poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
LESZEK SZARUGA
Świstek
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)

Był chyba kwiecień 1968 roku, gdy w pawilonie XII mokotowskiego więzienia przesłuchująca mnie funkcjonariuszka aparatu przemocy rzuciła na biurko niewielki formularz i zjadliwie spytała: „Moglibyście wyjaśnić, co to jest?”. Spojrzałem na ową karteczkę i zmartwiałem. Miałem przed sobą tekst ślubowania, które składałem w roku 1965 jako nowoprzyjęty student wydziału filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego. Papierka nie oddałem, schowałem w swoich domowych papierach, skąd, po kolejnej rewizji przeprowadzonej już w czasie, kiedy byłem aresztowany, trafił do moich akt. To jasne, że po trzech latach o swoim „przestępstwie” dokumentnie zapomniałem i jego pojawienie się na biurku stanowiło kompletne zaskoczenie. Tekstu już, rzecz jasna, nie pamiętam, ale wówczas istotnym szczegółem był fakt, iż wszędzie tam, gdzie pojawiały się sformułowania typu „Polska Ludowa” czy może „socjalistyczna ojczyzna”, wykreślałem irytujące mnie przymiotniki. U dołu widniał, potwierdzający przestępstwo, mój podpis. W ówczesnych okolicznościach wygrzebanie tego rodzaju dowodu „wrogiego nastawienia” zdawało się czymś wysoce niebezpiecznym, toteż zareagowałem dość nerwowo – co tu dużo gadać, po prostu bałem się konsekwencji. Tym bardziej, iż funkcjonariuszka nie omieszkała mnie poinformować, iż „to” wystarczy, by mnie z uczelni relegować, co zresztą później nastąpiło.

Nie to jednak jest ważne, lecz sam fakt wygrzebania tego świstka. I nie dlatego, że budzić mogło – i budziło zresztą – uzasadniony lęk, lecz dlatego, że chyba to był ten epizod, który zadecydował o biegu mojej peerelowskiej biografii. Sam strach nie ma tu nic do rzeczy, choć był dość silny: trudno dziś dokładnie odtworzyć ową „marcową” atmosferę 1968 roku w mokotowskim więzieniu, ale wyobraźnia podsuwała wielu z nas – choć zapewne nie wszystkim, bo byli wśród nas świadomi swych czynów i gotowi ponosić za nie najsurowsze konsekwencje opozycjoniści – perspektywę wieloletnich wyroków, co dla dwudziestolatka oznaczało spędzenie za kratami „całego życia”.

Chodzi o coś chyba ważniejszego, czym jest uświadomienie sobie tego, co trzy lata wcześniej zrobiłem, traktując rzecz bardziej jako rodzaj wygłupu niż jako świadomą demonstrację postawy antykomunistycznej. Rzecz zresztą o tyle skomplikowana, iż należałem do sporej wówczas grupy młodych ludzi, którzy z myślą o socjalizmie – jeszcze bez nabytej później wiedzy o losach polskiego socjalizmu, bez znajomości historii PPS czy dorobku Edwarda Abramowskiego i jego kręgu – raczej rozstawać się nie zamierzali. Lecz miałem też świadomość faktu, iż to, co mi „sprzedawano” jako socjalizm, jest fałszem. Wiedziałem od ojca, że dziadek, Stanisław Wirpsza, zresztą przedwojenny kapitalista, twórca i pierwszy dyrektor gdyńskiej stoczni „Nauta”, której „delegatem” – cóż za zbieg okoliczności, o tyle zabawny, iż o przeszłości dziadka dowiedziałem się dużo później! – stałem się w trakcie sierpniowego strajku w roku 1980 spędzonego w Stoczni Gdańskiej, głosował na PPS, choć członkiem partii nie był. Zmarł dwa miesiące przed moim narodzeniem, a szkoda, gdyż zabrakło mi – jak się dziś przekonuję, ważnego w biografiach moich rówieśników, z których niemal wszyscy mieli dziadków – kawałka opowieści. Ważna była natomiast powtarzana przez ojca anegdota o tym, jak to dziadek, znalazłszy się po wojnie w Krakowie – a był i antyklerykałem, i antykomunistą – wściekał się, widząc układanie się nowej władzy z Kościołem.

Ojciec w komunizm był uwikłany – z jego relacji wiem, że spory wpływ na ten wybór miał Leon Kruczkowski, z którym razem przez kilka lat siedział w oflagu – z partii wystąpił dopiero po inwazji na Czechosłowację w roku 1968, ale związany był ze środowiskiem określanym mianem „rewizjonistów” i – gdy wkraczałem w świadome życie – nie usiłował mnie przekonywać o „wyższości” panującego ustroju, raczej przeciwnie – uczył mnie postawy krytycznej. Polityka w dodatku specjalnie mnie nie interesowała, obdarzony byłem zdolnościami matematycznymi i chciałem się specjalizować w logice. Ale, rzecz jasna, wiedziałem, co się wokół mnie dzieje i przez myśl mi nie przeszło, żeby odmówić uczestnictwa w powstających wówczas studenckich kółkach samokształceniowych, a wreszcie i w protestach przeciw zdjęciu „Dziadów”. Potem poszło już siłą rozpędu i gdy patrzę na bieg spraw z dzisiejszej perspektywy, myślę, że więzienny epizod – a także będące jego konsekwencją relegowanie mnie z uczelni – zadecydowały o dalszym moim losie. W każdym razie wychodząc na wolność, wiedziałem, że „wygłup” polegający na odzieraniu Polski z przydawanych jej przez władze przymiotników był „czymś więcej” i tego już się konsekwentnie później trzymałem, choć z żadną grupą opozycyjną nie byłem bezpośrednio związany – owszem, utrzymywałem więzy koleżeńskie z „lewicą laicką”, ale także ze środowiskiem Klubu Inteligencji Katolickiej, żyłem w każdym razie wśród ludzi, którzy pozostawali zdystansowani wobec życia oficjalnego. Może by zresztą tak nie było, gdyby nie to, iż systematycznie – nie za często, ale jednak – ubecja dawała mi znać o swoim istnieniu, zapewne także dlatego, że niezależnie od tego, co sam robiłem, od 1970 roku byłem synem emigrantów politycznych. Od czasu do czasu przesłuchanie, zatrzymanie, rewizja – żadna wielka martyrologia, choć przecież działania zawsze budzące lęk, bo nigdy nie było wiadomo ani o co chodzi, ani jak to się skończy.

Ale też na moją postawę bodaj większy wpływ niż koleżanki i koledzy miały lektury, bardzo zresztą chaotyczne i przypadkowe, ale zawsze traktowane – jakże mogło być inaczej w „literackim” domu – jako „coś więcej”. Bo nie chodzi tylko o to, że stosunkowo wcześnie przeczytałem Wyrok na Franciszka Kłosa Stanisława Rembeka, lecz o to, że ojciec wydobył skądś egzemplarz i wręczył mi książkę z komentarzem, iż jest obecnie niecenzuralna. Nie o to chodzi, że też wcześnie przeczytałem Słowo o Jakubie Szeli Bruno Jasieńskiego, ale o to, że przy okazji dowiedziałem się o losach autora. Lecz to było jeszcze w czasach szkolnych. Już jako student natomiast – a zwłaszcza po 1968 roku – zacząłem się karmić „książkami zbójeckimi”. Bardziej od ich walorów literackich interesowała mnie w nich ta „nadwyżka”, sprawiająca, iż nie mogły się ukazywać w kraju. Nie były to jednak sprawy dla mnie jako mieszkańca – bo przecież nie obywatela – PRL-u istotne. W gruncie rzeczy, za sprawą przeżywania – tak! – wtajemniczeń matematycznych i pochłaniania wiedzy o fizyce teoretycznej (w czasie matury jako przedmiot dodatkowy wybrałem właśnie fizykę) żyłem nie tyle w PRL-u, ile obok niego, jakby równolegle. W sprzeciw, jeśli się angażowałem, to bez politycznych aspiracji, niejako odruchowo: były dla mnie oczywiste tak samo, jak oczywistą była wiedza, że PRL jest sowiecką półkolonią – to się po prostu widziało.

Więzienie wygnało mnie z logiczno-matematycznego azylu – gdybym w nim pozostał, niewykluczone, iż zajmowałbym się fascynującą mnie wówczas dziedziną, jaką była dynamicznie się wtedy rozwijająca logika pytań, mówił dziś po angielsku, a nie po niemiecku, i należał do małego grona międzynarodowych specjalistów, spotykających się na konferencjach w najdziwniejszych miejscach świata. Tymczasem moje życie podporządkowane zostało logice zupełnie innego rodzaju, logice egzystencji na PRL-owskim marginesie, na którym się znalazłem niezależnie od swej woli. Stałem się „dysydentem”, nie podejmując żadnych dramatycznych wyborów. I może bym nim nie został, gdyby nie przypadek, który objawił się w postaci propozycji pisania recenzji poetyckich dla „Współczesności”. Wędrując kiedyś warszawskim Nowym Światem, spotkałem człowieka, którego niemal nie znałem – był nim poeta Krzysztof Gąsiorowski, który zresztą dziś płaci słoną cenę za ówczesne zaangażowanie polityczne po niewłaściwej obecnie stronie, a szkoda, gdyż to dobry poeta. Poznaliśmy się kiedyś w Hybrydach, do których zabrał mnie ojciec, pełniący funkcję jurora w jakimś konkursie poetyckim – ot, cała znajomość. I tenże Gąsiorowski zaproponował mi współpracę, podkreślając jednak, że powinienem znaleźć sobie pseudonim, bo „sam rozumiesz”. W logice zdroworozsądkowej rozumieć nie powinienem, w logice życia PRL-owskiego rzecz rozumiała się sama przez się. Co jednak najbardziej z dzisiejszego punktu widzenia zdumiewające, to fakt, że pierwszym tomem, który dla Gąsiorowskiego recenzowałem, był „Akt urodzenia” Ryszarda Krynickiego.

W ten sposób wepchnięty zostałem w „złe towarzystwo”, bo takim w końcu okazał się poetycki ruch Nowej Fali. Przez te wiersze zacząłem znów pisać własne – znów, gdyż jeszcze w 1967 roku debiutowałem wierszami z fazy młodzieńczego zafascynowania „pisaniem poezji”, o której właściwie wiele pojęcia nie miałem. Teraz zacząłem mieć, przynajmniej jakieś. A że po wydaleniu mnie z uniwersytetu musiałem zająć się czymś, wciągnęła mnie właśnie literatura. By przeżyć, imałem się różnych dziwnych zajęć z pobocza: a to byłem muzealnym dokumentalistą, a to „dziennikarzem” pisma hotelarskiego – z czegoś w końcu żyć z żoną musieliśmy. To zresztą też dla PRL-u dość charakterystyczne: nie dawał żyć, ale w istocie także nie pozwalał umrzeć. A może po prostu miałem szczęście i żyłem w dobrym „układzie”: pracę w muzeum dostałem dzięki listowi polecającemu, jaki – bez określenia adresata – napisał mi profesor Konstanty Grzybowski. Te PRL-owskie „układy” to w istocie temat na osobną rozprawkę – było ich wiele, tworzyły pozwalające ludziom przeżyć dyskretne struktury samopomocowe: rozbudowywane były przez różne środowiska – od akowskich po absolwentki szkół klasztornych, a wszystko to działało ponad podziałami na „nas” i „onych”, czy raczej – niezależnie od tych podziałów.

Gdy w końcu dostałem z ministerstwa edukacji pozwolenie na podjęcie studiów, zdawałem już nie na filozofię, której zresztą w trybie zaocznym nie było, lecz na polonistykę. W aurze „marcowego kombatanta” studiowało się dość przyjemnie, a nawet luksusowo, gdyż „oblewanie” takiego studenta raczej nie wchodziło w rachubę, nikt by nie chciał się czymś takim „splamić”. Zresztą, zaoczny student publikujący w „Tekstach” – też przypadek, bo wciągnął mnie do współpracy Janusz Maciejewski, który czytał jakieś moje teksty o poezji nowofalowej – to też nie było zjawisko zwyczajne, nic więc dziwnego, że większość egzaminów to były raczej swobodne rozmowy w stylu „nad czym pan teraz pracuje” niż surowe egzekwowanie wiedzy.

Wszystko to sprawiało, iż coraz częściej czułem się – świadomym tego, a jakże – uczestnikiem spektaklu, wykonującym przypisaną mu z góry rolę, przynajmniej do momentu powstania struktur organizacyjnych opozycji demokratycznej. Nie chodzi o to, że nie było to autentyczne, bo było. Wiersze, które pisałem, były pisane naprawdę. Dyskusje, w jakich brałem udział, były nie tylko autentyczne, ale i spontaniczne. Z drugiej jednak strony cały czas pozostawałem w jakimś trudnym do opisania dystansie wobec biegu spraw, w których wszak brałem udział. Więcej: coraz częściej wydawało mi się, że nie tylko ja „odgrywam rolę”, ale że dotyczy to wszystkich, że po prostu na tym polega PRL-owska egzystencja. Nie znaczy to, że autentyczne dramaty nie były takimi właśnie, ale i one zmieniały się w spektakl, gdy w klasie na lekcjach historii zadawało się nauczycielom „podchwytliwe” pytanie o Katyń, wiedząc, że nieszczęśnicy na nie odpowiedzieć nie mogą. W gruncie rzeczy cały ten spektakl był niesłychanie okrutny i w żadnej mierze nie łagodziło tego okrucieństwa nasycenie go absurdem i groteską. Owszem – wychodziłem podbudowany i „wolny” z Piwnicy pod Baranami, a jednak i temu towarzyszyło poczucie sztuczności.

W zasadzie to, co się wydarzyło w roku 1968, zepchnęło mnie na margines. Bo nawet, żyjąc radośnie i owocnie w przestrzeni „nowofalowego” pisarstwa, tu także pozostawałem na uboczu. Byłem bodaj jedynym autorem tego kręgu, który w PRL-u nie zdołał oficjalnie zadebiutować, a tym samym, co dla debiutanta ważne, nie doczekałem się nigdy – bo w końcu w „podziemiu” były sprawy ważniejsze niż recenzowanie debiutanckich tomików poetyckich – głosów krytyki, niechby i najbardziej zjadliwych. Byłem i jednocześnie mnie nie było. Nie to, bym narzekał – to wszystko przecież miało swoją logikę i po pewnym czasie, jako już „opozycjonista”, korzystałem z profitów, jakie dawała postawa sprzeciwu: zdarzały się zagraniczne dotacje i stypendia, tłumaczono moje wiersze, i choć wiedziałem, że najważniejsza w tych publikacjach jest nota biograficzna o autorze, podkreślająca, iż jest redaktorem pism podziemnych, a nie same utwory, to przecież było miło. Wszakże „bycia młodym poetą” nie przeżyłem, a kiedyś, gdy Ryszard Matuszewski, będący redaktorem działu poetyckiego w Czytelniku, oddawał mi, opatrzony dwoma pozytywnymi „recenzjami wewnętrznymi”, maszynopis kolejnego tomu, wyrażając nadzieję, że „sam pan wie, panie Leszku, o co chodzi”, wprawiłem go w osłupienie, odpowiadając: „A wie pan, panie Ryszardzie, nie wiem. Może pan mi to wyjaśni”. Biedny Ryszard, któremu bardzo zależało na tym, żeby z wszystkimi żyć dobrze i po koleżeńsku, nie mógł przecież tego uczynić i wiem, że zachowałem się nieelegancko.

Ale przecież, nie mogąc drukować oficjalnie, skwapliwie włączyłem się w budowanie „drugiego obiegu”, którego powstanie było dla mnie w gruncie rzeczy oczywistością. Może bym zresztą w to się nie wciągnął, gdyby nie przemożna chęć pisania i wypowiadania się publicznie bez cenzury. To zresztą popchnęło mnie do dalszych gier i zabaw. Bo skoro tak, to zacząłem wymyślać różne postaci. Zacząłem pisać dla „Kultury” paryskiej pod pseudonimem Krzysztof Zawrat – chciałem bowiem odróżnić siebie „krajowego” od tego, który publikuje „na emigracji”. Zacząłem pisać – m.in. dla „Zapisu” i „Głosu” – jako Jadwiga Kwiatkowska (której nawet wymyśliłem legendę „krakowskiej studentki socjologii”), gdyż chciałem odróżnić pisanie o sprawach kultury od publicystyki politycznej. Wymyśliłem też dwóch facetów piszących od 1979 roku felietony recenzenckie dla Włodzimierza Odojewskiego w Wolnej Europie: Jana Krajnika i Krzysztofa Powoskiego, ale tych facetów wymyśliłem, gdyż nie chciałem iść do więzienia jako współpracownik amerykańskiego ośrodka dywersyjnego. W stanie wojennym jeszcze trochę tych postaci przybyło.

Lecz stan wojenny okazał się też czasem dla mnie niesłychanie ważnym – pozbawiony oficjalnego etatu mogłem niespodzianie zająć się tym, co mnie naprawdę interesowało: pisaniem książki o poezji polskiej po roku 1939. Dłubałem przy tym ze dwa lata i, gdy już rzecz była gotowa, puściłem tekst, gruby niestety bardzo, w poszukiwaniu wydawcy. Ale że, niestety, był bardzo gruby, wydawcy oczywiście w podziemiu znaleźć nie mogłem, a oficjalnie nawet nie próbowałem, gdyż nie miałem ochoty usłyszeć kogoś namawiającego mnie do tego, bym „sam zrozumiał” – książkę opublikowałem potem za granicą. I tak to sobie krążyło, aż trafiło do rąk pani Ireny Maciejewskiej, która uznała, że to może być bronione jako doktorat. I tak też się stało – nie bez kłopotów, ale z ludzką dobrą pomocą doktorat obroniłem, zdobywając tym samym, o czym wtedy nawet nie pomyślałem, niezły przyczółek w przestrzeni świata akademickiego, w której znalazłem się w roku 1992, a więc już po przemianach systemowych. I tak się oto stało, że znaleziony w moim biurku w 1968 roku świstek papieru otworzył mi – dzięki relegowaniu z uczelni – drogę do stanowiska profesora Uniwersytetu Warszawskiego. A że nie była to droga łatwa i przyjemna, to już sprawa osobna.

Leszek Szaruga
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas