poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JACEK BŁACH
Pamiętam wyraz oczu tego słonia
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)
Krzysztof Kieślowski, „Autobiografia”, opracowanie Danuta Stok, Kraków 2006 [wydanie pierwsze, „O sobie”, Kraków 1997].


 
„Żyliśmy tam i nie byliśmy cudzoziemcami”, pisał Adam Zagajewski. Czasem nie mogę pojąć, jak można było „tam”, w PRL-u, żyć? Podpowiada mi Kieślowski: ludzie są tacy sami, mają podobne problemy, tło, scenografia, warunki niewiele znaczą na dobrą sprawę – „normalnie jest zawsze”. Na zewnątrz, owszem, zmiana krajobrazu jest niewyobrażalna. Ale dla jednostki, czy dużo się zmieniło? Jakakolwiek byłaby „rzeczywistość”, zawsze żyją w niej ludzie, którzy kochają, nienawidzą, chorują, mają takie a nie inne „swoje sprawy”. Dziś, by żyć, trzeba sobie tworzyć podobną wewnętrzną wolność, jaką trzeba było budować za PRL-u. Jakikolwiek system nie panuje za progiem domu, żeby nie oszaleć, trzeba przed nim starać się zamykać drzwi, bo dopiero kiedy polityka jest na zewnątrz, można mówić o życiu.

Nie taki Kieślowski budzi kontrowersje, nie ten pierwszy, uznany i doceniony, dokumentalista i autor „Przypadku”, „Amatora”, „Personelu”, ale ten drugi (choć jeśli się zastanowić, nie ma między nimi diametralnych różnic), bardziej znany i dyskutowany – reżyser „Bez końca”, „Dekalogu”, „Podwójnego życia Weroniki”, „Trzech kolorów”. Gdy pytam o tego drugiego moich rówieśników (czyli tych, którzy oglądali w kinach „Trzy kolory” jako nastolatkowie), widzę na ich twarzach zakłopotanie. Nie znajdują po latach w tych filmach tego, co ich kiedyś poruszało. Mówią o pseudometafizyce, pretensjonalności, nadmiernym estetyzowaniu. I dla mnie filmy Kieślowskiego były swego czasu wielkim przeżyciem, ale przez lata wycierały się we mnie, blakły. Patrzę na nie dziś z rezerwą, ale i z wdzięcznością. Przecież wpłynęły na mnie w pewnym momencie życia – formująco.

Warto byłoby być może odpowiedzieć sobie na pytanie – co się stało po drodze? Zadać kinu Kieślowskiego otwarcie parę tych prostych pytań: „co z niego zostało”, „jak je rozumiemy”, „czy chcemy w ogóle je rozumieć?”. Należy je zadawać poważnie, jak do tej pory bowiem, mam wrażenie, bałwochwalcy mieszają się z szydercami, i nic z tego konstruktywnego nie wynika. Czemu tak skrajnie się o Kieślowskim myśli? Jak go objąć, nie spłycając, ale i nie doszukując się na siłę tego, czego w nim nie ma, co jest głównym grzechem jego krytyków? Jak przyswoić i rozbroić tę rezerwę, z jaką się do jego twórczości podchodzi?

To chyba dobrze świadczy o twórcy – mieć z nim problem? Staram się ten problem, problem nie tylko mój, zrozumieć. Czemu jego ostatnie filmy dotykały mnie 10 lat temu, a czemu nie dotykają mnie teraz? Czy Kieślowski jest jak etap w rozwoju człowieka, „z którego się wychodzi”?

Metafizyka? Jeśli jest w jego filmach jakaś metafizyka, to raczej taka, o jakiej pisał Tadeusz Sobolewski na marginesie rozważań o tym, kim jest słynny „anioł” z „Dekalogu”: „Każdy człowiek ma w sobie ukrytego świadka, kogoś, kto nie uczestniczy w „zawodach” życia, tylko się im przygląda, kto już osiągnął spokój – ten spokój, którego daremnie wyglądają bohaterowie Kieślowskiego. Pisano o metafizycznym wymiarze jego późnych filmów. Jeśli jest w nich metafizyka, to nie polega ona, jak sądzę, na docieraniu do nadprzyrodzonych tajemnic ani na wprowadzaniu do akcji postaci z innego świata, duchów i aniołów – lecz na zaznaczeniu obecności wewnętrznego świadka, który jest w nas. To on czyni z ludzi artystów, jeżeli tylko potrafią dopuścić go do głosu. U Kieślowskiego to, co metafizyczne, wydaje się najgłębiej artystyczne. Sztuka daje człowiekowi przywilej dystansu w stosunku do świata. Dalej jest już tylko religia. Droga jest ta sama”.

Nie o metafizykę chodzi w filmach Kieślowskiego, ale raczej o dystans, który pozwala dostrzec, a może bardziej – przeczuć – to, co się rozgrywa pomiędzy. Pomiędzy zwykłymi wydarzeniami życiowymi a życiem prawdziwym, czyli tym duchowym i uczuciowym. I być może chodzi też o naukę życia – uważnego. Jeśli Juliette Binoche nasącza kawą kostkę cukru (podobno szukano w całym Paryżu takiej, która by się zabarwiała kawą dokładnie 5 sekund), to nie chodzi przecież o ładny kadr (choć pewnie też), ale o naukę obserwowania, dostrzegania i doceniania najmniejszych składników życia, tego wyimaginowanego również (o słoniu będzie jeszcze mowa). Być może zresztą chwile „zawieszenia” percepcji i postrzegania, które czasem nas spotykają, są tymi momentami, szczelinami, w których najbardziej odczuwamy istnienie, swoje i tego co wokół. (Dla mnie zresztą emblematyczne w kinie Kieślowskiego są sceny zupełnie inne: na przykład ta z „Przypadku”, w której umierający ojciec mówi do swego syna: „nic nie musisz” albo scena z „Amatora”, gdy bohater w ślad za odchodzącą żoną układa dłonie w specyficznym geście „łapania kadru”.)

Pretensjonalność? Czasem się o nią ocierał. Nie irytuje mnie wspomniana już kostka cukru, za to bardzo – szklana kulka z „Podwójnego życia Weroniki”! Ale czemu właściwie kostka tak, a szklana kulka już nie? Szkoda by było, gdyby tak fałszywie zdefiniowane spory i mylnie postawione akcenty zasłaniały refleksję nad jego twórczością. Zresztą Kieślowski w dużej mierze mierzi krytyków właśnie dlatego, że był odważny, nie asekurował się – ryzykował. Nie wyznawał współczesnej filozofii, która streszcza się w zdaniu: „jeśli nie wiadomo co robić, najlepiej być ironicznym, a potem się zobaczy”, choć zazwyczaj się już potem nic nie widzi. Mówił: „Jedynym sposobem na uniknięcie kliszy jest sięgnięcie głęboko do własnego brzucha. I brak obawy, że to znak słabości. Owszem, to słabość, ale co z tego. Ludzie wstydzą się, że są słabi, dlatego są samotni. Trzeba przełamać barierę wstydu i przekonanie, że nie można być słabym”. Nie bał się robić filmów o tym, co naprawdę ważne dla każdego człowieka, o cierpieniu, o śmierci, o bólu. Jesteśmy tylko tym, co czujemy, niczego więcej nie ma, nie jest istotne. Może i zmienia się świat wokół, państwa upadają, systemy upadają, kredyt niespłacony, zima za zimna, ale czy zmienia się to, że najpierw jesteśmy młodzi, a potem starzy? Że najpierw kochamy, a potem nienawidzimy? Że najpierw płaczemy ze szczęścia, a za chwilę z rozpaczy? Że jesteśmy samotni? Czasem pretensjonalni, żałosni, banalni, pompatyczni, a najczęściej byle jacy?

Zarzuca się też późnym filmom Kieślowskiego „estetyzowanie”. Najpełniej, w moim odczuciu, wyraża to liścik, jaki Hanna Krall wysłała do Kieślowskiego po obejrzeniu „Niebieskiego”: „Zrobiłeś film o czymś, co powinno mi być bliskie. W dodatku, na szczęście, pozbawiony „tkanki łącznej”, wiążącej narracji, samymi tylko plamami, dotknięciami. Tymczasem jest to film nie dla mnie zrobiony. Myślę o tym i myślę. Może jego tworzywo jest za piękne, jak dla mnie. Moje bohaterki są małe, grube, w biednej, żałosnej scenerii, ze wspomnieniem brzydkich, biednych miast. A u Ciebie – wszyscy są ładni, mówią po francusku, tworzą cudowną muzykę i używają słów „Europa” i „Strasburg”. Może to jest ta nieprzekraczalna bariera?” I oto co odpowiada Kieślowski: „Przecież wiesz lepiej ode mnie, że świat nie dzieli się na pięknych i brzydkich ani nawet na szczupłych i grubych. (…) Piękni cierpią równie mocno jak brzydcy, może nawet bardziej, bo uważają to za niesprawiedliwe (choć jest przecież odwrotnie – nie dość, że piękni, jeszcze chcieliby być szczęśliwi!) Co jest ważne, to żeby stać po stronie tych, którym jest smutno, bo oni stracili albo nawet dlatego, że nie stracili nic. Tu, myślę, oboje robimy dokładnie to samo, jesteśmy z nimi. To powinno nam, na razie, jako znak wspólnego kombinowania, wystarczyć”.

Zastanawiam się nad tym wszystkim (powierzchownie i krótko, bo i nie tutaj na to miejsce) na marginesie lektury drugiego wydania książki „O sobie”, która po dziesięciu latach zyskała nowy, bardziej nośny tytuł. Ale ta książka nie jest „autobiografią” Krzysztofa Kieślowskiego, jakby można sądzić po okładce i stronie tytułowej, to raczej „wywiad-rzeka”, z którego usunięto pytania dziennikarki i zredagowano tak, by czytelnikowi się wydawało, że mamy do czynienia z tekstem ciągłym.

Kieślowski opowiada o dzieciństwie, o szkołach, do których chodził, potem zaś – o swoich filmach. Co rusz znajdujemy w tej książce fascynujące opowiastki i anegdoty z PRL-u, ze Szkoły Filmowej, z planów filmowych. Niewiele tak naprawdę dowiadujemy się o nim samym, ale przecież mamy poczucie, że zagadał nas na śmierć i nie wiadomo, o co można by było jeszcze spytać. Nie mogę się oprzeć i nie przytoczyć mojej ulubionej opowiastki Kieślowskiego z dzieciństwa: „Ta scena miała miejsce w 1946, może 1947 roku, kiedy miałem pięć, sześć lat. Chodziłem wtedy do przedszkola i pamiętam bardzo dokładnie, że szedłem z mamą. Z naprzeciwka wyszedł słoń. Minął nas i poszedł dalej. Mama twierdzi, że nic takiego nie pamięta. Nie wiadomo dlaczego po wojnie, w 1946 roku, w Polsce, gdzie trudno było dostać kartofle, miałby pojawić się słoń. Niemniej pamiętam tę scenę doskonale i pamiętam wyraz oczu tego słonia. Jestem absolutnie przekonany, że szedłem z mamą do przedszkola, a naprzeciwko szedł słoń. Skręcił w lewo i zniknął. My poszliśmy prosto. Nikt nie zwracał na niego specjalnej uwagi”.

Kieślowski powtarzał wielokrotnie, że to, jak żyjemy, nawet gdy o tym nie wiemy, zawsze wpływa na innych, a odpowiedzialność za ludzi, których spotykamy na swojej drodze, jest zadaniem, wobec którego nigdy nie można się uchylać. Główna myśl Kieślowskiego jest dość prosta: jeśli coś jest warte w życiu zachodu, to samo życie, a w życiu – miłość w każdej jej formie. I jeśli Niebieski traktował o wolności, to o takiej, której nie da się osiągnąć: nie da się uciec od przeszłości, od siebie, od życia. Choć zazwyczaj życie ucieka od nas. Ale to już inny film… Zresztą, czy film? Życie, drugi człowiek, są ważniejsze od filmów, powiadał. Żegnał się ze swoim zawodem z ulgą.

Na pytanie Valentine (Irene Jacob), bohaterki „Czerwonego”, jak ma pomóc swojemu bratu, Sędzia (Jean Louis Trintignant) odpowiada jej: „Nie może Pani żyć jego życiem. To niemożliwe. Może Pani tylko być. Tak po prostu?” – dziwi się Valentine. „Tak po prostu”.

Patrzę na zdjęcie Kieślowskiego, które zrobiła mu jego córka. Jest oparty o coś niewidzialnego. Banalna sztuczka fotograficzna. A jednak nie daje mi to spokoju – o co się opierał? Z czego czerpał siły? Panie Kieślowski, co pan zobaczył w oczach tego słonia?

Jacek Błach



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas