poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
HUBERT KLIMKO-DOBRZANIECKI
Komunia

Na wieży kościelnej gniazdowały sokoły. Roman Marchewa, pomocnik kościelnego, przed każdym Bożym Narodzeniem staczał z nimi walkę. Wracał podziobany, oblizywał krwawiącą dłoń i przeklinał pod nosem „te jebane kukułki”. Miał respekt przed ministrantami, a ja byłem jednym z tych chłopców, którzy w białych komżach dzwonili na podniesienie, zasypiali na stojąco na pasterkach i podglądali sklerotyczne zakonnice, ukradkiem obżerające się komunikantami. Mrowiło w palcach z wrażenia, kiedy po wdrapaniu się krętymi schodami dochodziliśmy do chóru, do organów, na których wygrywał pan Wenglorz. Przed balkonem był mały pokoik, w nim zaszywał się Zygmunt Masopust, kościelny. Przed Wielkanocą pomylił drzwi i zamiast zejść w dół, wszedł na balkonik i dalej... Ale pogrzeb to mu piękny wyprawili.

Roman wpadł w depresję i odwieźli go na leczenie do Stronia Śląskiego. Po półrocznej kuracji wrócił. Przestał sokoły nazywać kukułkami, a zaczął na nie mówić sowy. Proboszcz zatrudnił nowego kościelnego. Barczyk, tak jak jego poprzednik, popijał mszalne wino. Miał swoje teorie. Mówił, że pije, bo Chrystus też pił. I nigdzie nie jest napisane, że miał problemy z alkoholem. Z pokoiku można było iść dalej w górę, ale tylko po drabinach. Przed pierwszą komunią odważyłem się. Wszedłem na sam szczyt wieży, gdzie gniazdowały sokoły, czyli kukułki, czyli sowy. Wyżej w życiu nie byłem, dosięgałem prawie nieba. Ten świat był inny niż na dole. Pachniał tajemnicą, wołał mnie i kusił.

W szafie wisiała uszyta na miarę biała alba. Pamiętam nie kończące się przymiarki u krawca Konika. Pachniał starymi sikami, w ustach trzymał szklaną, pożółkłą lufkę zakończoną tlącym się sportem. Nafaszerowany szpilkami, igłami i agrafkami przypominał wygłodzonego jeża. Metr krawiecki zwisał bezwładnie z jego cieniuteńkiej szyjki, a z kieszeni wystawało mydło, którym zaznaczał coś na materiałach. Kiedy przyszedłem do ostatniej przymiarki i stanąłem przed lustrem, Konik powiedział, teraz wyglądasz jak anioł, jak prawdziwy anioł, i odjął z ust prawie pustą lufkę. Szpilką wygrzebał resztki sporta, odchrząknął, potem jeszcze raz, i podszedł do okna. Z całej siły splunął w dół. Szybko zamknął. Po chwili usłyszałem krzyk, uważaj, gdzie plujesz, chuju jebany, a Konik z zadowoleniem wymruczał, to za ten ukradziony rower, cwelu pierdolony.

Dom był pełen gości. W tłumie znajdował się również oszust matrymonialny z Dąbrowy Górniczej. Podawał się za lotnika, a jak się później okazało, był świeżo usuniętym z posady motorniczym. Oprócz ciotek, wujków i ich dzieci przyszedł chrzestny z żoną. Poprzedniego dnia listonosz przyniósł przekaz na alimenty. Na odwrocie widniał napis: „Hubert. Samych sukcesów w życiu życzy Tato”.

Po mikroskopijnej kuchni przepychała się rodzinka. Wujek alkoholik walnął sobie natychmiast tęgiego łyka lemoniady, a po chwili jego twarz zrobiła się bardziej czerwona niż gazowana landrynówka. Nadchodził czas wyjścia do kościoła. Ubrano mnie w albę, przepasano żółtym sznurem, nałożono na dłonie białe rękawiczki, włożono pod pachę czarny modlitewnik. Droga do kościoła zapełniała się białymi postaciami odzianymi w peleryny, które podrywane wiatrem przypominały ptasie skrzydła. Było ich więcej i więcej. Biało, coraz bielej. Wyglądało to tak, jakby ktoś wypuścił wszystkie gołębie naraz. Szybowały miarowo w stronę największego gołębnika w mieście, czerwonego gołębnika o szpiczastej wieży, instynktownie kierowane do najlepszych okruchów chleba. A potem w skupieniu wdrapywały się na żerdzie, gdzie dwie czarne wrony dyrygowały ruchem ptaków. Gołębie na prawą, a gołębice na lewą stronę. Siedzieliśmy cicho. Wielki paw coś gadał do mikrofonu. Wstawałem, siadałem, śpiewałem, klękałem. Nadszedł wreszcie tak długo wyczekiwany moment. Dwie wrony skrzeczały. Szerzej otwierać dzioby. Dokładnie wystawiać języki. Nie dziobać Pana Jezusa. Stąpając bokiem, równo przystawiając nogę do nogi jak w godowym tańcu, sunęli ku mnie, napuszony paw i cietrzew, trzymającym srebrną patelnię. Paw miał złoty kielich, po brzegi wypełniony białymi krążkami. Klęczałem z rozdziawionym dziobem i tylko słyszałem narastające, bardzo wyraźne: „Ciało Chrystusa. Amen. Ciało Chrystusa. Amen. Ciaaało Chrystusa. Aaaamen”. To byłem ja, ja i mój Chrystus, który przylepił mi się do podniebienia tak mocno, że aż mnie zatkało. Wracałem do ławki, cały czas mając przylepionego Pana Jezusa, który tak uporczywie trzymał się, iż miałem wrażenie, że mnie nigdy nie puści. Siedziałem i w myślach prosiłem Boga, aby mi przebaczył te wszystkie grzechy, o których zapomniałem przy spowiedzi, żeby przestał mnie dusić. Moja prośba spełniła się. Opłatek zaczął rozpuszczać się i po chwili zniknął.

Wieczorem spadł śnieg. Ludzie mówili, że śnieg w połowie maja przynosi nieszczęście. Rankiem Romek Marchewa odklejał od kocich łbów zmasakrowane ciało kościelnego Barczyka.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki
 

Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas