatem rachunkowym w głowie, ponieważ taki kot nie wytrzyma tego typu naukowych prób i badań. Ilekroć budziłem się nad ranem, wiedziałem już, że nie będę więcej spał, a potem miałem mgliste przeczucie, które następnie przeradzało się w tykanie, to było jeszcze niegroźne przywidzenie, wstawałem i zegarek, który zawsze zawijałem w szalik, bo nie znosiłem tykania sekundnika, zanosiłem do kuchni i tam ten szalik wkładałem do szafki za garnki. Ale kiedy się położyłem, kiedy namacałem drogę do mojego łóżka i ułożyłem się, po chwili, z ręką na czole i oczyma wbitymi w sufit, w mdłym świetle ulicznej latarni usłyszałem znowu tykanie, ale to już nie było tykanie z zewnątrz, ale wewnątrz mojej głowy i czułem, że i mnie wpięto w głowę aparat, który tyka i rejestruje impulsy mojego mózgu, moje tętno, że tak będzie tykał ten mechanizm wpięty w koci łebek w instytucie naukowym, tak długo, aż dzięki łaskawości przedwcześnie oszaleję, albo i umrę. Zamiast moich kotów to ja miewałem te wyobrażenia i obrazy, to mnie ogarniało przerażenie, które mogłoby się stać udziałem moich kotów i kociaków w ogóle, kiedy je odkupią, albo kiedy je złapią wędrowni kaci, wysłannicy instytutów naukowych. Bałem się też za wszystkie koty i kocięta, które spotkało to nieszczęście, że wzięli je myśliwi i wrzucili swym puchaczom do klatki, gdzie zwierzątka czekały na chwilę, aż puchacz zrobi się głodny. Częstokroć wchodziłem w skórę tych zwierzątek, kotów, kociąt w klatce puchacza, kiedy nie mogłem spać, nawiedzały mnie właśnie takie bardzo realistyczne wizje. Pewnej niedzieli w zimie zajechał przed nasz domek samochód, wysiedli ludzie, i kiedy weszli, oznajmili mi, że zginął im tragicznie bury kocur, i że słyszeli, że my mamy pięć kotów, że chętnie by sobie zabrali burego kocurka od nas. I pani, jak tylko zobaczyła kocura Rendę, powiedziała, że gdyby nie widziała, jak jej kocura przejechał samochód, to ten byłby tym jej. I tak byłem tym wszystkim przestraszony, że nie zabroniłem, żeby pani wzięła sobie Rendę na ręce, zabrała go, a ja nie miałem nawet czasu zapytać, czy pani ma ogródek, czy jeździ na wypoczynek, czy będą go kochać tak jak my... I Renda odjechał, przytulał się do pani tak, jakbym to był ja, i wszyscy byliśmy tego dnia przybici, byliśmy tak otumanieni, że nie pojechaliśmy do Pragi, tak wielka została po Rendzie dziura, bo też ten Renda nigdy się nie bawił, był przystojniaczkiem, był większy niż inne dorastające kocięta, więc opiekował się nimi, uważał na nie, był szefem tych pozostałych, co robił Renda, to robiły i pozostałe kocięta, a teraz odjechał, a ja dostałem gorączki, chodziłem po parceli i wyrzucałem sobie, jak mogłem ot tak oddać Rendę, kocura, który nigdy się nie bawił, który nigdy się nie bił, zawsze tylko wyciągnął łapę jak marszałkowską laskę i dał tym samym rozkaz, aby pozostali zaprzestali bójki, więc tego kocurka wydałem z domu, chociaż pani twierdziła, że są rzeźnikami i że będzie miał wątróbki i mięso, i że będą go kochać tak jak tego, którego im przejechał samochód.

2.

Kiedy tak wszyscy przeczekaliśmy zimę i nadeszła wiosna, przyszła do nas mała bura kotka, a była w ciąży tak samo jak Szwarcawa, kochały się te dwie kotki, a że były ciężarne, więc chodziły za mną, nie odstępowały ode mnie, gdzie bym nie poszedł, tam za mną i one, potykałem się o nie, ale im nic nie przeszkadzało, najważniejsze aby były przy mnie, patrzyły zakochane, a ja wiedziałem, że te kotki chcą, abym im pomógł, kiedy przyjdzie ta ich chwila. A mój sąsiad pan Eliaš zrobił mi karmnik dla ptaków, taki z pozoru bezsensowny karmnik, wziął stare radio, usunął wszystko, co było wewnątrz, wyłamał przednią ściankę, zaopatrzył w podkładkę, do której wpuścił pal, a ten pal wbił w ziemię przed okna, tuż przy rozwalonym płocie. I każdego dnia, kiedy przyjeżdżałem do moich kotów i żeby pisać, sypałem płatki i kruszyłem stary chleb, sypałem do karmnika wróblom i sikorkom, czasem przylatywały też sójki. A ja byłem przerażony tym, że kotki będą miały kocięta, bałem się, aby nie urodziły ich w moim łóżku, jak Máca, drętwiałem na myśl, co będę robił z tyloma kotami, pogrążałem się całkowicie wizją, co to będzie, kiedy każda kotka urodzi cztery kociątka, jak będę zmuszony je utopić, nie wszystkie, każdej zostawię dwa kociątka, ale będę musiał wykonać tę katowską pracę, którą wykonywałem też w Nymburku, nikt nie chciał topić kociąt, więc musiałem to robić ja, ja który kochałem koty, więc ja byłem także tym, który je musiał likwidować, bo tylko raz zostawiliśmy wszystkie pięć kociąt, a kiedy podrosły, nikt ich nie chciał, więc mieliśmy w domu tyle kotów, żeśmy się o nie potykali, i co gorsza, z tych pięciu kotów cztery były kotkami i za rok wszystkie te kotki znów miały młode, i byliśmy z tego powodu tak nieszczęśliwi, jak moja żona, która ilekroć przyjeżdżała na weekend do Kerska, zawsze narzekała... Co będziemy robić z tyloma kotami? A w tym czasie moja żona praktycznie całymi dniami gotowała kotom, rozlewała mleko, i co najważniejsze, koty najchętniej przebywały w kuchni, więc wypełniał ją koci smrodek, ja byłem do kotów tak przyzwyczajony, że wcale tego nie czułem, ale ktokolwiek przyjechał w odwiedziny, zawsze zaczynał wietrzyć, ponieważ koty załatwiały swoje potrzeby nie tylko do miednicy z piaskiem, ale czasem też w rogu kuchni, pokoju, czasem nawet, kiedy miały biegunkę, załatwiły się tam, gdzie je to rozwolnienie dopadło, i moja żona chodziła z trwałym wyrzutem, nie chciała już prać tych prześcieradeł, nie chciała czyścić kocich gówienek na dywanie z wyszywanym włosem, tak więc robiłem to ja, w każdy z tych naszych weekendów wycierałem go najpierw papierową serwetką, potem mokrą szmatą, czasem puszczały mi nerwy i krzyczałem na wszystkie koty, przepędzałem je, czasem nawet kota uderzyłem. Innymi razy, kiedy siedziałem i pisałem, kot mógł zamiauczeć pod drzwiami, ale nie robił tego, więc jak tylko usłyszałem ten straszny dźwięk wypróżnianych wnętrzności, czerwieniałem ze złości, brałem tego kota, przetrzepywałem mu skórę, czasem stawiałem go na progu i mocnym kopniakiem wykopywałem do lasu, tak że zataczał w powietrzu łuk, pozostałe koty nawet nie czekały, pierzchały na zewnątrz i tam się wstydziły, czuły się winne, a ja przestawałem pisać i było mi tych kotów żal, nie mogłem pisać, ponieważ uderzyłem kota, którego kochałem, kopnąłem zwierzątko, które było dla mnie wszystkim, z którym czasem musiałem się rozstać, za którym nagle zatęskniło mi się, toteż śpieszyłem do Kerska, i brałem je i przyciskałem do czoła, aby odjęły ode mnie strach i tęsknotę... I tak się wstydziłem, wychodziłem na zewnątrz i trwało to czasem cały dzień, nim te zwierzątka znowu udobruchałem, nim pogodziliśmy się, nim je zdołałem zaprosić, aby weszły do domu, ale one wstydziły się jeszcze bardziej, nie śmiały wejść tam, skąd zostały wykopane, skąd je wygnałem, ponieważ koty potrafią się nie tylko głęboko wstydzić, ale i nie potrafią przebaczyć tak, jak szybko przebaczyłem im ja... Tak więc w Kersku już nawet nie spałem, dopisałem tylko to swoje, nakarmiłem koty i szedłem do autobusu, odjeżdżałem samochodem. I zawsze się oglądałem, zatrzymywałem samochód i znów widziałem, jak wszystkie koty tkwią między sztachetkami, te ich główki były tak smutne, że dodałem gazu, wskoczyłem do autobusu, jeździłem raczej autobusem, bo kiedy opuszczałem koty, musiałem bardzo uważać, żeby z powodu rozdrażnienia nie zjechać do rowu albo na przeciwległy pas. A działo się coś niezwykłego, kiedy przyjeżdżałem do domku samochodem, kiedy wjeżdżałem do kerskiego lasu, kiedy zbliżałem się do miejsca, gdzie skręca się w leśną alejkę, już tam, zanim skręciłem, widziałem, jak z sąsiednich parcel, z sąsiednich ogrodów zbiegają się moje koty, żeby w momencie, kiedy zatrzymam się przed bramą, już tam stać w komplecie i cieszyć się, że do nich przyjechałem, że dotarłem i że im dam mleczko i jedzenie, i że je będę brał na ręce i każdym będę się cieszył, i każdemu dodam odwagi do życia, bo te moje koty, one miały chyba poczucie, że żyją tylko wtedy, kiedy z nimi jestem. A kiedy się z nimi popieściłem, kiedy zrobiło się pięknie, radziłem im, żeby poszły na świeże powietrze, żeby poszły sobie wygrzać futerka, ale musiałem je wynieść z pokoju, same z siebie by nie poszły, bo dla nich szczytem było, kiedy mogły przebywać ze mną... A ja od tygodnia nie spałem w Kersku tylko dlatego, że nie chciałem być przy tym, jak kotki urodzą młode. I tak pewnego razu przyjechałem i brakowało tej burej kotki, znalazłem ją w szopie, tam w koszu na ziemniaki powiła pięć małych kociąt, lizała mnie po ręce i łapką brała moje palce, i przyciągała je ku swoim dzieciom, które je ssały, a były tak maleńkie jak bateryjki do radia tranzystorowego... Głaskałem te kociątka, ale im dłużej moja ręka tam pozostawała, tym bardziej rosło moje przerażenie, że ta oto ręka będzie musiała pozbawić życia wybrane przypadkiem kocięta. I żółć mnie wypełniła i zaczął mnie boleć brzuch, rozlewałem pozostałym kotom mleko i kroiłem mięso, a kiedy usiadłem przy maszynie do pisania, nie mogłem pisać, ponieważ drżały mi palce i nie byłem w stanie wystukać sensownego zdania. Chodziłem dookoła szopy, za mną chodziła ciężarna Szwarcawa, bo też miała ogromny brzuch, też była gotowa do rozwiązania, przykucnąłem, a ona wskoczyła mi na kolana, uniosła się i przytuliła do mnie, i chciała, abym ją pocieszył, abym jej pomógł, bo jak widziałem, także była przerażona tym, że będzie sama rodzić, i nie życzyła sobie niczego innego, tylko żebym przy tym był... A ja cały sztywniałem i zacząłem dostrzegać bezsens tego, że przyjechałem, że Kersko nie jest dla mnie wcale tym miejscem, o którym wszyscy moi przyjaciele mówią, że to idealne miejsce do pisania, że mnie to się powodzi, kiedy posiadam dwa mieszkania, jedno w Pradze i jedno w Kersku... prawda była inna. Kiedy w tym czasie przebywałem w Pradze, lękałem się, co też te moje koty robią, i nie mogłem pisać ze strachu, że są głodne, że są tam same... a kiedy dojechałem do Kerska, wymyślałem sobie z kolei, dlaczego nie zostałem w Pradze, przecież tutaj także nie mogę pisać, zaczęła do mnie docierać racja mojej żony... Co będziemy robić z tyloma kotami? A ja już miałem tyle swoich kotów i teraz jeszcze więcej o jedną kotkę, która właśnie urodziła mi pięć kociątek, i Szwarcawa urodzi mi za chwilę pięć następnych... W takiej chwili myślałem, że najlepiej byłoby zrobić ogromny pocztowy worek i w nim najpierw zabić wszystkie koty, a potem samemu wejść do tego worka i utopić się w stawie w lesie albo... Teraz do mnie dotarło, dlaczego te moje kocięta bawią się najchętniej plecioną ogromną torbą, z wielkimi zielonymi uchwytami w kształcie obręczy, dlaczego z taką ochotą się tam bawią, czasem wszystkie wepchają się do tej ogromnej torby z łyka i tam usypiają... Zostawiła mi ją tutaj wróżka Marzenka, kiedy przyszła na grzyby i przepowiadała mi nie tylko to, że będzie ze mnie pisarz, ale że znajdę się w takiej sytuacji, że powieszę się na wierzbie nad potokiem... I w tej właśnie chwili pojawiła mi się ta jej wróżba, wróżba Marzenki, byłej pielęgniarki w szpitalu, która w wolnym czasie chodziła naszym miasteczkiem w białym turbanie z zielonymi świecidełkami i wróżyła mi z kart. Zostawiła mi tutaj tę ogromną torbę z łyka z zielonymi obręczami i już nigdy po nią nie przyszła, bowiem umarła... A ja przypomniałem sobie teraz tę jej wróżbę, z której najpierw stroiłem sobie żarty, a potem traktowałem poważnie i nawet obciąłem wszystkie gałęzie na tej wierzbie, ale w ciągu roku wyrosły z niej tak ogromne latorośle, że mogłoby się na nich powiesić dziesięciu ludzi, tak jak to rysował i malował Goya... Dzisiaj przyszła mi na myśl ta jej przepowiednia, zszedłem w zamyśleniu nad potok, wierzba stała tam przygotowana, ale ja nie byłem jeszcze dojrzały do tego, żeby spełnić wróżbę Marzenki, żeby się powiesić... Ale dla pewności wylałem na talerze wszystko mleko, dałem wszystko mięso i odjechałem, ponieważ bałem się tego, co mnie czekało nazajutrz. Z powodu jakiegoś marazmu wynikającego z tego, że już nie mogłem przebywać ani w Pradze, ani w Kersku, będąc właśnie w Pradze udałem się za kotami do Kerska, a kiedy się zatrzymałem, kiedy wysiadłem, a koty biegły mi naprzeciw, głaskałem je klęcząc, nie brałem na ręce, nie przyciskałem do twarzy, ale pomału wchodziłem między brzozy, rozdrażniony i przestraszony, ponieważ nie przyszła ta moja kotka, która kochała mnie najbardziej, i którą ja kochałem do szaleństwa. A kiedy otworzyłem dom i nalałem mleka i dałem mięso, kiedy otwarłem okno, zamarłem. Zobaczyłem Szwarcawą, jak leży w karmniku, w tym karmniku zrobionym ze starego radia, leżała tam i wpatrywała się we mnie tak zakochanymi oczyma pełnymi miłości, że wyszedłem jak we śnie, a kiedy dotarłem do karmnika, zobaczyłem, że i Szwarcawa ma kocięta, czarne i łaciate, że odwraca się na grzbiet, tak jak tonąca łódź wojskowa, że patrzy na mnie czule i zaprasza, abym spojrzał na to jej szczęście, które sprowadziła na moją parcelę, że tutaj, w karmniku ofiaruje mi te swoje skarby, tych swoich pięć kociąt...Wsunąłem tam rękę, Szwarcawa lizała mi ją wdzięcznie, a ja położyłem głowę na ten karmnik, obie ręce dałem tam do Szwarcawej, przyciskałem głowę do krawędzi niegdysiejszego radia, jakbym słuchał smutnych wiadomości o katastrofach na świecie, oddychałem, a nie mogłem przyjść do siebie, długo tak stałem, serce mi waliło, i znów ukazało mi się zdanie, którym moja żona uprzyjemniała mi weekendowy pobyt w Kersku... Co będziemy robić z tyloma kotami? Kiedy trochę się opanowałem, najpierw przyszła mi na myśl przepowiednia Marzenki, że kiedyś powieszę się na własnej wierzbie nad potokiem, ale zaraz dotarło do mnie, któż by wtedy dał kotom jeść i pić? I tak wycofałem się od karmnika, patrzyłem na Szwarcawą, na te jej zakochane piękne oczy, które lśniły dumą, obracała się, żeby kociątka mogły ją lepiej i więcej ssać, a ja byłem tak wzruszony tymi oczyma i tym niewidzialnym sokiem, który tryskał miłością tylko dla mnie i do moich oczu, że wetknąłem głowę do karmnika, a Szwarcawa mnie ucałowała, oblizywała tak, jakbym był jej kociątkiem, i znowu i jeszcze raz, i mruczała mi do ucha słodkie słówka tej kociej miłości, tak że postanowiłem, niech się dzieje, co chce, zostawię wszystkie te kocięta, a każdy, kto weźmie ode mnie kociątko, dostanie pięćset koron jako kocie wiano... i przyniosłem Szwarcawej mleko w małej misce, oparła się tylko na przednich łapkach i wychłeptała je, potem zaniosłem miskę burej kotce do szopy, dalej spacerowałem po parceli, czasem zaszedłem aż na rozdroże, aż tam gdzie zakręcam, kiedy idę na przystanek autobusowy, i stąd patrzyłem na ten mój dom stojący pod ogromnymi sosnami, nikt nie odważyłby się twierdzić, że tutaj mieszkam ja, całkowicie nieszczęśliwy z powodu wszystkich tych kotów, nieszczęśliwy, bo jednego z nich musiałem zabić w szarym pocztowym worku, na którym stoi kosz na ziemniaki w szopie, w którym to koszu zabłąkanej kotce urodziło się pięć kociąt, dokładnie tyle, co Szwarcawej, która okociła się i ma pięć kociątek w karmniku dla ptaków wysypanym resztkami pokruszonego chleba i płatków owsianych. Patrzę z daleka na ten swój dom i naprawdę, nikt by nie śmiał twierdzić, zupełnie tak jak ja, że ten domek pod gigantycznymi drzewami, domek z zielonymi okiennicami nie służy niczemu innemu, jak tylko szczęściu i zabawie, wygodnemu życiu dla pisarza, który posiada dwa domostwa, jedno w Pradze a drugie tutaj, i może sobie wybrać, pod wpływem chwili, gdzie chce być. Tej niedzieli, kiedy żona zapłakała nad tym, co będziemy robić z tyloma kotami?, zatrzymał się przed bramą samochód, wysiadł młodzieniec i ani się spostrzegliśmy, jak ten młody mężczyzna przyniósł wynędzniałego kocura i powiedział, że mamusia każe się kłaniać i oddaje nam Rendę, że ten nie chce ani wątróbek, ani mleka, że przez ostatni tydzień tylko płacze, więc mamusia oddaje go z powrotem tam, skąd go przed przeszło trzema miesiącami zabrali. I odjechał, a Renda, ten mój sławny kocur, ten król między wszystkimi innymi, ten Renda, który był przystojniaczkiem, a mimo to troszczył się o wszystkie te pozostałe kocięta, siedział teraz tutaj, futerko drgało mu w nerwowym tiku, to jego futro błyszczało i lśniło się jak futro wydry, ale teraz było obwisłe, tak jakby się Renda przed chwilą wynurzył z kanału ściekowego. A kiedy zaczął iść, natychmiast zorientował się co do swojego wyglądu, więc zgiął się w pół, wszedł do środka, okrążył swoje krzesło, dał po całusie swoim krewniakom, ale potem usiadł sobie naprzeciwko mnie i długo się we mnie wpatrywał, tak długo, że spuściłem oczy, ale Renda zeskoczył, usiadł mi na kolanach i dał łapki na ramiona, i teraz patrzył na mnie, musiałem patrzeć i ja, a były to te same oczy, co miała Máca, ta która odeszła przez pole na parcelę tam do Mičków i już nigdy nie wróciła, wolała umrzeć w którejś z szop, aniżeli miałaby tutaj być ze mną i tymi pozostałymi wrogo do niej nastawionymi kociętami. A Renda, kiedy napatrzył się w moje oczy, zeskoczył, były przystojniaczek, który błyszczał i lśnił, był jakby rozświetlony skrzącą się elektrycznością, teraz odchodził, dygotały mu nóżki, garbił swój wynędzniały grzbiet, kiedy mi pokazał, jak przeze mnie został zabiedzony, odszedł, żeby za chwilę wrócić, jakby mi chciał coś powiedzieć, dodać coś do tego wszystkiego, co się z nim działo przez te przeszło trzy miesiące, ale zastanowił się, skinął wychudłą szyją i zaczął żałośnie biec gdzieś w stronę potoku...

3.

 W tym czasie, kiedy Szwarcawa miała kocięta w karmniku dla ptaków, taka wzruszająca ludowa szopka, w tym czasie nie chciało mi się żyć. Upewniłem się, że moja żona ma rację, co będziemy robić z tyloma kotami? Miała rację, ale jak to rozwiązać?

Ja byłem winien temu, że mieliśmy tyle kotów w domku w lesie, że nasz tutaj pobyt podczas weekendu był wszystkim innym, tylko nie wypoczynkiem, na odwrót, od rana zamartwialiśmy się, że otworzymy drzwi, a wtedy korytarz oraz kuchnię zaleje rzeka kociąt, zamartwialiśmy się, że tych dziesięć kociąt dorośnie i co potem? Moja żona płakała i powtarzała swoją modlitwę... co będziemy robić z tyloma kotami? A ja chodziłem nad potok i patrzyłem na wierzbę, na tę wierzbę, o której było we wróżbie Marzenki, że się na niej powieszę. I tak pewnego razu dodałem sobie odwagi i wyciągnąłem z szopy wielki kosz, i podczas gdy wszystkim kotom nalałem w kuchni do dwóch talerzy mleko, wyniosłem z karmnika kocięta, tak jakby w gorączce, żonę wysłałem do sąsiadów, wyniosłem dwa kocięta i włożyłem je do kosza, potem wszedłem do szopy i wyniosłem dwa następne, i dołożyłem je do tych kociąt z karmnika dla ptaków, a potem jak we śnie otwarłem pocztowy worek z zaschniętą plamą w rogu i włożyłem tam trzy kocięta i jeszcze trzy, i pobiegłem do lasu, i kilka razy uderzyłem zawartością pocztowego worka, potem jeszcze raz i znowu... Później oddychałem zupełnie tak, jak wtedy w zimie, kiedy pomogłem obcej olbrzymiej, ale wynędzniałej kotce dostać się na tamten świat... Lecz kiedy ją zabiłem, zupełnie tak, jak teraz zabiłem sześć kociąt, miałem poczucie, co do którego wiedziałem, że będzie mnie prześladować już zawsze. Już wtedy w zimie miałem poczucie, że dokonałem morderstwa, ale od tamtego czasu już tak mi odpuściło, że jedynie nad ranem zjawiała mi się ta kotka, tylko nad ranem przychodziła do mnie i znowu żałośnie miauczała, abym jej pomógł, a kiedy odmówiłem i jako pomoc rozchyliłem pocztowy worek na listy, tak jakoś jakby się chciała na mnie zemścić za to, że jej nie zabrałem do domu, nie nakarmiłem i nie wyleczyłem z samotności, wsunęła się do worka sama, a ja ją zabiłem, żeby uwolnić się od tych nocy, kiedy chodziła wokół mojego domu i żaliła się w głos, krzyczała z głębi duszy, żeby jej ktoś pomógł, ale ja pomogłem jej przedostać się na drugą stronę rzeczy, ludzi i zwierzątek, do śmierci. Teraz kiedy zabiłem sześć jeszcze ślepych kociąt, byłem jak uderzony obuchem, dusiłem się tym, co musiałem zrobić. Drżałem cały, ale musiałem działać dalej, pochyliłem się i namacałem główki, ale przerażony wyczułem, że kocięta jeszcze się poruszają, i tak jak wtedy w zimie, wziąłem siekierę, którą rąbałem drzewo... A potem wziąłem szpadel i tam między brzozami, w miejscu odległym, wykopałem głęboki dół, wysypałem do niego mokrą zawartość worka, nie powstrzymałem się, żeby nie pobiec jeszcze przed ten mój dom i nie zerwać sześciu pelargonii, a kiedy wróciłem, wrzuciłem te kwiaty do grobu, a kocięta leżały tam w straszliwym splątaniu i ja okropnie się przeląkłem, nie powinienem był tam patrzeć, bo te kocięta leżały tam, przypominając obrazy nazistowskich zbiorowych mogił... I zasypałem ten grób, położyłem nań kamień, i zarzuciłem go starymi dębowymi liśćmi, żeby zatrzeć ślady. A worek pocztowy złożyłem i schowałem do szopy, a kiedy wyszedłem stamtąd na zewnątrz, zachwiałem się i zrobiło mi się niedobrze, i biegłem, i uchwyciłem się pustego karmnika dla ptaków i tyczki w płocie, i zwymiotowałem zawartość żołądka, i potem jeszcze raz, i znowu...

Więc płakałem, byłem blady, otworzyłem drzwi na korytarz, a potem stałem i długo trzymałem za klamkę od kuchni, nim ją nacisnąłem. I wybiegły kocury i te dwie kotki, które mnie kochały, a kiedy je pogłaskałem i przyprowadziłem do kosza, jako pierwsza wśliznęła się do niego Szwarcawa, i przyjęła te cztery kocięta jako swoje, a za chwilę przybiegła też ta druga i jakby to było zrozumiałe samo przez siebie, także wśliznęła się do tego koszyczka... I tak tam leżały, kocięta ssały na przemian, jakby były kociętami tylko jednej kotki, albo wspólnymi kociętami... A ja nadstawiłem im rękę i obie kotki lizały mi ją i zamykały oczy, były szczęśliwe, że je dotykałem, że głaskałem dwie pary kociątek, a mnie na pozór spadł kamień z serca... A potem te kotki rozdzieliły sobie funkcje, zmieniały się w koszu, miały dosyć czasu, żeby udać się za swoimi potrzebami, żeby pobiec przez płot tam na te swoje charcowiska, żeby wyrwać się od kociątek, żeby, kiedy się jednej zatęskniło, wrócić do koszyka, który teraz stał w kuchni, i zmienić drugą kotkę, ale naprzód dać sobie przy zmianie po całusku. A też i pozostałe kocury chodziły popatrzeć na kocięta, nawet, kiedy kotek nie było, właziły do swoich siostrzeńców czy bratanic, oblizywały je te kocury, czyściły, ogrzewały, i zdawało się, że tak jakoś tym, że zabiłem sześć kociąt, pomogłem wszystkim, najbardziej mojej żonie, której powiedziałem, że kocięta zaniosłem do pana doktora Beníka, który im dał powąchać chloroform... Ten czas, ten miesiąc wydawał się być najszczęśliwszy, bo obie kotki prześcigały się, rywalizowały o to, która mnie bardziej kocha, która mi częściej wchodzi na kolana i daje łapki na ramiona, i patrzy zakochana w oczy. Nawet jeden z przyjaciół, kiedy to widział, przyniósł aparat, ażeby sfotografować tę sjestę, kiedy siedzę na ławeczce, na kolanach mam koszyk, a w nim cztery kocięta i dwie kotki, zwinięte tak, że jedna drugiej trzymała głowę w nogach, a ja miałem ręce w koszyczku. Kocięta już widziały, oblizywały mnie, trącały moje ręce i wtulały się w nie, patrzyłem do koszyka na ręce dotykające kociąt, i nagle, niby piorun z jasnego nieba, wpadła mi do głowy myśl, że oto daję się fotografować zupełnie tak, jak to jest na zdjęciach z gett, gdzie nad dołem z martwymi i postrzelonymi daje się sfotografować oficer SS, pluton egzekucyjny... W tej chwili przyszło mi do głowy to, co widziałem w gazecie z jedenastego roku, jak Turcy, kiedy masakrowali gminę, odcięli głowy swym nieprzyjaciołom, ofiarom, dali te głowy do worków i zanieśli do miasta, żeby się z nimi sfotografować, na tym zdjęciu było sześć odciętych głów, dokładnie tak samo, jak fotografowali się z odciętymi głowami amerykańscy żołnierze oraz żołnierze południowego Wietnamu, kiedy obcinali głowy swym ofiarom, a na dodatek wtykali im w kąciki ust po papierosie, tak jak ja wrzuciłem każdemu kociątku czerwony kwiat pelargonii. Więc siedziałem na ławeczce, mój przyjaciel trzaskał najpiękniejsze zdjęcia i nie wiedział, ani nie mógł przypuszczać, jak te wszystkie myśli przepływały przez moją głowę, ogarniały całe moje ciało. Od tej chwili już wiedziałem, że nawet nie muszę widzieć zaplamionego krwią pocztowego worka, że już nie muszę rąbać siekierą drzewa, że już nawet nie muszę patrzeć na swoje ręce, że stale będę miał poczucie winy, że dalej, oprócz tej olbrzymiej kotki z zimy, będą też przychodzić do mnie kociątka, sześć kociątek, będą mnie odwiedzać jako wyrzuty sumienia, kiedy nad ranem nie mogę spać. Na nic było to, że mnie kotki, Szwarcawa i ta, która jeszcze nie miała imienia, ta Bezimienna, darzyły życzliwością, to jeszcze powiększało moje poczucie wstydu, winy. To, że już z daleka mnie witały tym tryskającym prosto z oczu strumieniem miłości, że kochały całą moją postać, i nawet to, że kiedy się pochyliłem nad koszykiem i dałem im tam rękę, omdlewały, a z ust wyciekała im czuła ślinka, tak mnie kochały, byłem dla nich wszystkim, tym najpiękniejszym, co kiedykolwiek widziały na świecie. Nawet jak się zdawało, kochały mnie bardziej niż te swoje maleńkie bateryjki, te cztery kocięta, które dałem im w sumie, i obie te matki miały nie tyle wrażenie, ale były niezłomnie przekonane, że te tutaj to są właśnie te ich. Domyśleć tego już nie potrafiły, podczas gdy ja dalej myślałem o tym wszystkim, czego się dopuściłem, czego robić nie musiałem, ale co ostatecznie zrobiłem. Tak więc ja, ten, który przez ponad czterdzieści lat stale rujnował sobie zmysły, ja, który w zamkniętej kuchni, kiedy zaniepokoiłem się jakimś dźwiękiem, i kiedy poszukiwałem przyczyny swego zaniepokojenia, kiedy stwierdziłem, że to liść, który między oknami porusza się na pajęczej nici, więc ja, już tak przewrażliwiony, lekkomyślnie pozwoliłem sobie na ten luksus, aby zabić zabiedzoną kotkę w zimowym lesie, a teraz sześć kociątek. Ja, który słyszałem nawet tykający zegarek zawinięty w szal, nie przemyślałem do końca, jaki los sam sobie zgotowałem...

Bohumil Hrabal 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas