poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SOBOLCZYK
Psychotroppodelicatessen
Maria Cyranowicz, „Psychodelicje”, Staromiejski Dom Kultury,Warszawa 2006.
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)


W poetyckich delikatesach Marii Cyranowicz nie ma ciastek, nie ma słodyczy. Odżywianie i głód są ważnymi kategoriami, zwłaszcza we wczesnych wierszach. W „eja! Kolacji”: „Kruczy próżnia w żołądkach dziecka, w dozłanocce: skądś głut znam to jeżeli stamtąd / z bosej kuchni i czczystych tależy / świecących po ciemku na wytartym stole. I terror owsianki: „do czego się słóżyło (...) wybżydzania na płatki owsiane” („dozłanocka”); „kuchnia staje się zbyt mała / jutro będzie owsianka” („eja! Kolacja”). W ostatnich wierszach słowo „apokalipsa” Cyranowicz kojarzy (z niesmakiem?) z „epoka czipsa”, a w poemacie „mięso” kpi zarówno z mięsożerców, jak i wegetarian, artystów, którzy „rzucają mięsem” a tymczasem „śpiewają do kotleta”:

„mięso_jest_nieludzkie/
mięso_jest_zwierzęce/z
brodnie_są_konieczne/b
y_żyć_dalej_mięsem//”

I tylko w jednym z najbardziej przejmujących zapisów wspomnień dziecka (czy też podmiotu dziecięcego), jednym z najświetniejszych wierszy Cyranowicz, „poczekalni”, w opisie sceny rozprawy o odebranie praw rodzicielskich matce pojawia się czekolada – jako pokusa, niedostępna:

„Niczego im nie wybaczę. Jakaś pani niepewna tak
– że chyba matka?
uśmiecha się zbyt często i głaszcze po głowie
a w palcach trzyma małe czekolady okienko”.

Czekolada jest tu jak wabik na rybę albo jak plasterek wędliny, który pokazuje się psu, żeby go przywołać. Smak dzieciństwa to smak soli (s o l i d a r m o ś ć  bezzębnie wymawiane). Dziecko porównane do „skwarki / wbitej na widelec / i na pułce w spiżarni / zostawionej na potem”.

Tymczasem wybór z dotychczas wydanych trzech tomików („Neutralizacje”, 1997; „i magii nacja”, 2001; „piąty element to fiksja”, 2004) Cyranowicz tytułuje „Psychodelicje”. Oczywiście: „deliciae” oznaczało i oznacza „smakołyki”, „specjały”, bez przesądzania o ich smaku – słodkim, słonym itd.; ale kojarzy się też, zwłaszcza w Polsce, z nazwą biszkoptowych ciasteczek z nadzieniem w polewie czekoladowej. Tak czy owak – gdyby przy pomocy kategorii „delicji”  s p o ż y w c z y c h  przeczytać dorobek poetki, okazałoby się, że wyszukanych smaków  z m y s ł o w y c h  tu brak. Tytuł wyboru trzeba więc rozumieć tak: oto smakołyki  p s y c h i c z n e, ale tylko dla tych, którzy lubują się w tym, co mroczne w tej psyche, co psychodeliczne (jak na ironię, greckie „delos” oznaczało „jasny”). Tak jak gdyby głód – i niesmak – fizyczny sublimował w tak zwaną „ucztę duchową”. To też ważna sugestia poetki, by c a ł y ten wybór czytać w kluczu „psychicznym”, więc „wewnętrznym”: o ile bowiem we wczesnych wierszach „dziecięcych” to „pisanie z wnętrza” nie budzi wątpliwości, o tyle wydawać się może, że te ostatnie stanowią chłodne zapisy obserwatora. Tę niezwykłą przemianę świadomości i światooglądu poetyckiego Cyranowicz (a w konsekwencji i podmiotu twórczego) chcę tu właśnie p o t r o p i ć, odnaleźć t r o p y wnętrza.

Jeśli bowiem porównujemy punkty wyjścia poezji Cyranowicz i jej (aktualne) punkty dojścia, to wydają się one układać w dość ostrą opozycję: człowiek jako indywiduum – masa; nadwrażliwość psychiki doznającego podmiotu – uczestnictwo w powszechnym „znieczuleniu”, a nawet: człowieczość – mechaniczność. A temu towarzyszy przeciwstawianie wiersza swobodnego wierszowi z mechaniczną rytmiką. Wygląda to tak, jak gdyby „świat zaczarowany” dzieciństwa – choć baśń to najczęściej okrutna, ale chodzi o sposób jego percepcji przez dziecko – przechodził odczarowanie z Bergsonowskiej „durée” w chłodną konstrukcję „miasta-masy-maszyny”. Ale bez fascynacji. Przemianę tę obrazuje poniekąd wiersz „also das kind”:

„Codziennie dziecko układało
świat z kolorowych sześcianów, bardzo niestabilny.
Wtedy każdy palec mógł okazać się zawleczką,
każde mrugnięcie powieką – sygnałem apokalipsy,

kiedy dziecko było dzieckiem.

Dziś, kiedy dziecko jest dzieckiem,
umie już kontrolować zdziwienie czarnych brwi.
Udaje, że nie widzi, jak się z wrażenia
otwierają okna. Nie dostrzega szaleństwa
figlującego w prześwietlonych oczach. Patrzy,
a na dole betonowe płyty. I czysto. Jak po nikim”.

Betonowe płyty miasta, życie „jak po nikim” – to jest postrzeganie świata późnej Cyranowicz. W wierszach „dziecięcych” nie tylko pojawiają się ludzie jako osoby (wujek „konkwistador”, z bliższej rodziny głównie bracia), ale także kukiełki, zabawki dziecięce. Ten motyw powtarza się kilka razy, zabawki – jak to w świecie dziecka – wydają się żyć, a przy tym nie krzywdzą (jak dorośli). Na przykład „piotruś” (figura Piotrusia Pana?):

„kiedy nie patrzę piotruś
zagląda mi pod powieki
i marzy o nigdylądzie
o coraz szczęśliwszym dzieciństwie

gdy nie pamiętam usta
otwiera jak do krzyku
i zeskakuje z okna
choć nie potrafi już latać”.

Albo tytułowa „kiekułka, pajacyk pajacyka”, który „zepsuł się” w niedosłownym sensie, zepsuł się jak mięso, jak martwy człowiek, „bo_dłu / go_już_tak_stoi_odkąd_mamy_w / mieście_Sezon_Długich_Nosów / _i_Czapeczek (...) trzeba_z_nim_uważać_bo_może_ / się_zepsuć // a_tak_bardzo_gnije”. Bohater wiersza „telesfor” – podmiot męski, ale u tej poetki takie wcielenia się zdarzają – pisał szyfrowane listy do „czarnego człowieczka”, który wszystko rozumiał i „Wiedział / wcześniej ode mnie, że tylko inne jest właśnie”. Są jeszcze bardziej enigmatyczne postaci „Ignacego cacy cacy” i „Fizydora”, opisane tak, jakby to były postaci wymyślone albo realne, ale przetworzone przez wyobraźnię dziecko, albo właśnie „kiekułki”. Świat doznawany jest przez podmiot jako „lejący się czas”, ciągłość, podmiotowość jest wyrazista – bo bolesna, znajduje się w kolejnych „ruchomościach”, niektóre opisuje. To pierwszy  t r o p  p s y c h e.

W późnych wierszach Cyranowicz czas nie jest „durée”, jest rwany, systematyzowany, katalogowany – wyrazistym rytmem. Tą fazą rządzi – że tak powiem – zwodnicza symetria. Podmiot albo zanika na rzecz „my”, albo na rzecz bezosobowych konstrukcji z „się”, albo opisów z „zewnętrza” (według mnie – pozornego zewnętrza, na przykład w „śnięgrudzie”), albo ciągów jednej części mowy (na przykład rzeczowników lub tak zwanych związków rządu albo inaczej mówiąc, metafor dopełniaczowych, porównaj „posłowoki”, „anatomit”), uporządkowanych według kolejności alfabetu, dni tygodnia („monotoja”), kolorów („naocznia”) i innych. Do tego umyślnie banalne rymy, stukoczące rytmy. Na przykład świetny wiersz wszyscy. Jest to długa, monotonna wyliczanka różnych czynności, które robią „wszyscy”, albo stanów, w jakich się znajdują, tak idiotyczna, że przez swoje monotonne stukanie – przerażająca:

„wszyscy_w_głowie_mają_śmieci
/wszyscy_wychowują_dzieci/ws
zyscy_mówią_jak_Ci_leci/wszy
scy_czytają_gazety/wszyscy_w
ygadują_bzdety/wszyscy_noszą
-tanie_swetry?wszyscy_mają_k
omputery/wszyscy_krzyczą_do_
cholery/wszyscy_pielęgnują_p
lotki/wszyscy_w_sieci_małe_p
łotki/ (...)

wszyscy_bardzo_są_potrzebni/
wszyscy_bardzo_są_konieczni/
wszyscy_bardzo_są_kochani/ws
zyscy_bardzo_są_trupami//”

Jest w tym pewne nawiązanie do języka dziecka, ale to jest dziecko-trup. I słychać tu pogłos księdza Baki wpuszczonego w wielkomiejską przestrzeń do XXI wieku (post-Baka + postfuturysta). Albo na innym planie: barokowa rozpacz enumeracji, rozczarowanie, maskowane konstrukcją estetyczną, podszywa tutaj dehumanizację sztuki Ortegi y Gasseta. Ale nawiązanie do futuryzmu i awangardy jest tu bezpośrednie, na powierzchni, barokowe odczucie świata (owo hiszpańskie „desengańo”) – ukryte. Podobnie w „monologii”, tylko „my” okazuje się – pozorem?, ale „ja” to też „fiksja”, kontakt wydaje się niemożliwy z  i n n y m (kto to jest „inny”?), ale i ze sobą – pozorem, monologiem, albo „monologią”, czyli – „monologoreą”. Ten wiersz jest oparty na wyliczeniu czasowników z „się” (zwrotnych, ale nie wszystkie z nich mają doczepione „się” zgodnie z regułami gramatyki). W końcówce tego monopoematu:

„_ocalamsię_oczyszczamsię_resetujęsię_ _
generujęsię_odtwarzamsię_wybawiamsię/
lokalizujęsię_pocieszamsię_zachwycams
ię_przerażamsię_niebojęsię/zamykamsię
_wyłączamsię_wygaszamsię_kopiujęsię”

Niektóre słowa są tu syllepsami, „oczyszczam się” – niby eschatologicznie, ale równie dobrze człowiek jest tu twardym dyskiem albo dyskietką, albo plikiem, który kopiuje „się”. U Cyranowicz nigdy nie było transcendencji innej niż magiczne doświadczanie świata i w późnych wierszach tak pojmowana transcendencja „wygasza się”. Człowiek w tych wyliczankach „stoi do zaniku”: „stoją_drgnienia_powi/ek/stoją_skojarzenia/stoi_człowiek _w_sob/ie/ stoi_że_go_nie_ ma” – wiersz „stany”. Zwróćmy jednak uwagę na – dziwaczny w pierwszej chwili – sposób zapisywania tych „poematów symetrycznych”. Jak wspominałem, symetria jest tu pozorna – albo właśnie owym zapisem przełamywana. Bo oto poetka sama wstawia tzw. slashe („/”), którymi tradycyjnie posługują się filologowie, cytujący poezję. Ale stawia je kapryśnie. I podobnie kapryśnie dzieli wersy. Wcale nie podług prostego układu rymowo-rytmicznego. Czy to wyraz sprzeciwu przeciwko temu, co opisuje?Wewnętrznego? Czy może rezygnacji: tylko tyle można od siebie? A może przestrogi: uważajcie, wy, którzy sądzicie, że jest tak prosto. A dolne spacje („_”) wskazują może, że słowa mogą się łączyć (muszą?), a / skoro ludzie nie („nie_ma_o_kogo_zahaczyć_rozm/ową zahaczyć_rozmową_nie_ma_o_kogo”).

Tak więc, by nawiązać do koncepcji Giambattisty Vico, te dwa tropy psyche (to tylko wycinek problematyki tej poezji, który tutaj postanowiłem wytropić) u Cyranowicz pokazują przejście od metafory do metonimii. Ale z rysami na czystym obrazie: i baśń dzieciństwa jest zatruta („allegro – ma non troppo!”), i obsesyjne pragnienie skatalogowania świata, czepiające się każdej możliwej zasady przyległości, rozbijane przez nieoczywiste (nieracjonalne! niekonwencjonalne!) zasady łączliwości. Od słonego dzieciństwa do kotleta z przerzutnią. Teraz muszę przyznać, że sam wykonałem podobny jak przerzutnie Cyranowicz zabieg na „Psychodelicjach”: przekroczyłem uporządkowanie tomiku, jakie nadała mu autorka, zestawiająca wiersze wcześniejsze obok nowszych i grupująca je w cykle (bez szczególnych jednak związków). Ja natomiast „przywróciłem” na przekór „nowej” logice autorskiego wyboru poezji perspektywę chronologiczną. Nurtuje mnie bowiem, jak dokonała się ta przemiana, ale hipoteza, że coś było przyczyną czegoś (trudne dzieciństwo – zobojętnienia), to banał, omam psychologiczny i krytycznoliteracki – taki jak „czekolady okienko”, choć tak łatwo przez nie byłoby wyjść. Tymczasem ja nie mam pojęcia. I nie wiem, czy sama Cyranowicz je ma. Może nie jest to dla niej ważne, ale mnie to „pęknięcie” przyciąga. To jeszcze jedna zaleta tej poezji – a chcę na koniec dobitnie powiedzieć, że w moim przekonaniu to jedno z (paru) najwybitniejszych zjawisk w tym pokoleniu – mówi się, mówi, a nic dopowiedziane.

Piotr Sobolczyk

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas