poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BERNADETTA DARSKA
Wszystko przez psy
Dekada Literacka 2007, nr 2-3 (222-223)
Krzysztof Varga, „Nagrobek z lastryko”,Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007.


Najnowsza książka Krzysztofa Vargi zachwyca pisarską wirtuozerią. W „Nagrobku z lastryko” autor połączył to, co w literaturze najlepsze – zakrojoną na szeroką skalę fabułę, gawędziarski styl opowiadania, upodobanie do anegdotyczności, powagę rozbijaną śmiechem i wzniosłość ulegającą rozchwianiu dzięki prozaiczności, wreszcie wyrazistych, niebanalnych bohaterów. Jego narrator jedynie towarzyszy wydarzeniom, obserwuje je, przywołuje, ostatecznie w finale staje się ich sprawcą, choć to przyczynia się jedynie do klęski, która i tak miała nadejść. Retrospektywny styl opowiadania powoduje, że mamy do czynienia z podwójną perspektywą – z jednej strony człowieka opowiadającego, przebywającego w zamkniętej przestrzeni, z drugiej dziadków, będących przedmiotem opowieści, którzy nie tylko mają tzw. fantazję, ale z ogromnym impetem umieją przejść przez życie. Varga miesza Wielką Narrację z siłą prywatnego gawędziarstwa. W „Nagrobku z lastryko” stykamy się nie tylko z sagą rodziny, ale też z historią epoki, która chyli się ku upadkowi. Autor interesuje się zwyczajnym człowiekiem, ale jednocześnie śmieje się prosto w twarz Historii. I choć w trakcie lektury często na twarzy czytelnika gości uśmiech, to jednak zwykle – choć patetycznie to może brzmi – jest to śmiech przez łzy. Z jednej bowiem strony Varga obnaża absurdy, które wyniszczają rodzinę bohatera, ośmiesza małe obsesje, które urastają do rangi wielkich szaleństw, ironizuje, kpi, pozwala sobie na groteskowe ujęcia, z drugiej natomiast ciągle pisze epitafium, którego pierwszym i podstawowym adresatem jest współczesność. To ona bowiem umarła, choć ciągle trwa. I to jej będzie można postawić jedynie nagrobek z lastryko, na inny ani nie zasługuje, ani nie będzie jej stać.

Varga decyduje się na kostium futurologiczny, aby intensywniej sportretować teraźniejszość. Czas, w którym dzieje się akcja książki, jest jedynie maską, bo wszystkie tropy prowadzą do „tu i teraz”. Narrator około roku 2070 przygląda się wakacyjnej fotografii dziadków z 2005 roku – taki jest punkt wyjścia. Ten jednak, kto oczekiwałby od Vargi proroctw na przyszłość, z pewnością się rozczaruje. Dla pisarza przyszłość jest jedynie zwielokrotnieniem tego, co już było, tyle że w wersji uproszczonej, popowej, kiczowatej. Nawet wojny, powstania, klęski i zwycięstwa są jedynie marnym odbiciem tego, co działo się kiedyś. Społecznie wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło, jest wtórne wobec przeszłości. Pasja, zaangażowanie, pomysłowość pojawiają się jedynie w życiu rodzinnym. Tyle że bohaterowie wcale nie angażują swoich sił w przetrwanie. Absorbuje ich bowiem przede wszystkim dręczenie najbliższych. Nie, nie chodzi tutaj o przemoc w rodzinie. W żadnym wypadku. Tutaj nikt nikomu nie robi siniaków, nikt nie zadaje bólu dosłownie, nikt nad nikim się nie znęca. Wszystko dzieje się w słowie i w myśli. Właśnie ta broń uderza najcelniej i najskuteczniej.

Również wojna nie dotyczy szczególnie istotnych spraw. Ważna bitwa stoczyć się może z powodu częstego oddawania moczu, nieestetycznego jedzenia czy zupy jarzynowej. Małe czasy, małe walki, mali ludzie...

Pisarz zaczyna swoją opowieść od obnażenia przeciętności. Dziadkowie ubrani są w stroje kupione okazyjnie po promocyjnej cenie: „Na tym zdjęciu on (letnia koszula Springfield, 129 złotych, lniane spodnie, Galeria Mokotów, 199 złotych, sandały HD, sklep Szuz Szop, 299 złotych, torba Dr. Martens, sklep firmowy na Marszałkowskiej, wyprzedaż, 99,90 zł) obejmuje ją (top na ramiączkach Jackpot, 59,90 zł, spódniczka no name z second handu na Chmielnej, 35 złotych, klapki w kwiatki H & M, 19,75 złotych, lakier do paznokci Max Factor, sklep Sephora, 30 złotych, okulary przeciwsłoneczne podróbka Armaniego, uliczne stoisko pod dworcem Śródmieście, 20 złotych) i spoglądają oboje w obiektyw aparatu „Canon PowerShot A95” (Media Markt, ul. Ostrobramska, 1135 zł). To zdjęcie jest jedną z siedmiuset dwudziestu milionów pamiątkowych fotografii, jakie w lecie 2005 roku wykonano w Chorwacji za pomocą pięciu milionów trzystu czternastu tysięcy cyfrówek, z czego milion siedemset sześćdziesiąt trzy tysiące dwieście czterdzieści trzy zdjęcia od razu skasowano, a resztę pokazano znajomym po powrocie” (s. 6). Dziadkowie bohatera są tacy, jak wszyscy. Nie zmienia tego fakt, że dziadek korzysta z promocji w sklepach firmowych, a babka z ofert przeznaczonych dla mniej elitarnego odbiorcu – oboje konsumują produkt masowy, typowy, unifikujący. Dzięki swoim strojom i dzięki wyborom, jakich dokonują, nie pokazują swojej indywidualności, lecz jeszcze bardziej potwierdzają fakt upodobnienia się do innych ludzi. łatwe poddanie się przeciętności to pierwszy grzech dziadków, którzy – jak pisze Dariusz Nowacki na okładce – żyją jak pies z kotem.

Związek psa i kota nie zaczął się wcale wielkim wybuchem namiętności. Po prostu dziadek uznał, że już chyba czas się ustatkować, a babka, że raczej już nie znajdzie nikogo lepszego. Varga serwuje nam oświadczyny w wersji zdecydowanie antyromantycznej. Zresztą podobnych w swej wymowie gestów znajdziemy tu więcej. Na łożu śmierci babka nie przebacza win, lecz wyznaje nienawiść. Dziadek całe życie ugania się za rozkoszą, „choćby miała to być tylko rozkosz porządnego wydefekowania po solidnym obżarstwie” (s. 96). Powstańcy warszawscy, którzy śnią się bohaterowi, bardziej przypominają członków mafii niż niewinnych chłopców oddających życie w obronie stolicy. Dziecko dziadków, a matka bohatera, jest „dziwnym bachorem” (s. 145), a jej pierwsza trudna do zrozumienia cecha to fakt, że dziewczynka nie je, nie pije i nie wydala. W walczącej Warszawie, w której za chwilę wybuchnie Powstanie, jedyną sprawną służbą są agenci ubezpieczeniowi. Wszelkie mity zostają rozbite przez siermiężność, zwyczajność powodującą niemal mdłości i codzienność, której nie da się zmienić wielkimi czynami, gdyż na nie akurat dziadek nie jest w stanie się porwać. I nie tylko on. Grunt to nie wychylać się, tak mogłoby brzmieć główne przykazanie bohaterów.

Nawet doskonałość, jeśli tylko się pojawi, przyjmuje karykaturalną postać. Jej uosobieniem jest Zuzanna – jedyna córka dziadków. Świętość „dziecka, które nie sra” nie ma szansy na inne zaistnienie niż anonimowe, ciche, martyrologiczne.

W postaci doskonałej matki objawia się Matka Polka ideowo, matka gastronomiczna ideologicznie – by odwołać się do określenia Sławomiry Walczewskiej. Władza Zuzanny wynika z możliwości sprzątania, prania, gotowania, karmienia. Czynności te są jednak także powodem jej cierpienia i rozczarowania życiem. Nigdy bowiem nie jest odpowiednio czysto, zawsze znajdzie się mała plamka, a w przypadku jedzenia – tu też nie jest łatwo zbliżyć się do doskonałości. Narrator pisze o matce następująco: „Moja matka gotowała dla mnie, ubierała mnie, podmywała, prała moje ubrania, prasowała je, potem znów prała, bo okazywało się w czasie prasowania, że udało mi się zaplamić koszulę tajemniczą, niezmywalną plamą. Kochała mnie na siłę, co nie było wielkim wysiłkiem, bo każde udręczenie przychodziło jej z lekkością. To była Golgota z poradnika dla gospodyń domowych; Kalwaria z niedzielnego programu pod tytułem >>Jak usunąć plamę po barszczu za pomocą dostępnych pod ręką środków?<<” (s. 225).

W świecie nie ma już reguł. Nic nie jest takie, jak było. Nikomu nie można wierzyć, brakuje punktów zaczepienia. Kultowe filmy, programy, książki uległy rozproszeniu. Zamiast kultury jest konsumowanie produktów. Dziadek z pasją oglądał Rejs, jego córka namiętnie ogląda pogrzeb papieża. Płyta z zarejestrowanym pożegnaniem JPII staje się odpowiednikiem gier komputerowych, stron pornograficznych czy gier komórkowych. Jest rozrywką – uspokaja, relaksuje, daje przyjemność. W takiej sytuacji wcale nie dziwi, że świętość Zuzanny jest siermiężna, prostacka, nachalna. Wolność zamieniła się w dowolność, reguły w prawo do braku reguł. Mamy więc na przykład Ogólnopolski Związek Dręczycieli Zwierząt czy Ogólnopolskie Stowarzyszenie Skurwieli. Aktywnie działa też Stowarzyszenie Propagowania Produktów Spożywczych Wielokrotnego Użytku, propagujące pożywienie, które „można zjeść, potem zwrócić i zjeść ponownie” (s. 268). Spłonęły księgarnie i biblioteki, a kultową lekturą są gazetki z supermarketów. Nie ma nic trwałego, a rozpad dotknął właściwie każdej dziedziny życia. Wszystko zaczęło się niewinnie i wygląda całkiem zabawnie – od rozmycia jakości, od półproduktów, podróbek, wreszcie substytuty stały się normą, a wraz z nimi przyszło zniewolenie osaczającą dowolnością. Destrukcja okazała się czymś zwyczajnym, do czego trzeba się szybko przyzwyczaić.

Dziadkowie są podstawowym punktem odniesienia w opowieści, jaką snuje narrator. Vardze udaje się interesująco przewrócić do góry nogami nie tylko świat dookoła, ale też relacje między retrospektywnie przywoływanymi babką i dziadkiem. Na początku to mężczyzna jest tym bardziej doświadczonym, umiejącym podejmować decyzje, a ona wymaga opieki, potrzebuje być z kimś, nawet gdy do tego kogoś jest tylko przywiązana. Stopniowo to babka przejmuje dowodzenie nad kolejnymi przestrzeniami wspólnego życia. Przyzwyczajenie zamienia się w zniecierpliwienie, niechęć, aż wreszcie nienawiść. U dziadka wręcz przeciwnie – nawet gdy próbuje uciec, robi to tak nieudolnie, że skruszony szybko wraca; nie umie się wyzwolić z pęt przywiązania. To babka rozdaje wszystkie karty. Dlatego bez żadnych skrupułów wyznaje mężowi na łożu śmierci... nienawiść. Varga skrupulatnie spisuje stopniowe umieranie uczucia, emocji, czułości. Czas okazuje się bezlitosny – nie ocala pozytywnych uczuć. Nie ma szansy na przetrwanie także cielesność w wersji estetycznej. Odchodzenie dziadka to także przejmujący portret starości. Obserwujemy człowieka, który ulega rozpadowi: zaczyna śmierdzieć, obojętnieć na wszystko, popuszczać w majtki, reagować mdłościami na jedzenie. Upadek świata to także przegrana mężczyzny w walce o przetrwanie i o godność. Starość w powieści Vargi to upodlenie, to odarcie z godności i poddanie się gniciu za życia.

Opowieść Vargi zatacza koło. Nie tylko z tego powodu, że losy i wydarzenia powtarzają się, tyle że w wersji mocno wybrakowanej, ale przede wszystkim dlatego, że to pies pozostaje cały czas ważnym elementem rzeczywistości. Tak, nie ma tu żadnej pomyłki – obok dziadków ważny jest... pies. W rodzinie bohatera były trzy psy – z każdym z nich wiąże się smutna historia. Gdy córka dziadków ma zanieść do szkoły rysunek przedstawiający zdolność, mądrość i wolność, dziadek rysuje jej trzy psy. Tak więc gdy wnuk dziadka prawie 30 lat później spotyka psa, nad którym władzę ma para meneli, to spotkanie to nie może skończyć się dobrze. Wszak menele trzymają na uwięzi zdolność, mądrość i wolność, co więcej – mają nad nimi władzę. Obudzenie bohatera z marazmu następuje więc za sprawą głodzonego psa. Wnuk dziadków i syn ich świętej córki zaczyna działać. Efektem może być jedynie katastrofa. Tyle że każda katastrofa na tym etapie będzie jedynie zwycięstwem. Śmierć świadoma i zaplanowana – w świecie, który pokazuje Varga– jest zawsze gestem rewolucyjnym. A upomnienie się o psa urasta do rangi upomnienia się na nowo o wielkie sprawy. Pies jest zatem szansą na odczarowanie kiczowatej rzeczywistości, na przywrócenie świata do porządku jasnych zasad i równowagi gwarantującej stałość i przetrwanie. I nie ma znaczenia, iż wydawać by się mogło, że o nic ważnego tutaj nie może chodzić, bo przecież cały czas się śmiejemy, gdy Varga odsłania przed nami świat. Z siebie samych się śmiejemy, z siebie samych.

Bernadetta Darska
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas