poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Rosyjska arka. O „Euforii” Wyrypajewa i fenomenie nowego kina rosyjskiego
Dekada Literacka 2007, nr 2-3 (222-223)

Szerokie gesty, wódka i natura, rosyjska dusza. Kinowa premiera Euforii Iwana Wyrypajewa przypomniała o sile i oryginalności rosyjskiego kina. Chcemy więcej.

Filmowy szantaż sprzed lat ciągle procentuje. Niby dawno minęły już czasy, kiedy ramówka telewizyjna układana była głównie pod osiągnięcia kina ZSRR, a organizowane z pompą „Dni Filmu Radzieckiego” przywiewały delegacje przyjaciół i oficjeli zza wschodniej granicy i wywiewały kinomanów. To wszystko już było. I nie wróci więcej. Przy okazji jednak okazało się, że widzów rosyjskiego kina wywiało na dobre. Że nikt nie chce tych filmów dystrybuować. Ani oglądać. Na szczęście coś zaczyna się zmieniać.

Przypomnijmy znane fakty. W czasach funkcjonowania ZSRR kontrolowana przez rząd radziecka kinematografia produkowała około dwustu filmów rocznie. Cenzura dbała o to, żeby nie pokazać w nich niczego wywrotowego ani niepopularnego. Wolnościowych tęsknot ani zmysłowych ekstaz. W większości przypadków było to zatem kino nieciekawe, wtórne i poprawne, o którym – osobliwie w Polsce – zwykło się pogardliwie mawiać „ruskie kino”. Ale dwieście tytułów rocznie to naprawdę imponująca liczba.

Nie raz zdarzało się przecież, że cenzura czegoś nie dopilnowała, kogoś przeoczyła, a my poznawaliśmy arcydzieła.

Już w czasie pierestrojki (i tuż po tym okresie) pojawiły się pierwsze jaskółki zmian. Pamiętane u nas dobrze i często powtarzane w telewizji: „Pokuta” Tengiza Abuładze i rozerotyzowana „Mała Wiera” Wasilija Piczula (mało znana ciekawostka – Piczul, twórca „Małej Wiery”, był kolegą z roku Doroty Kędzierzawskiej, która również studiowała w tym czasie w moskiewskim WGiKU). Z kolei Paweł Łungin, w wyświetlanym w polskich kinach (na „Konfrontacjach”) filmie „Taxi Blues” jako pierwszy post-sowiecki twórca pokazał straszliwą rosyjską czarnuchę. Ta opowieść o dziwnej znajomości obrzydliwego moskiewskiego taksówkarza i żydowskiego muzyka była historią degrengolady kraju i ludzi. Z piciem denaturatu i perfum, gwałtami i nowobogackimi Nowymi Ruskimi. Robiło to ogromne wrażenie.

Po 1991 roku, kiedy zawalił się stworzony z ponurej „wielkiej płyty” blok republik radzieckich, zawaliło się także radzieckie kino. Pojawiły się magnetowidy, czwartorzędny filmowy amerykański szmelc, piractwo na ogromną skalę. Z 10 tysięcy czynnych kin w Rosji, w pierwszej połowie lat 90. ostało się… 70. Pod koniec lat 90. w Rosji kręcono po piętnaście filmów rocznie. A i tak prawie nikt nie chciał ich oglądać. W zasadzie wysokobudżetowe filmy mógł nadal realizować jedynie wszechwładny car rosyjskiej kinematografii, a przy tym świetny reżyser, Nikita Michałkow. W fatalnym dla rosyjskiej gospodarki 1998 roku, kiedy rubel zdewaluował się aż czterokrotnie, Michałkow, za 40 milionów dolarów – to jedynie wersja oficjalna – nakręcił jeden z najdroższych filmów w historii rosyjskiego kina: „Cyrulika Syberyjskiego”. Widowisko Michałkowa okazało się jednak patetyczne i niewydarzone, rozczarowało chyba wszystkich. Przepadło także w kinach.

Dopiero od kilku lat sytuacja zaczyna się diametralnie zmieniać. Wraz z dobrą koniunkturą gospodarczą kraju, Rosjanie wrócili do kin (dzisiaj jest ich ponad tysiąc), pojawiły się prywatne stacje telewizyjne, produkujące bardzo ciekawe i ambitne seriale: na przykład przełomową „Brygadę” Aleksieja Sidorowa, czyli opowieść o narodzinach rosyjskiej mafii, albo dystrybuowany w Polsce na DVD serial „Mistrz i Małgorzata” Władimira Bortko wg Bułhakowa. Przede wszystkim jednak zaczęły powstawać coraz lepsze filmy. Niestety, jak dotąd zaledwie kilka rosyjskich tytułów z ostatnich lat mogliśmy zobaczyć w Polsce: wspomnianego już „Cyrulika” Michałkowa, także „Jeńca kaukaskiego” Bodrowa, „Córkę kapitana” Proszkina, „Powrót” Zwiagincewa, kilka filmów Aleksandra Sokurowa oraz najnowsze hity: „Straż nocną” i „9 kompanię”. Kompletnie nieznane u nas pozostają wartościowe obrazy Lidii Bobrowej, Wadima Abdraszytowa, Stanisława Goworuchina czy Rosłana Baltcera.

Tymczasem rosyjskie filmy robią dzisiaj międzynarodową karierę. Znakomitym przykładem jest superprodukcja fantasty, rozgrywająca się we współczesnych realiach – „Nocna straż” Timura Bekmambetowa. Z jednej strony oglądamy w filmie realną Moskwę, z drugiej – szerzej nieznanych mieszkańców stolicy: zeligów, czarownice, wampiry. Czyli wiernych „Światłu” lub przywiązanych do „Ciemnej Strony Mocy”. A na tym tle dziwnych policjantów trochę jak z Konwickiego, którzy próbują nadać tej menażerii ład i porządek. Na wyrost Nocną straż obwołano rosyjską odpowiedzią na Matriksa, bo ta sprawnie zrealizowana ekranizacja komiksu Siergieja Łukanienki to tylko inny wariant rosyjskiej smuty z filmu łungina. Nie znajdziemy w „Straży” przystojniaka Keanu Reevesa w modnych okularach, przeciwnie – w „Nocnej straży” okulary bohaterów są połamane. Dwudniowy zarost jest wynikiem zaniedbania, a nie pielęgnacyjnych strategii George’a Michaela, a od wampirów cuchnie wódką. Na polską premierę czeka już druga część Straży, a zdjęcia do trzeciej właśnie się rozpoczęły.

Entuzjastów, także w Polsce, zyskała "9 kompania" Fiodora Bondarczuka, wojenna ballada gloryfikująca bohaterstwo prostego rosyjskiego żołnierza. Akcja filmu rozgrywa się w 1989 roku, w trakcie wojny w Afganistanie. Fiodor Bondarczuk, syn carewicza – skoro carem był i jest Michałkow – radzieckiej kinematografii, Siergieja Bondarczuka, portretuje trafiających do karnej kompanii drobnych przestępców, chuliganów, którzy, oczywiście, okazują się wspaniałymi bohaterami. I patriotami. A geneza wojny w Afganistanie? Jest faktem dokonanym, którego nie potrzeba wyjaśniać. Jak widać, nawet w najciekawszych rosyjskich filmach znajdziemy ciągle ślady radzieckiej mocarstwowości. Bez cienia obiektywizmu.

Przynoszące krociowe zyski, rosyjskie superprodukcje w rodzaju „9 kompanii” i „Straży nocnej” – urozmaicane wydarzeniami w rodzaju sensacyjnego Brata, kolejnych filmów Karena Szachnazarowa, czy groteskowych „Dwóch kapitanów II” to jedno, ale główny prąd w najnowszej rosyjskiej kinematografii nawiązuje wprost do dokonań wybitnych artystów, poetów kina radzieckiego i rosyjskiego. Zagorzałych miłośników i równie wytrwałych wrogów ma, namaszczony niegdyś przez Andrieja Tarkowskiego, Aleksander Sokurow. Kolekcjoner nagród i wieczny eksperymentator. W najbardziej znanej „Rosyjskiej Arce” reżyser, wspomagany przez niemieckiego operatora, Tilmana Büttnera, w jednym, niezmontowanym, precyzyjnie zaplanowanym ujęciu, przez 90 minut przyglądał się arcydziełom petersburskiego Ermitażu, a przy okazji przeglądał się w lustrze historii Rosji. W ogóle historia jest tematem, który Sokurowa interesuje szczególnie: nakręcił na ten temat trylogię opowiadającą o dwudziestowiecznych dyktatorach: Hitlerze – „Moloch”, Leninie – „Cielec” i cesarzu Hirohito – „Słońce”. Ale najpiękniejsze, moim zdaniem, są jego filmy intymne, skromne i ekshibicjonistyczne. Opowieść o uzależnieniu syna od matki („Matka i syn”) i perwersyjny „Ojciec i syn”, w którym wywyższona została kazirodcza relacja ojca i syna.

Do nurtu kina poetyckiego należy na pewno sławny „Powrót” Andrieja Zwiagincewa. Inicjacyjna opowieść o rozpoznaniu przez dwójkę dojrzewających chłopców ojca: realnego i mitycznego. Zwiagincew nie przestraszył się pytań najważniejszych. O obecność w naszym życiu ciała, ojca i Boga Ojca. Pytań o metafizykę. Podobne pytania odnajdziemy także w „Euforii”, imponującym debiucie młodego, ale niezwykle utalentowanego dramaturga i reżysera teatralnego – Iwana Wyrypajewa. Film Iwana Wyrypajewa to kino zmysłowe, biologiczne i zagadkowe. „Euforia” przywołuje na myśl „Cichy Don”, czterotomowe opus magnum Michaiła Szołochowa, z którego zdjęto polityczny plaster i przylepiono go na korę drzewa, albo zrobiono zeń papierową łódeczkę puszczając hen, daleko – żeby popłynęła z Donem aż na koniec świata. Do Moskwy, do Czechowa i Rosjan: którzy mniej walczą, mniej się buntują, ale zawsze bardzo tęsknią. Za światem, który porusza, rozstraja i denerwuje, ale nie jest tylko wódczaną czarnuchą. „Euforia” Wyrypajewa podbija tęsknotę za takim światem. W filmie nieustannie szumi wiatr, leniwie wije się Don, a na tym tle kochają się dziewczyna i chłopiec. To zakazana miłość. Bo małomówna Wera ma już męża i córeczkę, dlatego kiedy dopadnie ją miłosna „euforia”, kobieta zaniemówi z przerażenia. Porywczy Paka (Paweł) też zaniemówi. Kiedy zobaczy Werę, nie będzie mógł więcej zasnąć. Czuwa także Walery – mąż Wery. Tak jak wszyscy on także jest dzieckiem natury, Donu i kozaczyzny. Miłość jest tutaj zawsze namiętnością, a zdrada – ciężkim grzechem, za który trzeba zapłacić.

„Euforia” jest filmem klimatu. O ile mniej przekonuje zbyt teatralnie budowana na podobieństwo antycznej tragedii fabuła, o tyle aktorstwo, muzyka i przede wszystkim zmysłowe zdjęcia Andrieja Naidjonowa, wyzyskujące odkryte naddońskie przestrzenie, celnie budują atmosferę nieustannego zagrożenia, w którym kiełkuje wielka miłość dwojga ludzi. Miłość w cieniu nienawiści. W stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz…

Nowe kino rosyjskie, podobnie jak rosyjski teatr i literatura, ma się dzisiaj świetnie. Po kilkunastu latach posuchy budzi się z letargu. W szeregu. Warto poznać to ciekawe zjawisko, a następnie wyciągnąć wnioski. I też spróbować się wreszcie obudzić.

Łukasz Maciejewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas