poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DARIUSZ NOWACKI
„Boski Czesław” i dziewczyna z Czeladzi
Barbara Gruszka-Zych, „Mój Poeta. Notatki z osobistych spotkań z Czesławem Miłoszem”, Videograf II, Katowice 2007.
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)



Wśród kilku książek poświęconych dziełu i biografii Czesława Miłosza, które pojawiły się w dniach poprzedzających trzecią rocznicę śmierci poety (14 sierpnia), znalazła się publikacja szczególna, a bodaj przegapiona przez publiczność czytającą – wydany w Katowicach, skromny tomik prozy wspomnieniowej pióra Barbary Gruszki-Zych zatytułowany „Mój Poeta. Notatki z osobistych spotkań z Czesławem Miłoszem”.

Najpierw garść faktów. „Pierwszy raz spotkałam „mojego Poetę” – pisze autorka – w 1990 roku. Przyjechał uświetnić nadanie przez krakowską Alma Mater doktoratu honoris causa swojemu przyjacielowi, litewskiemu poecie, Tomasovi Venclovie. Byłam ostatnia w kolejce dziennikarzy, którzy ustawili się do Miłosza po wywiad. I dobrze się stało, bo Poeta, zmęczony rozmowami, chciał wyjść wreszcie z uczelni i zaproponował mi spacer po Starym Mieście” (s. 12). Trzydziestoletnia podówczas Barbara Gruszka-Zych była – tak jak i obecnie – dziennikarką „Gościa Niedzielnego” oraz poetką. Jeżeli ktoś z czytających te słowa zna choć jednego poetę, to wie, że ów zawsze ma przy sobie kilka egzemplarzy własnego tomiku i rzadko marnuje okazję, jeśli idzie o rozdawnictwo. Toteż: „Zanim jeszcze usiedliśmy przy ogrodowych stolikach, wyjęłam z plecaka swój świeżo wydany debiutancki tomik >>Napić się pierwszej wody<<. Na trzeciej stronie okładki „na wszelki wypadek” zapisałam długopisem domowy adres, nie bardzo jednak licząc, że to coś da. Po jakimś czasie okazało się, że dało” (s. 13–14). Z dalekiej Kalifornii przyszedł list, do Czeladzi przyszedł, list zawierający kilka grzecznych zdań skreślonych przez Miłosza „(Napisał do mnie sam wielki Czesław Miłosz. Z radości skakałam prawie pod sufit, s. 15)”.

„Mój Poeta” zawiera chronologicznie ułożone relacje ze wszystkich osobistych spotkań i kontaktów na odległość (listowych, telefonicznych) Gruszki-Zych z noblistą. W książce autorka zamieściła ponadto kilkanaście własnych wierszy zainspirowanych spotkaniami z Mistrzem, przedrukowała listy Miłosza, dołączyła obszerny zestaw fotografii, perfekcyjnie – by tak rzec – udokumentowała dzieje tej znajomości, odsłoniła jej charakter. Ano właśnie – jaki to charakter? Była to znajomość na poły oficjalna, na poły prywatna, niezbyt intensywna, ale jednak trwała. Zapewne odmiennie oceniana przez oboje znajomych. Miłoszem, a także osobami z jego otoczenia (żona Carol, sekretarka Agnieszka Kosińska) powodowała przede wszystkim uprzejmość, nienaganne maniery, szlachetna kurtuazja, grzeczność. Z punktu widzenia dziewczyny z Czeladzi – jak chętnie przedstawia się Gruszka-Zych, przesadzając zresztą ze skromnością – znajomość z autorem „Doliny Issy” była czymś niesamowitym, niepojętym wyróżnieniem, aktem szczególnej łaski, niewymownym zaszczytem.

Czy „Mój Poeta” mówi cokolwiek nowego bądź istotnego o Miłoszu? Nie mówi. Wszak to, że poeta był człowiekiem uprzejmym, traktującym innych – na przykład dziewczynę z Czeladzi – z szacunkiem i „po ludzku” (pogadać chwilę, zapytać, co u dzieci, odwzajemnić świąteczne życzenia etc.), nie jest żadną „sensacją”. Ba! Wcale mówić nie musi, bo bohaterem tej książki jest „ja” wspominającej, nie zaś autor „Traktatu teologicznego”. Najciekawsze w tej publikacji jest to, co się dzieje z dyskursem podmiotu wspominającego i jednocześnie – uprzedźmy – adorującego, zafiksowanego na obiekcie.

Sytuację nadawczą, jaka zaistniała w „Moim Poecie”, rozpoznaję następująco: Barbara Gruszka-Zych pragnie wyrazić afekt, lecz nie dysponuje językiem, który pomieściłby wszystkie emocje, uniesienia, przemyślenia, obrazy, impulsy, refleksje. Mówiąc precyzyjnie – narzędzie istnieje, tyle że jest zaklęte w formie poetyckiej (wiersze Gruszki-Zych dedykowane Miłoszowi, wiersze-sprawozdania ze spotkań oraz rozmów poetki i poety). Próba oddania tego samego w prozie wspomnieniowej niesie skutki, których łatwo się domyślić. Powiadomić o afekcie można tylko w jeden sposób – kradnąc języki, uruchamiając (wbrew woli, niechcący) skonwencjonalizowane kody, odwołując się do mowy tradycji i kultury. I to jest spektakl niezwykły, zachwycający!

Trudno rozstrzygnąć, czy któryś z kodów został przez autorkę uprzywilejowany. Bez wątpienia najbardziej widoczne, niemal kłujące w oczy są motywy i figury należące do języka hagiografii. To, że w „Moim Poecie” mamy do czynienia z „boskim Czesławem”, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Oto niektóre atrybuty jego boskości: „Kilka razy zastałam [go] zawsze zupełnie trzeźwego z kieliszkiem „Żytniej”, otoczonego tłumem rozdyskutowanych wielbicieli” (s. 42); „Był upał, powietrze prawie parzyło, a Profesor ze swadą, bardzo dowcipnie rozmawiał z zebraną młodzieżą. (…) Wcale nie był spocony w takim upale” (s. 49). Oksymoroniczne konstrukcje typu „pił i był trzeźwy”, „był upał, a on się nie pocił” to ulubiony chwyt autorki, najczęściej zresztą umieszczany w ramie erotycznej. Warto się przy tej ostatniej sprawie zatrzymać.

Gruszka-Zych notuje: „Popatrzył na mnie, jakby mu ubyło pięćdziesiąt lat. Młody mężczyzna, nie miał zmęczonej twarzy, tylko te uwolnione oczy, wyzywający blask (…) Była też w tym spojrzeniu jakaś zaczepka młodego mężczyzny, któremu rozkazano się przebrać w starość” (s. 53). Ten motyw się powtarza – w zakochanych oczach poetki „jej Poeta” jest boskim młodzieńcem, który, zapewne wykorzystując swe nadprzyrodzone umiejętności, „przebrał się” dla zmyłki w kostium starca. Starość Miłosza jest pozorna. Dowodem pożądanie, które budzi, nie tylko w ciele i umyśle piszącej hagiografię. Każde spotkanie „boskiego Czesława” z kobietą naznaczone jest erotyczną fascynacją. O pierwszym spotkaniu poety z późniejszą żoną, Carol Thigpen, czytamy: „Ona została wysłana na lotnisko, żeby odebrać go z samolotu. Kiedy się spotkali, z wrażenia zapomniała, na którym poziomie wielopiętrowego parkingu zostawiła samochód” (s. 31). Sam „boski” także doświadcza pożądania, co ostatecznie nas przekonuje, że Miłosz pozostał młodym na zawsze („forever young”). Aż trzykrotnie, w trzech różnych miejscach książki (s. 22, 72, 101) pojawia się scena, w której poeta zuchwale wpatruje się, za każdym razem w innych okolicznościach, w biust poetki.

Gdyby w „Moim Poecie” pojawiła się informacja, że Miłosz posiadał dar chodzenia po jeziorze, specjalnie bym się nie zdziwił. Ale żarty na bok. Powiedzmy o kolejnym kodzie, o języku będącym jak gdyby zeświecczoną wersją kodu hagiograficznego. To język, którym zwyczajowo mówi się o celebrytach czy gwiazdach popu. „Adam Zagajewski, wykładowca uniwersytetu w Houston, współorganizator Szkoły [Letniej Szkoły Poetyckiej – D.N.] mówił, że dla jego teksańskich studentów Czesław Miłosz jest postacią prawie mityczną (…) Jedna ze studentek, słysząc, że je [zaproszenie do Polski – D.N.] dostała, popłakała się z radości” (s. 43–44). Po autografy Mistrza „ustawiały się kolejki jak po pomarańcze w komunizmie” (s. 46). Omdlenia, histerie, dzikie tłumy. Elvis? Nie, Czesław Miłosz. Złośliwość z mojej strony? Również nie, bo oto czym się omal nie skończyła ostatnia wizyta poetki, której towarzyszył kolega jako fotoreporter, w krakowskim mieszkaniu poety. „Po wyjściu na ulicę Bogusławskiego najpierw Marek usiłował wpaść pod auto. Potem ja. Podtrzymywaliśmy się wzajemnie jak pijani. Niemal w samo południe” (s. 106). Elvis – to chyba za mało powiedziane.

Bardziej drobiazgowa analiza pozwoliłaby ujawnić kolejne kody adoracji, języki ekstatycznego zachwytu, mistycznej celebry, lecz na tym poprzestanę. Do tego miejsca mówiłem, co mnie w „Moim Poecie” zachwyca, a zachwyca mnie – powtórzę – pieśń miłosna wyśpiewana pod – by tak rzec – obcą muzykę. Czas powiedzieć, co mi się w tej książce nie podoba.

W umieszczonej na końcu książki anonimowej nocie „Od wydawcy” pojawia się uwaga dotycząca „chrześcijaństwa Miłosza”: „Bo najbardziej widoczne jest to chrześcijaństwo w jego otwartości na bliźniego, choćby w tym, że do raz w życiu spotkanej dziewczyny z Czeladzi pisze z USA list dotyczący jej debiutanckiego tomiku” (s. 142). W porządku – niech będzie, że Miłosz potraktował Barbarę Gruszkę-Zych „po chrześcijańsku”, acz moim zdaniem nie należy mylić uprzejmości z religijnością. Nie podoba mi się to, że dziewczyna z Czeladzi nie zrewanżowała się poecie oraz czytelnikom swej książki tym samym. Na kartach „Mojego Poety” uprawia nie tylko rozpasane bałwochwalstwo, ale i jawnie sprzeniewierza się – jeśli wolno tak powiedzieć – chrześcijańskiemu demokratyzmowi, braterstwu, równości. Ustanowiona w tych wspomnieniach nadrzędno-podrzędna relacja jest nie do zaakceptowania. Idzie wszak o wywyższenie przez poniżenie. Im parnasistowski, boski Miłosz wyżej, tym poetka z Czeladzi niżej. Innym słowy, nie podoba mi się w tej książce to, iż Gruszka-Zych jest dla siebie niedobra i niesprawiedliwa, że kokietuje niezdrową skromnością, że na każdym kroku manifestuje swą „nicnieznaczącość”.

Jestem przekonany, że gdyby Miłoszowi było dane przeczytać „Mojego Poetę”, śmiertelnie by się na autorkę pogniewał, wytykając jej, iż tak niewiele z ich rozmów zrozumiała. Uprzejmość uprzejmością, ale przecież najważniejsza nauka płynąca z tych spotkań była taka, że boskość noblisty jest złudzeniem, kiepską ściemą wyprodukowaną przez maluczkich. Raz jeszcze okazało się, że hipoteza boskości wcale nie powstaje na Parnasie, nawet nie w Sztokholmie, gdzie dają Noble, nie w Krakowie, gdzie mieszkają poetyckie znakomitości. Owa hipoteza nieodmiennie wytwarzana jest w Czeladzi.

Dariusz Nowacki

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas