poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA CZABANOWSKA-WRÓBEL
Ciekawość i tajemnica
„Wielka ciekawość”, Elżbieta Lempp fotografie, Anna Nasiłowska tekst, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2006.
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)



Książka Elżbiety Lempp i Anny Nasiłowskiej zaczyna się od przywołania słynnego wiersza Wisławy Szymborskiej „Mała dziewczynka ściąga obrus”, ale mógłby jej patronować także Herbert ze swoimi „dziecięcymi” prozami poetyckimi, w których jest humor, smutek i zagadka. „Chcemy zaproponować otwarcie na świat dziecka. Przekonać, że jest w nim tajemnica. To nieprawda, że świat dziecka jest prosty i jednoznacznie szczęśliwy. Dziecko jest wrażliwym obserwatorem. Po swojemu zmaga się z niewiedzą i stawia wielkie pytania” (s. 12) – deklarują obie autorki, fotograficzka i pisarka (w innej roli Nasiłowska to także badaczka literatury). Dzięki ich współpracy powstała książka, do której warto zaglądać, warto też do niej powracać.

Tajemnicą zdjęć Lempp – niezależnie od tego, gdzie i kiedy były robione – jest ich wyjątkowa aura. Czarno-białe fotografie z różnych krajów, od Stanów Zjednoczonych i Meksyku poprzez Niemcy, Anglię i Polskę aż po Wyspy Zielonego Przylądka, ukazują dzieci – zamyślone albo roześmiane i skaczące. Często są odwrócone od nas, zaglądają do zamkniętych bram albo szpar w murze, wypatrują czegoś w wodzie i na niebie, znajdują się w „miejscach przejścia”, w drzwiach i oknach, przy ażurowych siatkach, które oddzielają od siebie światy...

Lakoniczne teksty Nasiłowskiej tylko tę aurę wzmagają. To nie podpisy do zdjęć. Także nie „satyra w krótkich majteczkach”, to nie dowcipy zakończone obowiązkową pointą. Jest w nich niedopowiedzenie, poezja – poezja pytań, wątpliwości i zagadek. Uważne wczytanie się w te miniatury pozwala odkryć zapomniany ląd dziecięcych wyobrażeń. Niektóre z nich są dobrze znane, bardzo rozpowszechnione i nie mają granic w czasie i przestrzeni. Można je nawet badać i katalogować, sprawdzać, na jakich terenach trwają i jak długo się utrzymują. Jedno z nich powraca wyjątkowo często niezależnie od kręgu kulturowego i jest w nim alternatywne wobec linearnego wyobrażenie o czasie, coś jak koło wiecznego powrotu, ale inne niż to Nietzscheańskie. Nie ma tu jeszcze śmierci: – „Mamo, jak będę duża, to ja będę twoją mamą. No, zgódź się. Dlaczego nie? No chcij, musisz tylko chcieć” (s. 112). Dziś zdarza mi się myśleć, że właśnie w tym wyobrażeniu kryje się coś bardzo istotnego, czego nie rozumieją ani dzieci, ani dorośli.

Kto pamięta dziecięce skarby – zakopywane i odnajdywane (albo zapominane)? Dodajmy, że to częściej zabawa dziewczynek niż chłopców, magiczna zabawa szyfrująca zagadkę ziemi i płodności. – „Tu wykopiemy jamkę. Ja powiem do niej: Hu! Hu! A potem zasypiemy i to będzie nasz sekret. – A czy Hu! Hu! urośnie?” (s. 26). Dobrze pamiętam inne wczesnodziecięce „wierzenie”, a raczej mocno zakorzenioną wątpliwość dotyczącą zabawek – czy rozmawiają ze sobą, kiedy ich nie widzimy i kiedy nie mówimy za nie? A co robią w nocy, kiedy śpimy? Mimo literackiej podbudowy w mitologii rodem z „Dziadka do orzechów”, doszłam jednak w wieku kilku lat (z pewną melancholią) do wniosku, że to tylko zabawa. Ale podejrzliwie przyglądałam się mrugającym oczom lalek, oczom z ruchomymi powiekami i zastanawiałam się, a może jednak… Pamiętam jedną z nich, nazywała się Mrugalówna, niestety zapomniałam już, jak miała na imię. W książce znajduję wyraz moich dawnych wątpliwości: „Bo ja wymyślam moim lalkom imiona i one je mają, i potem zapominam. I co? Czy one jeszcze je mają, czy już nie?” (s. 78). Po jakimś lalkowym wypadku z moim udziałem Mrugalówna trafiła do kliniki lalek i wróciła z nową czarną peruką (przedtem była blondynką) i z czarnymi, szorstkimi, nieprawdopodobnie przedłużonymi rzęsami na miejsce jasnych, miękkich i naturalnie podwiniętych. Mrugała nimi sztywno i niesymetrycznie, ale czy to jeszcze była ona?

Tak odmieniona została w niepokojącej, godnej samego Kantora klinice lalek. To bardzo krakowskie miejsce z małą zakurzoną wystawą przy ulicy Starowiślnej – dziś podejrzewam, że była to jedna z bardziej tajemniczych odmian Swedenborgiańskich zaświatów, czyściec o krok od domu każdej z dziewczynek, która tam oddawała swoje lalki na leczenie i odbierała je, zwykle trudne do rozpoznania, pozostając po tej wizycie z niełatwą do wypowiedzenia, nie całkiem dziecięcą wątpliwością – czy to jeszcze one, skoro tyle części w nich „pan naprawiacz” zastąpił innymi?

Pytania dzieci – te naiwne, te najważniejsze. Fantazje – nie kłamstwa. Dziecięce hiperbole, dziecięce miary czasu i przestrzeni.

„No, gdzie jest ta przestrzeń?
Ta przestrzeń jest w czasie.
A gdzie ten czas? Gdzie? I dlaczego?” (s. 70).

Poezja dziecięcego mówienia – znana z „Czteroletniej filozofki” Nasiłowskiej, ale wydestylowana z konkretu, bardziej lakoniczna.

„Co to jest?
Tajemnica.
Ale co?
No właśnie tajemnica. Takie NIC ale z tajem” (48).

Obie autorki widzimy na zdjęciach w towarzystwie małych córek, Oli i Asi. Na pewno zawdzięczają im wiele inspiracji (przecież Asia to główna bohaterka „Czteroletniej filozofki”), ale obecność dzieci nie wystarczyłaby, gdyby obie nie miały w pamięci własnego dzieciństwa. Astrid Lindgren powiedziała kiedyś, że aby pisać dla dzieci, wcale nie trzeba ich mieć – wystarczy pamiętać, jak samemu było się dzieckiem.

Chociaż w książce pojawiają się dzieci w różnym wieku, chłopcy i dziewczynki ze wszystkich stron świata, prawdziwymi bohaterkami są, jak mi się wydaje, przede wszystkim kilkuletnie dziewczynki – z ich marzeniami, twórczością, niepokojem, zagadką, z marzeniami, które się nie spełnią, a raczej spełnią się zupełnie inaczej. Dziewczynki te mieszkają potem w dorosłych kobietach i można je rozpoznać równie dobrze w spokojnych domatorkach, co w wytrwałych podróżniczkach. W jednej z nich, energicznej matce sporej gromady dzieci, żyje wciąż żywiołowy, przekorny pięcioletni chłopiec…

Wielu czytelników „Wielkiej ciekawości” przypomni sobie podczas lektury rodzinne fotografie i zabawne powiedzonka swoich dzieci, kiedy były małe (proszę się nie obawiać, nie podam tu ani jednego przykładu…), ale jeszcze więcej osób, niezależnie od wieku, przeglądając tę książkę, powróci do czegoś, co w ich dzieciństwie było – nie opowieścią, nie porządnie skonstruowaną anegdotą (te opowiadają nam do znudzenia starsi – proszę się nie obawiać – nie powtórzę ani jednej…). Powróci coś innego – coś właściwie poza słowami, a jeśli powróci słowo, to z innego niż ten dorosły języka – może raczej światło, które chodziło po suficie, kiedy się budziliśmy, albo przyćmiony wieczorny blask lampy, która dawno się rozbiła („ty jej przecież nie możesz pamiętać, bo wyrzuciliśmy ją, kiedy byłeś bardzo mały…”), może zapach szpar w podłodze, albo zapach mosiężnego uchwytu od pianina, albo odwrócony do góry nogami stołek, który był czasami okrętem, i wersalka, która prawie zawsze była okrętem z mostkiem kapitańskim, babcine „przedwojenne” jedwabne sznury od lamp – zielone i złote („uważaj, bo kopnie!”) – zupełnie takie jak te, które opisywał Tuwim w wierszu „Bagdad”, wzory z kilimu, które miały na pewno ukryty sens, sens później zagubiony (oczywiście był to plan miasta-labiryntu, to do niego wchodziło się przed zaśnięciem, wodząc palcem po szorstkiej wełnie, której kolory wciąż gasły), może porcelanowa małpka, która była zawsze jednakowo smutna, albo odwrócony plecami chłopiec z obrazu (zaraz odwróci się znowu i wtedy okaże się, że to tata, kiedy był mały…). Wreszcie coś najwcześniejszego i najbardziej podstawowego (wszyscy moglibyśmy to pamiętać, gdybyśmy tylko chcieli powrócić tak daleko we własną przeszłość) – widok własnych palców tuż przed oczami, palców, które prowadziły ze sobą niekończące się dialogi… Albo jeszcze coś innego, co pominęłam w tym wyliczeniu.

To wszystko czytelnicy będą zawdzięczać autorkom „Wielkiej ciekawości”. Ale ja każdej z nich zawdzięczam jeszcze coś, o czym one same nie wiedzą. Lempp – jedno z jej bezludnych zdjęć z lat 80., Nasiłowskiej – jeden z jej nie tak dawnych szkiców, w którym jest mowa o dzieciach. Ale chociaż nie przysięgałam, żadnej z nich nie po wiem, o jakie zdjęcie i o jaki szkic chodzi.

Anna Czabanowska-Wróbel

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas