poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2007, nr 2-3 (222-223) ]

Zasadniczy festiwal poświęcony twórczości Ryszarda Kapuścińskiego przetoczył się już przez prasę, choć samemu reporterowi spokoju jeszcze nie dano. Miał być agentem tajnych służb, zbrodniczym donosicielem i człowiekiem skalanym – tak przynajmniej chcą niektórzy publicyści, wyznawcy wizji świata jako mętnego bajora, w którym żadna ryba nie może pozostać czysta. No, prawie żadna, bo czyści są wszak sami lustratorzy. Jednak, żeby nie poprzestać na czczym gadaniu, bo takim jest chyba próba polemiki z szermierzami jedynej prawdy, chciałbym wrócić do niektórych tekstów Kapuścińskiego lub jemu poświęconych, które ukazały się w prasie społeczno-kulturalnej jeszcze przed jego śmiercią lub jako publikacje wspomnieniowe.

Zacznijmy od numeru „Kwartalnika Artystycznego” poświęconego Kapuścińskiemu (1/2007). Do poczytania jest fragment Lapidarium VI opatrzony mottami, dobrze nazywającymi jedną z zasadniczych cech konstytutywnych lapidariów: „Fragment jest przyrodzonym mi sposobem ekspresji, bycia. Urodziłem się dla fragmentu” (Emil Cioran), „Fragment uczy nas zrozumienia płynnej struktury naszego świata, przejmuje nas czarem tymczasowości” (Walter Hilsbecher). Teksty wspomnieniowe, które ukazały się w prasie codziennej po śmierci Kapuścińskiego w swojej masie były ciężko strawne; śmieszyła ta hagiograficzna maniera i pewien rodzaj propagandy sukcesu, towarzyszącej często w ojczyźnie Polakom, którym udało się w świecie i zdobyli uznanie również w innych krajach. Jednak, gdy czytam „Lapidarium VI”, przypomina mi się jedno z tych gazetowych wspomnień, o którym już pisałem w przeglądzie prasy. Chodzi o tekst Wiktora Osiatyńskiego poświęcony właściwie żonie wielkiego reportera, Alicji („Alicja – godna partnerka Kapuścińskiego”, „GW” z 30 stycznia br.). Pamiętam zaskoczenie osób, którym mówiłem, że Osiatyński napisał o pewnej nieporadności Kapuścińskiego w załatwianiu praktycznych spraw (połączenia lotnicze, hotele, trasy podróży). To jak to? Zjechał cały świat i z takimi rzeczami miał problemy? Osiatyński twierdzi, że te sprawy załatwiała jego żona. Gdy się przeczyta zamieszczony w „Kwartalniku Artystycznym” fragment „Lapidarium VI”, w którym pisarz opisuje kilkudniową samotną podróż samochodem po Stanach Zjednoczonych, to łatwiej uwierzyć, że choć Kapuściński doskonale poruszał się w problemach świata, to miał problemy ze znalezieniem drogi. Jeden fragment. „Tu był koniec miasta. Zawróciłem i zacząłem jechać w przeciwną stronę, tę, z której przyjechałem, w kierunku jednego znanego mi punktu oparcia i ratunku w całej wielkiej Ameryce – w kierunku autostrady nr 15. Jechałem, jechałem, już nawet byłem zdaje się blisko celu, kiedy znalazłem się na skrzyżowaniu tak ruchliwym, że pomyślałem – oto ona! Ona, moja 15., no, już jestem w domu i skręciłem w prawo, aby po chwili stwierdzić, że nie – skręciłem za wcześnie na jakąś 800 West i dopiero teraz, jadąc ową 800 West, zobaczyłem moją 15., ale była w górze, na betonowym moście, a ja tu pod nią na ziemi. Jak się tam wdrapać na górę, myślałem zrozpaczony, bo byłem pewien, jak powiedziałem, że jeżeli znajdę się znowu na 15., to jestem uratowany.” Zresztą, tak naprawdę każdy miał chyba kiedyś podobne odczucia, gdy zabłądził w obcym mieście, szczególnie samochodem. Prowadzenie samochodu wymaga uwagi, ciężko wtedy skupić się na szukaniu drogi i studiowaniu mapy, łatwo o irytację i uczucie zagubienia.

Czy tak zwane prawdy o świecie nie są w gruncie rzeczy zbiorem banałów? Nie muszą być. Natomiast, wygłaszając jakieś uogólnienia, trudno zawsze być oryginalnym i uniknąć truizmów, moralizatorstwa czy patosu nawet. Być może z tego powodu nieco rozczarowuje wywiad Grzegorza Kalinowskiego z Kapuścińskim („Opisać we fragmentach”) zamieszczony przez „Kwartalnik Artystyczny”. Od tak dawna żyjemy (w każdym razie: tak jesteśmy informowani) w momencie wielkiego przełomu, że zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, że właściwie „przełomowość” jest stanem permanentnym i oczywistym. Nie dziwi więc, że i Kapuściński o tym mówi. Nie brakuje tutaj jednak, oczywiście, trafnych spostrzeżeń i sformułowań skłaniających do myślenia. Tak jak wtedy, gdy reporter mówi o próbach i sposobach opisania świata: „(…) tak jest dzisiaj z całym światem, łatwiej go opisać we fragmentach niż w całości. Wszelkie próby, jakie czynimy, wszelkie zabiegi i usiłowania mające na celu nadanie jakiejś jednej spójnej definicji temu, co się dzieje na świecie, są szalenie trudne albo wręcz niemożliwe, bo musimy albo wejść na taki poziom uogólnienia czy ogólników, że traci się w nich konkret, który jest przecież bardzo istotny. Albo znowu rozdrabniamy się na takie fragmenty, na takie regiony spraw czy problemów, poprzez które nie możemy ogarnąć całości.” Zatem, każdy sposób opisu – w przypadku spraw globalnych – w jakiejś mierze zawodzi. Kapuściński radzi szukać złotego środka, ale mówi to jakby bez przekonania. Podkreśla kryzys myślenia racjonalistycznego, zakładającego, że na każde pytanie można znaleźć odpowiedź. Obraz świata jest niespójny, składa się z wielu pytań, na które nie można znaleźć jednoznacznych odpowiedzi. Stąd chyba nośność formuły reporterskiej, która wcale gotowych odpowiedzi nie daje. Czytając ten wywiad, na jedną jeszcze rzecz warto zwrócić uwagę: dla Kapuścińskiego jedną z ważniejszych cech współczesnego świata jest podróżowanie. Ludzie zawsze się przemieszczali, ale teraz jest to szczególnie ułatwione i zmasowane. Komunikacja stała się powszechna nie tylko dzięki tanim liniom lotniczym, łatwemu dostępowi do samochodów czy linii kolejowych, ale i dzięki rozwojowi elektronicznych środków przekazu i porozumiewania się. To jeden z powodów zmiany struktury świata.

Najlepszym z tekstów poświęconych Kapuścińskiemu w tym numerze „Kwartalnika Artystycznego” jest esej Jerzego Jarzębskiego „Reporter i milczenie”. Nie będę tu odtwarzał wywodu Jarzębskiego, trzeba go przeczytać w całości. Przytoczę tylko jedną uwagę, komentującą w pewnym sensie teksty omówione w tym przeglądzie: „Można rzec, iż Kapuściński nie przestaje ani na moment słuchać, szeregować cudzych wypowiedzi (świadectw bezpośrednich, komentarzy) na dany temat. Jest w tym pewien paradoks: autor Cesarza jest bowiem jednym z najchętniej słuchanych pisarzy, proszonych o wypowiedzi na temat współczesnego świata, prognozy na przyszłość lub przestrogi. A jednak Kapuściński jest też reporterem milczącym, pozwalającym mówić światu (…)”.

Natomiast o poezji Kapuścińskiego w „Kwartalniku Artystycznym” pisze Janusz Kryszak („W pogoni za znikającym punktem. O świecie poetyckim Ryszarda Kapuścińskiego”).

Wiele miejsca Kapuścińskiemu poświęca też marcowa „Odra” (3/2007). W otwierającym numer nekrologu, zamiast podniosłych słów użyto cytatów z „Lapidarium VI”. Szczególnie jeden z nich warto tu przywołać. „O tym, że jesteśmy ciągle gdzieś spóźnieni. Pośpiech, w którym żyjemy, gonitwa, w której bierzemy udział, a do której zmusza nas współczesna cywilizacja, ma, poza wszystkimi minusami, jeszcze jeden, niezwykle ważny ujemny wymiar etyczny – pozwala nam czuć się zwolnionym z odpowiedzialności.”

Pierwszy z tekstów o Kapuścińskim zamieszczonych w „Odrze”, to kolejna rzecz wspomnieniowa. O swoim „Wędrowaniu z Ryszardem K.” pisze Piotr Załuski. Pisze między innymi o nigdy niezrealizowanych planach wspólnego przejechania Sahary i zrobienia o tym filmu dokumentalnego. Pisze o tym, że Kapuściński ciągle przekazywał swoją wiedzę innym, ale i wciąż sam się uczył. O tym, że reporter cieszył się ze swoich sukcesów, ale narzekał na brak czasu na pisanie, który zabierały liczne wyjazdy, wywiady, spotkania. Z drugiej jednak strony, kontakt z innym człowiekiem pozostał dla niego zawsze bardzo ważny. „Ryszard jak każdy prawdziwy reporter nie lubił spotkań przez pośredników, przez osoby trzecie czy za pośrednictwem techniki. Tolerował jedynie wyjątkowe sytuacje, kiedy musiał polubić rzeczy martwe, te, które potrafią życie ułatwić, upraktycznić (…). Dlatego rzadko ostatnimi czasy udzielał wywiadów przez telefon.” „Odra” zamieszcza też fragment rozmowy Piotra Załuskiego z Kapuścińskim („O czytaniu, pisaniu i mistrzach”).

Ciekawie rozwój twórczości Kapuścińskiego analizuje Zygmunt Ziątek w artykule „Powrócić do Pińska…” Niezrealizowany nigdy, literacki powrót do miejsca urodzenia, poleskiego Pińska, był jednym z najstarszych planów pisarskich Kapuścińskiego. Nie wracał do krainy dzieciństwa, bo nie mógł: powrót z wojny do domu nie był możliwy, bo wojna się jeszcze nie skończyła. „Oczywiście, chodzić może o taki tylko koniec wojny, którego nie było jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych, a więc o wygaśnięcie jej dalekich konsekwencji. Tak rozumiany koniec wojny nastąpił, nie tylko według Kapuścińskiego, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia (…).” Dla Ziątka Kapuściński był człowiekiem historii i to w kilku różnych rolach, jeśli można tak powiedzieć. Po pierwsze: był człowiekiem historii jako reportażysta podążający za bieżącym dzianiem się dziejów, za wydarzeniami, które tworzą historię (np. rozpad większości państw afrykańskich). Po drugie: był absolwentem studiów historycznych, który wprawdzie nad pracę w bibliotekach i archiwach przedkładał obserwację bieżących wydarzeń, ale starał
się w nich odnajdować sens pewnych mechanizmów, procesów historycznych. Po trzecie: przez pewien czas był współtwórcą historii, gdy angażował się w zmiany następujące w Polsce, gdy publikując w „Sztandarze Młodych” współtworzył atmosferę października 1956 r., gdy piórem walczył o utrzymanie zdobyczy października – rad robotniczych w wielkich zakładach pracy.

Wprawdzie lutowa „Twórczość” (2/2007) nie zawiera żadnych artykułów o Kapuścińskim, jednak chciałbym do niej wrócić ze względu na dwa ważne teksty.

Pierwszy to świetne opowiadanie Bernarda Nowaka „Judasz, mój brat”. Opowiadanie eksploatuje znany temat: apokryficzne historie z życia Jezusa i apostołów. Jednak historia opowiedziana przez Nowaka wciąga i zaciekawia z kilku co najmniej powodów. Od dawna postać Judasza jest wdzięcznym tematem dla sztuki, skłania do przemyśleń choćby nad tym, w jakim stopniu kierował się on wolną wolą, a w jakim był narzędziem Boga. I czy w związku z tym można go ostatecznie potępić. Także dzisiaj postać Judasza jest „modna”. Wystarczy przypomnieć choćby ubiegłoroczne zamieszanie wokół tzw. „Ewangelii Judasza” (druk m.in. jako dodatek do „Gazety Wyborczej” z 18 IV 2006 r.). Ta gnostycka księga przypisuje Judaszowi szczególną rolę, najważniejszą wśród apostołów: wydaje swojego mistrza, aby wyzwolić go z więzów ciała. Nowak, oczywiście, nie idzie w tym kierunku, ale swojego Judasza też czyni mężem nieprzeciętnym – polityczno-religijnym spiskowcem, który przed Rzymianami musiał zbiec z Jerozolimy. Nie jest to postać spiżowa, ucieka, boi się, waha, także wtedy, gdy pomaga Jezusowi, ratując go przed ukamienowaniem, którego chcieli dokonać rozwścieczeni nazarejczycy. Jednak Jezus wybiera go na swego ucznia w nieoczekiwany sposób: nawet jeśli nie wbrew jego woli, to trochę jakby obok niej, wiedząc na pewno, że Judasza nieświadomie pociągała jego nauka. „Posilali się w milczeniu. Judasz przyglądał się ukradkiem ich twarzom, starając się zgadnąć, kim są. Stukały głucho naczynia, dolewano wina. Dopiero gdy skończyli, gdy wniesiono misy z wodą, gdy obmyli ręce i raz jeszcze podziękowali Adonai, Joshua odezwał się znów. Ale nie do niego. Zwrócił się do Szymona: – Zadbaj o miejsce dla jednego z was. Dziś Pan przysłał nam Judasza.”

Drugi z tekstów, które trzeba przeczytać w „Twórczości” to „Przystań Stawisko” Marka Radziwona. Rzecz jest o okupacyjnych losach rodziny Iwaszkiewiczów i Stawiska, które okazało się być dość bezpiecznym i komfortowym (jak na tamte czasy) schronieniem nie tylko dla rodziny pisarza, ale i dla wielu znajomych, przyjaciół, młodych literatów. Radziwon pisze o pomocy Żydom, której udzielali Iwaszkiewiczowie oraz o niechętnym, sceptycznym stosunku Jarosława do beznadziejnych zrywów powstańczych. Szczegółowo oddaje atmosferę Stawiska oraz dbałość gospodarzy o wykwintne (choćby były skromne) posiłki. Radziwon przywołuje jedną z relacji Jerzego Waldorffa: „Duży stół w jadalni pokrywano pięknym obrusem, na którym rozmieszczano jak najciaśniej zastawę z porcelany i sreber (…) po czym z kuchni wynoszono czasem tylko zsiadłe mleko i kartofle, ale podane z widomą elegancją, jak na uroczystym przyjęciu”. Gdy czytam te opisy, przypomina mi się niezwykła wystawa zorganizowana w przytulnej restauracji przy Hotelu Mazowieckim w Warszawie (ul. Mazowiecka). Pokazano na niej starannie wykonane, często francuskojęzyczne menu, które zgromadził Iwaszkiewicz, uczestnicząc w międzynarodowych kongresach i które sam wykonał, przygotowując przyjęcia u siebie. Pouczająca i smakowita lektura, której towarzyszy również trochę zdjęć. Jeśli ktoś będzie w Warszawie, zachęcam do zobaczenia.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas