poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura [Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)]


Czy nazizm istniał poza granicami Niemiec? Oczywiście – nie, bo to skrót nazwy „Nationalsozialistische Deutsche Arbeitspartei”. Powstaje więc pytanie, dlaczego w nowej oficjalnej nazwie obozu oświęcimskiego figurują obok siebie słowa „niemiecki nazistowski” obóz koncentracyjny i zagłady”. To taki sam pleonazm, jakim byłaby np. „sowiecka czerezwyczajka czy „chiński kuomintang”.

W ub. roku „Camera” pisała o skandalicznych błędach w obcojęzycznych cytatach, tytułach i nazwiskach występujących w „Dziennikach 1835–1836” Juliana Ursyna Niemcewicza, które ukazały się pod „redakcją naukową” Izabeli Rusinowej. Obecnie w tymże samym opracowaniu opublikowane zostały „Dzienniki 1837–1838” Niemcewicza z równie jaskrawymi i licznymi błędami. Edytorka nie potrafiła poprawnie odczytać najprostszych tytułów. Znajdujemy tu więc: „La Russie Ditto Resque” (s. 27) zamiast „Pittoresque”, „Grundlagen der Universfallen Philospophie” (s. 118) zamiast „der universellen Philosophie”, „Philographie de la nature” Schillinga (s. 359) zamiast „Philosophie…” Schellinga, „Letters d’un Voguage” (s. 357) zamiast „d’un voyageur”, zupełnie niezrozumiałe „Floranutionlis” (s. 153), „Histoire de Cangrici de Universe” (s. 282), „Du secondare vue d’Espase” (s. 315), „Selecta eprofanius scriptori” (s. 318). Szczytem wszystkiego jest „Wornogony” (s. 179) – tak odczytała p. Rusinowa tytuł powieści Michała Czajkowskiego „Wernyhora”. Na jednej stronie (61) ta sama osoba występuje jako „Caulaincourt” (poprawnie), „Collicourt”, „Callaincourt”, „Colliancourt”. Są też takie kwiatki, jak „Le Presse” (s. 31), „Edynburg Revenu” (s. 12), „Les Constitionel” (s. 317). W dłuższych cytatach obcojęzycznych raz po raz pojawiają się bezsensowne ciągi liter, które nie mają znaczenia w żadnym języku, np. „qui de ffondront la causa de ces brave et devaies Polonais” (s. 61), „estage a touts les gloires Franćais rendu immorel” (s. 87), „Calem ipsum petimus fuga” (s. 193), „lauderi in nuc cuiah” (s. 144), „Polignara preursit nos Deus” (s. 387), Bernardin de Saint Pierre zmienia się tu w „Bernurdiera” (s. 116), Czyngis-chan w „Gincyi chana” (s. 130), Puckler Moskau w „Muskau Paklera” (s. 178). Książkę wydała Wyższa Szkoła Humanistyczna im. Aleksandra Gieysztora. Jej patron chyba w grobie się przewraca.

Bożena Chodźko, omawiając rękopiśmienne dedykacje dla Marii Renaty Mayenowej w książce „Obecność. Maria Renata Mayenowa (1908–1988)”, umieszcza wśród nich także: „Kol. Ice Bardzo przyjaźnie S. Sandler. 5.II.53” – na książce „Potop”, Sandler na pewno nie zwracał się do Mayenowej jako do „koleżanki Iki”. Iką nazywano w Instytucie Badań Literackich Irenę Kucharską (później Wyczańską), rówieśnicę Sandlera. Najwidoczniej Mayenowa pożyczyła od niej książkę Sandlera i jej nie oddała. To samo dotyczy dedykacji „Miłej Ikuni. Z wdzięcznością za pomoc w IBL-owskiej stajni Augiasza” na książce Stefana Żółkiewskiego „Rozwój badań literatury polskiej w latach 1944–1954”. Jeszcze w związku z "Obecnością": w ogłoszonej tu korespondencji Józef Mayen pisze do Henryka Elzenberga 8 X 1941 r.: „Przekwitły wydaje mi się zresztą w probolszewickich czasach również de Mana, którego Panu Profesorowi zawdzięczam”. W przypisie czytamy, że chodzi tu o Hermana de Mana, „bardzo popularnego przed wojną pisarza holenderskiego”. Ale Mayen pisze, że jest to „książka francuska”, a Elzenberg, odpowiadając mu (20 XI), zgadza się z nim, że „de Man mało dziś daje”. Najpewniej chodzi tu o innego de Mana – Hendrika, belgijskiego socjalistę – rewizjonistę, autora książki „O psychologii socjalizmu”, nb. w czasie II wojny światowej – hitlerowskiego kolaboranta.

Dziwnie brzmi pochwała pisarstwa Ignacego Karpowicza w recenzji Joanny Bielas z jego powieści „Cud” („Twórczość” nr 7): „Mistrzowskie operowanie językiem […] nie jest jednak tylko efektownym ‘pawiem” puszczonym ku uciesze ludu, lecz spełnia o wiele bardziej istotne funkcje”. Wszak w powszechnym użyciu „puszczać pawia” to znaczy – wymiotować

Krystyna Kofta („Nowe Książki”, nr 7, s. 40) pisze, że Montaigne, „filozof bliskiego, naturalnego kontaktu z dziećmi, oddał jednak swoje do sierocińca”. Najwidoczniej autorka pomyliła tu Montaigne’a z Janem Jakubem Rousseau, autorem „Emila”, który istotnie tak postąpił ze swoim potomstwem.

Wojciech Orliński (ur. 1969) w ciekawej i pouczającej książce „Co to są sepulki. Wszystko o Lemie” (s. 193) nazywa Adama Włodka „guru polskiej socrealistycznej krytyki literackiej”. Włodek był mentorem krakowskiej młodzieży literackiej, ale krytyką zajmował się w niewielkim stopniu, a na pewno na tym terenie dla nikogo nie był „guru”.

Paweł Głowacki („Dziennik” z 23 VII) wspomina o swoim „lęku przed byciem obfajdanym płaskimi przymiotnikami”. Sam jednak także „fajda” pisząc, że „gdy kruszeje opowieść – startuje turniej pierdoł zastępczych” i to ważne słówko „pierdoły” z widoczną lubością powtarza kilkakrotnie w swym artykule.

„Fajda” także Stasiuk. W jednym ze swoich wywiadów (przypomnianym przez „Dziennik” z 27 VII) tak mówił o zmarłym niedawno Mirosławie Nahaczu: „Ja mówię, k…., pewnie napisał wiersze jakieś. […] Przeczytałem to „Osiem cztery” jeszcze tego samego dnia, zadzwoniłem do niego, mówię ‘K…., chłopie, zajebiste po prostu. Zajebiste’”. Jak widać, znakomitemu prozaikowi trudno sklecić zdanie „po prostu” bez wiadomego uniwersalnego przerywnika i uniwersalnego przymiotnika.

Przedziwne jest roztargnienie niektórych autorów (i nieuwaga redaktorów). Katarzyna Kuczyńska-Koschany na s. 92 „Odry” (nr 7–8) twierdzi, że Iwaszkiewicz był w latach międzywojennych ambasadorem Rzeczypospolitej w Danii, a na stronie następnej sama się poprawia, pisząc – zgodnie z faktami – że był tylko „sekretarzem poselstwa polskiego w Kopenhadze w latach 1932-1935”.

Nie jest grzechem nie znać łaciny, ale nie znając jej, trzeba być ostrożnym w przytaczaniu cytatów łacińskich. W przeciwnym razie ukazują się takie dziwolągi, jak „America nuper reperia” (zamiast „noviter reperta”) w artykule Sławomira Leśniewskiego w „Polityce” (nr 30).

Zdzisław Najder, pisząc artykuł „Miś bohater i Hans Castorp” („Dziennik” z 4–5 VIII), nazbyt zaufał swej pamięci. Po pierwsze – wiersz „Synku mój mały, obcobrzmiące nazwisko będziesz nosił…”, pióra Kazimierza Tetmajera, przypisał Włodzimierzowi Tetmajerowi. Po drugie – znany cytat z „Fausta” Goethego, zamiast „Verweile doch, du bist so schön” („Potrwaj jeszcze [chwilo], tak jesteś piękna”) brzmi tu zupełnie bezsensownie: „Bedaure dich, du bist so schön”, co znaczyłoby: „Pożałuj się, tak jesteś piękna”.

Prof. Paweł Wieczorkiewicz rozmija się z faktami, gdy pisze („Dziennik” z 11/12 VIII), że Samuel Fiszman „był z wykształcenia felczerem, ale jako że znał rosyjski, został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Jego dorobek to kilka parostronicowych broszurek typu ‘wpływ Mickiewicza na Puszkina i odwrotnie’”. W rzeczywistości – Fiszman był z wykształcenia agronomem. Jeśli pamięć Kamerzysty nie zawodzi – właśnie czynna znajomość języka rosyjskiego nie była jego silną stroną. Dorobku naukowego Fiszmana Wieczorkiewicz widać nie oglądał na oczy – dorobek ten był nadzwyczaj szczupły, ale nie ma w nim owych broszurek wpływologicznych, jest natomiast książka „Mickiewicz w Rosji” (1949), zawierająca nieznane materiały wydobyte z archiwów i bibliotek Moskwy i Leningradu, obszerny wstęp do „Jeźdźca miedzianego” w serii „Biblioteka Narodowa (1967), rozprawa „Komparatystyka w prelekcjach paryskich Adama Mickiewicza” (1981). Oczywiście, zgodzić się trzeba, że dorobek taki to za mało jak na uniwersytecką profesurę.

Warszawski polonista, Staszek Dutka, mówi (cytuje Aneta Kozioł w „Polityce”, nr 24): „Z czytaniem, przynajmniej w mojej szkole nie jest najgorzej. Wprowadziłem system czterech dowolnych książek w roku, z których muszą się rozliczyć, i nigdy nie mam problemu z wyegzekwowaniem tej należności”. Cztery książki na rok, i to pod przymusem – niewiele, jak widać, trzeba dziś nauczycielom do zadowolenia z czytelnictwa uczniów.

Andrzej Mularczyk („Gazeta Wyborcza” z 20 VI) koloryzuje, gdy opowiada, że w latach jego dzieciństwa znakiem tożsamości narodowej był dla niego „wiszący gdzieś obraz Grottgera czy Brandta o powstaniu styczniowym”. Józef Brandt malował sceny batalistyczne i rodzajowe z XVII-wiecznej przeszłości; powstanie styczniowe nie było nigdy tematem jego twórczości.

Maria Napiontkowa („Teatr” nr 5) pisze, że Stefan Treugutt w wykładzie wygłoszonym w warszawskiej szkole teatralnej w r. 1984 przywoływał opinię Romana Jakobsona, definiującą istotę filologii jako „umiejętności powolnego czytania”. W rzeczywistości Treugutt wspomniał, że Jakobson przytaczał takie sformułowanie usłyszane od rosyjskiego językoznawcy Lwa Szczerby. Ale i Szczerba nie był jego twórcą; pochodzi on z „Jutrzenki” Nietzschego.

Nie grzeszy ścisłością Jarosław Abramow-Newerly, gdy pisze o Żeromskim, że był autorem „Doktora Judyma” („Rzeczpospolita” z 23–24 VI). Czyżby znał „Ludzi bezdomnych” tylko z przeróbki filmowej pod tym tytułem?

Krzysztof Masłoń („Rzeczpospolita” z 23-24 VI) sądzi, że największe zasługi w stworzeniu mitu Puszkina w Rosji przypisać należy Stalinowi, bo w przemówieniu z 6 XI 1941 r. zaliczył on poetę do największych postaci w dziejach tego kraju, w r. 1949 w rocznicę jego urodzin zarządził oddanie na jego cześć salwy honorowej, w r. 1950 zaś stwierdził, że współczesny język rosyjski strukturą niczym się nie różni od języka Puszkina. Wszystko to prawda, tylko prawdą jest także, że Puszkin otoczony był w ZSRR przez cały czas kultem (już Lenin po przeczytaniu Majakowskiego miał powiedzieć: „A przecież Puszkin jest lepszy”). Utwory jego wychodziły w masowych nakładach. Oficjalny kult wzmógł się w latach 30., gdy nastąpiła nacjonalistyczna reorientacja sowieckiej polityki kulturalnej. Uroczystości jubileuszowe w r. 1937 (w dobie największego terroru!) zorganizowane zostały z wielkim rozmachem. A przy okazji: Stalinowi nie nadawano miana „Gienij Ludstwa”, jak pisze ironicznie Masłoń, bo słowa „ludstwo” nie ma w języku rosyjskim. Po rosyjsku należałoby powiedzieć: „Gienij Czełowieczestwa”.

Dziwne rzeczy wyczytać można w „Dialogu” (nr 6, s. 72–73). Oto Dobrochna Ratajczakowa jako najdawniejsze świadectwo istnienia teatru w Polsce przypomina sobie „pochodzący z dziesiątego wieku zakaz biskupa Henryka Kietlicza dotyczący wystawiania w kościołach przedstawień typu karnawałowego”. Autorka pomyliła się co najmniej o dwa stulecia – arcybiskup Henryk Kietlicz żył na przełomie XII i XIII w. Z kolei Leszek Kolankiewicz pisze: „W naszej teatrologii bada się przede wszystkim – jakby powiedział Leszek Kołakowski – ‘nos Kleopatry’”. A przecież „nos Kleopatry” łączy się przede wszystkim z nazwiskiem niejakiego Pascala.

Katarzyna Siwiec („Kraków” nr 5) sugeruje, że w czasach PRL nikogo nie mogły (nie powinny były) obchodzić „jakieś dawne cesarstwa”, a nawet niebezpiecznie było „bredzić o demokracji (choćby ateńskiej), albo przypominać Imperium Romanum”, jednym słowem – że wiedza o antyku pozostała w sprzeczności z „jedyną poprawną i powszechnie obowiązującą w powojennych latach ideologią”. Trudno się z tym zgodzić. To prawda, że zaprzestano uczyć łaciny w szkole średniej, ale badacze starożytności – Tadeusz Sinko, Kazimierz Kumaniecki, Kazimierz Michałowski otrzymywali najwyższe nagrody państwowe, publikowano liczne przekłady klasyków literatury i filozofii (w tym – zbiorowe wydanie Arystotelesa), książki Aleksandra Krawczuka ukazywały się w masowych nakładach, on sam był częstym gościem w telewizji. Powtórzę, co już kiedyś w „Camerze” napisałem: sytuacja kultury w PRL była trudna, ale nie należy jej jeszcze bardziej przyczerniać.

Andrzej Waśko („Czy Mickiewicz był fałszywym prorokiem?” w księdze zbiorowej „Adam Mickiewicz. Dwa wieki kultury polskiej”, s. 363) pisze, że w obchodach Mickiewiczowskich w okupowanym przez Sowiety Lwowie brali udział m.in. Boy, Przyboś i Kleiner – ten ostatni „pod przymusem”. Skąd Waśko o tym wie? Stosunek polskich uczonych do tych obchodów był niejednoznaczny. Zachował się np. list Boya do Henryka Elzenberga z 28 IX 1940 r., z którego to listu wynika, że Elzenberg w imieniu swoim i wileńskich kolegów (m.in. Jerzego Ordy, Ludwika Frydego) zapytywał, bynajmniej nie pod przymusem, czy możliwy jest ich udział w okolicznościowej księdze zbiorowej, która miała się we Lwowie ukazać. A jeśli chodzi o same obchody, to niezależnie od propagandowych intencji, którymi kierowali się ich komunistyczni organizatorzy, „ci z Polaków, którzy zwrócili na nie uwagę, zapisali je w pamięci jako ważny czynnik wzmacniający poczucie nadziei i narodowej tożsamości” (Mieczysław Inglot, „Polska kultura literacka Lwowa lat 1939–1941”, s. 152).

Wszyscy oburzali się na ministra Giertycha za skreślenia w projekcie spisu lektur szkolnych. Ale co się dziwić ministrowi i jego doradcom, jeśli poloniści z ogólnopolskiego Stowarzyszenia Innowatorów Edukacyjnych UWAŻAJĄ ZA SŁUSZNE WYCOFANIE JEDNEGO Z TRZECH DRAMATÓW ROMANTYCZNYCH („Gazeta Wyborcza” – Kraków, 6–7 VI). Czyli: „Dziady”, „Nie-Boska Komedia” i jeden z dramatów Słowackiego to dla P.T. Innowatorów już za dużo! I czynią to w memoriale, w którym protestuje się przeciw „zafałszowaniu obrazu dorobku kulturowego poprzednich pokoleń”!

Rafał Podraza, publikując w książce „Magdalena, córka Kossaka” rozmowę o niej ze Stefanią Grodzieńską, dodaje do przytoczonej tu wypowiedzi Magdaleny Samozwaniec o przyjaciółce, która ją gościła, informację, że chodzi o „Janinę Lipochorską” (s. 126). Tak zapewne dosłyszał w rozmowie telefonicznej z Grodzieńską. O Janinie Ipohorskiej, zastępcy redaktora naczelnego „Przekroju” nic mu – jak widać – nie wiadomo.

Tadeusz Nyczek („Przekrój” nr 16) pisze, że Niemcy końca XIX wieku to był „kraj miły i pogodny; pierwsza wojna nikomu nie przychodziła do głowy; z hasłem ‘Niemcy” nic specjalnie fatalnego się nie kojarzyło”. Jak dla kogo. Wilhelm II groził w tym czasie przeciwnikom „opancerzoną pięścią”, w przemówieniu do wojsk wysłanych dla stłumienia powstania bokserów w Chinach zapowiadał: „Pardonu nie będziemy udzielać”. W r. 1894 zaostrzył się też antypolski kurs rządu – zaczęła działać Hakata, cesarz wygłosił w Toruniu wyraźnie antypolskie przemówienie. Trudno też zgodzić się z Nyczkiem, gdy pisze („Przekrój” nr 22–23), że w r. 1569 „nie działo się nic specjalnego”. To przecież data Unii Lubelskiej!

Magdalena Środa („Gazeta Wyborcza” nr 97), i nie tylko ona, przypisuje Gomułce autorstwo wyrażenia „ni pies ni wydra, coś na kształt świdra”. Tymczasem jest to stare powiedzenie, które znaleźć można m.in. u Sienkiewicza („Wiadomości bieżące”) i Nowaczyńskiego („Jegomość Pan Rej w Babinie”).

Z programu telewizyjnego „Errata do biografii” z 28 V wynikałoby, że Jerzy Szaniawski przez cały czas, aż do śmierci, był prześladowany przez władze PRL-owskie i tylko redakcja „Przekroju” drukowała jego „Opowiadania profesora Tutki”. A przecież prześladowania te i szykany ograniczały się do lat 1949–1955. Od połowy lat 50. znów wystawiano i publikowano jego sztuki. Już w r. 1958 ukazały się „Dramaty zebrane” w 3 tomach, równocześnie otrzymał nagrodę literacką m. Warszawy, w r. 1962 – nagrodę im. W. Pietrzaka. W r. 1955 oznaczono go Krzyżem Komandorskim, a w r. 1966 – Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Nieżyjący już Henryk Dasko w recenzji z książki „Ogród Afrodyty” Ewy Stachniak („Gazeta Wyborcza” z 31 V) zaliczył do Polaków przebywających na Bliskim Wschodzie na przełomie XVII i XVIII wieku Sadyka Paszę. Błąd każdemu może się zdarzyć; dziwne tylko, że w redakcji nikt go nie zauważył i nie poprawił. Sadyk Pasza (Michał Czajkowski) przybył na Bliski Wschód dopiero w r. 1841.

Felietonista „Dziennika” (2-3 VI) Jan Wróbel zaleca lektury „specom od władzy”. Sam się jednak do tych lektur niezbyt przykładał, skoro "Siłaczkę" przypisał… Henrykowi Sienkiewiczowi. Dorównał tym samym specom z Ministerstwa Edukacji Narodowej, którzy w projekcie nowego spisu lektur przypisali "Obronę Sokratesa" Arystotelesowi.

Dariusz Kosiński mówi („Gazeta Wyborcza – Kraków” z 11 V): „Nie tylko Żeromski, ale i Szaniawski nie zaistnieliby (w domyśle – jako dramatopisarze), gdyby nie ‘Reduta’”. Co do Szaniawskiego – zgoda, ale przecież Żeromski napisał „Grzech”, „Różę” i „Sułkowskiego” zanim „Reduta” powstała.

Jerzy Jachowicz („Dziennik” nr 110) pisze o pewnym młodocianym złoczyńcy, że „po jakimś czasie od popełnienia przestępstwa sam się zgłaszał na policję i opowiadał, co zrobił”, ale policjanci „brali jego opowieści za przechwałki i przeganiali go, uważając go za sensata”. Jachowicz najwidoczniej nie rozumie znaczenia wyrazu „sensat”. Wydaje mu się, że „sensat” to ktoś taki, kto wywołuje wokół siebie sensację. W podobnym znaczeniu używa wyrazu „sensat” Jacek Żakowski („Polityka” nr 20). Tymczasem – sensat to człowiek poważny, a nawet przesadnie poważny.

Na bakier z historią jest Marek A. Cichocki, gdy pisze („Rzeczpospolita” – „Plus Minus” z 9–10 VI), że „w 1918 mieszkańcy Kielc (...) zamykali w popłochu drzwi swoich domów przed legionistami Piłsudskiego”. Tak było rzeczywiście (choć nie powszechnie), ale cztery lata wcześniej, w r. 1914.

Andrzej Łapicki („Teatr” nr 4) wspomina, że o Osterwie grającym w "Fircyku w zalotach" napisał Słonimski: „To nie był Fircyk, to był vier und vierzig”. W rzeczywistości jest to trochę zmieniony dowcip Zygmunta Nowakowskiego z felietonu „Portugalia Osterwy” (IKC 1933, nr 189). „Wspaniale gra rolę tytułową w komedii >>Fircyk w zalotach<<. Niemniej jednakże powinno się pamiętać, że człowiek, który przeszedł czterdziestkę, nie jest już ‘vierzig', ale mniej więcej ‘acht und vierzig’”.

Bronisław Wildstein („Rzeczpospolita” z 2–3 VI) uległ widać PRL-owskiej dezinformacji, skoro pisze o „sprawie zaangażowania w nazizm” Ferdynanda Goetla, na równi z Heideggerem, Hamsunem czy Bennem. Goetel zachwalał co prawda faszyzm w swej przedwojennej książce, ale „zaangażowania w nazizm” ani wtedy, ani w czasie wojny zarzucać mu nie można.

W świetnym skądinąd felietonie tygodniowym Tomasz Lis („Gazeta Wyborcza” z 4 VI) napisał, że „70 lat temu literaturoznawcom (w domyśle – hitlerowskim) ogień nie wystarczył, by wyeliminować Schillera i Heinego”. Co do Heinego oczywiście zgoda, ale Schiller był w III Rzeszy wysoko ceniony. W podręczniku szkolnym „Literaturkunde” Wilhelma Meyera z r. 1936 Heine nie jest w ogóle wzmiankowany, natomiast o Schillerze można przeczytać, że jest „ukochanym poetą naszego narodu, a zwłaszcza niemieckiej młodzieży – bo jest niemiecki w samym swoim rdzeniu i istocie”.

„Camera obscura” dwukrotnie została uhonorowana w „Niekonwencjonalnym krakowskim leksykonie literackim” („Dekada Literacka” nr 213), za co pięknie dziękuje. Ale Camera „prawdę mówi, względów się wyrzeka”, musi więc wytknąć autorom leksykonu pewne usterki. I tak, Bolesław Drobner nie był „najdłużej utrzymującym się I sekretarzem KW PZPR” (s. 8) – przeciwnie, funkcjonował w tym charakterze najkrócej, bo od 27 X 1956 do 10 II 1957. – „Lilla Weneda” była strażniczką nie „liry Derwida” (s. 48), ale jego harfy. – Nie można pisać, że Leszek Aleksander Moczulski jest autorem m.in. tekstów „Medytacje wiejskiego listonosza” i „Ludzie, zejdźcie z drogi” (s. 60) – bo to ten sam utwór. – Nie jest prawdą, że „Wydawnictwo Literackie” powołane zostało w r. 1953 „przede wszystkim w celu przygotowywania opracowań krytycznych dzieł klasyki polskiej, Wyspiańskiego, Kasprowicza i Micińskiego” (s. 96). W tym czasie można było myśleć co najwyżej o wydaniu wyboru dramatów Wyspiańskiego. Wydawnictwo Literackie zostało powołane celem ożywienia twórczości krakowskich literatów w duchu socrealizmu – z pewną tolerancją dla autorów, którzy do jego wymogów niezupełnie się dostosowali. Przydzielono mu także klasyków, ale pomniejszych– galicyjskich: Bałuckiego, Sewera, Orkana.– No i jeszcze jedno: dlaczego nazwisko Bogdana Rogatki nie jest w Leksykonie odmieniane?



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas