poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
GRZEGORZ ZAJĄC
O nie zawsze malowanych chłopcach nie tylko dla miłych czytelniczek
Jarosław Marek Rymkiewicz, „Wieszanie”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007.
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)


Zaczynam czytać tę książkę, sięgam do pierwszych zdań odautorskiego wstępu i – mimochodem – przywołuję na pamięć słowa sprzed niemal ćwierćwiecza: „Dziękuję wam, czerwoni, kłaniam się wam nisko za to, że tak nam przyłożyliście, dzięki czemu przestaliśmy się zajmować własnymi prywatnymi bebechami, strasznie zawiłymi problemami indywidualnych bebechów, i znów zaczęliśmy się zajmować tym, czym powinni się zajmować dorośli mężczyźni: historią ojczystą i losami społeczności, w której żyjemy”. Przywołuję je, bo tak jak tam – w „Rozmowach polskich latem 1983 roku” – tak i tutaj, pisząc Wieszanie, Jarosław Marek Rymkiewicz nie zamierza ukrywać (a wręcz przeciwnie) swojej pasji. Pasji, której siłę sygnalizują zaledwie zdania wskazujące zamierzonego odbiorcę jego najnowszej książki – jego kolejnego literackiego dialogu z historią. Jest ona bowiem dla tych, „którzy lubią czytać o tym, jak wyglądało życie polskie w dawnych wiekach”. Dla tych, co chcieliby poznać „obyczaje” i „przygody” (to słowo pada tu nieprzypadkowo) „naszych przodków”. Dla ludzi – dodam od siebie – z narastającą bezradnością przyglądających się, w jakim kierunku zmierza u nas publiczny, także więc literacki, dyskurs, gdzie przy wszechobecnym medialnym aplauzie pozycję arbitrów zaczynają zajmować wyznawcy młodego wprawdzie, ale mogącego zawsze odwołać się do jakże bogatej tradycji koniecznych kompromisów, Bożka Poprawności. Tego, który niczym ów Książę Psuj, kuszący niegdyś nad Wigrami pana Mareczka, nakazuje zawsze wybierać przyszłość.

I stąd chyba pewien kłopot z „Wieszaniem”. Ten kłopot stąd, że wszyscy niemal – historycy literatury, krytycy, „zwykli” czytelnicy – zdążyliśmy się już odzwyczaić od tego, iż można pisać intrygująco o sprawach ważnych. Z wnikliwością badacza, ale i ponad udawaną bezstronnością, z gawędziarską werwą, choć niekoniecznie bez ironii; nie zabiegając o środowiskowe względy, nie wychwytując zapachu najmodniejszych trendów, lekceważąc obyczajowe zaklęcia („parę pojęć jak cepy”...) dzisiejszego „mainstreamu” i uciekając przy tym wszystkim od memuarowo-publicystycznej dosłowności. To także z chęci zareagowania na podobny stan rzeczy wziął się, jak sądzę, już sam tytuł tej książki. Tytuł mający zaskakiwać, prowokować (no bo któż to widział, żeby tak o wieszaniu...), może nawet przestraszać – co sądząc po lekceważąco-histerycznych reakcjach niektórych zrealizowane zostało z nawiązką – lecz z pewnością nie tytuł, który „dostatecznie wyjaśnia”, jak nieco przewrotnie sam twórca próbuje sugerować, o czym ta Rymkiewiczowska, prywatna encyklopedia insurekcji roku 1794 traktuje.

Tymczasem, kiedy zapoznaję się z kolejnymi o niej opiniami, odnoszę wrażenie, że większość wypowiadających się na ten temat – nawet jeśli ich komentarzom daleko do frontalnej krytyki – nie tylko ignoruje, nieustannie przecież dającą znać o sobie, specyficzną literackość tego przedsięwzięcia, ale, co gorsza, poprzestaje na odczytaniu wikłającym je w bieżący spór polityczny. To tyleż gorzkie, ile paradne, gdy z pisarzy miary Rymkiewicza chce się usilnie zrobić propagandystów w rodzaju redaktora naczelnego bardzo do niedawna wpływowej gazety codziennej. To co najmniej niepokojące, kiedy w ramach najpoważniejszej jak dotąd – toczonej na łamach „Europy” – debaty nad „Wieszaniem” w ustach wyrafinowanego humanisty pojawiają się stwierdzenia, z których ni mniej, ni więcej wynika, że skoro autor książki „prywatnie wiele razy dawał do zrozumienia (a nawet głosił to wprost)”, że należało z powieszenia Wojciecha Jaruzelskiego uczynić akt założycielski nowej Polski, to dziś, kiedy narrator tej historycznej opowieści zastanawia się, czy nie trzeba było dla podobnego efektu przed dwustu z górą laty tak właśnie postąpić ze Stanisławem Augustem, winniśmy kategorycznie skonkludować: po prawdzie chodzi mu o generała. Rzecz jasna, nie jemu samemu nawet, ale autorowi, którego wedle przenikliwego recenzenta „trudno oddzielić” w tym akurat „punkcie” od osoby opowiadającego.

Będę szczery – pozostaję bezradny wobec subtelności tak prowadzonych rozważań. Nie mam zatem zamiaru zbyt długo się nad nimi pochylać. Z przyczyn, o jakich wyżej była mowa, nie sposób jednakże całkowicie zlekceważyć ujawniającej się w nich skłonności do jednostronnego, posiłkującego się dość wulgarną alegorezą, oglądu tego wszystkiego, co Rymkiewicz w swoim „Wieszaniu” zawarł. Nie da się jej zignorować, bowiem pozostaje ona reprezentatywną, gdy idzie o dotychczasowy odbiór tej książki; o sprowadzanie treści tej ostatniej do historycznego kostiumu, niezależnie od tego, po której stronie dzisiejszych utarczek sytuują się mówiący – czy chcą wspierać domniemany postjakobinizm autora, czy też przestrzegać przed jego oddziaływaniem na zbiorową świadomość Polaków. Rzecz, oczywiście, nie w tym, by uchodzić w tej sytuacji za jedynego sprawiedliwego, chciałoby się wszakże rozmawiać o literaturze, tak jak ona na to zasługuje. Chciałoby się uciec od przeświadczenia, że traktuje się ją dookoła niczym służkę, nakłaniając nas do czytania kolejnych utworów pod określoną tezę. Zwłaszcza, kiedy wie się, co pisarz o kimś przed laty powiedział…

Jest na te zakusy instrumentalnego jej traktowania jedna, acz niezmiennie dobra, rada – uważna lektura tekstów. W przypadku „Wieszania” taka właśnie lektura, już na poziomie przedmowy, podpowiada, że jeśli czegoś będzie się można tutaj spodziewać po rekonstruującym bieg historycznych zdarzeń opowiadaczu, to na pewno nie jednoznaczności, mogącej uczynić zeń, na przykład, piewcę praktyk warszawskiego pospólstwa w czasach kościuszkowskiego powstania. Od samego początku Rymkiewicz prowadzi z czytelnikiem swoistą – nie mam zamiaru ukrywać, że fascynującą – grę; a to próbując przekonać go, że chodzi tutaj jedynie o przyjrzenie się sprawie „legalnego lub nielegalnego wykonywania wyroków śmierci”, a to znowu wzmiankując petitem, iż autorowi towarzyszą w tym zagłębianiu się w historię „ambicje trochę innego rodzaju”, a to, wreszcie, niczym narrator Sternowskich powieści (wieszani mogli je już znać, choć tylko w wersji francuskiej, bo na rodzime przekłady trzeba było jeszcze chwilę poczekać), polecając „czytanie od środka lub od końca, na wyrywki albo po kolei, dla nauki albo dla zabawy”, a więc w gruncie rzeczy – „jak kto chce”.

Że w rzeczywistości czytać tej książki podobną metodą nie należy, nie trzeba nikogo przekonywać. Ważniejsze jest coś innego: zawarte w takich zaleceniach przekomarzanie się z czytającym, mylenie tropów, rozprawianie się z gotowymi formułkami, które czekały już przygotowane na okoliczność spotkania z „książką historyczną”. Tak patrząc, nie tylko jako element owej gry wypadnie odczytywać słowa o Wieszaniu, czyli „niekończącej się opowieści”. Ona się nie kończy również o tyle, o ile nie da się z kogoś rozpatrującego tam rozmaite warianty polskiej historii uczynić dogmatycznie usposobionego zakładnika jednego z nich. Ona się, z historycznego punktu widzenia, nie domyka, bo z pedanterią źródłowych dociekań sąsiadują w niej zarówno brawurowo formułowane hipotezy, jak i świadomie snute przez narratora fantazje.

Już ta, literacka par excellence, niejednorodność przekazu powinna skłaniać do tego, aby ze sporą rezerwą przyjmować tezy o „Wieszaniu” jako dziele pisanym na kształt historiozoficznego manifestu. Zdecydowanie bliżej tu do opisywania przeszłości – przypomnijmy ponownie Rymkiewicza z lat minionych – „jako obrazu tego, co splątane, pod postacią żmutu, z którego tu i ówdzie wystają jakieś nici czy sznurki, ale nie widać ich drugiego końca, bo wikłają się i plączą”. Polemizować z tym mógłby chyba jedynie ten, kto pojawiające się w różnych miejscach tekstu apostrofy do „miłej czytelniczki” potraktował tak samo literalnie, jak zamieszczone w rozdziale o nieudanym wieszaniu w Krakowie uwagi nad „głębokim humanizmem” czynności, z którą mieszkańcy naszego miasta, ponoć z powodu właściwych im tylko przymiotów, mieli niejakie problemy. Ktoś podobny nie powinien wszelako ryzykować zgłębiania książek takich jak ta. Bezpieczniej od razu, w stylistyce wstępniaka, napisać coś o „graniu na mrocznej strunie polskiej duszy” lub o gorszącym i zapewne opłakanym w skutkach „wywoływaniu upiorów przeszłości”. Prościej przecież to zrobić niż dostrzec sarkazm komentarza czy groteskowość zestawienia, mimo że Rymkiewicz sięga tutaj po podobne chwyty niezwykle często, wręcz z lubością.

Tak dzieje się choćby we fragmencie poświęconym – okazuje się, że i o tym opowiedzieć można z polotem – „wywozowi nieczystości”, gdzie śledzący ten aspekt życia stanisławowskiej Warszawy narrator rozmarza się i roi wizję „kilku piętrowych wież z gnoju, płonących w maju i czerwcu […] i oświetlających ustawione tam szubienice oraz wisielców, kołyszących się na postronkach – by spuentować po chwili – to byłby jeden z najwspanialszych i najdzikszych pejzaży naszej polskiej historii”. Tak, to byłby pejzaż godzien porównania z frenetycznymi ujęciami rodem z powieści poetyckich szkoły ukraińskiej. Czy to już objaw „sadystycznego cynizmu”, czy może raczej prześmiewcze potraktowanie naszej narodowej predylekcji do łatwych i kiczem trącących uniesień? Czy to, co na powierzchni tekstu, co przyjmuje nie- że i to, że powieszenie króla byłoby niezwykle rzadko formę sądów mogących w pierwszym momencie bulwersować swą quasi-rewolucyjną frazeologią, można czytać bez dostrzeżenia pod spodem ciągłego przenikania się nastrojów powagi i kpiny – z pominięciem faktu, iż dramatyzm dziejowych wypadków oglądany jest tam częstokroć oczyma klowna?

To ostatnie pytanie wypadałoby sobie postawić nawet w związku z tymi partiami Wieszania, w których Rymkiewicz wprost odnosi się do postaci Stanisława Augusta. Mówię „nawet”, ponieważ na te właśnie fragmenty książki – na czele z rozdziałem o niesfinalizowanym „spisku Kołłątaja” – ze szczególną ochotą powołują się i niejeden jeszcze raz powoływać się pewnie będą piętnujący „radykalizm” autora. Nawet więc tam, za stanowiącymi zwieńczenie wyobrażeń na temat tego spisku stwierdzeniami o powieszeniu ostatniego z naszych koronowanych władców jako „najważniejszej korzyści płynącej z przekształcenia narodowej insurekcji w narodową rewolucję”; nawet obok tez mówiących, że Polacy poprzez królobójstwo staliby się „narodem nowoczesnym” – znajdziemy zdania, które arbitralność podobnie artykułowanych poglądów każą wziąć w nawias. Zdania, w których trudno, co nie dziwi, szukać ostentacyjnie wyrażanej sympatii dla króla, będące jednakże znakiem tego, iż nie wszystkie z wyrażanych tam opinii musimy postrzegać niczym wersety odautorskiego wyznania ideologicznej wiary. Zdania oczekujące od czytelnika dystansu, tego zatem, czego bez wątpienia nie brakuje komponującemu swą wypowiedź przy pomocy podobnych pasaży Rymkiewiczowi – takie oto choćby: „Trzeba tu dostrzec także i to, że powieszenie króla byłoby niezwykle korzystne dla niego samego […]. Stanisław August pozostaje królem trochę niewyraźnym. […]. Gdyby go powieszono, natychmiast i na wieki strasznie by się uwyraźnił […]. Taki król byłby też znacznie lepiej widoczny i łatwiejszy do zapamiętania także dla tych, co nie interesują się historią ojczystą, bo wzniósłby się, nawet dosłownie, na pewną wysokość, a takiego obrazu się nie zapomina”.

Pozwalam sobie na przytoczenie dłuższego nieco fragmentu, gdyż warto powiedzieć w tym miejscu o jednej jeszcze rzeczy. O tym mianowicie, że książka Rymkiewicza – mimo swoich szorstkości i przerysowań, a może i dzięki nim – pozwala z innej, niż się to zazwyczaj dzieje, perspektywy spojrzeć na kluczowe momenty życiorysu człowieka, o którego wyborze na tron mądry i prawy Julian Ursyn Niemcewicz, bezsprzecznie jeden z największych autorytetów Polaków doby porozbiorowej, powiedział, iż było wszystkich klęsk naszych przyczyną. Powiedział to – uściślijmy – po wielu latach, niejednokrotnie opinię tę zresztą potwierdzając; wtedy w dodatku, kiedy spór pomiędzy królem a księciem Czartoryskim, mecenasem i wychowawcą twórcy „Śpiewów historycznych”, od dawna nie miał już znaczenia. Dobrze byłoby, pamiętając o tym, zmierzyć się wreszcie na poważnie, także w sferze rozważań nad literaturą, z mitem władcy-patrona oświeconych. Nawet jeśli również i w tej kwestii rzetelny osąd weredyka natrafiał będzie na opór stereotypu utrwalanego przez gładkie formułki ze szkolnych podręczników, czas najwyższy to wyzwanie podjąć.

Dzieło Rymkiewicza w tak rozumianym, a jakże opornie nam dziś idącym, odkłamywaniu historii może być bez wątpienia pomocne. Autor „Księcia” nie pierwszy już bowiem raz udowadnia, że dociekać prawdy, nie nużąc przy tym czytelnika pogadankami o malowanych chłopcach, potrafi jak mało kto. I nie ma znaczenia, czy dokonuje tego poprzez zgoła turpistyczne opisy warszawskich ulic, zasłanych setkami ludzkich i końskich zwłok, czy też sięga po schematy zaczerpnięte z sensacyjnych fabuł, powoli zmierzając do rozwiązania misternie skonstruowanej zagadki, a coś takiego właśnie obserwujemy, na przykład, we fragmencie próbującym odtworzyć właściwą kolejność wypadków będących udziałem Kościuszki w ostatnich chwilach bitwy maciejowickiej.

„Tak to jest” – chciałoby się zacytować samego autora –„ jeden może napisać […], a drugi nie może i nie ma na to żadnej rady”, choć akurat kontekst, w którym słowa te zostały użyte, musi wprowadzać czytającego „(żadne wysiłki historyków literatury nic tu nie pomogą)” w stan czuwania, bo przecież z tym talentem u Trembeckiego i jego brakiem u Naruszewicza to sprawa ani prosta, ani tym bardziej rozstrzygnięta. Ot, jeszcze jeden chwyt w tej, wymyślonej przez Rymkiewicza, grze, z której – czytając – nie mamy najmniejszego zamiaru się wycofywać.

Nie można w zakończeniu nie zadać tego pytania – czy to przypadek, że Wieszanie powstało właśnie teraz? Czy wielokrotnie tu akcentowana niezgoda na postrzeganie tej książki nade wszystko jako ubranej w szaty z odległej epoki przypowieści o dzisiejszej Polsce – skłania do tego, by sądzić, że jej powstanie jest jedynie dowodem na to, że „nigdy nie da się przewidzieć, co wyrośnie z pnia” historii? Historii – do czego uparcie autor powraca – kierującej się jakąś dziwaczną logiką-nielogiką i, wbrew mirażom strażników postępu, tych nieszczęsnych karykatur wielkich myślicieli oświecenia, składającej się, tak jak i ludzkie życie, „z przypadkowych, niedopasowanych, rozlatujących się kawałków”, tylko w taki więc sposób, a nie jako ciąg prawidłowości, dającej się od biedy opisać.

Nie odważę się odpowiedzieć twierdząco, bo to jest rzecz po trosze i o współczesnych nam czasach. Co jednak istotniejsze, to jest opowieść pisana w romantycznym poczuciu historii, w przekonaniu o permanentnym przenikaniu się przeszłości z teraźniejszością, o istnieniu „continuum”, którego nie sposób zakwestionować, choć nie dane jest nam go ogarnąć i sobie podporządkować, mimo usilnych prób czynionych przez samozwańczych inżynierów zbiorowej pamięci, mających na ogół co nieco do ukrycia przed światem. Poświęcił Rymkiewicz swą historyczną gawędę potędze („szaleństwu”) życia, uwidaczniającej się niezwykle często w jego „potworności i zgrozie”, których emanacją jednak, a nie przyczyną bywają wydarzenia podobne do tych, jakie rozegrały się w powstańczej Warszawie w majowo-czerwcowe dni, u kresu I Rzeczpospolitej.

„Śliczna książka o nieco mylącym tytule” – powiedział Czesław Miłosz o dopiero co wydanych wówczas w Paryżu „Rozmowach polskich…”. „Wieszanie” też ma mylący tytuł, ale nie jest to książka śliczna. To jest książka porywająca. Kto pamięta jej finał, ten wie, że to lepsze, niż gdyby miała powoli wznieść go w górę. Niemniej, trzeba uważać.

Grzegorz Zając

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas