poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z Hubertem Klimko-Dobrzanieckim rozmawia Robert Ostaszewski
Tylko (i aż) opowiadacz
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)

* Większość naszych pisarzy młodszego pokolenia ma biografie podobne i, co tu kryć, nudne. Kończą studia, najczęściej humanistyczne, pracują w rozmaitych instytucjach kulturalnych i od czasu do czasu skrobią książki. Ty, człowiek dziesiątków profesji, który mieszkał w różnych krajach, wielokrotny mąż i ojciec, przeżyłeś tyle, że można by tym obdzielić kilkanaście osób. Czy tak bogaty życiorys pomaga czy przeszkadza w pisaniu?

Nie przeszkadza mi tak zwany bogaty życiorys. I nie tylko w pisaniu. Nie jestem pewien, czy te kilkanaście osób chciałoby otrzymać choć mikroskopijną cząstkę z tego, co przeżyłem, bo w większej części nie był to taniec na kobiercach utkanych z płatków róż. Ludzie cenią sobie święty spokój i proste życie, a ci, którzy takim nie zostali obdarowani, rekompensują sobie to w inny sposób. U mnie jest to pisanie. Każdy otrzymał inną trasę do przejścia, najważniejsze żeby w tym wszystkim nie stracić poczucia humoru.

*Bez dwóch zdań – masz poczucie humoru, ale humor w Twoich książkach jest raczej słodko-gorzki, śmieszno-smutny; taki bardziej „czeski” niż „polski”.

Ja nie wiem, co to jest humor czeski lub polski. Ludzie maja poczucie humoru lub nie. Kiedyś, jeszcze za czasów studenckich, piłem wódkę w akademiku „Zbyszko” w Poznaniu z pewnym Murzynem z Kabindy i ten student rozśmieszył mnie do łez: ktoś mu złośliwie powiedział, że „dzień dobry” po portugalsku, brzmi po polsku „pana nie ma w domu”. Murzyn otworzył więc wrota i wiadomo co powiedział, ale prócz tej wpadki, a może to było zamierzone, był bardzo dowcipnym człowiekiem, opowiadającym właśnie takie historie śmieszno-smutne, a wcale w Czechach nie był i Hrabala czy Haška nie czytał.

*Zadebiutowałeś, jak na obecne standardy, późno, bo dopiero w 2006 roku tomem „Dom Róży. Krysuvik” (pomijam książkę „Stacja Bielawa Zachodnia” z roku 2003, bo mało kto miał ją w ręku). Kiedy właściwie zacząłeś pisać?

Pewna babcia z Czech zadebiutowała w wieku 76 lat. I był to świetny debiut, dobra powieść. Ta babcia, z uwagi na wiek, nie mogła robić tego, co chętnie czynią młodzi twórcy, ale ta sprawa nie dotyczyła bezpośrednio literatury. Faktem jest, że bardzo młodzi piszący są niezwykle sprawni warsztatowo, ale często, oprócz tych zdolności w jeździe po poręczach słowotwórczych bez trzymanki, nie mają nic wartościowego do powiedzenia, choć od tej reguły są wyjątki. Ja oczywiście nie zacząłem pisać w tym roku, kiedy wyszła moja książka. Czasami człowiek musi poczekać, a w pisaniu oprócz talentu i twardego tyłka potrzeba też odrobiny pokory. Chyba, że się ma własne wydawnictwo.

*W „Domu Róży…” umieściłeś historie rozgrywające się na Islandii. W następnych książkach „wróciłeś” do Polski. Które doświadczenia są dla Ciebie ważniejsze, te z obczyzny czy polskie?

Siła opowieści jest dla mnie najważniejsza. Miejsca są mniej istotne. Po usunięciu geograficznych dekoracji i tak zawsze pozostaje ten sam nudysta. Człowiek jest wszędzie taki sam. Może mu brakować pieniędzy lub może mieć ich nadmiar – ale w środku jesteśmy tacy sami. A dekoracje to świetna rzecz, choć bardzo często są omyłkowo odbierane.

*Większość młodych pisarzy skupionych jest na własnym ego. Ty zdajesz się zainteresowany przede wszystkim historiami innych ludzi? Dlaczego? Czy są ciekawsi niż Twoja historia?

Bo ja nie jestem już młodym pisarzem, choć późnym debiutantem. Wyłysiałem, utyłem, nie rosnę, chce mi się spać po północy. Ale kiedyś mieszkałem w Amsterdamie, upalałem się regularnie, miałem wizje, kochała się we mnie księżniczka z Pernambuco, nosiłem dziwne ubrania (do dnia dzisiejszego nosze nietypowe nakrycia głowy, ale teraz to raczej ze względu na przeciągi) i jakoś nigdy nie miałem potrzeby pisania o tym. Ludzie mają ciekawe historie do opowiedzenia. Trzeba je tylko umiejętnie z nich wyciągnąć i przetworzyć.

*Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią opowiadać, i tych którzy lubią słuchać. Do których Ty należysz?

Ja, pod tym względem, jestem schizofrenikiem. Uwielbiam słuchać i tak samo uwielbiam opowiadać. Mam dwie natury, które nie kolidują ze sobą, to znaczy do tej pory żaden szpital psychiatryczny nie chciał mnie zamknąć. Żeby pisać, trzeba nie tylko czytać i opowiadać, trzeba też słuchać. Nie słyszałem jeszcze o ciekawym pisarzu kompletnie głuchym od dzieciństwa, choć o ślepym reżyserze – owszem. Nawet w tamtym roku dali mu nagrodę i było to w Polsce.

*W Twojej prozie sporo jest postaci autsajderów, odmieńców, Innych. Czemu akurat takie postaci Cię zajmują?

Czy księgowy, wychodzący od lat do pracy na ósmą i wracający po szesnastej, jest postacią ciekawą? Chyba nie, ale jeśli się dowiemy, że ten księgowy po szesnastej znęca się nad kotem, spinając mu uszy klamerką, że wkłada go do worka i kreci nim nad głową, odmawiając przy tym dziesiątkę różańca, a potem wystawia tego zakręconego kota przez balkon, żeby ze strachu załatwiał się na dewotki idące do kościoła – o, to już jest ciekawy księgowy. Takiemu warto poświecić kilka karteczek. Literatura żywi się rzeczami dziwnymi, to jest jej naturalna karma, a odmieńcy są tu uprzywilejowani, ale tylko na kartach powieści, w życiu jest zazwyczaj odwrotnie... Mam wrażenie, że przyciągam wariatów.

*I jak radzisz sobie z tym jako zwykły człowiek, bo jako pisarz – przecież świetnie?

Granica pomiędzy obłędem a tak zwaną normalnością jest bardzo cienka. I prywatnie uważam, jako zwykły człowiek, że lepszy prawdziwy wariat niż normalny świr.

*W dwóch ostatnich Twoich książkach, „Wariacie” i „Raz. Dwa. Trzy” wracasz do swojej sudeckiej „małej ojczyzny”. Co ona Ci dała?

Moja mała ojczyzna dała mi jedną bardzo ważną rzecz: nauczyła mnie marzyć. Kto nie potrafi marzyć, bardziej cierpi.

*Czy nie obawiałeś się, że „Wariat” nazbyt przypomina książki poświęcone „małym ojczyznom” powstające w poprzedniej dekadzie, choćby gdańskie opowieści Stefana Chwina czy Pawła Huelle?

Nie, nie obawiałem się. Bardzo cenię sobie prozę tych pisarzy. Oni mają swój Gdańsk, a ja mam swoją Bielawę w „Wariacie”. Na szczęście Bielawa leży daleko od Gdańska. Chwin i Huelle to prawdziwi pisarze, ja jestem tylko opowiadaczem, daleka droga przede mną. I jeśli „Wariat” w jakiś sposób nawiązuje do ich twórczości, odbieram to wyłącznie jako komplement.

*W Twojej prozie jest sporo wątków autobiograficznych. Jak sądzisz, co dla pisarza jest ważniejsze, korzystanie z własnych doświadczeń czy wyobraźnia?

Wyobraźnia u pisarza to rzecz kapitalna. Pisarz bez wyobraźni, proszę wybaczyć banał, to jak kapłan bez wiary. Bez wyobraźni nie sposób pisać kreatywnie, nie można, na przykład, przetworzyć własnych doświadczeń, o które pytasz, bo wtedy mielibyśmy do czynienia z jakimś zwykłym pamiętnikarstwem czy kronikarstwem. Choć byli w naszej historii kronikarze z wybujałą wyobraźnią. Wspomnieć tu należy na przykład Wincentego Kadłubka.

*Jakie masz pomysły na następne książki? Wciąż będziesz pisał o Bielawie i okolicach, czy o innych miejscach i ludziach?

O tym dowiedzą się czytelnicy z następnej książki. Od jakiegoś czasu jestem przesądny. Kiedyś się wygadałem i pewien uzdolniony słuchacz z moją opowieścią trafił do nominacji oscarowych.

*Zdradzisz, kto to taki i co to za opowieść?

Obawiam się, że po ujawnieniu tych informacji mógłbym być odesłany na wyspę, którą właśnie opuściłem.

Rozmawiał Robert Ostaszewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas