poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)]



Czytając prasę czy oglądając telewizję, można mieć przesyt historią najnowszą, podawaną na różne sposoby i wciąż – w zależności od kontekstu – na nowo (re)konstruowaną. Jednak właśnie z powodu niezbyt odległej przeszłości chciałbym wrócić do marcowej „Twórczości” (3/2007). O wydarzeniach na Węgrzech w roku 1956 wszyscy mniej lub więcej wiemy. Słabo natomiast znamy twórczość pisarzy węgierskich, związaną z tamtymi wydarzeniami i emocjami towarzyszącymi powstaniu, stłumionemu przez armię radziecką. „Twórczość” drukuje trzy wiersze Sándora Márai, zmarłego w 1989 r. emigracyjnego pisarza węgierskiego. Jeden z tych utworów jest szczególnie interesujący: „Aniele z nieba. Gwiazdka ‘56”. Węgrzy próbujący zrzucić komunistyczne jarzmo są tutaj przedstawieni w konwencji mesjanistycznej, z nawiązaniami czy wręcz dosłownymi cytatami z Mickiewicza. Wiersz nawiązuje do motywu nie tylko śmierci, ale i narodzin Chrystusa, a także do ponurego Bożego Narodzenia w 1956 r., gdy po stłumionym powstaniu Budapeszt pełen jest radzieckich czołgów. Kilka wersów: „Bo to zaiste jest cud cudów: / Choinka dla ubogich ludów; (…) / Że tam na drzewie – nie cukierki – / Chrystus narodów – lud węgierski! // I wiele ludzi tam przechodzi: / Żołdak, co w serce go ugodził / I faryzeusz, który zdradził, / I ten, co wyparł się trzy razy, / I ten, co najpierw z nim wieczerzał, / Potem go za srebrniki sprzedał.”

„Twórczość” przynosi też kawałek dobrej prozy. Opowiadania „Plusz” Rafała Praszczałka nie czyta się łatwo, ale ta historia budowania (i pulsowania) świata wokół sekretarzyka wciąga w grę wyobraźni. Prowokuje do wymyślania odpowiedzi na pytania, które nie zostają tu udzielone. Czymże jest ten sekretarzyk? Czemu stał się przedmiotem swoistego kultu dla ludzi, którzy przyszli za nim i otaczają dom narratora. Zaciekawia też opowiadana przez narratora historia kobiety żyjącej samotnie w latarni, która też buduje swój świat (czy raczej w nim tkwi), tracąc wiarę w to, że jakikolwiek inny istnieje.

Choć jesteśmy w Unii Europejskiej i większość Polaków ocenia pozytywnie wstąpienie do tej organizacji, to po trzech latach widać (a było to już niektórym wiadome od samego początku), że wejście do Wspólnoty nie zniweluje różnic materialnych i kulturowych pomiędzy „starą” a „nową” Europą. Dlatego wciąż na nowo powielany jest schemat emigracji zarobkowej, poniżenia gastarbeiterów, niechęci (pomieszanej z fascynacją) do sytego Zachodu. Teksty opisujące te zjawiska lutowy „Dialog” (2/2007) pomieścił w dziale „W naszej miłej Europie”. Wracam do tego numeru, chcąc w pewnym sensie na nowo przemyśleć dramat „Ciemny las” Andrzeja Stasiuka, który podczas pierwszej lektury zirytował mnie pewnymi uproszczeniami i wydał się grą zestawem nieco wyblakłych klisz. Nadal tak uważam, mimo to polecam lekturę tej sztuki. Działa ona tak jak podróż autobusem wypełnionym rodakami, jadącymi do nielegalnej pracy na przykład do Heidelbergu lub Düsseldorfu. Jest to brutalne zderzenie ze specyficznym, innym, rządzącym się swoimi prawami światem. Stasiuk grubą kreską rysuje obraz praw rządzących światem nielegalnych pracowników i ich pracodawców. Ma się jednak wrażenie, że te mechanizmy i zachowania (nawiązujące miejscami do Witkacego), choć nie dosłownie, to bliskie są rzeczywistości. System nadzoru i wyzysku jest dobrze rozwinięty. Pracownicy, którzy wycinają las (Stary, łysy i Młody), nadzorowani są za pomocą kamer, reflektorów, specjalnego przyrządu sterowniczego i Głosu. Całą tą maszynerią kieruje ich niemoralny pracodawca. Wprawdzie nigdzie nie jest to powiedziane wprost, ale wiele aluzji, sygnałów tekstowych sugeruje, że rodzina pracodawców to Niemcy, a wyzyskiwani pracownicy to Polacy. Tylko Chińczycy są Chińczykami i funkcjonują tu jako ikona bardzo taniej siły roboczej, z którą nigdy nie ma problemu. Nawet zmarłych nie mają, tzn. świat pracodawców i gastarbeiterów z innych krajów nic o nich nie wie. Pracodawca ma rodzinę (żonę i syna), żyjąca w zatrzymanym świecie, w którym nie ma ruchu związanego z pracą, bo pracować nie trzeba. Nie ma też ruchu związanego z zauważalnym upływem czasu – wprawdzie wspomina się, jak to było kiedyś (praca, inni ludzie, inne emocje), ale dostatni tryb życia spowodował, że czas w pewnym sensie zatrzymał się, a ludzie są długowieczni. Syn jest zarówno produktem, jak i konstruktorem dekadencji tego zatrzymanego świata. Nie pracuje, bo nie musi, odpoczynek go męczy, bierze od Ojca banknoty o wysokich nominałach, bo z nich łatwiej robi się rurki do wciągania przez nos narkotyku, podnieca go tylko rzeczywistość wirtualna stwarzana przez wyrafinowane gry komputerowe. Pracujący przy wycinaniu lasu nie muszą być Polakami, są po prostu ze Wschodu. Ojciec z rodziną to mieszkańcy Zachodu. Dzieli ich bardzo wiele. Posłuchajmy Ojca, który przez megafon mobilizuje swoich pracowników: „Wstawać! Wstawać! Wstawać! Prędko! Prędko! Prędko! Do roboty! Jeszcze nie nauczyliście się pracować, a już chcecie odpoczywać! Wstawać i pracować! Potem siadać i odpoczywać. Dopiero na końcu brać pieniądze. Wstawać! Pijaństwo! Lenistwo! Brud! Leżenie! (…) Przybyliście tutaj, aby pracować i doskonalić się. Wstawać! Przybyliście tutaj, żeby zobaczyć, jak ma wyglądać świat. Prędko! Z tych swoich wsi bez elektryczności. Wstawać! Z tymi swoimi zabobonami. Prędko! Z tymi swoimi sześcioma palcami u stóp. Wstawać! Z tym swoim Stostojewskim! Prędko! Z Parasem Pszepszenko. Wstawać! Z tym całym Janem Gawłem. Prędko! I z tą techniką swoją wstawać! I z motoryzacją swoją prędko! I z tymi swoimi jurtami i kumysem wstawać! Wstawać, bo zawołam Chińczyków!” I wydawałoby się, że nic tego świata, tego rozdziału Wschodu od Zachodu, zmienić nie może. Jednak wypadek przy pracy pociąga za sobą znaczące zmiany, a ich głównym motorem jest nie trup robotnika (jeśli można tak powiedzieć), a kobieta, żona, która przyjechała go odwiedzić. Przejmuje kierowanie rodziną pracodawców, a w rolach Ojca i Syna obsadza Starego i łysego. Ojciec wprawdzie nie żyje, ale Syn nie ma nic przeciwko temu, żeby łysy odgrywał jego rolę za pieniądze. On będzie mógł się całkowicie oddać rozrywce i narkotykom, poza czasem, poza swoją osobą w pewnym sensie. A do wycinania lasu zatrudni się kogoś za głodową stawkę.

„Dialog” zamieszcza też krótki wywiad Agaty Zawrzykraj ze Stasiukiem („Wschód to Wschód”). Jednak lepiej skonfrontować swoje przemyślenia na temat „Ciemnego lasu” z tekstem krytycznym Wojciecha Łukowskiego („W ciemnym lesie, czyli w naszej miłej Europie”). Dla niego sztuka nie jest komedią, symboliczną burleską, czy jakkolwiek ją jeszcze nazwać. Ona po prostu zbyt dosłownie odsyła do świata polskich, ukraińskich i innych gastarbeiterów w Niemczech. łukowski podaje szczegóły świadczące o znajomości rzeczy. Krytyk nie pomija też szczególnie bulwersującego szczegółu z „Ciemnego lasu”: „Pojawia się u Stasiuka nawiązanie do pracy niewolniczej w Trzeciej Rzeszy, gdy pracowników przywożono bydlęcymi wagonami. Teraz przyjeżdżają dobrowolnie (…). Biorą więc na siebie część kosztów, które kiedyś pokrywało państwo niemieckie. Wynagrodzenie, które otrzymują, jest zaś w niemieckich realiach tak śmieszne, że żadne nawet mało szanujący się Niemiec nie podjąłby się takiej pracy”.

Skoro już wyciągam z lamusa różne czasopisma, które wciąż warte są uważnej lektury, to sięgnę jeszcze po „Topos” z końca ubiegłego roku (6/2006). A to ze względu na teksty poświęcone Beckettowi. Numer otwierają fragmenty książki Jamesa Knowlsona „Skazany na sławę” („Damned to Fame”) w tłumaczeniu Tomasza Wiśniewskiego. Znajdziemy tu fragment przypominający historię wydania pierwszego tomiku wierszy Becketta. Wydał je pod tytułem „Kości echa i inne osady” w grudniu 1935 r. Georgie Reavey w swoim małym paryskim wydawnictwie Europa Press. Nakład był malutki: 327 egzemplarzy, z czego 25 podpisanych przez autora. Przy okazji opisywania pracy nad pierwszym zbiorem wierszy Knowlson cytuje o kilka lat wcześniejszy list Becketta do Toma MacGreevy’ego. Przywołajmy fragment: „Cieszę się, że podobają Ci się moje wiersze. Szczerze mówiąc wydawało mi się, że nie są one wiele warte, gdyż nie reprezentowały konieczności. To znaczy były w pewnym sensie ‘fakultatywne’ i nie zubożyłoby mnie gdybym ich nie napisał. (…) Mówiąc szczerze w coraz większym stopniu czuję, że większa część mojej poezji, choć może była całkiem trafna w doborze wyrazów, zawodzi właśnie dlatego, że jest ‘fakultatywna’, podczas gdy te 3 czy 4 które lubię, i które to wydają się spuszczone przed rzeczywiście paskudną pogodą jednego z tych pięknych dni w kryjówce ‘życia prywatnego’ (…), nie dają mi, i nigdy nie dawały, wrażenia, że są skonstruowane”. Knowlson opisuje też, jak Beckett usiłował ukryć się przed dziennikarzami i sławą, gdy podczas wypoczynku w Tunezji w październiku 1969 r. dotarła do niego wiadomość, że otrzymał nagrodę Nobla. Pierwszą reakcją Becketta i jego żony Suzanne było przerażenie i przeświadczenie o nadciągającej katastrofie. Przez pierwsze dni ukrywali się w pokoju hotelowym przed dziennikarzami, jednak nie sposób było ciągle ich zwodzić. Do Tunezji przyleciał wydawca Becketta, Jérôme Lidon, żeby go wspierać w trudnym położeniu. Uzgodnił z dziennikarzami krótką sesję zdjęciową, bez możliwości zadawania pytań. Beckett pojawił się na niej, błysnęły flesze i zaraz uciekł do pokoju. Podobne podchody i męki trwały jeszcze wiele tygodni. Nie zdecydował się, oczywiście, jechać po odbiór nagrody. O zmierzenie się z brukwią Cholernego Dnia Noblowskiego poprosił Lindona. Knowlson zastanawia się, dlaczego w ogóle Beckett zdecydował się odebrać nagrodę. „Z pewnością nie dla pieniędzy, gdyż sumę 375 tysięcy koron szwedzkich (wartych wówczas 30 tysięcy funtów brytyjskich albo 45 tysięcy dolarów) rozdał bardzo szybko. (…) Jednym z prawdziwych powodów (…) było to, że chciał uniknąć publicznej nieuprzejmości (wcześniej Sartre, odmawiając przyjęcia Nagrody, wywołał coś w rodzaju publicznego skandalu). Inny powód był taki, że chciał nagrodzić, przez wzrost popytu na jego książki, tych wydawców, którzy od początku wierzyli w jego twórczość. Odrzucenie nagrody byłoby również niewdzięcznością wobec tych, którzy przez lata regularnie wysuwali jego kandydaturę (…). I trzeba pamiętać, że Beckett zawsze miał w sobie tę niezwykłą mieszankę niezmiernie szczerej pokory oraz ukrytej dumy.”

„Topos” zamieszcza też kilka dobrych tekstów krytycznych, poświęconych twórczości autora „Czekając na Godota”, jednak czyta się je dość ciężko bez dobrego „beckettowskiego” przygotowania. łatwiejsze w odbiorze są krótkie teksty poświęcone Beckettowi. Na przykład J. M. Coetzee pisze, jak Beckett nie został lektorem języka włoskiego na Uniwersytecie w Kapsztadzie, choć miał wielkie szanse („Samuel Beckett w Kapsztadzie – zmyślona historia”). O specyficznej współpracy Becketta z reżyserami jego sztuk pisze S. E. Gontarski („Przedstawienie Becketta”). Obydwa te teksty zostały zaczerpnięte z antologii „Beckett Remembering. Remembering Beckett: a Centenary Celebration” wydanej pod redakcją Jamesa i Elizabeth Knowlson w ubiegłym roku w Nowym Jorku.

Robert Kozela

 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas