poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Opowieści (po)graniczne
Hubert Klimko-Dobrzaniecki, „Wariat”, Wydawnictwo „Portret”, Olsztyn; „Raz.Dwa.Trzy”, Korporacja „Ha!art”, Kraków.
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)


Hubert Klimko-Dobrzaniecki pojawił się w naszej literaturze na dobrą sprawę znikąd, a dokładniej… z Islandii (teraz przeniósł się do Austrii). Ten nie młody już autor (rocznik 1967) debiutował jako prozaik dosyć późno, bo w roku 2003, kompletnie niezauważonym tomem opowiadań „Stacja Bielawa Zachodnia” (ma też na koncie dwa tomy wierszy po islandzku). Dopiero wydana w zeszłym roku książka „Dom Róży. Krysuvik” zyskała uznanie, na tyle duże, że tom nominowany został do Nagrody Nike. Akcja obu pomieszczonych tam opowiadań rozgrywa się w scenerii islandzkiej, a bohaterem jednego z nich, „Domu Róży”, jest Polak, pracujący w domu starców. Z wydanych teraz niemal jednocześnie dwóch kolejnych książek Klimko-Dobrzanieckiego można się między innymi dowiedzieć, skąd ów Polak pochodzi i co sprawiło, że znalazł się na odległym krańcu Europy.

„Wariat” i „Raz.Dwa.Trzy” są tekstami bardzo odmiennymi, szczególnie pod względem formalnym, łączy je jednak miejsce, w którym rozgrywają się opowiadane przez autora historie – jest to Bielawa i jej bliskie okolice, dolnośląska „mała ojczyzna” pisarza. Tom opowiadań „Wariat” na pozór jest typową aż do bólu opowieścią małoojczyźnianą. Autor przedstawia zagubioną w sudeckiej dolinie mieścinę, która – jak to zwykle w tego rodzaju prozie – znajduje się jednocześnie gdzieś na krańcu świata, na uboczu, a jednocześnie dla narratora stanowi Centrum; snuje historie z kulturowego pogranicza, skupiając uwagę przede wszystkim dziwakach i odmieńcach. Pisze o dentyście Tannenbaumie, który postanowił zostać rzeźnikiem, co nie skończyło się dobrze ani dla niego, ani dla jego bliskich („Rzeźnia”), o kobiecie, która marzyła, by stać się aniołem („Kwiecia”), czy o mężczyźnie, któremu wydaje się, że jest kolejnym wcieleniem Mesjasza (tytułowy „Wariat”). Stopniowo jednak na plan pierwszy w tomie wysuwa się postać młodego chłopaka, alter ego autora (w prozie Klimko-Dobrzanieckiego wyraźne są ślady autobiograficzne). Lubi on „włókienniczą mieścinę”, w której mieszka, stopniowo poznaje ją, mówi o niej z wyraźną sympatią, może nawet pasją. Im jednak jest starszy, tym częściej marzy, żeby wypuścić się poza granice doskonale poznanej „małej ojczyzny”, podejmuje nawet, wraz z nauczycielem geografii, próbę nielegalnego przekroczenia granicy polsko-czechosłowackiej (dzieje się to w czasach PRL-u) – nieudaną („Marzenia”). Dlaczego chce się wyrwać z Bielawy? Z różnych powodów. Jest ciekawy świata, który jawi mu się jako lepszy od tego, który już zdołał oswoić („Za górami był inny świat. Świat orzeszków w cukrowej polewie, świat dobrego piwa”.), z czasem zauważa też coraz wyraźniejsze oznaki upadku swojej „małej ojczyzny” („Są miejsca na mapie, które stają się końcem świata. Tętniące niegdyś tory kończą się nagle w szczerym polu. A to pole coraz bardziej zarasta”.). Do tego jest niespokojnym duchem, który czeka tylko na moment, kiedy będzie miał paszport w ręku i zacznie spełniać swoje marzenia, ruszając w świat.

Napisałem, że „Wariat” jest opowieścią małoojczyźnianą jedynie pozornie. Dlaczego? W rozmaitych odmianach prozy „małych ojczyzn”, od „Weisera Dawidka” Pawła Huellego począwszy a na „Domu dziennym, domu nocnym” Olgi Tokarczuk skończywszy, gra toczyła się właściwie o tę samą stawkę – o zakorzenienie, odbudowanie historycznej ciągłości, ponowne wpisanie w dzieje wspólnoty. Temu służyło katalogowanie materialnych śladów pozostałych po rozmaitych „zaginionych Atlantydach” czy przypominanie opowieści o Obcych, którzy kiedyś latami żyli obok Polaków. I nie ma znaczenia, że często szło o zakorzenienie jedynie w micie, rekonstruowanym z antykwaryczną skrupulatnością. U Klimko-Dobrzanieckiego jest odmiennie; młody bohater „Wariata” konsekwentnie zmierza do przecięcia więzów z rodzinnym miejscem. Nie znaczy to, że chce całkowicie wyprzeć z pamięci sudecką „małą ojczyznę”, ale też nie targają nim żadne „wzniosłe tęsknoty”. To już zupełnie inny typ bohatera, który w każde chwili chce być wolny, niezależny od czegokolwiek i kogokolwiek, aby móc spakować plecak (raczej niewielki) i ruszyć, gdzie oczy poniosą (jak najdalej); dla niego bardziej od trwałości czy ciągłości liczy się zmiana.

Tekstowi „Raz.Dwa.Trzy” daleko jest od przejrzystości i prostoty opowieści pomieszczonych w „Wariacie”; składają się nań trzy fragmentaryczne, „zwichrowane”, przenikające się monologi. To rozchwianie powieści ma swoje fabularne uzasadnienie, oddawać ma zagubienie trzech młodych chłopaków, dorastających u schyłku PRL-u w sudeckiej mieścinie, chociaż – jak sądzę – chaos początkowych partii książki, w których trudno się jest zorientować, z którym akurat bohaterem mamy w danym fragmencie do czynienia, po trosze wynika też albo z nieporadności pisarza, albo kulejącej redakcji. Bohaterów „Raz.Dwa.Trzy” łączy nie tylko miejsce, w którym przyszło im mieszkać – życie każdego z nich naznaczone jest wyraźną skazą. Jeden z nich we wczesnym dzieciństwie traci matkę, ojciec praktycznie nie zajmuje się nim, nie zapewnia mu podstawowej opieki; chłopak reaguje na to permanentnym buntem, kontestuje wszelkie wartości, sypia z własną kuzynką. Dwaj następni są ofiarami toksycznych matek, które nie umieją ułożyć sobie relacji z mężczyznami i swoje frustracje wyładowują na synach; jeden z nich odkrywa w sobie skłonności homoseksualne, drugi cierpi na wstydliwą fizyczną przypadłość (rośnie mu biust, co wymaga leczenia hormonalnego, na które nie godzi się matka). Każdy z nich na własny sposób stara się poradzić sobie z życiowym dyskomfortem i jednocześnie opowiedzieć na fundamentalne pytania: kim właściwie jestem? co chcę osiągnąć? A nie jest to wcale łatwe dla tych „odmieńców”, którzy nie znajdują wsparcia nawet u swoich najbliższych.

„Wariat” jest opowieścią o wykorzenianiu się z „małej ojczyzny”, zaś „Raz.Dwa.Trzy” przedstawia konsekwencje braku zakorzenienia innego rodzaju. Trzej bohaterowie powieści znajdują się poza wyraźnie zaznaczonymi granicami płci, rodziny czy systemu społecznego, tkwią w przestrzeni (po)granicznej, gdzie króluje niepewność, generująca lęki i frustracje; trudno tam o jasne reguły czy drogowskazy, pokazujące wyraźną ścieżkę życia. Nic więc dziwnego, że bohaterowie „Raz.Dwa.Trzy” miotają się, wypróbowują rozmaite role społeczne, przerzucają się ze skrajności w skrajność, wciąż nie mogąc odnaleźć tego, co nadałoby sens ich życiu, ukoiło lęki albo zwyczajnie przyniosło szczęście (tylko jeden z bohaterów, gej, koniec końców układa sobie życie, stając się właścicielem zakładu fryzjerskiego, o czym zawsze marzył). Inaczej rzecz ujmując: umiejscowienie w przestrzeni (po)granicznej daje im wolność, ale jest to wolność trudna.

W prozie Klimko-Dobrzanieckiego aż roi się od dziwaków, wariatów, odmieńców czy niespokojnych duchów; cóż, pisarza interesują przecież szeroko rozumiane przestrzenie geograficznego, kulturowego, społecznego pogranicza, gdzie o tego rodzaju typy nie jest trudno. Zdaje się, że autor „Wariata” – sam należący do niespokojnych duchów – odnalazł własną pisarską ścieżkę, prowadzącą go do snucia opowieści (po)granicznych. Jak na mój gust wybrał dobrze i powinien dalej tą ścieżką podążać.

Robert Ostaszewski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas