poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
FRANCISZEK ZIEJKA
Co jest za tym lasem?czyli Krótka opowieść o mojej drodze z Radłowa do Krakowa
Dekada Literacka 2007, nr 4 (224)


1

Urodziłem się w Radłowie, w 1940 roku, w rodzinie chłopskiej, jako siódme i ostatnie zarazem dziecko. Ojciec posiadał zaledwie półtorahektarowe gospodarstwo, zatem aby wyżywić rodzinę, najczęściej „chodził dzierżawami”. W końcu lat 20. spędził nawet trzy lata w Kanadzie, gdzie pracował przy budowie kolei.

Od wczesnej młodości wiedziałem, że będę musiał szukać sobie chleba w świecie, rodzice bowiem dość wcześnie podjęli decyzję o pozostawieniu na gospodarstwie siostry Hani, a dzielić nie było czego. W tej sytuacji wiedziałem, że muszę zaznać losu starszego rodzeństwa, które w poszukiwaniu chleba rozbiegło się po świecie. Najstarszy z rodzeństwa, Staszek, starszy ode mnie o 15 lat, już na początku II wojny światowej wzięty został „na roboty” do Niemiec. Pracował u jakiegoś „bauera”. W 1945 roku powrócił do kraju wraz z żoną Stefanią i córką Józefą. Po kilkumiesięcznym pobycie w domu rodzinnym wyjechał do Nysy. Tam podjął pracę na kolei. Zginął tragicznie w wypadku kolejowym w 1951 roku, pozostawiając żonę i dwie córki (w 1950 roku urodziła się bowiem jeszcze Teresa), które odtąd przez wiele lat bywały częstymi gośćmi w moim domu (zdarzało się, że młodsza, Teresa, przebywała u nas przez parę miesięcy w roku). Drugi brat, Czesiek, również musiał „pójść w świat”. Najpierw, w czasie wojny, ojciec go wysłał „na służbę” do jednego z bogatszych sąsiadów, gdzie za wikt i worek zboża za rok służby spędził kilka lat, mieszkając w stajni, przy koniach, którymi się opiekował. Gdy tylko skończyła się wojna, wraz z kilkoma kolegami wyjechał do Gdańska. Najpierw pracował tam w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego, po kilku latach przeniósł się jednak do Gdyni. Podjął pracę w miejscowej stoczni. Tam dosłużył się stanowiska starszego majstra (ukończył bowiem zaocznie technikum), by przed bodaj dwudziestoma laty przejść na emeryturę. Starsza siostra, Helena, ukończyła liceum w Radłowie i została nauczycielką. W 1951 roku dostała nakaz pracy w szkole podstawowej w Białej Niżnej koło Grybowa. Z czasem przeszła do Rudki, wioski położonej o 4 km od Radłowa, a w końcu – do szkoły radłowskiej. Osiadła w domu zbudowanym na kawałku gruntu zakupionego za zarobione niegdyś przez ojca w Kanadzie pieniądze, wzniesionym systemem gospodarczym (w latach studenckich miałem swój udział w budowie tego domu). Siostra Hania po szkole podstawowej pozostała w domu, jako przyszła spadkobierczyni i bezpośrednia opiekunka rodziców do ich śmierci. Brat Janek zdobył zawód cieśli. Przez kilka lat pracował w stoczni w Gdyni jako cieśla okrętowy. Po pewnym czasie zdecydował się jednak na powrót do rodzinnego Radłowa: tutaj ożenił się, założył rodzinę (pięcioro dzieci) i prowadzi do dziś niewielkie gospodarstwo. Starszy ode mnie o dwa lata Józek ukończył w 1954 roku w Tarnowie dwuletnią szkołę zawodową (ponieważ nie było przy szkole internatu, codziennie wstawał około czwartej rano, szedł 5 km do Sanoka, gdzie ciężarowym samochodem – z robotnikami jadącymi na I zmianę w fabrykach Tarnowa – dojeżdżał do szkoły; podobnie wyglądał także jego powrót ze szkoły). Po zdobyciu świadectwa wyjechał do Gdyni, do brata Cześka. Podjął pracę w tamtejszej stoczni. W ciągu następnych lat ukończył zaocznie technikum, a także Politechnikę Gdańską (Wydział Budowy Okrętów). W drugiej połowie lat 80. zrezygnował z pracy w stoczni. Założył własne przedsiębiorstwo, które prowadzi do dziś, zatrudniając w stoczniach i portach całego świata kilkuset pracowników. Także i ja musiałem od najmłodszych lat myśleć o znalezieniu sobie miejsca poza rodzinnym domem. Wiedziałem, że jedyną moją szansą jest nauka. Toteż już w wieku sześciu lat zjawiłem się któregoś dnia u drzwi domu kierownika szkoły, pana Józefa Miki, z prośbą o przyjęcie mnie do szkoły. Widząc bosego malca, kierownik Mika wprowadził mnie na werandę domu, poczęstował cukierkami i oświadczył, że przyjmie mnie do szkoły, jeśli tylko zjem jeszcze jeden bochen chleba. Po powrocie do domu poprosiłem Mamę o bochenek. Nie odmówiła, tym bardziej, że wypiekała w piecu bochny naprawdę dużych rozmiarów (dziś już takiego chleba nie widuję). Oczywiście, stałem się szybko przedmiotem dowcipów ze strony starszego rodzeństwa, bo – jak można przypuszczać – utknąłem przy drugiej kromce. Do dziś, w czasie spotkań rodzinnych, rodzeństwo wypomina mi ów bochen chleba!


2.

Moja pierwsza próba „wyjścia” z Radłowa przypada na rok 1954. Była to próba nieudana, choć wszystko zapowiadało, że będzie inaczej. Ponieważ byłem ministrantem w kościele radłowskim od trzeciej klasy szkoły podstawowej, a także bardzo solidnie wywiązywałem się z obowiązków, jakie nakładali na mnie kolejni wikariusze (służbę do mszy świętej roratnej w klasie piątej opłaciłem złamaniem nogi na grudzie drogi prowadzącej do kościoła), rodzice uznali, że powinienem zostać księdzem. Gdy zatem tylko ukończyłem siódmą klasę szkoły podstawowej, Ojciec ustalił z miejscowym proboszczem, ks. Piotrem Łabno, że pójdę do Małego Seminarium Duchownego w Tarnowie. Przyszedł też dzień, kiedy bryczką plebańską, zaprzężoną w dwa wspaniałe konie, wyjechałem wspólnie z księdzem proboszczem do Tarnowa (jechaliśmy na łęg Tarnowski, przeprawiając się przez Dunajec promem w Bobrownikach Małych). Seminarium mieściło się w śródmieściu Tarnowa przy ówczesnej ulicy Dzierżyńskiego (dziś – Mościckiego). W seminarium spędziłem prawie cały dzień, który wypełniły mi rozmowy z kolegami-kandydatami do stanu duchownego z różnych parafii, a także z księdzem rektorem. Po raz pierwszy w życiu byłem też na wspólnym obiedzie, na który składały się potrawy wcześniej mi nieznane. Zapamiętałem, że przed przystąpieniem do posiłku dość długo modliliśmy się, przez co zupa zupełnie wystygła. Wieczorem, w czasie powrotu do Radłowa, ksiądz proboszcz wyrażał się bardzo ciepło o moich odpowiedziach na pytania stawiane przez księdza rektora. Naukę w Małym Seminarium Duchownym miałem rozpocząć jesienią. Stało się inaczej. Po kilku-kilkunastu dniach nadeszła z Tarnowa wiadomość, że władze oświatowe podjęły decyzję o wstrzymaniu w całej Polsce rekrutacji do tak zwanych małych seminariów duchownych. W tej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak podjęcie nauki w radłowskim liceum im. Tadeusza Kościuszki (ksiądz proboszcz podkreślał, że nic się nie stało, że po maturze pójdę przecież do Wyższego Seminarium Duchownego!). Nikt nie przewidywał, a w najmniejszym chyba stopniu ja sam, że jednak księdzem nie zostanę.


3

Radłowskie liceum stało się dla mnie prawdziwą szkołą życia. Instytucja ta nie posiada długiej historii. Powstała we wrześniu 1945 roku jako prywatne Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Kościuszki. Umiejscowiono ją w pałacu Dolańskich, który zbudowano około 1830 roku na miejscu dawnego pałacu biskupów krakowskich1. Szczęśliwie do szkoły tej trafili znakomici nauczyciele ze Lwowa i utraconych w 1945 roku przez Polskę terenów wschodnich. Byli wśród nich ludzie wielkiego charakteru, jak na przykład Aleksander Furtak, Andrzej Jarosiński czy Ignacy Drąg. To dzięki nim w czasach stalinizmu, a przede wszystkim w latach 1956–1958, poznawaliśmy na lekcjach, ale także na spotkaniach harcerskich, prawdziwą historię Polski. Sprzyjały temu okoliczności, Radłów był bowiem miejscowością szczególnie „naznaczoną” przez historię. Tu w 1915 roku przez wiele miesięcy stał front austriacko-rosyjski. W wyniku ówczesnych działań wojennych spłonęła prawie połowa zabudowań w Radłowie, a pamięć o tych dramatycznych dniach przetrwała na miejscowym cmentarzu (leżącym około 200 metrów od mojego domu rodzinnego), na którym pochowano ofiary tej wojny. Tu we wrześniu 1939 roku stoczono niezwykle zaciętą bitwę o most na Dunajcu w Biskupicach Radłowskich. W dniach 7–8 września 1939 żołnierze Grupy Operacyjnej „Boruta” powstrzymywali z powodzeniem natarcie Niemców. Do dziś większość radłowian pamięta o grupie 13 żołnierzy polskich z 21. Dywizji Górskiej gen. Józefa Kustronia, którzy zabarykadowali się w miejscowej szkole i przez ponad dobę blokowali Niemcom drogę do Biskupic Radłowskich, w ten sposób umożliwiając kolejnym oddziałom polskim ewakuację za linię rzeki. Bohaterscy obrońcy szkoły nie poddali się nawet wówczas, gdy przybył do nich w roli mediatora, zmuszony do tego przez Niemców, miejscowy proboszcz, ks. Wojciech Kornaus. Gdy w końcu Niemcy, chcąc zniszczyć ognisko oporu, użyli miotaczy ognia, działek i broni maszynowej, z budynku szkoły rozległ się śpiew „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. Nie trzeba dodawać, że wszyscy ci obrońcy szkoły zginęli i zostali pochowani na miejscowym cmentarzu, niedaleko żołnierzy z I wojny światowej, razem z ponad 170 innymi, którzy zginęli w obronie mostu w Biskupicach2. Tę historię przypominali nam uczciwi nauczyciele z Liceum, wiążąc ją z postacią Tadeusza Kościuszki – patrona naszej szkoły, którego pomnik nasi przodkowie wznieśli w 1911 roku na miejscowym Rynku.

Ta edukacja historyczna wspomagana była w owych latach przez znakomitych kapłanów, którzy pracowali w parafii radłowskiej. Osoba ks. Wojciecha Kornausa, wielkiego budowniczego (z gruzów podniósł i rozbudował w okresie międzywojennym radłowską świątynię), dla mnie była niedostępna. Od rodziców wiedziałem tylko, że był człowiekiem wielce wymagającym (jeszcze po II wojnie wysyłał po żniwach w objazd nie tylko po Radłowie, ale i po okolicznych wioskach, drabiniasty wóz, na który wierni składali snopy zboża – pamiątkę po dawnych „dziesięcinach”). W dobrej pamięci zapisał mi się jego następca, wzmiankowany ks. Piotr Łabno. Był człowiekiem dobrze wykształconym. Mówił dobre kazania, nie straszył nieustannie wiernych piekłem. Był przy tym dobrym gospodarzem, posiadającym w latach mojej młodości największy bodaj w Radłowie majątek prywatny (kilkanaście krów, kilka koni). Ale to nie on wywarł na moje życie największy wpływ. Zawsze ciepło będę wspominał ks. Stanisława Wodę, wikariusza, który wprowadzał mnie w krąg ministrantów i który przez kilka lat był moim idolem. Największy wpływ wywarł jednak na mnie ks. Kazimierz Zając, mój katecheta z czasów gimnazjalnych. Był człowiekiem, który w czasie II wojny światowej – za udział w tajnym nauczaniu – trafił do obozu w Auschwitz, a następnie do Sachsenhausen. Już na początku jego posługi kapłańskiej, w 1954 roku, w naszym liceum wybuchł konflikt, bowiem zastrajkowali uczniowie, którym wzbraniano uczestniczenia w rekolekcjach (był wśród nich Józef Kowalczyk, który ukończył radłowskie liceum w 1955 roku, a od 1989 roku jest Nuncjuszem Apostolskim w Polsce). „Za karę” usunięto naukę religii ze szkoły. W tej sytuacji ja przez dwa pierwsze lata nauki w liceum uczęszczałem na prowadzone przez ks. Zająca lekcje religii do małej salki nad zakrystią. Po wydarzeniach 1956 roku religia wróciła jednak do szkoły, dzięki czemu na moim tableau maturalnym widnieje obok innych nauczycieli także portret ks. Zająca.

Ważnym doświadczeniem w moim życiu były wydarzenia w Radłowie jesienią 1956 roku. Partyjni działacze (a przyznać trzeba, że nie brakło takich w Radłowie; to ich dziełem była między innymi spółdzielnia produkcyjna, której tak bardzo bali się gospodarze, a wśród nich – mój ojciec!) zdecydowali się w pewnym momencie opanować wzburzone nastroje wśród mieszkańców, którym od szeregu lat dokuczały różne plagi, z „obowiązkowymi dostawami” zboża i mięsa na czele. Zwołali więc na rynku radłowskim wiec, na którym chcieli uzyskać poparcie dla Gomułki i zapowiadanych przez niego reform. Okazało się, że po kilkunastu minutach trwania wiecu sytuacja wymknęła się organizatorom spod kontroli. Zebrani chłopi, śpiewając pieśni patriotyczne i religijne, zgłosili szereg postulatów, w tym przywrócenia religii w szkole. Wieczorem, gdy emocje doszły do zenitu, wyrwano z szeregu organizatorów wiecu ich przywódcę, szczególnie nielubianego w Radłowie nauczyciela przysposobienia wojskowego w liceum, Adama Stokłosę, i na taczkach wywieziono go z rynku. Rządzący od niedawna w liceum dyrektor Karol Macura, jak głosiła wieść, ukrył się w tych dramatycznych chwilach w internacie szkolnym. Manifestacja jednak uczyniła swoje: religia powróciła do szkoły (usunięto ją z powrotem w 1960 roku, już po opuszczeniu przeze mnie liceum), a prof. Furtak założył „prawdziwe” harcerstwo (które także, bodaj po roku, zlikwidowano). Wkrótce doszło także do rozwiązania ZMP. Na fali tych wydarzeń awansowałem także i ja: w ostatnim roku nauki w liceum, w roku szkolnym 1957/58, zostałem przewodniczącym Samorządu Uczniowskiego.

W takiej sytuacji wzburzenia, nieustających dyskusji w domu i oczekiwanych zmian w kraju (Ojciec wciąż słuchał Wolnej Europy u jednego z sąsiadów, Stanisława Maliszewskiego, który – jako jedyny – posiadał na naszej ulicy radiowy odbiornik), w czerwcu 1958 roku zdałem maturę. Nie było już mowy o ponowieniu starań o przyjęcie do Seminarium Duchownego. Ponieważ aż do matury należałem do prowadzonego przez prof. Andrzeja Jarosińskiego (wychowawcę znakomitego matematyka, Władysława Bacha) Kółka Matematycznego, najpierw zdecydowałem się podjąć starania o przyjęcie na studia politechniczne (za czym mocno obstawał prof. Jarosiński, który – gdy dowiedział się o mojej decyzji zmiany kierunku studiów – przyszedł do mojego rodzinnego domu i urządził Ojcu prawdziwą awanturę!). Potem przyszła chwila zastanowienia i zdecydowałem się złożyć papiery na historię na UJ. W ostatnią noc przed upływem terminu oddania papierów w szkole zdecydowałem się zmienić wybór. Zniszczyłem wypełnione już papiery na historię i pojechałem na rowerze do szkoły po nowe formularze. Gdy wychowawczyni klasy, historyczka Janina Wątor, dowiedziała się o mojej decyzji, nie chciała mi wydać formularzy. Przekonywała, że przecież nie jestem właściwie przygotowany do egzaminu wstępnego na filologię polską. Argumenty były proste: w szkole miałem kolejno aż trzech nauczycieli polskiego: w kl. VIII – prof. Ignacego Drąga, w kl. IX – prof. Helenę Bereziukównę, w dwóch ostatnich klasach uczył mnie języka polskiego historyk, mąż wychowawczyni, prof. Ignacy Wątor. Na dobrą sprawę wszystkie podniesione przez prof. Irenę Wątor argumenty były racjonalne. Ale ja się uparłem. Dostałem w końcu formularze i wypełniłem wbrew wszystkim. Upór się opłacił. W lipcu 1958 roku znalazłem swoje nazwisko na liście przyjętych na filologię polską Uniwersytetu Jagiellońskiego. Byłem na tej liście ostatni, 110-ty. Nie przyznano mi żadnych świadczeń, ale przecież zostałem przyjęty. I to było najważniejsze.


4

W takich oto okolicznościach, w ostatnich dniach września 1958 roku odbyłem ostatnią, tym razem udaną próbę „wyjścia” z Radłowa. Niestety, nie jechałem „w świat” uroczyście, na przykład bryczką. Odwoził mnie Ojciec zwyczajnym wozem w półkoszkach, który ciągnęła jedna klacz, Gina. Jechałem do stacji kolejowej w Bogumiłowicach (10 km od Radłowa), aby stąd – już samotnie – pojechać pociągiem do Krakowa. Ponieważ – jak wspomniałem – nie przyznano mi żadnych świadczeń (choć „dochód” z gospodarstwa Ojca był nieledwie symboliczny, wynosił bodaj 75 zł rocznie na osobę!), Ojciec w czasie wakacji nawiązał kontakt z mieszkającą w Krakowie daleką kuzynką, panią Kobylarzową, która znalazła dla mnie lokum w mieszkaniu pana Szwieca przy pl. Bohaterów Getta 2, m. 10. Zamieszkałem wraz z dwoma synami gospodarza w jednym pokoju. Ponieważ synowie pana Szwieca uczęszczali do szkół średnich i palili w ukryciu papierosy, ojciec ich zabraniał zamykania drzwi do naszego pokoju. Wskutek tego przyszło nam uczestniczyć w życiu codziennym krawca, od świtu do wieczora być świadkami jego spotkań z klientami i klientkami, słuchać około piątej rano „Godzinek”, a wieczorem pięknych skądinąd pieśni, z tą najważniejszą: „Wszystkie nasze dzienne spraw”. Nie mogąc skupić się ani na chwilę, postanowiłem możliwie jak najszybciej opuścić to mieszkanie. Od pierwszych dni października podjąłem też „okupację” korytarza przy Dziekanacie, spędzając tam codziennie po kilka godzin (z uszczerbkiem dla zajęć dydaktycznych!) w oczekiwaniu na pozytywną decyzję tajemniczej Komisji, która miała przydzielać tzw. „rezerwę”. Po trzech tygodniach akcja się powiodła: dostałem skierowanie do II Domu Studenckiego (później nazwanego „Żaczkiem”), tzw. stypendium stołówkowe upoważniające do kupna bonów w miejscowej stołówce (dotychczas jadałem obiady u SS. Felicjanek przy ul. Smoleńsk, której to przysługi nigdy Siostrom nie zapomnę!), a także tzw. zwyczajne stypendium. Przeniosłem się też niemal natychmiast do II DS-u (co okupiłem wysłuchaniem ciężkich wymówek ze strony pana Szwieca!) i rozpocząłem normalny żywot studenta polonistyki UJ.

Choć nie do końca „normalny”. Tak się bowiem złożyło, że w roku akademickim 1958/1959 doszło w Katedrze Historii Literatury Polskiej do jakichś sporów, wskutek czego prof. Wacław Kubacki, do niedawna kierownik tejże Katedry, zdecydował się objąć opieką jedną grupę studencką już na I roku studiów i poprowadzić ją przez całe studia. Tak się złożyło, że wybór jego padł na grupę piątą, do której i mnie przydzielono. W ten sposób zostałem „uczniem” prof. Kubackiego (podobnie jak kilka osób z „naszej” grupy ćwiczeniowej, między innymi prof. Maria Korcala-Delaperriere, kierująca od dwudziestu lat polonistyką w Institut National des Langues et Civilisations Orientales, jak prof. Bogusław Dunaj – językoznawca krakowski, ten zaliczył tylko trzy lata u prof. Kubackiego, jak Wojciech Wierzejski – od wielu lat będący redaktorem naczelnym chicagowskiej „Zgody”, czy wreszcie – jak Konrad Pollesch, jeden z najznakomitszych artystów-fotografików w Polsce!). Choć na dobrą sprawę, gdyby ktoś zadał mi pytanie, czy rzeczywiście czuję się uczniem prof. Kubackiego, uczciwie rzecz rozważając, musiałbym odpowiedzieć negatywnie. Wszystko wskazuje bowiem na to, że od pierwszego roku studiów moim idolem polonistycznym był – i do dziś pozostał – ktoś inny: prof. Stanisław Pigoń. Wprawdzie mieliśmy z Profesorem niewielki kontakt. Wykładał nam literaturę staropolską na I roku. Potem, gdy doszliśmy do IV roku, już odsunięto Go od zajęć. A przecież był prof. Pigoń zawsze dla mnie wzorcem osobowym. łączyło mnie z Nim nie tylko pochodzenie (Jego autobiografia "Z Komborni w świat" zawsze należała do moich ulubionych lektur!). Nade wszystko imponowała mi jakaś bijąca od Niego powaga. Rozczytywałem się też w Jego książkach już na studiach, a także później. Dziś także niejeden raz sięgam do prac Profesora i odnajduję w nich swoiste ciepło, z jakim traktuje dzieła literackie, jakiś osobisty stosunek do pisarzy. Ta właśnie postawa jest mi bliska, toteż chyba już do końca życia będę się uważał za Jego ucznia (choć nie wiem, czy On byłby z tego zadowolony).

Studia polonistyczne za moich czasów wyglądały inaczej niż dzisiaj. Mieliśmy w tygodniowym harmonogramie do 30 godzin zajęć obowiązkowych. A przecież mieliśmy czas także na inne sprawy. Już na I roku studiów stałem się – zresztą jak cała grupa od prof. Kubackiego – członkiem działającego przy Domu Kultury „Pod Baranami” Koła Miłośników Teatru. Wraz z naszym Mistrzem uczęszczaliśmy później na próby teatralne do Teatru im. Słowackiego (dyrektorem tego teatru był w owych latach Bronisław Dąbrowski). Już na II roku studiów – za namową starszego ode mnie kolegi, Piotra Nowaka, wstąpiłem do ZSL. Zadziałała w tym wypadku także tradycja rodzinna: Ojciec mój aż do 1947 roku był bowiem członkiem PSL, a przez całe dorosłe życie, aż do śmierci, był „witosowcem”. Jako „ludowiec” jeździłem przez pewien czas „w teren”, na zebrania kół wiejskich ZSL, co zawsze przynosiło nowe doświadczenia. Z czasem jednak uświadomiłem sobie, że brak mi instynktu politycznego. Od 1980 roku nie należę więc już do żadnej partii politycznej ani stronnictwa. Chyba na III roku studiów zacząłem także działać w ZSP (przez co najmniej dwa lata byłem nawet przewodniczącym Komisji Ekonomicznej na Wydziale Filologicznym). Miałem także niemało innych doświadczeń. Na II roku studiów zamieszkałem więc w pokoju z niewidomym i bez prawej ręki kolegą ze studiów, Leonem Sputo (zwaliśmy go Placydem). Przez rok byłem jego lektorem i opiekunem. To doświadczenie przydało mi się po latach, kiedy zostałem rektorem UJ. Nie otrzymując pieniędzy z domu (czasem wspierał mnie jakąś „zaliczką” brat Józek!), sam musiałem walczyć o przetrwanie. Kontynuowałem więc wykształcony jeszcze w szkole średniej „zawód” korepetytora. Pracowałem w spółdzielni studenckiej „Żaczek” (odtąd posiadłem trudną sztukę mycia okien i sprzątania po malarzach, ale także poznałem, co znaczy przeładunek w ciągu kilku godzin dwóch potężnych przyczep samochodowych z ciężkimi słojami po kwasie solnym, niejeden też raz leczyłem odciski na rękach po wyładunku węgla z wagonów na bocznicy kolejowej przy ul. Kamiennej!). Ukończyłem dwa stopnie kursu tańca u prof. Wieczystego. Chodziłem namiętnie do kina, a także na sobotnie (niekiedy także – niedzielne) zabawy taneczne w Rotundzie. Począwszy od IV roku studiów jednak spoważniałem i zapisałem się – jako wolny słuchacz – na filozofię. Przez cały rok słuchałem wykładów prof. Romana Ingardena, chodziłem na seminarium prof. Izydory Dąmbskiej, zaliczałem kolejne egzaminy. Jakież było jednak moje zaskoczenie, kiedy we wrześniu stawiłem się u prodziekana Wydziału Filozoficzno-Historycznego, prof. Mikuckiego, z dokumentacją, iż zdałem wszystkie egzaminy i kolokwia z pierwszego roku filozofii, a on oświadczył mi, że mimo wszystko nie może mnie wpisać na II rok studiów, bowiem jestem studentem innego wydziału. W tej sytuacji... zapisałem się na początku piątego roku studiów polonistycznych na filologię bułgarską (fantastyczny lektorat p. Radewej!). Także i ten eksperyment jednak się nie powiódł, gdy bowiem po roku, w listopadzie 1963 roku, zostałem asystentem w Katedrze Historii Literatury Polskiej, prof. Kubacki dał mi do wyboru: albo nadal będę studentem, albo będę „normalnym” asystentem. Wybrałem to drugie rozwiązanie. I chyba słusznie.


5

Co wynika z przedstawionych wyżej zapisków? Chyba jedno: że zawsze mnie gdzieś ciągnęło. W ciągu dziesięciu lat (od 1954 do końca 1963) przemierzyłem spory kawałek drogi życiowej. Długo szukałem swego miejsca w świecie. W końcu je znalazłem. Choć nawet wówczas, gdy się już „ustatkowałem”, nie porzuciłem marzeń o tym, aby jeszcze raz podjąć wyzwanie, spróbować sił. Tak było z moimi wyjazdami na lektoraty zagraniczne. Tak było na Uniwersytecie, gdy zgodziłem się stanąć w szranki wyborcze, aby podjąć próbę rozbudowania Biblioteki Jagiellońskiej, czy też zbudowania nowego Kampusu, albo tak potrzebnego uczelni Auditorium Maximum. Obecnie już trzeci rok pasjonuję się sprawą restauracji krakowskich zabytków. Walczę o coraz większe fundusze, chętnie incognito oglądam prace prowadzone przez konserwatorów. Nie wiem, jak długo potrwa jeszcze ta nowa moja „przygoda”. Może już rzeczywiście ostatnia? Bo wszak czas pędzi nieubłaganie, przybywa lat. Bo ja wiem? A może jeszcze kiedyś po raz kolejny powtórzę za Antkiem: „Co jest za tym lasem?” Bo wszak w tym poszukiwaniu tkwi cały sens i radość naszego życia.

Franciszek Ziejka

Kraków, 23 lipca 2007

PRZYPISY:

(1) Radłów – od początków swego istnienia w XI wieku aż do I rozbioru Polski – należał do dóbr biskupów krakowskich. W 1772 roku znalazł się pod panowaniem austriackim. Dobra radłowskie przeszły wówczas pod zarząd cyrkułu bocheńskiego. W 1819 roku dobra te rozpadły się, a poszczególne folwarki sprzedano w ręce prywatne. Radłów jednak – decyzją cesarza austriackiego – został wówczas przekazany baronowi Hompersztowi. Nowy właściciel nigdy jednak nie odwiedził swych włości, przegrał je bowiem w karty w ciągu jednej nocy. Nowym nabywcą dóbr został baron Badenfeld, który wzniósł około 1830 roku wspomniany wyżej pałac. Jednym z kolejnych właścicieli radłowskich dóbr został Ludwik Helcel, który zmarł w Radłowie w 1881 roku, i którego żona, Anna, po sprzedaży tychże dóbr zbudowała w Krakowie Dom Ubogich im. Ludwika i Anny Helclów. Jednym z właścicieli dóbr radłowskich był także Maurycy Straszewski- profesor filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim na przełomie XIX-XX wieku. Ostatnim właścicielem majątku był Henryk Dolański (spoczywający wraz z innymi przedstawicielami swojej rodziny w krypcie miejscowego kościoła). W 1945 roku, na mocy dekretu PKWN, dobra radłowskie zostały przekazane Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Radłowie. To właśnie ta instytucja powołała do życia we wrześniu 1945 roku Gimnazjum i Liceum Koedukacyjne im. Tadeusza Kościuszki, które we wrześniu 1947 roku zostało upaństwowione.

(2) Obliczono, że w obronie mostu w Biskupicach Radłowskich zginęło około 250 Polaków, zaś 700 zostało rannych. We wrześniu 1945 roku radłowianie wznieśli przy 32 zbiorowych mogiłach żołnierzy Września 1939 roku piękny pomnik, przed którym zawsze, nawet w epoce stalinizmu, w okresie Święta Zmarłych młodzież trzymała honorową wartę i paliła znicze. Zwyczaj ten przetrwał do dzisiaj.

 

 
osowski4@wp.pl     2012-10-16 20:53:56
Cieszę się, Pani Profesorze, że jest Pan w swoich wspomnieniach tak szczery, można powiedzieć - aż do bólu. Pamiętam lata spędzone w akademiku. Znaliśmy się wtedy co prawda tylko z widzenia. Byłem stu

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas