poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Niekonwencjonalny Krakowski Leksykon Literacki
Dekada Literacka 2007, nr 2-3 (222-223)


a5 – wydawnictwo powstałe w Poznaniu pod koniec lat 80. jako część „Obserwatora Wielkopolskiego”. Od 1991 r. działa samodzielnie. Jest oficyną małą, jeśli brać pod uwagę liczbę pracowników (w praktyce większość obowiązków wykonują Krystyna i Ryszard Kryniccy), jeśli jednak przejrzy się listę autorów, to trzeba stwierdzić, że mamy do czynienia z jednym z najważniejszych polskich wydawnictw, publikuje tu bowiem kilku najwybitniejszych współczesnych poetów – Wisława Szymborska, Stanisław Barańczak, Adam Zagajewski.

Od początku istnienia wydawnictwa państwo Kryniccy nastawili się głównie na publikowanie poezji. Dzieła innych rodzajów ukazują się tu rzadko i nieprzypadkowo. Często są to niepoetyckie książki wybitnych poetów, na przykład eseje Zagajewskiego, korespondencja Zbigniewa Herberta z Jerzym Turowiczem czy translatorska biblia – „Ocalone w tłumaczeniu” Barańczaka. Książki prozatorskie w a5 opublikowali m.in. Hanna Krall i Jerzy Pilch.

Grono publikujących w a5 poetów jest szerokie i stale się poszerza. Chętnie wydają tutaj swoje tomy poeci niegdyś mniej lub bardziej kojarzeni z Nową Falą – oprócz wspomnianych Barańczaka i Zagajewskiego, a5 ma na koncie również tomy Juliana Kornhausera, Jerzego Kronholda, Ewy Lipskiej, Leszka Aleksandra Moczulskiego i Krynickiego. Wydawnictwo publikuje jednak również poetów starszych (Szymborską, Herberta) oraz młodszych (Marcina Świetlickiego, Tadeusza Dąbrowskiego), a nawet debiuty literackie (ostatnio tom Magdaleny Bielskiej). Sporadycznie pojawiają się przekłady poetyckie, m.in. Sonety Shakespeare’a (w tłumaczeniu Barańczaka), zbiór wierszy Nelly Sachs (w tłumaczeniu Krynickiego). Wszystkie publikacje a5 charakteryzuje niezwykle staranne opracowanie redakcyjne, wspaniała szata graficzna, a także bardzo przystępna cena.

Od 1998 roku działa w Krakowie i nie tylko wpisało się w mapę kulturalną miasta, ale i znacznie ją rozciągnęło, obierając za swoją siedzibę dom na Podgórzu. Z okazji wydania najważniejszych książek organizowane są przez oficynę wieczory poetyckie (ostatnio m.in. poświęcone Szymborskiej, Barańczakowi i Sachs), cieszące się rzadko spotykanym zainteresowaniem publiczności.    MM



ALCHEMIA – kazimierzowska klasyka, knajpa na rogu ul. Estery i pl. Nowego (czyli Żydowskiego, zwanego po prostu Żydem), która zaczynała jako zwykły pub, a teraz jest nieomal że centrum kultury. Powstała w czasach, kiedy jedynie niepoprawni marzyciele śnili, że Kazimierz stanie się najbardziej popularną dzielnicą Krakowa, do której będą tłumnie pielgrzymować turyści z całej Polski i świata. Zapoczątkowała modę na specyficzny styl wystroju wnętrz kazimierzowskich knajp, który opisać można w skrócie frazą: „opróżniamy naszej babci stryszek cały”. Atrakcją Alchemii jest szafa, przez którą przechodzi się z jednej sali do drugiej (przejście przez nią jest jednocześnie testem na trzeźwość), a także mała, mroczna salka urządzona jak kuchnia w dziewiętnastowiecznym mieszkaniu, z makatkami, świętymi obrazami i blaszaną umywalką.

Początkowo Alchemia była miejscem częstych spotkań krakowskiej bohemy, choć raczej plastycznej niż literackiej. Trafiła także na karty literatury, jej portret znalazł się choćby w książce Marka Sobóla „Mojry”. Z czasem artystów zaczęli wypierać coraz liczniejsi turyści, warszawiacy i studenci, którzy szukali w Alchemii rozrywki i specyficznego kazimierzowskiego klimatu. Obecnie Alchemia próbuje odzyskać bardziej ambitnych i wybrednych gości, organizując festiwale artystyczne i muzyczne (przede wszystkim jazzowe), wystawy sztuki, spotkania z pisarzami czy wystawiając spektakle teatralne.

Sporą zaletą Alchemii jest to, że znajduje się o rzut beretem od słynnego baru U Endziora, w którym zgłodniali imprezowicze mogą pokrzepić się równie słynnym schabowym z kapustą czy zapiekanką z pieca ze szczypiorkiem. Minusem – jej ogromna popularność, która powoduje, że w środku dnia pełno jest tam zagranicznych turystów zawracających głowę prośbami o zrobienie fotek, natomiast wieczorem znalezienie wolnego stolika graniczy z cudem.    
RO



„ARCANA” – dwumiesięcznik ukazujący się od stycznia 1995 roku. Pismo jest nowo-stare, bo jego założycielami (oraz redaktorami) były osoby redagujące krócej lub dłużej słynną „Arkę”, pismo o podziemnym jeszcze rodowodzie. W redakcji „Arcanów” obok Andrzeja Nowaka, pełniącego do dzisiaj obowiązki naczelnego pisma i jego „spiritus movens”, znaleźli się Andrzej Waśko, Zuzanna Dawidowicz, Wiesław Paweł Szymański, Jan Prokop i Elżbieta Morawiec. Dwójka ostatnich po jakimś czasie odeszła z redakcji, pozostając stałymi współpracownikami pisma, a jej miejsce zajęli historycy: Henryk Głębocki oraz Bogdan Gancarz. Siedziba pisma mieści się przy ul. Dunajewskiego 6. Do dzisiaj ukazały się 74 numery pisma.

„Arcana” deklarują się jako pismo konserwatywne i chrześcijańskie, ale bywają nazywane – zwłaszcza przez przeciwników – ultraprawicowym, co jest głównie konsekwencją poparcia przez jego zespół idei dekomunizacji i lustracji oraz związanej z tym krytyki PRL, także tzw. polityki „grubej kreski” po 1989 roku. Jeżeli chodzi o literaturę, to pojawia się ona w „Arcanach” regularnie, choć nigdy nie wypełnia całego numeru, ustępując miejsca polityce i historii. Ważne miejsce w piśmie zajmują poeci, zwłaszcza szeroko rozumianego nurtu klasycyzującego – w piśmie drukowali Zbigniew Herbert, Jarosław Marek Rymkiewicz, Leszek Elektorowicz, Leszek Długosz oraz autorzy młodsi: Krzysztof Koehler, Wojciech Wencel, Mirosław Woźniak, Szymon Babuchowski, Wojciech Kudyba, Stanisław Chyczyński. Sporadycznie pojawiali się też Janusz Szuber, Marek Skwarnicki, Anna Piwkowska. Na łamach „Arcanów” publikowany był głośny cykl eseistyczny Cezarego Michalskiego „Powrót człowieka bez właściwości” oraz programowe szkice Wencla „Zamieszkać w katedrze”, a także eseje m.in. Tomasza Burka, Pawła Lisickiego, Krzysztofa Dybciaka i Jacka Trznadla. Fragmenty swych tekstów prozatorskich ogłaszali tu Włodzimierz Odojewski, Janusz Krasiński, Andrzej Kalinin, Wenanty Bamburowicz (czyli Jerzy Wysoczański), Witold Zalewski, Wacław Holewiński, Kazimierz Orłoś, Marek Nowakowski. Choć w piśmie rzadziej drukowana jest literatura obca, to warto przypomnieć, że publikowano tu m.in. fragmenty prozy Władimowa, Drużnikowa, Jüngera oraz wiersze arabskiego poety Adonisa.

O literackim obliczu pisma współdecydują też stale w nim obecne materiały poświęcone historii literatury polskiej, często przypominające pisarzy „źle obecnych” (np. Mackiewicza, Skiwskiego, Goetla, Straszewicza, Małaczewskiego, Konińskiego). Znakiem firmowym i specjalnością pisma, ale też jedną z przyczyn, dla których określane jest mianem „lustracyjnego”, są teksty krytycznie analizujące postawy pisarzy w okresie PRL (np. szkice Szymańskiego, Stanisława Murzańskiego, materiały dotyczące inwigilacji Adama Zagajewskiego przez SB).

Dodajmy, że działalności literackiej dwumiesięcznika towarzyszy Wydawnictwo, ARCANA, publikujące serię „Arcana literatury”, w ramach której ukazało się kilkadziesiąt już tomów esejów i monografii literackich (m.in. głośny „Dziennik kwarantanny” Tomasza Burka), wierszy (np. Elektorowicza, Koehlera) i prozy (np. Bronisława Wildsteina, Janusza Krasińskiego).    
MU



AUSTERIA – jedna z bardziej niezwykłych książek, jakie miałem w ręku, ma tytuł „Imiona przez Żydów polskich używane” i jest wznowieniem spisów imion żydowskich z roku 1866 i 1928. Zaskakują w nich przede wszystkim zdrobnienia. Jedna tylko Mirjam, na przykład, może być zwana Miroszą, Miclą, Micią, Maszą, Manią, Marylką, Myrlą. Jeden Jakub, a za nim ile jego wcieleń: Jakiel, Jakiełka, Jancie, Jankew, Jankiel, Jekiel, Jekowka, Jukel, Jukesz, Jukew, Kowka, Kuba, Kubek. A Mordechaj? Toż to Majzel, Mordchel, Mordka, Morduch, Morduś, Mordysz, Mote, Motek, Motel, Motje, Motke, Motuś itd., itd. Ta ilość zdrobnień! Jakaż czułość w nich! Jaka różnorodność. Czytam u współczesnego redaktora: „Wyliczenie to najpierwotniejsza forma poezji. Lista imion staje się wierszem. (…) Imiona używane, użyte, zużyte. To nie jest lista umarłych. To jest tylko spis imion, które przestały być noszone”. Wczytuję się w tę „poezję” i smakuję zawarte i utrwalone w nich życie z przyjemnością, ale i ze zgrozą. Niewiele świadectw wstrząsnęło mną w tak prosty, a jednocześnie mocny sposób, mimo (a może właśnie dlatego) że bezpośrednio przecież nie opisuje Zagłady.

„Imiona przez Żydów polskich używane” zostały wydane przez Austerię, wydawnictwo mające swą siedzibę na krakowskim Kazimierzu, specjalizujące się w wydawaniu szeroko pojętych judaiców. Jednym z jego „hitów” jest siedmiotomowa „Księga Pytań”, fragmentaryczny zbiór myśli, dialogów, inwokacji, cytatów, niezwykły i dziwny „poemat”, medytacja nad istotą pisania i tworzenia, czerpiąca z Biblii, Kabały i gnozy, której autorem jest Edmond Jabès (1912–1991), urodzony w Egipcie francuskojęzyczny żydowski poeta i teozof.

Ważnym wydawniczym osiągnięciem Austerii jest wznowienie wydanego przed wojną, pisanego w jidysz zbioru lirycznych opowiadań Debory Vogel (zwanej muzą Bruno Schulza) „Akacje kwitną”. Nie mniej cenną publikacją jest „Wenecja ocalona” Simone Weil, ostatni jej tekst pisany przed śmiercią (do książki dołączono trzy eseje: Gustawa Herlinga-Grudzińskiego „Wenecja ocalona”, Jana Zielińskiego „Wenecja we krwi skąpana” i Ewy Kuryluk „Wenecja uratowana”). Wydawnictwo wznowiło między innymi słynny przekład Izaaka Cylkowa na język polski Tory, a także największy przedwojenny „Słownik polsko-jidysz”.

Księgarnia Austerii na krakowskim Kazimierzu mieści się przy ul. Józefa 38, księgarnia internetowa: www.austeria.pl.    
JB



„AUTOPORTRET. Pismo o dobrej przestrzeni” – kwartalnik tak specjalistyczny, że wydawać by się mogło – bez szans na długi żywot; a jednak to powstałe w r. 2004 pismo wciąż wychodzi i ma się dobrze. Jego wydawcą jest Małopolski Instytut Kultury, a redaktor naczelną Joanna Orlik. Kwartalnik poświęcony jest wszystkiemu, co związane z problematyką przestrzeni miast i wsi, opisywanej z wszelkich możliwych perspektyw; publikują w nim nie tylko architekci i historycy sztuki, ale wszelkiej maści humaniści. Redaktorzy pisma przygotowują numery tematyczne; do tej pory zajmowali się między innymi ulicami i placami, przestrzeniami dziecięcymi czy blokowiskami. Pismo wyróżnia się spośród masy czasopism zalegających półki EMPIK-u ciekawym projektem graficznym (koncepcja Marcina Klaga). Redaktorzy „Autoportretu”, jak się zdaje, mają ambicję, aby zwrócić uwagę czytelnikom, że miejsca, w których przebywają (czytelnicy, nie redaktorzy), mają wiele piękna i znaczeń, które jednak trzeba umieć dostrzec i odczytać. Robią to z powodzeniem.    
RO



BALBUS Stanisław – ur. w 1942 r. w Sieradzu. Ukończył polonistykę na UJ i w 1966 r. został asystentem, w tym samym roku debiutował naukowo w „Ruchu Literackim”. Od końca l. 60. do połowy l. 70. uprawiał krytykę literacką, najczęściej na łamach krakowskiego „Życia Literackiego”, pisywał także krótkie teksty o lekturach szkolnych. Jego doktorat z 1975 r. ukazał się pięć lat później po francusku jako książka „Texte litteraire et sa structure acoustique” w przekładzie Barbary Sosień-Balbus. Główne dzieło teoretycznoliterackie Balbusa, książkowa wersja jego habilitacji, „Między stylami” (1993 i 1996), stanowi postrach nawet wśród zdolniejszych studentów polonistyki, uczących się o intertekstualności, ze względu na trudność w rozpoznaniu w jej hiperscjentyficznym języku pastiszu żargonu naukowego, czy może – jak rzekłby Balbus – stylizacji. Pozostałe książki literaturoznawcze, „Poezja w czasie marnym” o Tadeuszu Nowaku, jego bliskim przyjacielu (1992) i „Świat ze wszystkich stron świata” (1996) o również zaprzyjaźnionej z nim Wisławie Szymborskiej, zaskakiwały gawędowym i eseistycznym stylem, łączącym precyzję wywodu z błyskotliwością i wysmakowaniem narracyjnym. O Balbusie mawiał z kolei Czesław Miłosz, że jest jedyną osobą w Polsce, z którą może kompetentnie rozmawiać o wersyfikacji; nie było to bezinteresowne, jako że kompetentny Balbus napisał pokaźny szkic o technikach wersyfikacyjnych tego cenionego przez siebie poety. Do 1980 r. należał do PZPR, o czym obecnie mówi bez wstydu i zaznacza, że niektórzy wówczas żarliwsi a dziś świętsi koledzy z uniwersytetu mawiają, iż w ogóle nie słyszeli nigdy o innych partiach niż szachowe. Po 1980 r. zaangażował się w działalność podziemną, był ścigany przez SB, współzakładał SPP w Krakowie (w miejsce reżimowego ZLP) i wydawnictwo Universitas. Bywał też Balbus poetą – już na studiach pisywał frywolne wiersze o swojej promotorce, prof. Marii Dłuskiej (obecnie być może sam jest obiektem frywolnych wierszy swoich uczniów i uczennic), uprawiał poezję konferencyjną, wyborne pastisze, a także limerykopisarstwo; po stanie wojennym, jak mawia z humorem, pisywał też poważne i podniosłe apele polityczne do narodu polskiego. U progu lat 90. wspierał młodych poetów i poetki, co uwiecznili Marcin Świetlicki i Grzegorz Dyduch (pod pseudonimem Marianna Świeduchowska) w krakowskiej powieści z kluczem „Katecheci i frustraci” (2001), gdzie występuje jako Stanisław Jonkas. Przyszły badacz zagadnienia „Balbus jako postać literacka” winien sięgnąć ponadto do twórczości takich autorów jak Agnieszka Osiecka, Jerzy Pilch czy Piotr Sobolczyk oraz odszukać inedita z konferencji teoretycznoliterackich. Balbus jest także cenionym dydaktykiem, zwłaszcza przez młodzież lubiącą erudycyjne dygresje i złośliwości zamiast porządnych, lecz zimnych wykładów. Wypromował blisko dziesięciu doktorów, kolejni w drodze. Od kilku lat mieszka na zmianę w Krakowie i Warszawie, a najchętniej w leśnej chatce w Bolimowie. Wydaje się szczęśliwy.
PS



BARAN Józef - (ur. 1947) poeta, dziennikarz, autor wywiadów, recenzent, redaktor krakowskiego tygodnika „Wieści”, nauczyciel, autor dziennika, podróżnik. Z wykształcenia górnik, uczył się w Studium Nauczycielskim, studiował filologię polską w WSP w Krakowie. W latach 1968-1969 należał do krakowskiej grupy literackiej poetów, krytyków i tłumaczy – „Teraz”, jednej z najważniejszych formacji pokolenia Nowej Fali. Debiutował tomem wierszy „Nasze najszczersze rozmowy” (1974) – autor kilkunastu zbiorów i wyborów wierszy, tłumaczony i wydawany za granicą. Za twórczość literacką uhonorowany wieloma prestiżowymi nagrodami, m.in.: Nagrodą im. Andrzeja Bursy, im. Stanisława Piętaka, im. Kościelskich w Genewie, Nagrodą Miasta Krakowa.

Jeden z wyborów jego liryki „Pod zielonym drzewem” życia ze wstępem Bolesława Farona wydano w znanej kolekcji „Poeci Krakowa”. Celnie charakteryzuje twórczość Barana w swym „Przesłowiu” Faron: „Lektura zgrabnie skonstruowanego tomiku jeszcze raz potwierdza prorocze słowa Artura Sandauera, że poezja ta „umie trafić bezpośrednio do serc ludzkich”. Z pozoru proste wiersze z wyszukaną, bardzo świeżą metaforyką – przyciągają uwagę, stawiają przed czytelnikiem lustro, w którym znajdzie on swoje odbicie”. Miał zresztą i ma Baran życzliwych sobie krytyków; wspomnieć wypada najwybitniejszych: Artura Sandauera, Jerzego Kwiatkowskiego, Ryszarda Matuszewskiego czy Zbigniewa Bieńkowskiego, którzy już we wczesnych latach 70. dostrzegli w Baranie twórcę zdolnego i od początku wyraziście odrębnego.

Jak piszą nie bez słuszności krytycy, poezja Barana jest mocno osadzona w biografii autora. Na początku jej rodowód wywodzić można było z nurtu „liryki chłopskiej” spod znaku Tadeusza Nowaka, choć widać było i drugiego znaczącego patrona – Jerzego Harasymowicza z jego tendencją do baśniowości i swobodnej ekspresji fantazji. Poeta „rozpołowiony na miasto i wieś”, na te i tamte warunki, wartości, sposoby społecznych zachowań i wzorców osobowych ciągle jednak doskonalił środki wyrazu, wzbogacał zakres tematyki, sposobów widzenia i opisywania świata.

W latach ostatnich poezja ta dzieje się na wielkim skrzyżowaniu Ziemi i Kosmosu, ludzkiego czasu i nicości. Stało się to za sprawą poważnej choroby poety, która sprawiła, że popatrzył na sprawy tutejsze z dystansem godnym pozazdroszczenia, niespiesznie zauważył kruchość ludzkiego życia, zawiłości losu, cudowne wygrane, gdy szczęśliwie zakończyła się jego traumatyczna przygoda z pogranicza ostateczności i zaświatowości.

W swoich wędrówkach po świecie poeta z Borzęcina, krajan Sławomira Mrożka, coraz częściej zauważa, że najdalsze, „egzotyczne” podróże, prowadzą w końcu „do siebie”:

„po spirali po kole
na ojcowe zastodole
gdzie znów wszystko
zaczyna się
po staremu na nowo”

Siła tego pisarstwa tkwi w autentyzmie, w równowadze między szczerością i prawdami uniwersalnymi, w przystawaniu słowa do rzeczy.    
KL



BARAN Marcin – (ur. 1963) absolwent polonistyki UJ, poeta uznany i doceniany (między innymi nominacją do I edycji nagrody Nike). Debiutował w 1990 r. tomem „Pomieszanie”, duży oddźwięk ze strony krytyków i czytelników wywoływały jego następne książki, jak choćby „Sosnowiec jest jak kobieta” (1992), „Zabiegi miłosne” (1996), „Sprzeczne fragmenty” (1996), „Tanero” (1998), „Prozak liryczny” (1999), wybór wierszy „Destylat” (2001) oraz ostatni, jak dotąd, zbiór wierszy „Gnijąca wisienka” (2003). W wierszach Barana zawsze zawierało się szerokie spektrum tematów, spośród których krytyka jako dwa główne wychwytywała przeważnie liryki miłosne (niezwykle subtelne i wyrafinowane, ale nie brakowało też obrazów uznanych za dosadne, niemal że obsceniczne) oraz wiersze metafizyczne, mroczne, by tak rzecz nazwać, wypisy z rejestrów utraty i śmierci. Nienasycony i żywiołowy smakosz ciała (to ten, który tak prosto i zarazem poważnie pytał: „Jak zdobyć / kobietę i zdobywać ją znowu?”) oraz sumienny znawca-anatom świadomości (to ten, który w wierszu „Ostateczne rozwiązania” zaznaczał: „Ciężko pracujemy, by zadać sobie ból / Robimy wiele, by dosięgła nas skaza”) – to dwie figury, dwa sposoby na życie i pisanie, z całą wyrazistością zarysowane w liryce Barana. Autora także, warto zaznaczyć, zapisków powszednich (liczni krytycy przy okazji pisania o poezji Barana konsekwentnie wskazywali na patronat Franka O’Hary), mocno osadzonych w konkretnej topice – zapewne to ostatnie skłoniło Pawła Dunin-Wąsowicza do postawienia dosyć ryzykownej tezy: „świat u Barana praktycznie nie wychyla się poza Kraków”.

Baran to współautor (obok Marcina Świetlickiego i Marcina Sendeckiego) znanego i w swoim czasie szeroko (a w pewnych miejscach także i burzliwie) komentowanego utworu „Wiersz wspólny”. Z tymi samymi Marcinami zredagował też antologię tekstów poświęconych Chandlerowi zatytułowaną „Długie pożegnanie. Tribute to Raymond Chandler” (1997). Jest również współredaktorem wydanej w 2004 roku w Chicago antologii poezji polskiej „Carnivorous Boy. Carnivorous Bird”, w przemożnej większości prezentującej twórców skupionych niegdyś wokół „bruLionu”. Sam Baran do 1990 r. był współredaktorem tego pisma, potem pracował między innymi jako szef działu kultury w „Przekroju”, naczelny miesięcznika „Arte” oraz zajmował się literaturą w TVP Kultura. Obecnie jest słyszalny na falach Radia Kraków.
RH



BIEDRZYCKI Miłosz – urodził się w 1967 r. w Koprze, od 1974 r. mieszka w Krakowie. Poeta i tłumacz. Wydał tomy „*” (1993), „OO” (1994), „Pył/Łyp” (1997), „No i tak” (2002), „Sofostrofa i inne wiersze” (2007). Jak wspomina na swojej stronie internetowej (http://mlb.free.art.pl), jego wątpliwości co do tytułu debiutanckiej książki rozwiało zetknięcie z komputerowym systemem Unix, gdzie znak * zastępuje dowolną nazwę, natomiast tytuł kolejnej to w rzeczywistości nie dwie litery O, lecz dwa okrągłe kółka – potocznie „Dwa groszki”. Biedrzycki to autor, który spośród wszystkich polskich poetów pozostaje w największej zażyłości z możliwościami oferowanymi przez internet i komputery. Na wspomnianej stronie zamieścił większość swoich wierszy, część z nich zaopatrując w skoki hipertekstowe, o których wspominał już przed dziesięcioma laty w wywiadzie dla dwumiesięcznika „Studium” i w innym wywiadzie (udzielonym dwutygodnikowi „Nowy Nurt”). Zaznaczał tam, że jego sposób na pisanie wierszy polega na oddzielaniu sygnałów od szumów na ekranie monitora, w jeszcze innym przekornie, a może prowokacyjnie, stwierdzał, że pisze od marginesu do marginesu, a potem klawiszem Enter dzieli wiersz na taką ilość wersów, jaką uzna za słuszną. Niezależnie od sposobu powstawania wiersze Biedrzyckiego (znanego także jako M. L. Biedrzycki oraz MLB) zawsze były najwyższej próby i ze względu na ruch panujący w każdym rejestrze języka, naprzemienne sięganie po śmiech i melancholię, ironię i tęsknotę, mieszanie tego, co egzystencjalne, z tym, co lingwistyczne, przyczyniały krytykom niemało trudności interpretacyjnych, ale też umożliwiały wielopłaszczyznowy ogląd tej liryki. „Sprzeczności niedające się rozwiązać, pamięć bolesna, niechciana tęsknota, miłość – tak rozumiem wiersze Biedrzyckiego” – zapisał Piotr Śliwiński, a Wojciech Bonowicz, okopany na pozycji czytelnika, stwierdzał, że „lektura MLB to lot z nieznanego w niepewne. Wyrzucony w powietrze przez wybuch – tak czuję się jako czytelnik tych wierszy. To, co utrzymuje mnie w powietrzu – i sprawia satysfakcję – to energia autora, która najpierw doprowadza język do eksplozji, a następnie do tańca. Sam autor natomiast („Studium”, 6/1997) deklarował: „Jeśli są jakieś przejawy wewnętrznej logiki w tym, co pokazuję w tekstach, to jest to chyba wewnętrzna logika zawarta w języku”.

Biedrzycki, syn wyśmienitej tłumaczki Katariny Šalamun-Biedrzyckiej, to także znakomity tłumacz, autor przekładów wierszy Tomaža Šalamuna (Jabłoń, 2004). Z wykształcenia inżynier geofizyk, na przemian bywa w Krakowie i krajach arabskich, gdzie zajmuje się poszukiwaniami ciekłej kopaliny, złożonej z mieszaniny naturalnych węglowodorów gazowych, ciekłych i stałych, czyli ropy naftowej.
RH



BŁOŃSKI Jan – krytyk i historyk literatury, eseista, tłumacz z francuskiego i niemieckiego, dziś emerytowany profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Urodzony w 1931 r. w Warszawie. Do Krakowa przybył w 1948 r., gdzie na UJ rozpoczął studia polonistyczne pod kierunkiem Kazimierza Wyki (należał do grupy uczniów profesora, spośród których wywodziło się kilku wybitnych krytyków, m.in. Konstanty Puzyna, Andrzej Kijowski, Ludwik Flaszen). Debiutował w 1949 r. na łamach „Twórczości” recenzją tomików Tadeusza Różewicza „Niepokój” i „Czerwona rękawiczka”. Szczególne znaczenie miały dwa artykuły opublikowane w „Życiu Literackim” w 1955 r., które zapowiadały nadchodzące zmiany w literaturze polskiej: „Za pięć dwunasta” („Zoil o poezji współczesnej”) oraz „Zbigniew Herbert”. Pierwszą książkę „Gałczyński 1945–1953” wydał w 1955 r. Duże poruszenie wywołała „Zmiana warty” z 1961 r., tom szkiców o twórczości (głównie prozie) pokolenia, które weszło do literatury około roku 1956. W latach 60., 70. i 80. Błoński wykładał na uniwersytetach francuskich, między innymi na Sorbonie, pokłosiem zainteresowania literaturą francuską była książka poświęcona Proustowi „Widzieć jasno w zachwyceniu” (1965). Wydana w 1967 r. monografia „Mikołaj Sęp Szarzyński a początki polskiego baroku” w dużym stopniu wpłynęła na przewartościowania w odbiorze literatury staropolskiej. Długoletni kierownik literacki Teatru Starego, w latach 70. redaktor wydawanego przez IBL dwumiesięcznika „Teksty”. Od 1970 r. zatrudniony na UJ, od 1981 r. profesor (spóźniona nominacja profesorska spowodowana była przyczynami politycznymi, nie było przypadkiem, że doszło do niej dopiero w czasach „Solidarności”). Wiele dyskusji wywoływały kolejne książki Błońskiego, takie chociażby jak „Odmarsz” (1978) czy „Romans z tekstem” (1981). W książce pod Norwidowskim tytułem „Kilka myśli co nie nowe” (1985) zamieścił eseje pisane w gorących latach przełomu lat 70. i 80., w których opisywał to, jak literatura zmaga się z polskością (w tym kontekście też o relacjach polsko-żydowskich) czy religijnością. Wydarzeniem wykraczającym daleko poza literaturę był artykuł „Biedni Polacy patrzą na getto” opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” w 1987 r. Artykuł ten wywołał burzę polemik, gdyż autor dotknął w nim bolesnego problemu moralnej współodpowiedzialności Polaków za Holocaust. Artykuł ów dał tytuł książce wydanej w 1994 r., w której Błoński zebrał swoje szkice dotyczące zmagania się Polaka z problematyką żydowską. Dodajmy, że w tych tekstach znajduje swój wyraz wrażliwość moralna autora, której jednym ze źródeł jest doświadczenie lat młodzieńczych w okupowanej Warszawie i bycie mimowolnym świadkiem Zagłady. Kolejne książki to zbiory studiów poświęconych autorom, których twórczość była przedmiotem szczególnego zainteresowania Błońskiego: „Forma, śmiech i rzeczy ostateczne: studia o Gombrowiczu” (1994), „Wszystkie sztuki Sławomira Mrożka” (1995), „Od Stasia do Witkacego” (1996), „Witkacy: sztukmistrz, filozof, estetyk” (2001), „Miłosz jak świat” (1998). Najważniejsze eseje, szkice i recenzje zostały zebrane w dwóch tomach „Pism wybranych: Wszystko co literackie” (2001) oraz „Między literaturą a światem” (2003). W 2001 r. ukazały się „Mieszaniny”, zbiór felietonów i krótkich esejów poświęconych rozmaitym zjawiskom z dziejów literatury.

Błoński jest jednym z najbardziej wpływowych krytyków polskich drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Mocno oddziałuje na kształtowanie hierarchii literackich – przede wszystkim swoją pracą recenzencką, ale również przez długie lata uczestnicząc w pracach jury nagród, wśród nich dwóch najbardziej prestiżowych: im. Kościelskich oraz Nike. W swoim pisarstwie Błoński wypracował szczególny styl, w którym francuska, eseistyczna lekkość łączy się z jakby sarmackim gawędziarstwem; choć z wirtuozerią posługuje się filologiczną analizą, to nie ona dominuje w jego tekstach, lecz próba przeniknięcia dzieła i możliwie najgłębszego zrozumienia go. W postawie krytycznej Błońskiego bardzo istotne jest emocjonalne zaangażowanie, zawsze jednak poddane ścisłej kontroli chłodnego interpretatora.

Błoński jest nie tylko świetnym interpretatorem literatury i krytykiem rozpoznającym w lot pisarski talent u debiutantów. Jest też człowiekiem ogromnej kultury, prawdziwym światowcem, w czasach odcięcia Polski od zachodniej Europy imponującym znajomością obcego, szczególnie francuskiego piśmiennictwa. Słuchacze jego wykładów z historii literatury najnowszej oraz z historii dramatu i teatru zapamiętają go jako charyzmatycznego mówcę, ściągającego tłumy studentów, magistranci i doktoranci – jako troskliwego opiekuna i preceptora, przyjaciele – jako wspaniałego gospodarza, na którego imieninach, tuż po świętach Bożego Narodzenia, bywał „cały Kraków”. Potężnej postaci, wyrazisty w gestach i słynnym chichocie, zdaje się postacią pogodnego, przychylnego ludziom pyknika, choć intelekt jego jest chłodny i tnący niczym brzytwa, a myśli o świecie i człowieku pozbawione złudzeń. Z pozoru zajęty jedynie sprawami literatury i sztuki, ma też głęboką wiedzę w dziedzinie ekonomii, ambicją jego jest także sprawdzać się w roli organizatora i szefa, szczególnie wtedy, gdy – jako prorektor UJ od spraw studenckich – musiał stawić czoło sytuacji stanu wojennego. Bezkompromisowy moralnie, był znienawidzony przez rządzących w Polsce komunistów jako człowiek, który nigdy nie sprzeniewierzył się swoim zasadom, będąc dla swoich wychowanków budującym przykładem prawości i uczciwości intelektualnej.   
KB



„bruLion” – jedno z najważniejszych czasopism lat 90., najpierw z siedzibą w Krakowie, potem przeniesione do stolicy. Redaktorem naczelnym był Robert Tekieli. Kontrowersje pojawiają się już przy pisowni nazwy – czy wybrać opcję zgodną z normami ortografii, czy może powielać awangardowy zapis z dużym L w środku, który pochodzi od nazwy satyrycznego programu telewizyjnego „Dzyndzylyndzy”, tworzonego przez środowisko związane z czasopismem? W literaturze przedmiotu przeplatają się obie wersje.

„BruLion” ukazywał się w latach 1986–1999. Numer pierwszy został wydany wiosną 1987 r. w Krakowie, otwierał go tekst piosenki Wojciecha Młynarskiego „Smutne Miasteczko”. Początkowe numery pisma wyznaczało poszukiwanie dominującej linii programowej, stawiano pytania o miejsce Polski na kulturowej mapie Europy. Szczególną rolę w początkowym okresie wydawania pisma odegrał numer specjalny (numer 5/6, 1988 rok) związany z przyznaniem Literackiej Nagrody Nobla Josifowi Brodskiemu. Zawierał wywiad z laureatem oraz jego wiersze i eseje. Czasopismo unikało jawnych manifestów oraz deklaracji ideowych, stąd częsta obecność wypowiedzi o charakterze quasi–programowym. Ostatecznie zainteresowania periodyku ukształtowały się wokół dekonstrukcji tradycyjnych obszarów tabu, promocji kultur alternatywnej i niezależnej, odejścia od nadrzędnego kontekstu politycznego, różnorodności tematycznej. Jednym z kluczowych elementów w działalności „bruLionu” stało się propagowanie nowej literatury, publikowanie debiutanckich utworów, zrywających z dotychczasową konwencją „poezji wysokiej” symbolizowanej przez wiersze Zbigniewa Herberta, na rzecz głosu młodego, zbuntowanego pokolenia poszukującego indywidualnej ekspresji lingwistycznej. Z czasem „bruLion” znacznie przekroczył wymiar czasopisma literackiego, stał się opiniotwórczą instytucją symbolizującą pokolenie młodych twórców, którego frontmenem został Marcin Świetlicki. Powstała Fundacja Brulionu, seria wydawnicza, twórcy czasopisma zaistnieli w mediach, tworzyli własne programy telewizyjne i radiowe. Niszowy periodyk drugiego obiegu uzyskał w pewnym momencie status lidera głównego nurtu kultury. Ostatnie numery pisma (27, 28, 29) charakteryzuje wyraźna zmiana światopoglądowa – zbliżenie do katolicyzmu.    
MMW



BUNKIER SZTUKI – Galeria Sztuki Współczesnej, dysponująca największą powierzchnią wystawową w samym centrum miasta (ok. 1200 m2), jest jedną z głównych instytucji kultury finansowanych z budżetu Gminy Miasta Kraków. Ktoś nieuświadomiony, przechodząc obok okazałego budynku przy Plantach, mógłby pomyśleć, że jest to placówka będąca agendą zagraniczną. Rzadko kiedy widzi się tam baner z polskim tytułem wystawy, jeszcze rzadziej można tam uświadczyć wystawę twórcy z Krakowa. Największa galeria publiczna w mieście nie lubi artystów z Krakowa, chyba że są klasykami współczesności – takimi, którzy parę lat wcześniej ukończyli studia i mieszczą się w autorskim, bardzo zawężonym programie dyrektorki galerii, Anny Marii Potockiej. Oczywiście zdarzają się wyjątki, które jedynie potwierdzają regułę. Moim – i nie tylko moim – zdaniem tożsamość tej placówki jest w wysokim stopniu dyskusyjna. O prawo do współdecydowania o profilu Bunkra Sztuki dobija się od dawna krakowskie środowisko artystów plastyków, skupione w ZPAP. To prawo jest nie tylko historycznie uzasadnione.

Aby lepiej było wiadomo, o jaką instytucję toczy się spór, przytoczę trochę danych historycznych. Bunkier Sztuki – to nowa nazwa dawnej galerii BWA, wybudowanej w latach 1959–1964 m.in. staraniem Oddziału Krakowskiego Związku Polskich Artystów Plastyków. Świetną lokalizację galeria uzyskała dzięki darowiźnie zaprzyjaźnionego z artystami Bolesława Drobnera. Na miejscu zburzonej „Drobnerówki” władze Krakowa zbudowały pawilon wystawowy, do którego przeniosło się z Pałacu Sztuki Biuro Wystaw Artystycznych, kierowane przez Jana Mycielskiego.

Nowy pawilon wystawowy miał stanowić też w pewien sposób przeciwwagę dla zarządzanego przez Karola Estreichera Pałacu Sztuki, będącego – po dziś dzień – własnością Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Obaj panowie rywalizowali o berło na polu kultury (Drobner z powodu swoich wpływów był tu oczywiście górą), co wyszło miastu na dobre, bo dzięki temu w połowie lat 60. na Plantach stały już obok siebie dwa salony wystawowe. Mamy tu do czynienia z małą stabilizacją w wydaniu perfekcyjnie krakowskim: przedwojenny socjalista, kapitalista i najdłużej utrzymujący się I sekretarz KW PZPR, Drobner, daje podwaliny pod galerię publiczną, którą przez wiele lat ku zadowoleniu plastyków będzie zarządzać arystokrata i malarz, Jan hr. Mycielski z Wiśniowej (brat znanego kompozytora i pisarza, Zygmunta Mycielskiego). Swój status galeria utrzymała do stanu wojennego, stanowiąc szerokie forum prezentacji krakowskiego środowiska artystycznego. Tu odbywały się „Spotkania Krakowskie”, Ogólnopolska Wystawa „Rzeźba Roku”, Międzynarodowe Biennale (obecnie Triennale) Grafiki. Galeria BWA była w okresie PRL-u strategicznym punktem w obiegu sztuki, który przecież pomimo odgórnego sterowania i cenzury istniał. Cały ten układ załamał się w stanie wojennym. Artyści – z wiadomych względów – podjęli bojkot oficjalnych instytucji, ZPAP zostało karnie rozwiązane. Po r. 1989 związek nie odzyskał już prawa do wpływania na kształt programowy największej publicznej galerii Krakowa. Czyżby zapisy stanu wojennego nadal obowiązywały?

Powie ktoś, że nadeszły nowe czasy, wymagające nowych form działania. W r. 1993 nowy dyrektor BWA, Krzysztof Głuchowski, zaczął od spektakularnej aukcji, przeprowadzonej pod młotkiem Andrzeja Starmacha, podczas której wysprzedano zbiory BWA. Gest był wysoce symboliczny – odcięto się szerokim gestem od przeszłości, a za uzyskane pieniądze dyrekcja wyremontowała między innymi ubikacje. Gest ten był skierowany przede wszystkim do tych, którym źle się kojarzył monopol państwowego mecenatu z czasów PRL. Ale co w zamian? W połowie lat 90. dawne Biuro Wystaw Artystycznych przyjęło nazwę Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki, przechodząc w tym samym czasie pod zarząd Miasta Kraków. Można by było zatem oczekiwać, że nadal stanowić będzie forum środowiska artystycznego Krakowa i że jej program będzie w jakiejś mierze wychodzić naprzeciw oczekiwaniom artystów krakowskich i tutejszej szerszej publiczności. Tak, jak to było w latach 60. i 70. Galeria nie zamierza jednak spełniać funkcji koniecznego ogniwa w obiegu życia artystycznego miasta. W zamian oferuje program, który dyktowany jest modnymi hasłami globalizacji i kulturowego kolonializmu. Czy miasto, z którego wyszło i w którym nadal tworzy tylu wybitnych artystów, zasługuje na ten wątpliwy podbój?   
ABE



BURZYŃSKA Anna - (ur. 1957) łączy w swojej działalności zupełnie różne dziedziny – badania nad teorią literatury, twórczość dramaturgiczną i prozatorską, pracę w teatrze, telewizji i radiu. Wtajemniczeni twierdzą, że jej doba trwa 60 godzin – bo tyle czasu potrzeba, by pogodzić wszystkie te dziedziny i by uprawiać je w tak aktywny sposób.

Jako pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego AB zajmuje się teorią literatury, specjalizuje się w pismach francuskich i amerykańskich teoretyków. Rozprawę doktorską napisała na temat „Tekst – Pismo – Lektura. Roland Barthes na tle refleksji teoretycznoliterackiej ostatniego dwudziestolecia”, często publikuje w „Tekstach Drugich”, „Ruchu Literackim” i „Pamiętniku Literackim”. Prowadzi zajęcia z poststrukturalizmu i postmodernizmu, napisała książkę „Dekonstrukcja i interpretacja” (uhonorowaną nagrodą „Literatury na świecie” w 2001 roku) oraz „Anty-teoria literatury”. Jest również współautorką książki „Teorie literatury XX wieku”.

AB jest autorką trzech powieści „Fabulanta”, „Miłości i innych kłopotów” oraz „Sypialni”, a także 10 dramatów („Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę”, „Surwiwal” i „Mężczyźni na skraju załamania nerwowego” otrzymały najwięcej nagród), które tłumaczono na niemiecki i hiszpański. Jej dramaty zebrane ukazały się pod tytułem „Nicland”. Burzyńska jako dramaturg uznawana jest za jedną z najostrzejszych i najodważniejszych autorek współczesnych, zabierających głos w aktualnych, niekiedy palących kwestiach społecznych. Jej sztuki wyszły od estetyki zapoczątkowanej przez brytyjskich brutalistów, szybko jednak zaczęły wykorzystywać strategie metateatralne, nowoczesne konwencje – telewizyjnego show, czy schemat fabularnej gry komputerowej. Burzyńska w swoich tekstach jako obiekt opisu wybiera grupę społeczną zrodzoną po upadku komunizmu – młodych freelancerów, zajętych robieniem kariery i konstruowaniem konsumpcyjnego modelu życia.

Była współtwórczynią programu „Cafe Kultura” emitowanego przez program II telewizji polskiej, prowadzonego przez Michała Pawła Markowskiego i Jerzego Stuhra. Dla Teatru Polskiego Radia przygotowała dwa słuchowiska „Listy miłosne sławnych pisarzy” i „Zapomniane poetki”.

Od 2006 roku Burzyńska pełni funkcję kierownika literackiego w teatrze im. Słowackiego.
PM



CZYCZ Stanisław (1929–1996) – poeta, prozaik, scenarzysta, dramaturg, felietonista krakowskiego „Przekroju” (w latach 1962–1969 prowadził stałą rubrykę „Fotografia jest sztuką trudną”, którą podpisywał pseudonimami: Michał C. i Michał C. – fotoamator).

Jeden z najoryginalniejszych pisarzy krakowskich, wracający przez całe życie do rodzinnego Gwoźdźca koło Krzeszowic. Uczestnik słynnego „debiutu pięciu” w tygodniku „Życie Literackie” w r. 1955 – ogłosił wtedy wiersze „Gdybym żył w roku 1883” oraz „Szczur”. Poeta-katastrofista, wizjoner, autor subtelnych, kameralnych utworów o miłości, twórca niezwykłych poematów polifonicznych – cyklu „Słowa do napisów na zegarze słonecznym”. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w pracowni prof. Adama Marczyńskiego. Twórca wyrazistego, ekspresyjnego stylu w prozie powojennej. Generacyjny rówieśnik Jerzego Harasymowicza, Sławomira Mrożka, Haliny Poświatowskiej. Jeden z mieszkańców domu pisarzy przy ul. Krupniczej 22 w Krakowie.

Debiutancka książka poetycka to zbiór „Tła” (1957), pierwszym i najbardziej znanym jego utworem prozatorskim była nowela „And” (pierwodruk w „Twórczości” z 1961 r., w formie książkowej pojawia się w eksperymentalnej powieści „Ajol” z 1967) o ostatnich dniach życia Andrzeja Bursy, przyjaciela Czycza z krakowskiego Koła Młodych Pisarzy. Jego bohaterami są młodzi gniewni, outsiderzy, buntujący się przeciwko zgrzebnej rzeczywistości PRL-u, marzyciele z małych miasteczek pozornym cynizmem maskujący liryzm, potrzebę czystych uczuć, młodzieńcze niepokoje i lęki, odmowę dla kłamstwa rzeczywistości realnego socjalizmu.

Pisali o nim m.in. Ludwik Flaszen, Kazimierz Wyka, Jerzy Kwiatkowski, Jerzy Stempowski, Stanisław Barańczak, Czesław Miłosz. Tomasz Burek nazywający ostatnią powieść Czycza „Nie wierz nikomu” „absolutnie rewelacyjną”, poświęcił jej szkic „Ostatni krzyk tamtej młodości”, zamieszczony potem w głośnej pracy zbiorowej „Sporne postaci polskiej literatury współczesnej” (1995). Wisława Szymborska określiła go jako „prawdziwego artystę, artystę cygana”.

W jednej z rozmów z Krzysztofem Lisowskim Czycz formułuje następujące credo pisarskie: „nie uważam, że pisanie ma być majsterkowaniem na wybrany temat, lecz że nawet obłęd czy szaleństwo, ale nie wykombinowane o jakim mówił Czechow, ma być zanotowane na tyle chłodno i precyzyjnie, na ile się da”.

Po nagłej śmierci pisarza 29 czerwca 1996 r. ukazał się tom jego utworów ostatnich oraz rozmów z jego przyjaciółmi i bliskimi, przygotowany przez Krzysztofa Lisowskiego „Stanisław Czycz Mistrz Cierpienia”. Przez formację związaną z krakowskim młodoliterackim kwartalnikiem „Ha!art” Czycz został ogłoszony w 2000 r. patronem ogólnopolskiego konkursu literackiego i Festiwalu Poetyckiego „Zapowiadających Się…”
KL



„DEKADA LITERACKA” – dwumiesięcznik kulturalny, siedziba redakcji: ul. św. Krzyża 5/9, Kraków, wydawca: Fundacja na Rzecz Głębokiej Integracji DYNAMIS, www.dekadaliteracka.pl. Pismo zostało założone przez osoby z krakowskiego środowiska literackiego i artystycznego, z kręgu przyjaciół Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, w którego mieszkaniu omawiano powołanie pisma w sytuacji, gdy zlikwidowane zostały tygodniki kulturalne wydawane przez RSW Prasa-Książka-Ruch, a pozostałe miesięczniki przeszły na garnuszek Ministerstwa Kultury i Sztuki. Pierwsze numery DL (od grudnia 1990 r.), w tym numer poświęcony Kornelowi Filipowiczowi, ukazywały się dzięki „Gazecie Krakowskiej”, w której po prywatyzacji część udziałów objęli krakowscy pisarze. W r. 1992 wydawanie pisma przejęła specjalnie powołana w tym celu Krakowska Fundacja Kultury, kierowana przez Bogdana Rogatko, wśród jej założycieli było Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oraz wydawnictwo „Gazeta Krakowska”. Siedzibą redakcji był lokal przy ul. Kanoniczej 7, wynajmowany od Kurii przez Krakowski Oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Ówczesny zespół redakcyjny tworzyli: Marta Wyka, Teresa Walas, Dorota Terakowska, Bogdan Rogatko, Leszek Elektorowicz, Jan Prokop, Zbigniew Baran, Aleksander Pieniek, a potem Marcin Baran. Redaktorzy tak tłumaczą wybór tytułu: pismo rozpoczęło działalność na początku zupełnie nowej pod względem politycznym i społecznym dekady; miało opisywać i kreować przede wszystkim zjawiska literackie, na tle kulturalnym, nie zaś społecznym i politycznym. Taki profil pisma wyznaczał dość wąski zasięg czytelniczy, dlatego DL od samego początku borykała się z trudnościami finansowymi i organizacyjnymi, które wpływały m.in. na częstotliwość publikowania: na początku wydawana jako dwutygodnik, po kilku latach stała się miesięcznikiem, by wreszcie przekształcić się w dwumiesięcznik, coraz bardziej „nieregularny”.

Ograniczenia finansowe nie wpływały jednak na profil pisma i na zadania, przez redakcję podejmowane i realizowane. DL była zawsze pismem otwartym na różne prądy i kierunki literackie, autorzy reprezentowali różne pokolenia i pochodzili z różnych stron Europy, choć przeważali autorzy polscy, i to z Krakowa. Ten „image” DL zachowała do dziś mimo zmian zachodzących w samej redakcji – pod koniec lat 90. odeszli Leszek Elektorowicz i Jan Prokop, nie zgadzając się na publikowanie literatury obyczajowo bardziej drastycznej, choć w historii statecznej DL były to przypadki raczej rzadkie – i zmian wydawcy. Charakterystyczną cechą DL były numery monograficzne, poświęcone współczesnym literaturom europejskim, zwłaszcza Środkowej i Wschodniej Europy, które to numery stawały się okazją do spotkań autorów z czytelnikami. Potem to ukierunkowywanie poszczególnych numerów przyjęła redakcja za zasadę, choć zawsze w DL obecne są stałe rubryki, takie jak „Okiem krytyka”, „Sztuka”, „Film”, „Teatr” i niezwykle popularna „Camera obscura”, redagowana przez niezastąpionego Henryka Markiewicza, przed którego czujnym okiem drżą najpotężniejsze tuzy literatury i dziennikarstwa.    
BR



DŁUGOSZ Leszek – „Źle się czuję w tłumie, w rozgardiaszu. Intuicyjnie, zawsze chcę trwać przy s w o i m. Jestem nie tyle samotnikiem, ile kimś „obciążonym” dystansem. Krążę po własnych szlakach. Chodzę po swoich światach. W swoich butach”. Długosz to poeta, pieśniarz i kompozytor urodzony w 1941 r. w Zaklikowie na Lubelszczyźnie, od 1959 r., momentu rozpoczęcia studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim, związany z Krakowem. Jako bard zadebiutował w 1963 r. na Studenckim Festiwalu Piosenki, odbywającym się wówczas pod nazwą Ogólnopolski Studencki Konkurs Piosenkarzy, utworem „Przecież niedziela”; swój pierwszy wiersz, „Pewien znajomy”, opublikował natomiast w r. 1964. Po ukończeniu polonistyki studiował dwa lata w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, wtedy też rozpoczęła się jego krótka przygoda z Teatrzykiem Poezji UJ „Hefajstos” oraz dłuższa – z Piwnicą Pod Baranami. W Piwnicy zasłynął interpretacją „Karczmy Jurgowskiej”, pieśni napisanej do słów wiersza Jerzego Lieberta. Śpiewał również wiersze innych poetów, na przykład „Berlin 1913” Juliana Tuwima, Balladę morską Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, „Jaka szkoda” Stanisława Balińskiego, poezje Bolesława Leśmiana, Andrzeja Bursy czy Sergiusza Jesienina, a także swoje własne teksty, jak choćby „Już nas ta nasza miłość nie obchodzi” czy „Dzień w kolorze śliwkowym”. Z kabaretem Piotra Skrzyneckiego rozstał się w 1978 r., jednak podkreśla, że „piwniczaninem” czuje się nadal. Wydał kilkanaście płyt i równie wiele tomików poetyckich, w tym między innymi: „Lekcje rytmiki” (1973), „Śpiewnik ilustrowany” (1984) czy „Duszę na ramieniu” (2003). Zagrał w reżyserowanych przez Andrzeja Żuławskiego filmach „Trzecia część nocy” i „Na srebrnym globie”. Zrealizował dla Telewizji Polskiej cykl audycji „Literatura według Długosza”, dla „Rzeczpospolitej” pisywał zaś felietony zatytułowane „Kroniki Długosza”. Zainicjował działalność „Rynny poetyckiej”, cyklicznego krakowskiego konkursu na najlepszy nadesłany wiersz. Na antenie Radia Kraków prowadzi magazyn artystyczny „Przyjemności niedzieli”.

Należę do tych ludzi, których absorbuje kilka podstawowych pytań. Kiedyś na swym początku, w jakimś kajecie, tak określiłem sobie własny program: >>Jestem, i co z tym zrobić najlepszego?…<< No cóż… Staram się”.    
KK



DOM NORYMBERSKI – „Tydzień Filmu Niemieckiego”, „Szum” – czyli spotkania z językiem i kulturą, coroczny udział w „Miesiącu Fotografii”, współtworzenie festiwalu baz@rt, wystawy współczesnej sztuki niemieckiej, spotkania z pisarzami niemieckojęzycznymi – to tylko niektóre projekty realizowane przez Dom Norymberski w Krakowie. Jego siedziba znajduje się u zbiegu ulic Skałecznej i Krakowskiej w XV-wiecznym zabytkowym domu „Pod Gwiazdą”. Historia kontaktów Krakowa z Norymbergą sięga czasów średniowiecznych. Ścisłe związki handlowe i gospodarcze z czasem doprowadziły także do rozwinięcia intensywnej współpracy kulturalnej. Ukoronowaniem długotrwałej i niekiedy burzliwej współpracy było założenie w r. 1996 Domu Norymberskiego w Krakowie, obecnie prowadzonego sprawną i niezwykle profesjonalną ręką Renaty Kopyto. Dzisiaj Dom Norymberski działa bardzo prężnie i wielokierunkowo. Dzięki inicjatywom tej instytucji krakowianie mają szansę poznania najświeższych i najgłośniejszych kierunków oraz trendów we współczesnej kulturze niemieckojęzycznej. Na przykład właśnie dzięki bliskiej współpracy polsko-niemieckiej już dobrych kilka lat temu mogliśmy w Krakowie uczestniczyć w zyskujących obecnie ogromną popularność, a wówczas w Polsce pionierskich, poetyckich spotkaniach slamowych. Dzięki partnerstwu z Norymbergą mieliśmy niedawno szansę obejrzeć na deskach Teatru Starego sztuki głośnych młodych reżyserów niemieckich, takich jak Armin Petras czy Luk Perceval. Dom Norymberski dba również o przybliżanie Krakowianom najnowszych trendów w literaturze i fotografii niemieckiej. Renata Kopyto co roku odwiedza także berliński festiwal filmowy, skąd do Krakowa przywozi najświeższe filmy niemieckie, których poza dorocznym „Tygodniem Filmu Niemieckiego” na ogół nie mamy szansy w polskich kinach obejrzeć. Działalność Domu Norymberskiego to nie tylko promocja młodej kultury niemieckiej, ale także okazja do poszukiwania wspólnych korzeni kulturowych i wzajemnych inspiracji. Spotkania dotyczące związków sztuki Kantora z Niemcami i Szwajcarią oraz wpływu jego twórczości na najmłodszych twórców niemieckiego teatru czy dyskusje o generacjach w literaturze polskiej i niemieckiej pokazują, jak ściśle przenika się i wzajemnie na siebie wpływa kultura Polski i Niemiec. Z kolei w Norymberdze możemy odnaleźć kawałek Krakowa. W średniowiecznej baszcie znajduje się bowiem siedziba Domu Krakowskiego, dzięki któremu mieszkańcy Norymbergi mają okazję poznać krakowskich artystów różnych pokoleń (gościli tam na przykład zarówno Adam Zagajewski, jak i Sławomir Shuty) oraz dowiedzieć się, co nowego dzieje się we współczesnej sztuce polskiej.    
SM



DYM – lokal przy ul. św. Tomasza (dokładniej: w tzw. Zaułku Niewiernego Tomasza), w którym, niezależnie od pory dnia, trudno nie spotkać kogoś z krakowskiego światka artystycznego. To knajpa, by tak rzec, interdyscyplinarna, przez którą przewijają się pisarze, plastycy, dziennikarze, naukowcy, ludzie sceny i ekranu. Dym nie jest miejscem przesadnie imprezowym, panuje w nim raczej atmosfera niczym w klubie pracy twórczej; goście przeglądają prasę, poprawiają teksty, prowadzą negocjacje i rozmowy istotne albo zwyczajnie plotkują: kto, z kim, dlaczego, za ile i czy z przyjemnością, czy bez. Specyficzną cechą Dymu jest bardzo młody wiek barmanów, co zresztą raczej nikomu nie wadzi, zważywszy na to, że są oni niezwykle mili i skorzy do pracy. W tym miejscu popija się wszystko, bez specjalnych preferencji dla jakichkolwiek napojów, ale zwykle z umiarem.    
RO



eFKa – matką założycielką tej inicjatywy była Potrzeba, ojcem Brak. Trudne rodzicielstwo przyniosło nad wyraz udanego potomka. W końcu lat 90. zaistniała konieczność stworzenia miejsca, w którym polskie autorki feministyczne będą mogły nie tylko swobodnie artykułować niepopularne przekonania, ale przede wszystkim publikować swoje prace. Istniejący rynek wydawniczy nie potrafił zrealizować tego zadania. W ten sposób w 1999 r. powstało nowe wydawnictwo, którego inicjatorkami były działaczki środowisk feministycznych skupione wokół Fundacji Kobiecej eFKa. Wydawnictwo zadebiutowało książką Sławomiry Walczewskiej „Damy, rycerze, feministki. Kobiecy dyskurs emancypacyjny w Polsce”. Publikacja była nowatorskim podsumowaniem inicjatyw feministycznych, syntezą dziejów ruchu kobiecego w Polsce oraz refleksją nad obecnością kobiet w kulturze. Autorka analizowała „szlachecki kontrakt płci”, który wpływa na współczesne relacje męsko–damskie. Dla wydawnictwa był to bardzo udany debiut, książka uzyskała pozytywny odbiór krytyków i czytelników, co przełożyło się na nominację do Nagrody Literackiej Nike i do Paszportu Polityki. W 2000 r. ukazała się publikacja Kazimiery Szczuki „Kopciuszek, Frankstein i inne,” określona przez Marię Janion jako „wywrotowa”. Książka stanowi zbiór esejów z zakresu krytyki feministycznej, postulujących nowe odczytanie baśni i klasycznych utworów literackich. Kolejnym sukcesem wydawniczym była publikacja rozprawy habilitacyjnej Krystyny Kłosińskiej „Ciało, pożądanie, ubranie. O wczesnych powieściach Gabrieli Zapolskiej”. Książka znalazła się w prestiżowym gronie siedmiu finalistów Nagrody Literackiej Nike 2000. Kolejne pozycje wydawnicze również stawały się wydarzeniami literackim, wzbudzając szeroki odzew czytelników i liczne głosy polemiczne. Wznowienie eseju filozoficznego Jolanty Brach-Czainy „Szczeliny istnienia” wprowadziło do dyskursu feministycznego kategorie „krzątactwa” nadając nowe znaczenia podstawowym sytuacjom egzystencjalnym. eFKa wydała również prozę obcojęzyczną, prezentując pierwszą w Polsce publikację słynnej francuskiej feministki Luce Irigaray – „Ciało w ciało z matką” (w tłumaczeniu Agaty Araszkiewicz). Pewnym podsumowaniem działalności ruchu feministycznego w Polsce stał się zbiór wywiadów z czołowymi polskimi działaczkami środowisk kobiecych „Feministki. Własnym głosem o sobie”. Najnowszą publikacją eFKi jest książka „Barykady. Kroniki obsesyjne” Bożeny Umińskiej. Obecnie wydawnictwo realizuje serie „3K Kobieta – Kultura – Krytyka”, prezentującą eseje uwzględniające paradygmat genderowy.    
MMW



ELEKTOROWICZ Leszek (pseudonim, właściwe nazwisko: Witeszczak, Elektorowicz to nazwisko matki) – poeta, prozaik, eseista, tłumacz. Pochodzi ze Lwowa, gdzie urodził się w 1924 r. Miejsce urodzenia w dużym stopniu określiło charakter jego twórczości, w szczególny zaś sposób dokonywane przezeń wybory aksjologiczne. Doświadczeniem biograficznym wpisuje się Elektorowicz w przeżycie generacyjne tzw. Pokolenia Kolumbów, ukształtowanego w zasadniczym stopniu przez wojnę – był żołnierzem Armii Krajowej.

W latach stalinowskich wybrał milczenie, rezygnując z publikowania swoich wierszy. Ten obdarzony liryczną subtelnością poeta, ciekawy eseista i prozaik oraz wytrawny tłumacz poezji angielskiej i amerykańskiej (z wykształcenia jest anglistą) chwytał się w swym życiu różnych prac i wykonywał rozmaite zawody, do czego zmuszała go ówczesna sytuacja polityczna w kraju. Dopiero w 1957 r., a więc już po Październiku, został członkiem redakcji „Życia Literackiego”, a na początku lat 80. członkiem redakcji miesięcznika „Pismo”, pierwszego w Polsce niezależnego, legalnie wydawanego periodyku literackiego, zamkniętego w stanie wojennym. Należał też do założycieli „Dekady Literackiej”, czasopisma do pewnego stopnia kontynuującego tradycję „Pisma”. Jako członek zarządu krakowskiego oddziału Klubu Inteligencji Katolickiej współorganizował w stanie wojennym „półoficjalne” spotkania literackie. Działał na forum ZLP, będąc razem z krakowskim przyjacielem, Janem Józefem Szczepańskim, w Zarządzie Głównym (w latach 1980–1983). Potem współtworzył Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, w latach 1989–1992 wiceprezes oddziału krakowskiego. Wielokrotnie wyjeżdżał za granicę na stypendia twórcze, m.in. do Włoch i USA, gdzie również prowadził gościnne wykłady o literaturze.

Wydał ponad 20 książek, m.in. tomy poetyckie: „Świat niestworzony” (1957), „Kontury” (1962), „Całe kłamstwo świata” (1983), „Jeden znak” (1993), „Niektóre stronnice” (2004), „Z(a)myślenia” (2006), dwie powieści: „Gwiazdy drwiące” (1974), „W lochu Ferrary” (1980), zbiory opowiadań, np. „Rejterada” (1963), „Przypadki Sylena” (1971), „Być i nie być” (1993), a także książki eseistyczne: „Zwierciadło w okruchach” (1966), „Od Londynu do Teksasu i dalej” (1970), „Motywy zachodnie” (1973). Przekładał m.in. poezję R. Frosta, W. C. Williama, D. H. Lawrence’a, P. B. Shelleya, W. H. Audena, Mastersa.

Twórczość poetycka Elektorowicza ogniskuje się wokół kilku zasadniczych wątków tematycznych, powracających – w różnych konfiguracjach – we wszystkich tomach. W skrócie można by je określić jako: wątki historiozoficzny, kulturowy, miłosny i religijny. Jednym z ważniejszych wydaje się wątek historiozoficzny, nawiązujący do narodowej hekatomby i operujący paradygmatem aksjologicznym, i pod tym względem twórczość Elektorowicza bliska jest twórczości Zbigniewa Herberta. W wierszach podejmujących wątek krytyki współczesności refleksja Elektorowicza wykazuje zbieżność z przeświadczeniami formułowanymi w późnej poezji Tadeusza Różewicza.

Charakterystycznym tonem poezji Elektorowicza, narastającym szczególnie mocno w ostatnich tomikach, zdaje się liryczna elegijność motywowana świadomością konieczności pożegnań. Elegijna zaduma nadająca wierszom ton lirycznej nostalgii zderza się z ekstatycznym nierzadko zachwytem dla cudu istnienia: świata, zwłaszcza piękna przyrody oraz przede wszystkim cudu miłości. Wiersze poświęcone żonie, wieloletniej towarzyszce życia, rozbrzmiewają rzadko spotykaną szczerością wyznania, przełamującą wszelkie konwencje, wobec których można by było usytuować te utwory.   ZZ



EMG – wydawnictwo powstałe niedawno, z siedzibą przy ul. Miodowej 6/1, w którym najważniejszą personą jest krakowski pisarz Irek Grin, autor powieści sensacyjnych i kryminalnych. Redaktorzy wydawnictwa wpadli na ryzykowny, ale jak się szybko okazało – świetny pomysł, aby do pisania kryminałów, thrillerów czy książek sensacyjnych namawiać cenionych i interesujących poetów i prozaików, którzy wcześniej nawet nie próbowali pisać tego rodzaju prozy. EMG zapoczątkowało Polską Kolekcję Kryminalną antologią opowiadań o złowieszczym tytule Trupy polskie, ale prawdziwy sukces odniosło wydając thrillery krakowskie Marcina Świetlickiego, Dwanaście i Trzynaście, pełne nie tyko mrocznych zagadek, ale również przynoszące barwny opis krakowskiego „trójkąta Bermudzkiego”, którego wierzchołkami są: Mały Rynek, Zwis i Pies (ten trójkąt wciągnął głównego bohatera powieści, Mistrza, alter ego samego autora). Grin namówił do współpracy także Macieja Malickiego i poetę Edwarda Pasewicza. Pracuje on nad kryminałem gejowskim, przy którym – jak twierdzi wydawca – Lubiewo Michała Witkowskiego to książka dla dzieci w wieku przedszkolnym.   
RO



FILIPOWICZ Kornel (1913–1990) prozaik, poeta; Filipowicz urodził się w Tarnopolu, ale dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Cieszynie, gdzie wojna rzuciła jego rodzinę. (Lata te, artystycznie przetworzone, staną się później tematem jednego z najpiękniejszych zbiorów jego opowiadań – „Białego ptaka”.) Tu ukończył gimnazjum matematyczno-przyrodnicze (języka polskiego uczył go Julian Przyboś), a w r. 1933 podjął studia biologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Związany z lewicującymi organizacjami studenckimi, współredagował też pismo literackie „Nasz Wyraz”, bliskie szeroko rozumianej awangardzie. Swój „portret artysty z czasów młodości” – doświadczenia, życiowe i ideowe wybory – przedstawi potem w powieści „Ulica Gołębia”.

Wybuch wojny zastał go w mundurze żołnierskim. Walczył w kampanii wrześniowej, uciekł z niemieckiej niewoli; był więźniem Gestapo, przeszedł przez obozy koncentracyjne Gross-Rosen i Oranienburg. Od 1945 r. do śmierci mieszkał w Krakowie, najpierw na Woli Justowskiej, w domu rodziny swojej żony, malarki Marii Jaremianki, gdzie częściowo spędził wojnę, potem przez wiele lat w mieszkaniu przy ul. Lea, w okresie PRL-u przemianowanej na Dzierżyńskiego.

Przez rodzinę Jaremów związany był z krakowskim środowiskiem artystycznym, przede wszystkim z Grupą Krakowską; serdeczne więzi łączyły go też z Tadeuszem Różewiczem i jego bratem, Stanisławem, z którym współpracował jako autor scenariuszy filmowych.

Związany z wieloma pismami, uczestniczył w życiu krakowskiego środowiska literackiego (był członkiem PEN-Clubu, członkiem zarządu Oddziału Krakowskiego ZLP, a od r. 1980 jego wiceprezesem, potem prezesem Oddziału Krakowskiego SPP, współzałożycielem, a później zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „Pismo”, patronował „NaGłosowi”, w stanie wojennym redagował „Miesięcznik Małopolski”), był jednak przede wszystkim „wolnym strzelcem”, pisarzem w pełni niezależnym tak pod względem wyborów światopoglądowych, jak artystycznych.

Ideowo, jeśli użycie takiego słowa w ogóle jest w jego wypadku zasadne, najbliższa mu był tradycja PPS-u, której znaczek nosił wpięty w wypłowiałą, dżinsową bluzę. Jego lewicowe nastawienie nigdy jednak nie doprowadziło go do aliansu z komunizmem; przeciwnie – szybko znalazł się względem niego w opozycji. W r. 1975 podpisał „Memoriał 59”, był członkiem Towarzystwa Kursów Naukowych, w stanie wojennym organizował niejawną i nielegalną działalność rozwiązanego ZLP, współtworzył „podziemne” struktury SPP, należał do konspiracyjnej organizacji niepodległościowej.

Jako pisarz także sytuował się poza literackimi modami. Był przede wszystkim mistrzem małej formy: opowiadania, mikropowieści. Napisał prawie dwieście opowiadań, z których wiele weszło do kanonu polskiej klasyki tego gatunku. Kolejne zbiory, od powojennego „Krajobrazu niewzruszonego” przez „Ciemność i światło”, „Białego ptaka”, „Dziewczynę z lalką” czy „Kota w mokrej trawie”, aż po ostatnie wydane za życia „Rozmowy na schodach”, odsłaniały trwałe cechy jego pisarstwa: doskonałość formy i wciąż w różnych rejestrach i kontekstach ponawiane pytanie: co jest w człowieku?

Debiutował jako poeta i w późnych latach powrócił do tej maksymalnie skondensowanej formy wypowiedzi, publikując w drugim obiegu tomik wierszy „Powiedz to słowo”.

Filipowicz należał do tych pisarzy, których twórczość i życie składają się w jedną całość, a styl, sposób bycia i moralność wyrastają z wspólnego pnia. Szlachetność była cechą jego rysów, prozy i zachowań. Przenikliwość umysłu i realistyczne spojrzenie byłego biologa łączył z niezawodnym instynktem moralnym. Był pięknym mężczyzną, człowiekiem powściągliwym, zawsze ujętym w formę, cienkim, skłonnym do dowcipu. Na tle pozbawionego właściwości świata PRL-u rysował się jak szeryf z klasycznego westernu: męski, odważny, prawy, obdarzony na dodatek artystycznym talentem i zmysłem zabawy. Wzbudzał szacunek, zaufanie i podziw; służył pomocą, ale i onieśmielał, trzymał na dystans. Należał do formacji, która odchodząc, pozostawiła po sobie pustkę.    
TW



FIUT Aleksander – krytyki literacki, historyk literatury, eseista. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, uczeń takich wybitnych badaczy jak Kazimierz Wyka, Henryk Markiewicz i Jan Błoński. Uchodzi za jednego z najwybitniejszych na świecie specjalistów od twórczości Miłosza. Doktoryzował się na podstawie pracy o twórczości Wilhelma Macha, rozprawę habilitacyjną wydał następnie jako książkę „Moment wieczny. Poezja Czesława Miłosza”. Z Miłoszem przeprowadził również szereg rozmów, które ukazały się następnie jako zbiór zatytułowany „Czesława Miłosza autoportret przekorny”. Przygotował również dwutomowe wydanie najważniejszych tekstów krytycznych poświęconych nobliście – Poznawanie Miłosza.

Obok „miłoszologii” AF w ramach swego projektu badawczego zajmuje się kwestią tożsamości na pograniczu literatury i antropologii. Tego właśnie problemu dotyczą książki „Pytania o tożsamość”, „Być czy nie być Środkowym Europejczykiem” (nagrodzoną w 2006 jako Krakowska Książka Miesiąca) i ostatnio wydana – „Spotkania z Innym”. Ze względu na swój bogaty dorobek krytyczno-eseistyczny został uhonorowany nagrodą im. Kazimierza Wyki w 2006 roku.

Fiut pełni funkcję kierownika Katedry Literatury Polskiej XX wieku Wydziału Polonistyki UJ. Jako visiting profesor wykładał w Skopje, Wiedniu, Bloomingotn, Berkeley, Lille, Sztokholmie i Rio de Janeiro.    
PM



GALERIA KRZYSZTOFORY – Galeria Grupy Krakowskiej, założona przed półwieczem, mogłaby być wizytówką naszego miasta, dumnego ze swojej tradycji i swojej nowoczesności. Tak jednak nie jest. Na naszych oczach umiera nie tylko piękna legenda, ale i miejsce o ogromnym potencjale.

Grupa Krakowska zawdzięcza to wyjątkowe lokum Stanisławowi Balewiczowi, który znalazł je de facto dla Kantora i jego teatru. Pierwsze spektakle Cricot 2 odbywały się, jak wiadomo, w legendarnym Domu Plastyków na łobzowskiej, ale grupa twórców skupiona wokół Kantora, wykorzystując możliwości, jakie dawała odwilż, szybko znalazła nową formułę działalności i nowe miejsce. W maju 1957 r. zostało zatem zarejestrowane Stowarzyszenie Artystyczne Grupa Krakowska, które krótko potem zajęło krzysztoforskie piwnice i trwa tam do dziś. II Grupa Krakowska czuje się kontynuatorką tej wcześniejszej, przedwojennej, założonej przez lewicowych studentów relegowanych z krakowskiej ASP. Ale w nowej sytuacji niewiele pozostało z dawnej awangardowości i lewicowości. Związek miał przede wszystkim charakter personalny – uwiarygodniali go Maria Jarema, Jonasz Stern i Adam Marczyński. Ponieważ dzisiaj wrzuca się wszystko do jednego worka (patrz kuriozalne hasło „Galeria Krzysztofory” w Wikipedii), warto podkreślić, że I Grupa Krakowska z Krzysztoforami nic wspólnego nie miała. Gdy nieustraszony Balewicz zajął je dla grupy Kantora, był tu skład węgla. Co gorsza, beczkowe sklepienie, które pamiętało czasy lokacji, przeciekało, gdyż nad nim znajdowała się centrala rybna. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, dziś główny użytkownik Pałacu pod Krzysztoforami wprowadziło się kilka lat później. O tym też warto pamiętać.

Balewicz, jeden z najpierwszych „podziemnych ludzi Krakowa”, przeprowadził remont i adaptację krzysztoforskich piwnic w ciągu zaledwie roku. Oficjalne otwarcie nastąpiło 21 czerwca 1958 r. Krzysztofory z galerią i kawiarnią Grupy Krakowskiej stały się na długie lata jednym z najbardziej atrakcyjnych i prestiżowych miejsc na mapie artystycznego Krakowa. Kantor, przywiązany do tradycji europejskich kawiarni artystycznych porównywał je do paryskich „sławnych melin”: od La Coupole po Deux Magots. Życie kawiarniane, podtrzymywane przez starą gwardię i ciągle nowe roczniki młodzieży, przenikało się z działaniami twórczymi wysokiej próby. Podczas rządów Stanisława Balewicza, który dbał w sposób niezrównany o to miejsce aż do przejścia na emeryturę w r. 1988, odbyło się tu wiele wystaw zbiorowych, indywidualnych, happeningów, koncertów, spotkań, dyskusji, sympozjów itd. Tu miały miejsce wszystkie prapremiery Cricot 2, począwszy od W małym dworku (1961) po „Umarłą klasę” (1975). To, co działo się w tej „niszy ekologicznej”, promieniowało na Kraków i Polskę, a nawet znacznie szerzej w związku ze światowymi sukcesami teatru Kantora.

Wyraźna cezura nastąpiła na przełomie lat 80. i 90. Grupa Krakowska – od wielu już lat nie przyjmująca nowych członków – postarzała się i zaczęła się kurczyć. Wraz ze śmiercią Brzozowskiego, Sterna, Kantora, Rudowicz, Mikulskiego, Pinińskiej-Bereś nastąpiła zmiana tonacji. Rozpoczął się odmarsz do wieczności, do „Café Europe” położonej – jak pisał Kantor – „gdzieś na rozstajnych drogach czasu”. Grupa Krakowska nie miała też niestety pomysłu na to, jak zrobić kapitał z własnej tradycji, aby sprostać nowym realiom czasów ustrojowej transformacji. Następca Balewicza, Józef Chrobak, zadowolił się strategią klęski i „indiańskiego samobójstwa”. Wprawdzie Grupa Krakowska nadal istnieje i jej członkowie – każdy z osobna – są twórczo aktywni, to jako zbiorowość weszła w etap archiwizacji i muzealizacji. Nie byłoby w tym w końcu nic niepokojącego, bo złożona z klasyków polskiej nowoczesności musi się „zmuzealizować”. Gorsze jest to, że umierają Krzysztofory jako miejsce pierwszorzędnych wydarzeń artystycznych. I nie pomogło schronienie się Grupy pod instytucjonalne skrzydła Cricoteki. Gdy patrzy się na to z zewnątrz, odnosi się wrażenie, jakby galeria nie była już Grupie potrzebna. Z rzadka się tam coś dzieje, jakby genius loci stamtąd się wyprowadził. Szyld Krzysztoforów, przejęty przez nowego użytkownika, służy dziś clubbingowi krakowskiemu – głośna muzyka i strumienie piwa. Niedawna tradycja wykorzystywana jest li tylko jako chwyt reklamowy. Tak być nie powinno i tak być nie musi. Jerzy Bereś – od wielu lat prezes Grupy Krakowskiej – boi się, aby nie zrobiono z galerii magazynu. Paradoksalne myślenie. Skoro artyści Grupy Krakowskiej stracili do reszty swoją grupową witalność, może należałoby im pomóc? Krzysztofory nie zasługują na klęskę. „Noblesse oblige”.   
ABE



GRAŻYNA I LITAWOR – 1. średniowieczne, litewskie małżeństwo, książęcej krwi, fikcyjne. Bohaterowie „Grażyny” Adama Mickiewicza. Książę Litawor ma żal do Wielkiego Księcia Witolda, że przywłaszczył sobie wiano Grażyny. Aby odzyskać swoją własność, Litawor chce się sprzymierzyć przeciw Witoldowi z Krzyżakami. Zwierza się ze swych planów służącemu Rymwidowi, a ten donosi książęcej małżonce. Kierowana patriotyzmem Grażyna czym prędzej odprawia posłów krzyżackich, a rano wdziewa mężowską zbroję i kieruje natarcie na stacjonujące pod zamkiem wojsko. Ginie. 2. pomnik na Plantach przy ulicy Straszewskiego. Wystawiony w 1884 r. wg projektu Alfreda Dauna dla uczczenia Mickiewicza. Przedstawia głównych bohaterów „Grażyny”.    
AP



„Ha!art” – magazyn interdyscyplinarny wychodzący od roku 1999 w Krakowie, ale także skrótowe określenie środowiska skupionego wokół pisma i prowadzącego szeroko zakrojoną działalność związaną z animacją kultury (głównie młodej). Początkowo pismo funkcjonowało w głębokiej niszy i stawiało na kartę, jak się zdawało na przełomie lat 90. i pierwszych, beznadziejną, czyli promocję literatury i sztuki młodych twórców. Dzięki talentom organizacyjnym i determinacji Piotra Mareckiego pismo szybko zostało zauważone, przede wszystkim dzięki organizowanym przez nie festiwalom literackim („Zapowiadający się” czy „Tekstylia”) i inicjatywom wydawniczym, choćby białej księdze młodej literatury, czyli „Tekstyliom”. O „rocznikach siedemdziesiątych”. Zmiana koniunktury spowodowana sukcesem debiutanckiej powieści Doroty Masłowskiej sprawiła, że „Ha!art” wypłynął na szersze wody, stając się jednym z najbardziej cenionych pism w Polsce. Bezsprzeczną zasługą środowiska „Ha!artu” jest wypromowanie twórczości Sławomira Shutego i Michała Witkowskiego, którzy odwdzięczyli się mu w łatwy do przewidzenia sposób, przechodząc do stajni wiodącego na rynku książki wydawnictwa warszawskiego. Od jakiegoś czasu siłą napędową środowiska „Ha!art” jest Korporacja Ha!art, reklamująca się hasłem: „wszystko co nieopłacalne”, choć Marecki i spółka robią wszystko, aby zdobyć jak najlepszą pozycję w polskiej kulturze i przy okazji na tym zarobić; a sam kwartalnik powstaje niejako na marginesie jej działań.

„Ha!art” zawsze starał się być na bieżąco, jeśli chodzi o najnowsze trendy w młodej kulturze, próbował także je kreować, często odwołując się do strategii skandalu. Było to możliwe dzięki elastycznej niekonsekwencji, którą można opisać frazą: „miesiąc bez nowego trendu czy nurtu to miesiąc stracony”. Redaktorzy pisma nigdy nie cenili literatury samej w sobie, trudno ich posądzać o wrażliwość na językowe czy stylistyczne smaczki; zdecydowanie bardziej interesują ich rozmaite problemy społeczno-polityczne, od kwestii równouprawnienia gejów po ponury los młodzieży polskiej pracującej na obczyźnie. Obecnie żeglują w stronę lewactwa, choć być może za miesiąc czy dwa diametralnie zmienią opcję.    
RO



INSTYTUT GOETHEGO – Johann Wolfgang Goethe przebywał w Krakowie w 1790 r. Zatrzymał się tu w drodze do Wieliczki; podobno zupełnie nie był zainteresowany zwiedzaniem krakowskich zabytków ani poznawaniem prowincjonalnej, w jego mniemaniu, kultury. Poeta zamieszkał w kamienicy pod nr 36 przy Rynku Głównym. Chociaż pobyt artysty upamiętnia wmurowana w fasadę tablica, dziś krakowianom Goethe kojarzy się raczej z kamienicą po przeciwnej stronie Rynku. Tam bowiem pod nr 20, w zabytkowym pałacu, od 1991 r. mieści się filia Instytutu Goethego. Siedziba główna Instytutu znajduje się w Monachium. Od czasu założenia w 1951 r. doczekał się wielu placówek na wszystkich kontynentach świata. Od początku głównym celem Instytutu jest promocja języka i kultury niemieckiej na całym świecie. To zamierzenie pracownicy Instytutu realizują zarówno poprzez nauczanie języka, jak organizowanie i wspieranie szeregu przedsięwzięć kulturalnych. Krakowska placówka jest ważnym miejscem rozwijania dialogu polsko–niemieckiego, poprzez bogatą ofertę kulturalną umożliwia wzajemne poznanie się i przełamywanie stereotypów. Podstawową formą działania Instytutu jest organizowanie kursów języków na wszystkich poziomach nauczania. Różnorodną ofertę edukacyjną łączy bardzo wysoki poziom merytoryczny i metodyczny polsko–niemieckiej kadry, stosowanie nowatorskich i niekonwencjonalnych technik nauczania. Chlubą placówki jest doskonale wyposażona, znajdująca się w klasycystycznych wnętrzach, biblioteka, która w swojej ofercie posiada bogate zbiory książek w języku niemieckim, polskich tłumaczeń literatury niemieckojęzycznej, filmów, czasopism, książki mówionej i płyt z niemiecką muzyką. Szeroka oferta sprawia, że wielbiciel np. Tomasza Manna może wypożyczyć dzieła pisarza po polsku i po niemiecku, książki krytyczne na jego temat czy poświęcone mu specjalne wydania czasopism, a także posłuchać fragmentów jego książek czytanych przez wybitnych aktorów i samego twórcę. Instytut organizuje także spotkania dotyczące kultury i nauki niemieckiej: projekcje filmowe, wieczory autorskie, wystawy fotograficzne i plastyczne, wykłady otwarte. Placówka współpracuje z krakowskimi teatrami, promując na polskich deskach współczesną dramaturgię niemiecką. Instytut dotuje również wiele polskich tłumaczeń literatury niemieckojęzycznej. Warto korzystać z silnie zaznaczonej obecności Instytutu Goethego w Krakowie, warto poznawać niemiecką kulturę i język, bo jak powiedział sam Goethe: „Iloma językami mówisz, tyle razy stajesz się człowiekiem”.    
SM



INSTYTUT KSIĄŻKI – instytucja założona w 2004 r., służąca przede wszystkim dwóm celom: propagowaniu czytelnictwa oraz promowaniu literatury polskiej na świecie. Aby popularyzować literaturę, Instytut zdobywa środki dla bibliotek szkolnych i miejskich, pomaga organizować spotkania autorskie, dofinansowuje niskonakładowe i „niedochodowe” publikacje naukowe, pośredniczy pomiędzy ministerstwem kultury i twórcami starającymi się o stypendia, współfinansuje dyskusyjne kluby książki w całej Polsce. Instytut jest organizatorem wielu akcji promocji czytania: festiwalu Pory Prozy, Festiwalu Literatury Popularnej POP-LIT, Wielkiego Czytania w Grodzie Kraka. Na jeszcze szerszą skalę Instytut działa w ramach promowania literatury polskiej za granicą: dysponuje subwencjami na tłumaczenia książek polskich na języki obce, przygotowuje katalogi z polskimi publikacjami dla wydawnictw zagranicznych, pomaga w przygotowywaniu szkoleń dla tłumaczy, reprezentuje polskich wydawców na międzynarodowych targach książki, pośredniczy pomiędzy wydawcami i instytucjami kultury za granicą. Instytut, choć został powołany przez organ państwowy, ma odwagę krytykować ministerialne decyzje dotyczące kultury i edukacji – np. kierownictwo Instytutu ostro wypowiedziało się przeciwko oczyszczaniu listy lektur szkolnych z nieprawomyślnych autorów.    
PM



JARZĘBSKI Jerzy (ur. 1947) historyk i krytyk literatury, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Komitetu Nauk i Literatury PAN. Studiował polonistykę i filozofię na UJ. Swoją rozprawę doktorską na temat twórczości Gombrowicza obronił w r. 1983. Jego praca habilitacyjna, z 1993 r., nosiła tytuł „Prawda w prozie XX wieku”. Obecnie pracuje w Katedrze Historii Literatury Polskiej XX wieku. Jako visiting professor wykładał natomiast m.in. na University of Chicago, zorganizował również jedną z największych w Polsce, międzynarodową konferencję na temat twórczości Gombrowicza. A obecnie, razem z profesorem Aleksandrem Fiutem, opiekuje się Międzynarodowym Festiwalem Brunona Schulza, który co dwa lata odbywa się w Drohobyczu.

Jarzębski jest laureatem prestiżowych nagród przeznaczonych dla twórców i badaczy literatury: otrzymał nagrodę imienia A. Brucknera – przyznawaną przez PAN, dwa lata później – w 1985 r. – uhonorowano go nagrodą Fundacji Kościelskich, a w 1991 r. za całokształt twórczości i wysoki poziom krytyki literackiej otrzymał Nagrodę imienia Kazimierza Wyki. Od 1993 r. zasiada w jury nagrody Kościelskich, parokrotnie także znajdował się w kapitule Nike.

Należy do najbardziej płodnych i liczących się krytyków literackich zajmujących się prozą polską. Posiada rozległe zainteresowania literackie – bada zarówno literaturę XX-lecia międzywojennego, jak i literaturę emigracyjną czy prozę po 1989 roku. Uznawany jest za jednego z najwybitniejszych znawców twórczości Brunona Schulza, Stanisława Lema i Witolda Gombrowicza (redagował ich „Dzieła zebrane”). W swojej pracy zajmuje się również Witkacym i Miłoszem, co jednak w najmniejszym stopniu nie przeszkadza mu komentować ukazujących się debiutów i nowości wydawniczych.    
PM



KANIA Ireneusz (ur. 1940) tłumacz, eseista. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że wśród polskich, ale pewnie i światowych, tłumaczy nie ma sobie równych w ilości języków, z których podejmuje się tłumaczeń. To swojego rodzaju fenomen i tytan pracy. Romanista z wykształcenia, na początku lat 70. rozpoczął pracę w redakcji przekładów Wydawnictwa Literackiego, gdzie przygotowywał do wydania przekłady z języka hiszpańskiego i portugalskiego. Rozpoczął w r. 1977 od przekładów powieści „Szczęśliwych świąt” J. Rodrigueza Migueisa i poezji Agostina Neto, dość szybko jednak zaczął tłumaczyć z angielskiego (np. prozę Londona) i z innych języków. Najbliższa jego zainteresowaniom okazała się twórczość Mircei Eliadego – wówczas w Polsce jeszcze nie tak popularnego – którego powieści, wspomnienia, pamiętniki i eseistykę przekładał zarówno z rumuńskiego, jak i francuskiego. Wydawał najpierw w WL, potem zaczął współpracować z Oficyną Literacką, zasłużonym dla podziemnego ruchu kulturalnego wydawnictwem krakowskim, gdzie opublikował też, oprócz utworów Eliadego, eseje Emila Ciorana, francuskiego filozofa pochodzenia rumuńskiego („Upadek w czas”, „Zły demiurg”).

Kania jest nie tylko tłumaczem, ale podobnie jak np. niegdyś Boy-Żeleński, stara się przekładaną literaturę upowszechnić i zbliżyć czytelnikowi polskiemu poprzez przedmowy, wstępy, artykuły w prasie kulturalnej. Jest też autorem prac tybetologicznych, wydawanych zarówno w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych, na Węgrzech, w Rumunii, Chinach i Indiach. Religie Wschodu, buddyzm, judaizm, to kolejna sfera zainteresowań i fascynacji wybitnego tłumacza. Przełożył i wstępem opatrzył „Tybetańską Księgę Umarłych”, przygotował antologię wypisów starobuddyjskich (Muttawali), wydał „Opowieści o życiu Milarepy albo Drogowskaz Wyzwolenia i Wszechwiedzy”, której bohaterem jest popularny w Tybecie przed wiekami jogin (zdołał podobno osiągnąć w ciągu swego życia, dzięki medytacjom prowadzonym w całkowitym odosobnieniu, stan oświecenia) oraz przełożył i skomentował w kilku pasjonujących esejach popularną księgę Kabały, poddając analizie tradycję kabalistyczną i jej miejsce w myśli europejskiej („Opowieści Zoharu. O kabale i Zoharze”, 2005). Jest autorem „Ścieżki nocy”, opublikowanego w roku 2003 przez krakowskie wydawnictwo Znak tomu esejów na temat podobieństw i różnic pomiędzy buddyzmem a chrześcijaństwem i judaizmem. Jak sam przyznaje, buddyzm z filozoficznej perspektywy jest mu duchowo najbliższy. Ma stosunek „krytycznie życzliwy” – co nieraz w wywiadach i publicznych wystąpieniach podkreśla – do radykalnych odmienności, chodzi mu bowiem o możliwość prowadzenia w dobie narastania ksenofobii, fundamentalizmów i nacjonalizmów dialogu międzykulturowego, trudnego i skomplikowanego, ale nie beznadziejnego. Przy diametralnych różnicach wynikających z „odmiennych intuicji światopoglądowych” można w różnych kulturach znaleźć te same pytania, choć różne odpowiedzi.

Tłumaczy z kilkunastu języków, skromnie stwierdzając, że to tylko kwestia samodyscypliny i językowego słuchu – gdy zna się kilka języków, poznanie następnych nie sprawia już specjalnych trudności, trzeba tylko nie przestawać trenować, jak w sporcie. Jest zresztą człowiekiem wysportowanym – po Krakowie jeździ rowerem, lubi ćwiczyć podnoszenie ciężarów, wyznając jakże cenną zasadę, że w zdrowym ciele zdrowy duch.    
BR



KANONICZA 7 – to adres siedziby krakowskiego oddziału SPP, czyli Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Powstało ono w r. 1989, ale, wedle intencji założycieli, jest kontynuacją przedwojennego jeszcze Zawodowego Związku Literatów Polskich. Nowa nazwa miała manifestować odcięcie się pisarzy od powstałego w latach stanu wojennego tzw. neo-zlepu. Historia to dawna i nie będziemy jej tutaj opowiadać.

Piętro domu przy ul. Kanoniczej, należącego dziś do krakowskiej kurii, dostało się literatom w schyłkowym PRL-u, zostało wyremontowane i uroczyście otwarte przez samego Edwarda Gierka. Stan posiadania pozostał, nazwa się zmieniła. Pierwszym prezesem SPP został Kornel Filipowicz, kolejnym Włodzimierz Maciąg, obecnie prezyduje na ul. Kanoniczej Bogusław Żurakowski. Wice-prezeskami są Beata Szymańska i Gabriela Matuszek. Wnętrze zajmowane przez SPP jest bardzo piękne i zasługuje na zwiedzenie – chociaż raz. Można przy okazji obejrzeć portrety poprzednich prezesów i pisarzy, niektóre zupełnie dobre. SPP działa, prowadzi się na ul. Kanoniczej spotkania autorskie, organizuje imprezy integracyjne. Czy pisarze faktycznie się integrują w tym miejscu, a nie w jakimś innym? Pozostawiamy to pytanie otwarte.    
MW



KERN Jerzy Ludwik – gdy byłem mały, nie wiedziałem, że to właśnie jemu zawdzięczam Ferdynanda Wspaniałego, psa, któremu się przyśniło, że jest człowiekiem, a i – dzięki jego żartobliwym, drukowanym w „Przekroju”, wierszykom o imionach – dość dla mnie wtedy oburzającą wiedzę o etymologii swego imienia, którą jednak na szczęście opatrzył sprostowaniem: „Na pozór tylko wariat mógłby w to uwierzyć / Albo wariatka, / Że Jacek / Wywodzi się od kwiatka”.

Ludwik Jerzy Kern (urodzony w 1920 r.), autor wierszy, fraszek, skeczy, anegdot, powiedzonek, książek dla dzieci (m.in. o przygodach kapitana Ali i porcelanowym słoniu Dominiku, który urósł do zwykłych dla słoni rozmiarów), tekstów kabaretowych, a także wielu piosenek (w tym wielu przebojów, takich jak „Nie bądź taki szybki Bill” czy „Cicha woda”), mąż Marty Stebnickiej, przez pół wieku redaktor „Przekroju”, twórca jego słynnej ostatniej strony, ojciec Falczaka i Falczakowej. Niezrównany rymopis, pojmowany jednak pozytywnie – jego rymy tryskają niepowtarzalnym humorem, wdziękiem i ironią. Mistrz pure nonsensu.

Laureat przyznawanego przez dzieci Orderu Uśmiechu, jeden z niewielu, któremu faktycznie ów niezwykły order się należy.

Teraz, w miejskie lato, autor przede wszystkim piosenki prostej, a łzy wyciskającej:

„Lato, lato, lato czeka,
razem z latem czeka rzeka,
razem z rzeką czeka las,
a tam ciągle nie ma nas”.
JB



KORNHAUSER Julian – urodził się w 1946 r. w Gliwicach. Jak wielokrotnie później wspominał, pierwszych osiemnaście lat życia na „realistyczno-magicznym” Śląsku miało ogromny wpływ na jego dalsze losy i twórczość.

„Pokrzywy i olchy,
woń mleczów i ciasta,
płonie dzieciństwo, rośnie smolna kulka,
nie kończąca się szosa,
śmigające rowery, słoje pełne
grylażowych cukierków, w białych workach mąka”.

W 1965 r. przyjechał do Krakowa na studia z zakresu filologii serbsko-chorwackiej. W 1970 r., po uzyskaniu magisterium, podjął pracę wykładowcy w Instytucie Filologii Słowiańskiej UJ, z którym związany jest do dziś.

Debiutował jako poeta w 1966 r. Dwa lata później znalazł się wśród założycieli grupy poetyckiej „Teraz”. Pierwszą książkę poetycką „Nastanie święto i dla leniuchów” wydał w 1972 r. Kolejny tom „W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów” został w znacznej mierze okaleczony przez cenzurę. Usunięte wiersze Kornhauser wydał samodzielnie jako tom „Zabójstwo”. Wydany w 1973 r. był prawdopodobnie pierwszą polską książką samizdatową. Za podpisanie Memoriału 59 przeciwko zmianom w konstytucji był w latach 1975–77 objęty zakazem druku. Kolejne tomy poetyckie publikował zarówno w oficjalnych wydawnictwach (m.in. „Stan wyjątkowy”, „Zjadacze kartofli”, „Zasadnicze trudności”, „Hurrraaa!”), jak i w drugim obiegu („Każdego następnego dnia”, „Inny porządek”). Jego wiersze z lat 70. i 80. są bardzo silnie nacechowane tematyką polityczną i społecznym zaangażowaniem. W porównaniu z wierszami rówieśników, jego wiersze wyróżniają się bezpośredniością wyrazu, ostrością sformułowań i poetycką bezkompromisowością. Tomy z tego okresu zaliczane są do najważniejszych poetyckich dokonań generacji Nowej Fali. Sam Kornhauser w jednym z wywiadów stwierdził, że dzisiaj reaguje alergicznie na pytania o związki z tym nurtem, gdyż zubaża to odczytanie jego wielostronnej twórczości. W latach 70. napisał również dwie powieści, przez krytykę najczęściej odczytywane jako próba realizacji głównych postulatów Nowej Fali. W wierszach z lat 90. zbliżył się w stronę problematyki osobistej. Najnowszy tom „Origami” łączy wątki prywatne z zaangażowaniem w najważniejsze współczesne problemy społeczne. W oszczędnie i precyzyjnie zapisanych wierszach tego tomu, mimo wyraźnych przemian poetyckich, odnaleźć można obecne w całej twórczości poety siłę i jasność obrazowania, wyczulenie na obłudę i gotowość zanurzenia w codzienności. Kornhauser jest także autorem wierszy dla dzieci.

„są mądrzejsze od nas
wiedzą wszystko
nawet n i c ma dla nich barwę kasztana”.

Kornhauser jest wraz z Adamem Zagajewskim autorem „Świata nie przedstawionego” – być może najgłośniejszej w dziejach polskiego piśmiennictwa książki krytycznoliterackiej, która została odczytana jako manifest programowy ówczesnego młodego pokolenia literackiego. Napisał także wiele innych artykułów i książek historycznoliterackich i krytycznoliterackich, z których większość dotyczy współczesnej poezji krajów byłej Jugosławii. Jest też autorem książki o Zbigniewie Herbercie „Uśmiech Sfinksa”. Osobną część twórczości Kornhausera stanowi jego praca przekładowa. Tłumaczy wiersze poetów bałkańskich, opublikował m.in. wybory wierszy J. Ostiego, D. Maticia, S. Mihalica, M. Ristica, S. Tonticia. Opracował także antologie poetyckie „Tragarze zdań” oraz „Lament nad Sarajewem”.
MM



KRUPNICZA 22 – w styczniu 1945 r. krakowski oddział Związku Literatów Polskich otrzymał od władz przydział na kamienicę przy ul. Krupniczej 22. W czasie wojny mieścił się w niej niemiecki hotel i piwiarnia – na parterze, urządzona wedle niemieckiego gustu (drewniane przepierzenia, ławy, stoły – istniały aż do nowoczesności metalowych rurek, jako anachroniczne zostały wyrzucone i zniszczone). W roku 1995 kamienica się częściowo prywatyzuje, właścicielka nie chce słyszeć o literatach ani ich zasłużonej historii. Starania o urządzenie pod numerem 22 Muzeum Literatury nie dają efektu. Miasto też nie chce literatów. Trwają burzliwe przemiany ideowo-ustrojowe, ostatni pisarze w popłochu opuszczają gmach (innego wyjścia nie ma). Mijający dziś w pośpiechu numer 22 przechodnie zatrzymują oko na barze wegetariańskim. Jest miły i schludny, wygląda higienicznie, w środku kafelki, suche bukiety i zdrowe sałatki. Zacisznie, młodzieżowo. Zamknęło się koło historii, dom posiada co prawda legendę, ale pisaną, nie muzealną. Pisał o nim Czesław Miłosz w Roku myśliwego jako o obrazie prawdziwego końca świata, który właśnie nadszedł, w r. 1945. A także jako o temacie na wielką powieść katastroficzną. Pisał Sławomir Mrożek, w Baltazarze (niegdyś mieszkaniec ostatniego piętra w oficynie), iż literaci dostali wraz z domem obficie zaopatrzoną w trunki piwnicę; zatem nie mogli się z niego wynieść, póki wszystkiego nie wypili. Co się dokonało. Z domu wylewają się oknami anegdoty, ale nikt ich nie zbiera, co więcej, mało kogo interesują. Zapisał je Tadeusz Kwiatkowski, ale jego znowuż nikt nie czyta.

W domu rządziły na początku literackie kobiety: Maria Kazimierzowa Brandysowa, Ewa Otwinowska, Zofia Brezowa. Podawały do stołu, prowadziły stołówkę. Za barem stała moja mama Jadwiga Wykowa i żona krytyka Starosta, Lena Starostowa. Młodziutka lwowianka, Jadzia Bandurowa, też kelnerowała, zanim nie została żoną znanego rzeźbiarza. Straszni mężowie pili wódkę i organizowali. Panowała symbioza: katolik Kisielewski najmocniej ścierał się z komunistą Polewką, ale potem pospołu zabierali się do konsumpcji.

Lola zwana Lolitką (Surówka Karolina) zawsze siedziała w służbowej loży. Siedząc tam niezmordowanie, stała się bohaterką skeczów i parodii Bronisława Maja. Tym sposobem najmłodsze pokolenie łączyło się z przeszłością. Tańce, hulanki, swawole, jak to przed katastrofą. Dygat z Otwinowskim tańczą ludowe tańce. Reszta pisze kuplety, przyśpiewki oraz prawdziwe dzieła.

Kiedy łódź przejmuje część populacji literackiej skład osobowy Krupniczej zmienia się. Zamieszkują ją Szymborska, Nowak, Lipska, Sadaj, Ziemianin, Balbus i wielu innych. Stołówka kwitnie, toczy się w niej życie nadziemne i konspiracyjne, rozmawia się o wiele dłużej niż trwa obiad. Czasem wpada Filipowicz albo Szczepański. Zdyscyplinowani mieszkańcy domu podtrzymują rytm życia i zasady: rodzina Kwiatkowskich (Maria, Jerzy, Ania, Krzysztof, babcia Podraza) zawsze o tej samej godzinie spożywa posiłek. Prezesi się zmieniają, Kwiatkowscy trwają jak opoki.

Przychodzi stan wojenny i okazuje się, że pierwszeństwo w korzystaniu ze stołówkowego stołu mają literaci, którzy zapisali się do tak zwanego neo-Zlepu (czyli nowego ZLP). Podnosi się mały bunt wewnętrzny. Widać zresztą gołym okiem, że stołówka zbliża się do kresu, a wraz z nią dom. Literaci jeszcze przed r. 1980 otrzymują nową, piękną siedzibę przy ul. Kanoniczej 7. Otwiera ją Edward Gierek wraz z partyjną świtą. Odgrywa się ciekawe widowisko, bo dom roi się z tej nadzwyczajnej okazji od ochroniarzy i ubeków. Ale nic się dramatycznego nie zdarza. A tymczasem Krupnicza 22 odchodzi w zapomnieniu. Nikt jej nie chce. Ani władze miasta, ani właścicielka, przeciwniczka literackich orgii. Czyżby je znała? Kolejne petycje i audiencje zostają załatwione odmownie. Wydanie wyroku nie jest spektakularne. Na Krupniczą chodzi się dalej do baru wegetariańskiego. Zatem dom numer 22, już w charakterze wykopaliska kulturalnego, posłuży kiedyś młodym antropologom jako temat ich badań. Ale na to trzeba będzie poczekać.    
MW



KRYNICKI Ryszard – ur. w 1943 r. w Austrii, dokąd jego rodzice zostali wywiezieni na roboty przymusowe.

„Ponieważ urodziłem się w czasie wojny w Austrii
moi wiejscy koledzy z Polski przezywali mnie: Kangur.
Choć i tak częściej byłem dla nich Ruskiem, Szwabem, Żydem”.

Szkołę średnią kończył w Gorzowie, następnie studiował polonistykę na UAM w Poznaniu. W latach 60. był związany z grupą poetycką „Próby”. Był bibliotekarzem w Bibliotece Kórnickiej, należał do zespołu redakcyjnego „Nurtu” i „Studenta”. Jego pierwsze tomy poetyckie zaliczano do nurtu poezji lingwistycznej. Uznaje się go za jednego z najważniejszych reprezentantów Nowej Fali. Jednym ze źródeł jego poezji była niezgoda na przekłamania oficjalnego języka, powszechny konformizm i zniewolenie umysłów.

„Spostrzegłem, że od pewnego czasu,
kiedy właściciel zagwiżdże na psa,
to odwraca się większość przechodniów”.

Związany z opozycją demokratyczną, był jednym z sygnatariuszy Memoriału 59 przeciwko projektom zmiany konstytucji. W 1976 r. został objęty zakazem druku. W tym samym roku otrzymał nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Jako jeden z pierwszych polskich twórców zaczął samodzielnie wydawać swoje utwory. Był członkiem redakcji drugoobiegowego „Zapisu”. Inaczej niż wielu innych poetów swojego pokolenia, pozostał w kraju.

„W kraju? Tak, zostałem w kraju.
Różne są rodzaje i miejsca
Wygnania”.

Od 1991 r. wraz z żoną prowadzi wydawnictwo a5, specjalizujące się w publikowaniu poezji. W 1998 r. osiadł na krakowskim Podgórzu. W przeciwieństwie do wielu innych pisarzy prowadzących wydawnictwo, nie traktuje go jako okazji do promowania własnej twórczości. Przez kilkanaście lat prowadzenia oficyny opublikował w niej tylko jeden własny tom. Jako redaktor prowadzi serię „Biblioteka poetycka”, w której przygotował m.in. wybory wierszy Zbigniewa Herberta i Wisławy Szymborskiej, a ostatnio wiersze zebrane Barańczaka. Tłumaczy poezję niemieckojęzyczną – Celana, Sachs, Brechta, Trakla, Enzensbergera, Hölderlina.

W każdym ze swych literackich wcieleń – jako poeta, tłumacz i redaktor – słynie z powolnej, precyzyjnej i przemyślanej pracy nad tekstem. Ostatni tom poetycki ukazał się po kilkunastu latach milczenia, ważniejszym zbiorom przekładów (Celan, Sachs) również poświęcał długoletnią i drobiazgową pracę. Bywa nazywany poetą milczenia, ze względu na rzadkie publikowanie i lakoniczny charakter wielu wierszy (rzeczywiście, niewielu jest poetów, których aż sześć wierszy można przytoczyć w całości w tak krótkim tekście informacyjnym). Fascynuje się i niekiedy wzoruje na poezji haiku. Jest poetą precyzji, zamykającym mnogie treści w kunsztownej i zwartej frazie. Swoją poezję definiuje jako esprit de l’escalier – nie tylko wynika ona z pewnej powolności, ale i jest na nią jedynym remedium.

„Niestety mam spóźniony refleks.
Dlatego lubię wysokie schody.
Dlatego niekiedy piszę”.

Krynicki to pisarz świadomie odcinający się od pośpiechu dzisiejszego życia zarówno literackiego, jak i codziennego.

„Z gazet czytam już tylko nagłówki w kiosku, gdy płacę za bilet.
Za odłożoną kasę kupię w taniej jatce
Niejedno dzieło, bestseller sprzed roku”

Jest postacią jakby wziętą z innej, lepszej epoki – człowiekiem rozwagi, sumienności, namysłu i precyzji. Zdaje sobie sprawę, że kultywowane przez niego wartości nie należą do najbardziej dzisiaj cenionych, a jego zainteresowania literackie rozmijają się z literackim mainstreamem.

„Najlepiej sprzedaje się underground.
Mało kogo obchodzą zapiski z podziemia”.

A jednak kolejnymi książkami, które są efektem jego pracy poetyckiej, translatorskiej czy redakcyjnej, Krynicki udowadnia, że nawet w dzisiejszej epoce rzetelność może triumfować nad pośpiechem, a precyzja słowa nad gadatliwością. Otoczony wyznawcami współczesnych bożków w tramwaju nr 8 w godzinach szczytu powiada:

„Dziękuję, postoję, jestem jeszcze na chodzie”.

MM



KUCZOK Wojciech (ur. 1972) prozaik, poeta, scenarzysta i krytyk filmowy, notoryczny mąż i ojciec, speleolog. Najbardziej utytułowany twórca z roczników 70., zdobywca Nagrody Nike i Paszportu Polityki. Pochodzi ze Śląska i przez lata działał w tamtejszym środowisku literackim; między innymi związany był z grupą poetycką Na Dziko (wydał tom wierszy „Opowieści samowite”). Jednak sporo czasu spędził także w Krakowie, zwabiony prężnością działań środowisk młodoliterackich i urodą kobiet, której jest wyrafinowanym koneserem. Pomieszkiwał między innymi w Żaczku i Domu Norymberskim, bratał się, choć umiarkowanie, z krakowskimi literatami, publikował regularnie w „Tygodniku Powszechnym”.

Sławę i pieniądze przyniosła Kuczokowi powieść „Gnój”, w której w przejmujący sposób opisał tradycyjny model rodziny i równie tradycyjny sposób wychowywania dzieci za pomocą pejcza, wizjonersko przewidując pewne punkty reformy edukacyjnej wprowadzanej w życie przez ministra Giertycha. Wariacją na temat tej książki jest film Magdaleny Piekorz „Pręgi” (Kuczok napisał jego scenariusz i sam wystąpił w epizodycznej roli), który sporo namieszał w polskiej kinematografii. Kuczok pisze też wyrafinowane stylistycznie opowiadania (tomy „Opowieści słychane”, „Widmokrąg” i „Opowieści przebrane”), nieco Gombrowiczowskie, nieco neurotyczne, lecz niezmiennie frapujące. Jest nie tylko świetnym stylistą, ale równie wybornym piłkarzem oraz zagorzałym kibicem – nie raz i nie dwa można go było zobaczyć z kibicowską, biało-czerwoną czapką na głowie. Zasłynął z umiejętności gry na instrumentach klawiszowych, czego dowody niejednokrotnie dawał w krakowskich lokalach, oraz z licznych, nieusprawiedliwionych nieobecności na własnych spotkaniach autorskich, czego dowody dawał głównie poza Krakowem. Lubi zaszyć się w jaskini.    
RO



KWIATKOWSKI Jerzy (1927–1986) historyk literatury i krytyk literacki, prawdziwy miłośnik poezji, za co przychodziło mu nieraz przepraszać (por. szkic otwierający książkę „Wrażliwość zamknięta i wrażliwość otwarta, czyli przepraszam, że lubię poezję”).

Urodził się w 1927 r. w Warszawie. Tam też przed wojną uczęszczał do szkoły powszechnej, a w czasie okupacji kontynuował naukę na tajnych kompletach Gimnazjum i Liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego. Jako żołnierz Armii Krajowej brał udział w powstaniu warszawskim. W latach 1945–51 studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego kariera zawodowa związana była, w trudnych czasach stalinowskich, z Krakowską Pracownią Bibliograficzną IBL, a następnie z Wydawnictwem Literackim, Instytutem Badań Literackich PAN i dwukrotnymi pobytami w uniwersytecie w Clermont-Ferrand, gdzie był wykładowcą literatury i kultury polskiej. Dorobek Kwiatkowskiego – historyka literatury zwieńczony został książkami monograficznymi poświęconymi twórczości Leopolda Staffa, Jarosława Iwaszkiewicza i Juliana Przybosia oraz podręcznikiem akademickim „Literatura Dwudziestolecia” (wydanym już pośmiertnie). Pierwszym trybem lektur Kwiatkowskiego był jednak zawsze tryb krytycznoliteracki (choćby pomysł na książkę „Świat poetycki Juliana Przybosia” zrodził się w trakcie lektur krytycznych, w tekście „W głąb Przyboś” zamieszczonym w książce „Remont Pegazów”). Podstawowy krąg jego zainteresowań czytelniczych skupiony był wokół polskiej poezji powojennej oraz współczesnej poezji francuskiej (plonem tych ostatnich pasji okazała się książka „Poezje bez granic”). Kwiatkowski – krytyk literacki jest autorem wpływowego określenia „wizja przeciw równaniu” (z tekstu pod tym tytułem, drukowanego w 3 numerze „Życia Literackiego” z roku 1958), które zapłodniło myślenie o polskiej poezji aż po dzień dzisiejszy. W latach 50. opowiedział się po stronie wizji, wyobraźni (przeciw równaniu), tworząc projekt nadrealistycznego zmysłu, wrażliwości estetycznej (szczególnie w książce „Klucze do wyobraźni” z 1964 r.). Pomimo bardzo wyraźnie sformułowanego projektu krytycznoliterackiego umiał jednak Kwiatkowski zachować zasadniczą, podstawową otwartość lekturową, której wyrazem jest niewątpliwie kategoria „szerokiej wrażliwości estetycznej” (sformułowana w sposób najbardziej wyrazisty w przywoływanym tekście „Wrażliwość zamknięta i wrażliwość otwarta, czyli przepraszam, że lubię poezję”, ale powracająca na przestrzeni całego tego krytycznego dzieła). Można rozumieć tę kategorię – historycznie – jako odpowiedź na jeden obowiązujący ówcześnie (ideologiczny) model literatury i czytania literatury, ale także na sposób bardziej zasadniczy – jako ostrzeżenie przed wszelkiego rodzaju ideologizmami w czytaniu poezji, jako opowiedzenie się za nieredukowalnie otwartą krytycznoliteracką lekturą. Ta postawa wypracowywana była zaś w – jak ją określił swego czasu ostatni uczeń Kwiatkowskiego, Bronisław Maj – „dziupli”, czyli gabinecie Profesora w mieszkaniu w słynnej kamiennicy ZLP przy ul. Krupniczej 22. Jak dalej wspomina Maj, w owej „dziupli”, wypełnionej po brzegi książkami i dymem papierosowym (z odpalanych jeden po drugim „Extra Mocnych” bez filtra), można było odebrać niezapomnianą lekcję krytycznoliterackiej otwartości. Przez ścianę zaś swoje dzieło wypracowywała żona Profesora, Maria Podraza-Kwiatkowska.   
TCS



LEM Stanisław (1921–2006) pisarz, eseista, publicysta. Mędrzec w wieży – to skojarzenie powracało, kiedy odwiedzałem Lema w jego domu na Klinach. Położony na piętrze gabinet, który pisarz rzadko w ostatnich latach opuszczał, nie był jednak wieżą z kości słoniowej, znakiem wyniosłej izolacji od świata. Lem nie przestawał śledzić nowych odkryć nauki, przemian w literaturze ani wydarzeń politycznych, choć te często budziły w nim bezsilną furię. Świat zresztą sam do niego przychodził: w postaci wielojęzycznych periodyków, telewizji satelitarnej, gości z rozmaitych stron.

W Krakowie mieszkał od sześćdziesięciu lat, wyjąwszy kilkuletni pobyt w Wiedniu po wprowadzeniu stanu wojennego, nigdy jednak nie czuł się do końca krakowianinem; miastem, które naprawdę uważał za swoje, był Lwów. Tam właśnie urodził się jako syn wziętego laryngologa. Lwowskie dzieciństwo jedynaka w zamożnym mieszczańskim domu, amatora chałwy, konstruktora aparatów elektrycznych i twórcy „królestwa legitymacyjnego”, znamy z „Wysokiego Zamku”. We wrześniu 1939 świeżo upieczony maturzysta oglądał koniec starego świata. „To było straszne” – wspominał – „widzieć, jak Polska upada”. Potem przyszły kolejne okupacje, studia w Instytucie Medycznym (za czasów sowieckich) i praca w niemieckich garażach (pod rządami Hitlera), wreszcie w 1946 r. wyjazd. Pod Wawelem trzeba było zaczynać życie od nowa.

Młody Lem podjął przerwane studia, ale coraz bardziej wciągała go literatura i ostatecznie porzucił drogę lekarza. Droga pisarza nie była jednak łatwa: ukończony w 1948 r. rozrachunkowy „Szpital Przemienienia” czekał na wydanie siedem lat. Debiutem książkowym Lema stali się więc „Astronauci” (1951), po nich przyszedł „Obłok Magellana” (1955) i do autora przykleiła się etykieta pisarza science fiction, lub, co gorzej, „pisarza dla młodzieży”. A przecież rychło stało się jasne, że chodzi o indywidualność zupełnie wyjątkową, łączącą wiedzę z dziedzin literatom na ogół obcych (matematyka, fizyka, kosmologia, biologia) i horyzonty filozoficzne z wyobraźnią, a talent narracyjny z wynalazczością językową. I że młody pisarz z premedytacją sięga po rozmaite gatunki – od „klasycznej” powieści s-f, poprzez kryminał po bajkę czy oświeceniową powiastkę – wypełniając je nową treścią. Przyszłościowy zaś sztafaż służy zarówno analizie totalitaryzmu, jak i refleksji na temat granic naszego poznania, wolnej woli czy problemu kontaktu z Innym.

„Dzienniki gwiazdowe” (1957), „Eden” i „Śledztwo” (1959), „Pamiętnik znaleziony w wannie” i „Solaris „(1961), „Bajki robotów” i „Niezwyciężony” (1964), „Cyberiada” (1965), „Głos Pana” (1968), „Kongres futurologiczny” (1973), „Katar” i „Maska” (1976) – ciągowi znakomitych, bogatych myślowo, czasem zabawnych, czasem bardzo dramatycznych fabuł towarzyszył nurt drugi, eseistyki filozoficznej. Otwarty „Dialogami” (1957), szybko znalazł kulminację w dziele proroczym, tak jednak gęstym i wielowątkowym, że długo pozostało niedoczytane. To „Summa technologiae” (1964), rzecz o perspektywach rozwoju cywilizacji i relacji między ewolucją technologiczną a biologiczną. Po latach Lem często wracał do zawartych tam prognoz, z mieszaniną satysfakcji i zgrozy konstatując ich spełnianie się.

Był jeszcze ekskurs w dziedzinę teorii literatury („Filozofia przypadku”, 1968) i miażdżące raczej podsumowanie dorobku literatury fantastycznej („Fantastyka i futurologia”, 1970). Oraz kilka książek, w których Lem, jakby znużony układaniem fabuł, bawił się wymyślaniem nowych form. Zabawa ta – w pisanie recenzji z nieistniejących książek („Doskonała próżnia”, 1971) czy też wstępów do nich („Wielkość urojona”, 1973) – nigdy jednak nie była pustą grą, czasem zaś – jak w „Prowokacji” (1984), omawiającej nie istniejące dzieło fikcyjnego uczonego niemieckiego o Zagładzie – dotykała tematów najpoważniejszych.

Znużenie fabułą doprowadziło pisarza do decyzji radykalnej. W latach 80. opublikował jeszcze trzy powieści – „Wizję lokalną”, „Fiasko” i „Pokój na Ziemi” – po czym złamał pióro. Nie do końca oczywiście: lata 90. stały się czasem rozkwitu Lema-publicysty, nowe narracje fabularne już jednak nie powstały, wyjąwszy kilka opowiadań. Autor „Opowieści o pilocie Pirxie” stał się teraz przede wszystkim komentatorem przemian cywilizacyjnych i wydarzeń politycznych. Upadek systemu sowieckiego sprawił, że poglądy, ubierane dotąd w postać dość zresztą czytelnych alegorii bądź formułowane w artykułach „P. Znawcy” na łamach paryskiej „Kultury”, mógł wyrażać otwarcie. Czynił to we wrocławskiej „Odrze”, w lewicowym „Przeglądzie”, przede wszystkim jednak w „Tygodniku Powszechnym” – piśmie, w którym zadebiutował w 1946 r., publikując pierwsze opowiadania i młodzieńcze wiersze. Ostatni felieton podyktowany dla „Tygodnika” był jego ostatnim tekstem; następnego dnia znalazł się w szpitalu, z którego już nie wrócił.

Agnostyk (czy nawet ateusz, jak czasem o sobie mówił) związany przez lata z katolickim pismem; powieściopisarz, którego nazwisko znalazło się w słownikach filozofów współczesnych; prorok nowych technologii, który nie posługiwał się komputerem, choć wiedział wszystko o zasadach jego działania i publikował w fachowych pismach komputerowych – Lem był człowiekiem wielu paradoksów. Najczęściej tłumaczony na inne języki polski pisarz (obcojęzyczne wydania zajmują całą ścianę w jego bibliotece), długo czuł się niedoceniony w kraju. Równocześnie jako jeden z niewielu doczekał się za życia „Dzieł zebranych”. I choć nie są to „Pisma wszystkie” – wypełniły trzydzieści kilka grubych tomów. Ostatnią publiczną imprezą, w której Lem uczestniczył, było właśnie spotkanie z okazji zamknięcia edycji „Dzieł”. Miejsce, na którym wtedy siedział w Sali Mehofferowskiej, jest dziś puste – ale książki pozostały.    
TF



LILLA WENEDA – tytułowa bohaterka tragedii Słowackiego. Anielska i odważna córka Derwida oraz strażniczka jego liry. Dla uczczenia autora tragedii w 1885 r. na Plantach ufundowano jej pomnik, wykonany przez Alfreda Dauna. Stoi do dziś przy ul. Basztowej. Z lekkością i ciszą letniej błyskawicy Lilla Weneda tańczy z lirą w ręku na skwerze okrytym zieloną murawą, w gaju fantazji, po którym lubią spacerować krakowianie.   
AP



LIPSKA Ewa – urodziła się w 1945 r. w Krakowie. Jako piętnastolatka wygrała konkurs poetycki, którego efektem był bardzo wczesny (1961) debiut na łamach „Gazety Krakowskiej”. Po maturze studiowała malarstwo na krakowskiej ASP. Interesowała ją raczej teoria niż praktyka. Na studiach nauczyła się czytania obrazów. Nie maluje (jak sama powtarza, „na szczęście dla polskiego malarstwa”). W okresie studiów zamieszkała w Domu Literatów przy ul. Krupniczej. Pisała powieści, w których łączyła problematykę Hemingwaya z frazą Faulknera („bardzo długie i bardzo złe”). W 1967 r. ukazał się jej pierwszy tom poetycki Wiersze, który otwierał słynny wiersz My, do dziś budzący w poetce głębsze opory, po pierwsze dlatego, że nie zgadza się już z niektórymi jego tezami, ale przede wszystkim dlatego, że wciąż bywa odczytywany jako manifest pokoleniowy. Lipska zaś do żadnych związków pokoleniowych się nie przyznaje. Nigdy nie należała do żadnej grupy literackiej, o samej sobie mówi, że jest „towarzyskim samotnikiem”. Protestuje przeciwko zaliczaniu jej do Nowej Fali, chociaż krytycy znajdują do tego powody nie tylko metrykalne. Najczęściej przytaczanym i być może najsłuszniejszym głosem w dyskusji o przynależności pokoleniowej Lipskiej jest decyzja Tadeusza Nyczka, który, owszem, umieścił jej wiersze w antologii poezji Nowej Fali, ale wyłącznie w aneksie.

W latach 1970–80 pracowała w Wydawnictwie Literackim jako redaktor w dziale poetyckim. Szczególnie niemiło wspomina pisanie recenzji wewnętrznych. Kontynuowała twórczość poetycką, regularnie wydając kolejne znakomicie przyjmowane tomy wierszy. Była członkiem zespołu redakcyjnego miesięcznika „Pismo”. Wyjeżdżała na stypendia literackie do Stanów Zjednoczonych i do Berlina Zachodniego. Na początku lat 90. należała do zespołów redakcyjnych „Arki” i „Dekady Literackiej”. W 1991 r. wyjechała do Wiednia, gdzie była wicedyrektorem, a następnie dyrektorem tamtejszego Instytutu Polskiego. W 1997 r. po zakończeniu pracy w Instytucie zdecydowała się jeszcze przez kilka kolejnych lat pozostać we Wiedniu. Na dobre do Krakowa powróciła w 2002 r. Jak sama powiedziała, nie czuła, że skądkolwiek powraca, bo zawsze miała wrażenie, że „Kraków to duża dzielnica Wiednia”.

W przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników, Lipska ani nie zamilkła, ani nie zmniejszyła częstotliwości publikowania, ani też nie obniżyła lotów. Niemal co roku wydaje nowy, nieodmiennie znakomity, tom poetycki. Praktycznie nie zajmuje się innymi rodzajami pracy literackiej – nie pisuje artykułów krytycznoliterackich, nie zajmuje się przekładami. Wyjątek stanowią poetyckie felietony w miesięczniku „Kraków”. Spośród innych okołoliterackich aktywności wymienić można chyba jeszcze tylko wykłady, jakie prowadziła w Studium Literacko–Artystycznym UJ.

Po jej wiersze chętnie sięgają muzycy – śpiewali je m.in. Marek Grechuta, Skaldowie i Grzegorz Turnau. Anna Szałapak nagrała całą płytę do wierszy Lipskiej. Przed laty poetka pisywała również teksty dla zespołu Wawele (jak sama to określa, była tam „kierownikiem literackim”).

Za twórczość poetycką Lipska otrzymała wiele nagród literackich. Poetka raczej nie bywa na uroczystych galach z okazji przyznania nagród literackich. Nie zasiada w żadnych przyznających nagrody gremiach. „Sztuka to nie zawody sportowe”, powiada.

Nie unika odpowiedzi na fundamentalne pytania. Jak żyć? „Należy czytać >>Próby <
MM



LISOWSKI Krzysztof (ur. 1954) absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, poeta, krytyk literacki. Debiutował w 1972 r. na łamach „Życia Literackiego”. Wydał między innymi tomy: „Próba obywatelstwa” (1975), „Drzewko szczęścia” (1980), „Wiersze i epitafia” (1984), „Światło lasów” (1996), „Przechodzenie przez rzekę” (1997), „Stróża. Wiersze ze światła” (2002), „Feng shui dla bezdomnych” (2003), „Niewiedza”(2007). Laureat licznych nagród (między innymi Nagrody im. A. Bursy, im. S. Piętaka oraz Nagrody Miasta Krakowa). Lisowski – jak zapisał Jerzy Gizella – „od debiutu utrzymuje tę samą, konsekwentną, metafizyczną kondycję: wierność klasykom i stylowi wysokiemu.” Jego liryka, precyzyjna, dystyngowana, o tematyce prawie zawsze poważnej, niekiedy także o inklinacjach publicystycznych, jest zdominowana przez klarowne obrazy, nierzadko stanowiące połączenie żywiołowej sensualności z chłodnym, uświęcającym dotykiem metafizyki: „widziałem czysty płomień / palono pudła po sukniach / pod uschłym drzewem na skraju ulicy / z tego ognia wstawała kobieta” („List drugi; śniony”). Lisowskiego zajmują punkty styczne między tym, co minione, a tym, co bieżące, dąży do osiągnięcia balansu między obrazem i słowem, przemieszcza się po linii oddzielającej indywidualne od powszechnego.

Jako krytyk współpracuje z „Twórczością”, „Kresami”, „Dekadą Literacką”, „Krakowem” czy „Nowymi Książkami”. Mieszka w Krakowie, gdzie (od równych trzydziestu lat) pracuje w Wydawnictwie Literackim.    
RH



LOKATOR – pub na krakowskim Kazimierzu, najważniejsze miejsce spotkań środowisk młodoliterackich. Otworzył go 6 lat temu znany krakowski grafik PIO (czyli Piotr Kaliński) wraz ze swoją matką Teresą (czyli matką PIO, nie mylić z ojcem). Lokator najpierw znajdował się przy ul. Krakowskiej 10, potem przeniesiony został do Domu Norymberskiego przy ul. Krakowskiej 27. Początkowo uznawany był za knajpę ludzi ze środowiska „Ha!artu”, którzy jednak szybko pożeglowali w inne strony miasta w poszukiwaniu przestrzeni bardziej modnych, magicznych i kultowych (złośliwcy szeptali, że prawdziwym powodem zerwania z Lokatorem były niespłacone „kreski”).

W Lokatorze odbywają się regularnie nie tylko mniej lub bardziej oficjalne spotkania z młodymi (przeważnie) gwiazdami prozy, poezji i dramatu, ale również pokazy ambitnego kina, wystawy wszelkiej maści dzieł plastycznych, koncerty efemerycznych składów muzycznych; można tu także poczytać książki i czasopisma w otwartej niedawno czytelni. Największą jednak atrakcją pubu jest możliwość obserwacji, a nawet poznania, dobrze lub źle zapowiadających się pisarzy, krytyków czy literaturoznawców, z równą bezkompromisowością dyskutujących o kondycji polskiej literatury (z przewagą narzekań na jej beznadziejny, nieomalże przedzawałowy, stan) i pijących rozmaite alkohole (z przewagą wybornych, podbijających rynki europejskie, produktów polskich browarów), co często prowadzi do licznych sporów oraz zerwań sojuszy literacko-środowiskowych bądź związków damsko-męskich.

„Starszaki” z zasady omijają Lokatora; Marcin Świetlicki zarzekał się nawet ponoć, że jego noga nigdy w tym miejscu nie postanie. Od każdej reguły są jednak wyjątki, więc przy odrobinie szczęścia można jednak natknąć się tam na pląsających w późnych godzinach nocnych profesorów UJ albo laureatów Nagrody Nike grających na rozstrojonym pianinie. Podczas spontanicznie rozkręcanych imprez artystyczno-literackich pojawiają się w Lokatorze od czasu do czasu między innymi Wojciech Kuczok, Sławomir Shuty, Adam Wiedemann czy Piotr Marecki.    
RO



MACIĄG Włodzimierz (ur. 1925) krytyk literacki, historyk literatury, prozaik. Od pięćdziesiątych lat pracował w redakcji tygodnika „Życie Literackie”, gdzie kierował działem krytyki. Przez trzydzieści bez mała lat „Życie Literackie” było popularne zwłaszcza wśród nauczycieli i uczniów szkół średnich, właśnie dzięki ciekawym inicjatywom Maciąga, takim jak choćby seria artykułów, zamawianych u młodych adeptów krakowskiej polonistyki, „Autorzy naszych lektur”, wydanych potem kilkakrotnie jako osobne wydawnictwo. Ta popularyzatorska pasja Maciąga widoczna jest w jego pracy edytorskiej, w licznych wstępach do wyborów dzieł poetów i prozaików polskich, w przygotowaniu wydania „Małego słownika pisarzy polskich”, cz. II, obejmującego ponad 700 haseł osobowych dotyczących autorów czynnych twórczo od 1918 r. aż po lata 70. Można też śmiało powiedzieć, że był wychowawcą kilku pokoleń krakowskich krytyków literackich, inspirując ich i niejednokrotnie pomagając w publikacjach na łamach „Życia Literackiego”. Stojąca w pokoju, w którym pracował, szafa pęczniała od nowości wydawniczych przysyłanych wówczas systematycznie i obficie przez czołowe wydawnictwa. Mogła być więc niewyczerpanym źródłem zamawianych przez Maciąga recenzji.

Z biegiem lat zainteresowania Maciąga przesuwały się coraz bardziej w stronę historii literatury. Oprócz opublikowanych szkiców krytycznoliterackich („Opinie i wróżby”, 1963, „Sprawa literatury”, 1970, „Nasz chleb powszedni”, 1996) jest autorem monografii twórczości Marii Dąbrowskiej i Stefana Żeromskiego oraz podręczników akademickich, „Literatura Polski Ludowej” (1973) i trzeciej części „Zarysu literatury polskiej”, obejmującej dorobek lat powojennych, 1939–1966. Naturalną koleją rzeczy było zatem, że w drugiej połowie lat 70. zrezygnował z kierowania działem krytyki i stał się pracownikiem naukowym UJ. Z redakcją „Życia Literackiego” rozstał się na dobre na początku stanu wojennego, wraz z grupą kolegów, którzy nie poddali się weryfikacji.

W r. 1983 został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Za dzieło jego życia można uznać ukończoną pod koniec 1991 r. książkę „Nasz wiek XX. Przewodnie idee literatury polskiej”. Jak sam tytuł wskazuje, Maciąga interesuje najbardziej ideowy aspekt literatury, co zresztą widoczne było we wcześniejszych jego tekstach. Analizując dzieła najwybitniejszych polskich twórców, tropi w nich ślady kryzysu kultury jako zjawiska najbardziej charakterystycznego dla naszego stulecia, nie bez powodu nazwanego wiekiem ideologii. I chociaż polska świadomość społeczna zatruta został wyziewami dwóch totalitaryzmów, to jednak, jak zauważa Maciąg, „toksyny totalitaryzmu mają swoje naturalne środowisko w społeczeństwie masowym i wzory zniewolenia nie muszą dojrzewać poza obszarem narodowej kultury”. Odnosząc się do literatury politycznego przełomu lat 80. i 90. sformułował, jak się po latach wydaje trafną, diagnozę, że „burzliwe i tak nieoczekiwane wydarzenia historyczne ostatnich lat nie zintensyfikowały życia literackiego, nie wyłoniły także nowych, wybitnych nazwisk autorów”, choć z perspektywy dnia dzisiejszego należałoby zapewne poddać ją pewnym modyfikacjom.    
BR



MAJ Bronisław – poeta bardzo krakowski, choć urodził się w Łodzi w 1953 r. Do Krakowa przyjechał w 1972 r. na studia polonistyczne i pozostał tu na stałe. Jest człowiekiem wielu talentów i zatrudnień. W takich przypadkach zrozpaczeni encyklopedyści piszą, że „imał się różnych zajęć”. Z pełną świadomością, że Maj prawdopodobnie ukrywa jeszcze niejeden talent, spróbujmy wyliczyć te, które dotąd zechciał zaprezentować szerokiej publiczności.

Po pierwsze, Maj jest wybitnym i uznanym poetą. Debiutował jeszcze w 1970 r. na łamach „Poezji”. Na debiut książkowy przyszło mu czekać kolejnych dziesięć lat. Jego poezja idzie od samego początku własną drogą, unikając odniesień pokoleniowych czy programowych manifestów. Za twórczość poetycką otrzymał wiele nagród m.in. Fundacji im. Kościelskich i PEN Clubu. Jego wiersze tłumaczono na kilkanaście języków obcych.

Pozostałe zatrudnienia trudno uszeregować względem ich ważności, kolejne wcielenia wyliczam więc w porządku alfabetycznym:

•    Akademik. Od 1979 r. wykłada na polonistyce. W 1988 r. uzyskał tytuł doktora. Wykłada literaturę współczesną. Jest jednym z inicjatorów założenia Studium Literacko–Artystycznego, czyli pionierskiej polskiej katedry „creative writing”.

•    Aktor filmowy. Grał w kilku filmach, zasłynął rolą starej kloszardki w filmie „Kraj świata” Marii Zmarz–Koczanowicz.

•    Aktor teatralny. Był członkiem zespołu Teatru KTO, ostatnio zagrał w przedstawieniu „Urodził się i to go zgubiło” na podstawie Becketta w reżyserii Antoniego Libery.

•    Autor utworów scenicznych. Napisał szereg tekstów dla wspomnianego KTO, a także m.in. parafrazę „Żab” Arystofanesa dla Teatru Narodowego.

•    Budowniczy dekoracji teatralnych. Raz jeszcze Teatr KTO.

•    Dubbingowiec. W czasie kręcenia filmu dokumentalnego o szatniarce z Domu Literatów przy ul. Krupniczej z przyczyn technicznych zmuszony był podkładać głos owej szatniarki. Nikt się nie zorientował (dobry dubbingowiec zawsze pozostaje na drugim planie), co zapoczątkowało jego karierę kabaretową.

•    Felietonista. Pisywał do „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” i „Charakterów”. Wydał zbiór felietonów „Kronika wydarzeń artystycznych, kulturalnych, towarzyskich i innych”.

•    Imitator głosów. Specjalność: Władysław Gomułka.

•    Jeden z dwóch na słońcach swych przeciwnych bogów. Ze Stanisławem Barańczakiem przez cały wieczór rozmawiali kiedyś improwizowanym jedenastozgłoskowcem. Trzynastozgłoskowcem też potrafi.

•    Kabareciarz. Kreuje wspomnianą szatniarkę z Domu Literatów. Humor mimiczno–sytuacyjny dla wyższych sfer.

•    Krwiożerczy erudyta. Poraża ilością znanych na pamięć wierszy i cytatów. Znane ofiary: Michał Paweł Markowski i Jacek Podsiadło.

•    Muzyk. Wyjeżdżając do Krakowa, pozostawił za sobą wspaniale się zapowiadającą karierę gitarzysty rockowego.

•    Osobowość sceniczna. Jak wielu wybitnych ludzi sceny uparcie twierdzi, że w młodości był chorobliwie nieśmiały.

•    Poeta niepoważny. Barańczak pisał kiedyś, że Maj pisze rzadko, bo „nie potrafi pisać wierszy błahych”. Od czasu tamtej wypowiedzi zdążył już tę umiejętność posiąść i stał się filarem krakowskiej szkoły nonsensu.

•    Redaktor naczelny. Był założycielem i szefem pisma mówionego „NaGłos”(1983–89), a w latach 1990–97 jego wersji drukowanej.

•    Scenarzysta. Jest autorem kilkunastu scenariuszy filmów fabularnych i dokumentalnych.

•    Story-teller. Król anegdoty, mistrz pointy. Narzeka się często na brak werwy narracyjnej u polskich prozaików. Pozostaje czekać na powieść Maja.

•    Tekściarz. Autor szlagierów młodzieżowych (ostatnio m.in. do muzyki Grzegorza Turnaua). Tłumaczył libretta operowe.

•    Totemista. „Bronisław Maj ma w domu stałą wystawę 556 przeważnie indiańskich faj”. Bez tej informacji, ujawnionej przez Barańczaka w demaskatorskim cyklu „Mielona Gęś”, portret Maja pozostałby niepełny.   
MM



MARECKI Piotr (ur. 1976) zwany „lokomotywą roczników 70.”, który bez fałszywej skromności może powiedzieć: „‘Ha!art’ to ja!”. Z wykształcenia polonista i filmoznawca (z doktoratem), animator kultury i organizator, autor książki o czasopismach kulturalnych „Pospolite ruszenie”, redaktor i współredaktor kilku książek (choćby „Tekstyliów” czy „Frustracji”), redaktor naczelny „Ha!artu”. Bez mrówczej pracy Mareckiego na pewno młoda literatura wyglądałaby inaczej, bo umożliwił zaistnienie wielu nowym autorom, dopomógł kilku w odniesieniu sukcesu (na przykład Shutemu czy Witkowskiemu). Na plus należy też zapisać mu, że przyczynił się do spopularyzowania twórczości „źle obecnych” pisarzy bądź już nieżyjących (Stanisław Czycz), bądź będących w wieku senioralnym (Marian Pankowski).

Marecki jest niezwykle kreatywny, zdolny do wymyślania dziesiątków nowych haseł i nurtów w kulturze. Jednocześnie należy do postaci kontrowersyjnych, bo cierpi na zadziwiającą krótkowzroczność, która często nie pozwala mu na zauważanie dokonań ludzi spoza środowiska „Ha!artu”, a także nadmiernie przywiązuje się do swoich pomysłów, nawet tych chybionych.

W notce biograficznej zamieszczonej w „Tekstyliach-bis” Marecki informuje, że „pisze felietony o tematyce kulturalnej do ‘Gazety Wyborczej’ w Krakowie”, choć właściwie są to jedynie plotkarskie teksty, w których „robi dobrze” swoim kumplom.
RO



MARKIEWICZ Henryk (ur. 1922) historyk i teoretyk literatury. Markiewicz urodził się w Krakowie i mieszka tu do dziś – z tym miastem związał się życiem i zawodową karierą. Od lat najmłodszych był człowiekiem książkowym. Początkowo interesował się historią, jednak w wieku 10 lat skłaniać się zaczął wyraźnie ku literaturze, z równą pasją oddając się czytaniu utworów literackich, jak ich opracowań. Na przykład wakacyjną lekturą Markiewicza-jedenastolatka był komplet dzieł „Trzech Wieszczów” w wydaniu Biblioteki Arcydzieł Literatury (wraz z wstępami!) oraz trzytomowe „Królestwo Polskie 1295–1370” Oswalda Balzera, w ciągu zaś jednego miesiąca potrafił wtedy przeczytać wszystkie komedie Fredry i Musseta, Turonia, „Żywe kamienie”, „Niedobrą miłość”, „Podróż do kresu nocy”, dwie powieści Rodziewiczówny, dwie Körmendiego, „Ulicę Kota Rybołówcy” J. Földes, „Romantyzm” Windakiewicza, „Wstęp do nauki o literaturze Grabowskiego” oraz „Życie płciowe naszych czasów” Blocha. Debiutował, mając lat niespełna trzynaście, artykułem polemicznym „O Lacku i brązownictwie”, w dwa lata później ogłosił już dwa artykuły w „Kurierze Literacko-Naukowym”. Jako siedemnastolatek był właścicielem biblioteki, która – starannie uporządkowana i skatalogowana – liczyła 500 tomów. Odtworzona po wojennej katastrofie urosła do liczby ponad 40 tysięcy tomów, stając się największą w Polsce prywatną biblioteką specjalistyczną i środowiskiem naturalnym swojego właściciela.

Po wojnie (wywieziony ze Lwowa, gdzie uciekł przed Niemcami, przeżył jej lata w ZSRR pracując przy wyrębie lasów, później – jako wychowawca w domu dziecka i nauczyciel w szkołach polskich) skończył polonistykę na UJ. Był zastępcą redaktora naczelnego „Przekroju” (1949–50), potem pracował w redakcji „Życia Literackiego”(1951–58) jako jego redaktor naczelny, zastępca naczelnego, kierownik działu krytyki literackiej. Równolegle prowadził drugie życie: naukowe. Pracował w IBL w Warszawie, był też pracownikiem naukowym na uniwersyteckiej polonistyce w Krakowie. W r. 1956 otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego historii literatury polskiej na UJ, jak zaplanował w dzieciństwie, gdy porzucił myśl o zostaniu fiakrem i kapitanem okrętu. Stał się jednym z najważniejszych współtwórców polskiej nauki o literaturze 2. połowy XX wieku. Historyk literatury (głównie pozytywizmu i Młodej Polski), badacz dziejów polskiej krytyki literackiej i wiedzy o literaturze, teoretyk literatury, znawca literaturoznawczych doktryn i metod badawczych, edytor, redaktor wielu naukowych serii, nauczyciel akademicki, wieloletni dyrektor Instytutu Filologii Polskiej, redaktor naczelny „Polskiego Słownika Biograficznego”, członek rzeczywisty PAN, członek czynny odnowionego PAU, by wymienić tylko najważniejsze dziedziny jego aktywności i część zasług. Pośród ponad dwudziestu jego autorskich książek znajdują się pozycje tak fundamentalne dla polskiego literaturoznawstwa, jak wielokrotnie wznawiane „Główne problemy wiedzy o literaturze”, „Wymiary dzieła literackiego”,” Teorie powieści za granicą” czy „Pozytywizm”; obok tego – „Zabawy literackie” czy przygotowane wspólnie z Andrzejem Romanowskim „Skrzydlate słowa”.

Umysł Markiewicza ogarnia i porządkuje niezmierzone obszary wiedzy o literaturze we wszelkich jej formach i przejawach, czyniąc przejrzystymi i zrozumiałymi koncepcje najbardziej nawet ciemne i zawiłe. To, co dla większości z nas jest przerażającą gęstwiną tropikalnej puszczy, pod jego dotknięciem przekształca się w przyjazny francuski ogród. Właściwe mu pasja poznawcza i radość rozumienia powodują, że myśl jego chętniej zagarnia, niż odtrąca, co sprawiło, że z marksisty, którym był w młodości, stał się świadomym eklektykiem: „Moją ulubioną metaforą sytuacji badacza literatury jest metafora góry i turysty. Nigdy turysta nie obejrzy tej góry jednym spojrzeniem z jakiegokolwiek punktu widzenia. Są różne podejścia, jak mówią taternicy, z których góra ukazuje inny swój wygląd i wszystkie one mają swoją rację bytu”. Nie znaczy to, że akceptuje wszystko, ale granice jego racjonalności pozwalają wyznaczyć teren dobrze uprawomocniony.

Wiedza profesora połączona z pamięcią absolutną i rzadką czujnością uwagi budzi podziw, ale i świętą trwogę – jak widok broni palnej w pierwotnym plemieniu. Bo Markiewicz, człowiek gołębiego serca, wyrozumiały nauczyciel i sprawiedliwy polemista, ma też inne oblicze: bezwzględnego tropiciela nieuctwa, niechlujstwa, intelektualnej niefrasobliwości, rzeczowych błędów, gramatycznych i stylistycznych potknięć. Zajmował się tym jako współautor „Żywocika literackiego”, stałej rubryki w „Życiu Literackim”; tę wojnę z coraz powszechniejszą, niestety, ignorancją prowadzi nadal w „Dekadzie Literackiej” jako autor „Camery obscury”, od którego to działu czytelnicy naszego pisma niezmiennie zaczynają jego lekturę. Jeśli sami parają się piórem, zaczynają ją z trwogą w sercu, wiedzą bowiem, że ludzie piszący dzielą się na tych, którzy byli, są lub będą bohaterami „Camery”.    
TW
 


MARKOWSKI Michał Paweł (1962) teoretyk literatury, filozof, tłumacz, eseista, były już felietonista katolickiego „Tygodnika Powszechnego”, profesor na Wydziale Polonistyki UJ. Realizując nieokiełznaną potrzebę wolności, tworzy własną instytucję w ramach Wydziału Polonistyki – Katedrę Międzynarodowych Studiów Polonistycznych.

Wieść gminna niesie, że już w naukowej kolebce (podczas studiów doktoranckich) zużył dwóch promotorów. Później pozwolił wybierać komisjom, które z napisanych przez niego dzieł zapewni mu kolejne najwyższe tytuły naukowe.

Intelekt kipiący, duch niespokojny i poszukujący, nad którym unosi się wielki cień Derridy „…do tego stopnia przyswoiłem sobie niektóre wątki dekonstrukcyjnego myślenia, iż nie musiałem już w przypisach umieszczać nazwiska Derridy”. Niezwykle płodny autor m.in.: „Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura” (1997); „Nietzsche. Filozofia interpretacji” (1997), „Anatomia ciekawości” (1999);” Czarny Nurt. Gombrowicz, świat, literatura” (2004), „Teorie literatury XX wieku” (współautor z żoną Anną Burzyńską) (2006).

Zagospodarowuje płodne przestrzenie pomiędzy. Operuje głównie w szczelinie miedzy literaturą i filozofią. Na pograniczu pełni rolę przemytnika. Literaturoznawcy patrzą nań z zawiścią, pozostający zaś w bezruchu filozofowie z nieuzasadnioną wyższością.

Retoryczny wirtuoz, zajadły polemista – tylko wobec nielicznych najbardziej rzeczowych autorytetów pozostaje bezsilny, za to tylko podświadomie.

Nie umie wygłaszać laudacji (wyjątkiem jest laudacja Barańczaka z okazji nadania doktoratu honoris causa Uniwersytetu Harvarda), świerzbiący krytycyzm każe mu podjąć w mowie pochwalnej dyskusję i dokonać de-kon-strukcji bohatera.

Visiting profesor na wielu uczelniach, głównie w USA, co zapewne dodatkowo wzmacnia jego naturalną skłonność do zajmowania się tematami/autorami niewyczerpywalnymi, na które istnieje społeczne i komercyjne zapotrzebowanie.

Jego intelektualne nienasycenie i postnowoczesna sprawność czynią go guru dla wielu młodych polonistów, filozofów i innych wolnych duchów…, otoczony jest coraz liczniejszą gwardią dobrze zapowiadających się humanistów. Jego wykłady, seminaria, wystąpienia publiczne gromadzą zawsze liczne grono słuchaczy – rozsadzając całkiem nieraz obszerne audytoria.

Jego niewyczerpana wola mocy czyni, iż potrafi przyłożyć nie tylko felietonem. 
MK



MASSOLIT BOOKS & CAFÉ – wielu marzy o mieszkaniu wyłożonym książkami od podłogi do sufitu. Niech jeszcze skrzypi drewniana podłoga, zewsząd sączy się cicha i spokojna muzyka, przez okna pada ciepłe słoneczne światło, a my po długim buszowaniu wśród regałów w końcu wybieramy rzadką książkę, siadamy w wygodnym fotelu i zamawiamy kawę i ulubione ciasto.

Jeśli poszukujemy anglojęzycznych książek, możemy to marzenie spełnić w jednym z piękniejszych miejsc Krakowa, w zaułku ulic Felicjanek i Bożego Miłosierdzia, gdzie znajdziemy Massolit Books & Café – antykwariat, księgarnię, kawiarnię i bibliotekę w jednym. Ponad 25 tysięcy tytułów, często trudno lub wcale niedostępnych w Polsce, beletrystycznych, naukowych, albumowych. I niepowtarzalna, kameralna, ciepła atmosfera. A do tego punkt orientacyjny i miejsce spotkań dla większości krakowskich obcokrajowców.

Jest oczywiste dla wszystkich w Krakowie, że gdy potrzebuje się jakiejś anglojęzycznej książki, prawdopodobnie znajdzie się ją w Massolicie. Zresztą to oczywiste nie tylko w Krakowie – swego czasu, by kupić interesującą ich książkę, przyjeżdżali tu ludzie z całej Polski (dziś pomaga im w tym sprzedaż przez internet).

Pomysł prosty i genialny: udostępnić polskim czytelnikom nowe i używane amerykańskie książki w przyjaznych dla nich cenach, a do tego stworzyć miejsce, w którym można odczuć Amerykę inną od tej, jaką znamy ze stereotypu. Massolit Books stworzyła dwójka Amerykanów-idealistów, i mimo że ich przedsięwzięcie nie należy do dochodowych, chcą zarazić amerykańsko-krakowskim bibliofilstwem stolicę i otworzyć filię Massolitu w Warszawie.

Massolit Books & Café: ul. Felicjanek 4; niedziela–czwartek 10-20; piątek, sobota 10–21. www.massolit.com.   
JB



MIŁOSZ Czesław (1911–2004) poeta, prozaik, eseista, tłumacz. Miłosz stał się krakowianinem z wyboru. Podczas swojego pierwszego powrotu do Polski, w 1981 r., w blasku noblowskiej sławy zatrzymał się tu na krótko i w oczach postronnych obserwatorów pozostawił obraz człowieka wewnętrznie obwarowanego i niedostępnego. Kolejny jego przyjazd był już wielkim, euforycznym świętem: w październiku 1989 r. Miłosz odbierał doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a honorowym gościem tej uroczystości był, witany w uniesieniu, pierwszy premier III Rzeczpospolitej, Tadeusz Mazowiecki.

Od tej pory Miłosz rokrocznie przyjeżdżał z wiosną do Krakowa, a jesienią powracał do swojego domu w Berkeley. Rezydował w Grand Hotelu i w wynajmowanych mieszkaniach (w fakcie, że jedno z nich mieściło się przy ul. św. Tomasza, dostrzegał Miłosz sens symboliczny, przy tejże bowiem ulicy pod numerem 26 zamieszkał po wojnie). W r. 1993 otrzymał honorowe obywatelstwo Krakowa, a niedługo potem uzyskał możliwość wykupienia zajmowanego dzięki życzliwości władz miasta mieszkania przy ul. Bogusławskiego 6; tu zatrzymywał się teraz razem ze swoją żoną Carol, by wreszcie, gdy stan zdrowia uniemożliwiał mu już międzykontynentalne podróże – osiąść na stałe. Pytany, dlaczego wybrał właśnie Kraków, odpowiadał, że „zaspokaja on jego potrzebę wąskich ulic i starych murów”, że jest jak Wilno miastem uniwersyteckim i że jak Wilno jest „na ludzką skalę”. Bo był przeciwnikiem bardzo wielkich miast, lubił miasta średnie – jak deklarował w jednym z wywiadów. Z Krakowem wszakże łączyło Miłosza coś więcej niż przyjazna topografia i sama obecność uniwersytetu; łączyli go z nim również ludzie. Przede wszystkim najdawniejszy przyjaciel, Jerzy Turowicz (bo nie żył już przyjaciel równie dawny i bliski, Kazimierz Wyka) i całe wierne mu – także w najtrudniejszych czasach – środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, dalej: Jan Błoński, zaprzyjaźniony z Miłoszem od lat krytyk literacki i profesor UJ, Aleksander Fiut, znawca jego twórczości, wówczas autor rozmów z Miłoszem i wydanej w r. 1987 w paryskiej Libelli książki o jego poezji „Moment wieczny”. Tu znajdowały się dwa wydawnictwa, w których głównie ukazywały się jego książki wydawane w Polsce: Znak i Wydawnictwo Literackie, dzielące później między siebie, zgodnie z jego wolą, wielkie przedsięwzięcie, jakim była edycja jego „Dzieł zebranych”. W miarę jak Miłosz zadomawiał się w Krakowie, jak wydłużały się okresy jego tu pobytu, poszerzał się też krąg zaprzyjaźnionych z nim ludzi, obejmując coraz młodsze pokolenia. „Ja dobrze się czuję w środowisku czterdziestoletnich mniej więcej twórców i literaturoznawców krakowskich, są inteligentni, mili” – stwierdzał w wywiadzie z r. 1993. W jego bliskim otoczeniu znaleźli się: Marian Stala, Bronisław Maj, Jerzy Illg, Stanisław Balbus, z którym mógł roztrząsać kwestie wersyfikacji, Ireneusz Kania, Teresa Walas; potem pojawili się młodsi – Joanna Zach, Agnieszka Kosińska, wieloletnia sekretarka Miłosza, dziś kierująca Instytutem jego imienia. Wspólna dola laureatów Nagrody Nobla zbliżyła Miłosza do Wisławy Szymborskiej, a więź ta rozwinęła się w serdeczną zażyłość, jaka nieczęsto zdarza się dwojgu wybitnych poetów.

Z biegiem czasu Miłosz stał się żywą częścią Krakowa i jego jednoosobową instytucją. Codziennie można go było spotkać, samego lub z żoną Carol, na ulicach Starego Miasta, bywał w kawiarniach na Rynku, w Guliwerze, lub „U literatów” na Kanoniczej. Jego wykłady i wieczory autorskie – własne lub wspólne z innymi poetami – niezmiennie gromadziły tłumy coraz młodszych ludzi. I była to wzajemna wymiana dóbr: Miłosz dawał swoją poezję i bogactwo intelektualnej energii, a sam karmił się entuzjazmem i zachwytem, jakim obdarzali go młodzi. „Jestem tu wśród was szczęśliwy” – powtarzał wielokrotnie, gdy siadywaliśmy wspólnie w którymś z kawiarnianych ogródków czy odprowadzaliśmy go Plantami do domu. Ale to nam dane było szczęście obcowania z jego czytaną na głos poezją nie tylko w uniwersyteckich salach i innych audytoriach, ale i prywatnie, gdy przy końcu kolacji, zanim podano deser, wyjmował zeszyt (raz w ceratowej niebieskiej, innym razem w czarnej oprawie) i czytał nowe wiersze, a potem pytał zebranych o opinię. (Tak usłyszałam po raz pierwszy wiersz „Jasności promieniste” i pamięć tej chwili noszę w sobie jak cenną zdobycz.) Było nam też dane prowadzić z nim rozmowy lub przysłuchiwać się jego wywodom, czyli towarzyszyć umysłowi będącemu w stanie nieustannego, żywego napięcia. Andrzej Kijowski, który w 1960 r. spotkał się z Miłoszem we Francji, niezwykle trafnie sportretował go w „Dzienniku” jako rozmówcę: „W ciągu dwóch godzin ani minuta nie stracona na paplaninę. Rozmawia bez przerwy, rzeczowo, ciekawie, serio, żywo, rozwija temat, podchwytuje myśli, pyta o zdanie, informuje, uzasadnia sądy. Żadnych błazeństw ani grymasów, żadnej pozy, ogromnie naturalny i bezpośredni. Dziwna mieszanina ociężałości, bardzo litewskiej, i chłopięcej żywości”. Takim rozmówcą Miłosz pozostał do końca. Wejść z nim w dialog znaczyło otrząsnąć się z wszelkiej umysłowej gnuśności, banału i rutyny, podjąć wysiłek wysokogórskiej wspinaczki.

Jego chłonność i pracowitość zdumiewała nas i zawstydzała. Każda ważniejsza książka, jaka ukazała się w Polsce, mogła liczyć na jego lekturę, ale czytał też młodych poetów, debiutantów oraz najróżniejsze rzeczy z jakichś względów polecone mu przez znajomych. Gdy pogorszył mu się wzrok, używał lup i szkieł powiększających, potem maszyny do czytania. Odmawiały mu posłuszeństwa zmysły, ale nie słabł jego intelektualny apetyt. Wsłuchiwał się też uważnie w życie społeczne; ujęty czymś, zaciekawiony, lub przeciwnie – zaniepokojony, sam włączał się w jego nurt, udzielając wsparcia bądź polemizując, świadomie wchodząc w zwarcie z potencjalnym adwersarzem.

W ciągu ostatnich piętnastu lat życia, czyli od swego pierwszego dłuższego pobytu w Krakowie, Miłosz pracował niezwykle intensywnie. W tym czasie ukazała się „Metafizyczna pauza” (1989, II poszerzone wyd. 1995), zaraz potem „Rok myśliwego” (1990) i „Szukanie ojczyzny” (1992). W 1996 r. wydał Miłosz książkę o Annie Świrszczyńskiej „Jakiegoż to gościa mieliśmy”, w rok później wyszły równocześnie „Piesek przydrożny”, „Abecadło Miłosza” (druga część zatytułowana „Inne abecadło” wyjdzie w r. 1998) i „Życie na wyspach”, wreszcie – w 2004 r. „Spiżarnia literacka” i tom szkiców „Podróże w czasie”. Rok 1991 przyniósł zbiór wierszy „Dalsze okolice”, a potem w kilkuletnim rytmie ukazywać się będą kolejne zbiory: „Na brzegu rzeki” (1994), „To” (2000), „Druga przestrzeń” (2003), zawierająca trzeci z jego traktatów – „Traktat teologiczny”. Pomiędzy dwoma ostatnimi zbiorami napisze Miłosz jeden z najpiękniejszych swoich utworów: poemat „Orfeusz i Eurydyka” (2002) poświęcony zmarłej żonie, Carol. Pośmiertnie, w październiku 2006 r. pojawią się jego „Wiersze ostatnie”.

Zaniepokojony widokiem odradzającego się ducha endecji Miłosz publikuje „Wyprawę w dwudziestolecie” (1999); na rok przed śmiercią wydaje wybór swoich tekstów pisanych w młodości „Przygody młodego umysłu” (2003). Do lat 40. i kwestii późniejszych ideologicznych wyborów powróci, ogłaszając drukiem literackie eseje z tamtego okresu – swoje i Andrzejewskiego – w książce „Legendy nowoczesności” (1996), swoją zaś korespondencję z pisarzami z lat 1945-1950 w tomie „Zaraz po wojnie” (1998). Równocześnie Miłosz pracował jako tłumacz i edytor, pisał posłowia i wstępy do cudzych tekstów, komentował własne. Kontynuował prace nad przekładem Pisma Świętego, wydał tom „haiku” (1992), przełożył „Storge” Oskara Miłosza (1993) i wiersze Denise Levertov, przygotował autorską antologię „Wypisy z ksiąg użytecznych” (1994), którą nazwał „księgą olśnień”, wybory poezji Iwaszkiewicza, Czechowicza; opatrzył wstępem książkę Aleksandra Hertza „Żydzi w kulturze polskiej”, a także „Ballady i romanse” i „Godzinę myśli”, „Bal w operze” Tuwima i utwory Brodskiego.

A przecież brał także udział w publicznych debatach, sesjach naukowych, rozmaitych kulturalnych przedsięwzięciach i projektach, jak Spotkanie Poetów Wschodu i Zachodu, zorganizowane w ramach festiwalu „Kraków 2000” (któremu wraz z Szymborską patronował), a kontynuowane także w latach późniejszych. Póki mu pozwalało zdrowie, odwiedzał Litwę i podróżował po Europie. Przyjmował gości, krajowych i zagranicznych, wcześniej wpisywanych skrupulatnie do kalendarza. Był niezmordowany i – wydawało się – niezniszczalny.

Uważał się za człowieka, który wiele wycierpiał, i cierpienie dalej nie dawało mu wytchnienia: w 2002 r. umarła jego przeszło trzydzieści lat młodsza żona, Carol, zaraz po niej – brat, Andrzej; jeden po drugim odchodzili przyjaciele – Turowicz, Giedroyć. On sam bywał przedmiotem napastliwości podgrzewanej przez polityczne spory, co dotykało go bardziej, niż można się było spodziewać, bo przecież zdawał sobie sprawę z rangi swojego dzieła i miejsca, jakie zajmował i zajmować będzie w kulturze polskiej. Coraz też intensywniej wpatrywał się w „drugą przestrzeń” i coraz częściej zaglądał pod podszewkę Niewiadomego.

Miłosz zmarł w swoim mieszkaniu w Krakowie 14 sierpnia 2004 r. Pochowany został w Krypcie Zasłużonych przy klasztorze O. O. Paulinów na Skałce przy protestach skrajnej prawicy. Ten kondukt pogrzebowy, idący ulicami Krakowa od Bazyliki Mariackiej do klasztoru O. O. Paulinów, miał symboliczną wymowę: odchodził ostatni wielki poeta modernistyczny, a być może na naszych oczach kończył się wiek poetów, który w kulturze polskiej trwał bez mała dwieście lat.
TW



MOCZULSKI Aleksander Leszek (ur. 1938) poeta. Ukończył filologię polską w Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował na przełomie lat 50. i 60., jednak dopiero tomik „Nawracanie stracha na wróble” z r. 1971 zapewnił mu stałe miejsce w pejzażu polskiej poezji powojennej. Zbiór został uznany za jeden z ważniejszych manifestów poezji generacji Nowej Fali. Jego poezja od samego początku łączyła w sobie wierność konkretom, często także doraźne zaangażowanie (wiersze z lat 70. odczytywane były jako wyraz buntu wobec fałszu rzeczywistości społeczno-politycznej) z zasłuchaniem w rytmy i wzorce poezji ludowej. Twórczość poetycką Moczulskiego spaja przede wszystkim wyraźna wymowa etyczno-religijna jego utworów. Poeta znajduje tu oparcie zarówno w tekście biblijnym, w filozofii chrześcijańskiej (szczególnie silnie zaznacza się wpływ myśli ks. Józefa Tischnera), jak i w mądrości ludowej religijności (znamienne są choćby nawiązania do takich tradycyjnych gatunków jak kantyczka).

Moczulski jest także autorem kilkunastu książek dla dzieci (m.in. „Moje kotki”, „Dingo, król kundelków”, „Przyjaciółki pszczółki”) oraz autorem tekstów kilkudziesięciu piosenek Skaldów (m.in. „Cała jesteś w skowronkach”, „Medytacje wiejskiego listonosza” czy „Ludzie zejdźcie z drogi”) i Marka Grechuty (np. „Korowód”). W 2000 r. napisał słowa do oratorium „Droga, Życie, Miłość”, które odbyło się w Krakowie w Bazylice Mariackiej (muzykę napisał zaś Jan Kanty Pawluśkiewicz, a jako soliści wystąpiło wielu znanych piosenkarzy, m.in. Zbigniew Wodecki i Grzegorz Turnau).

W środowisku krakowskim słynie niewątpliwie jako niezwykłego zmysłu poetyckiego portrecista. Czasem jedno zasłyszane zdanie pozwala stworzyć portret – jak choćby w przypadku wiersza „Pamięci Kornela Filipowicza”, którego osobowość zamknięta zostaje w zdaniu: „Żegnam, znikam w dziele”.  
ZZ



MOSTOWIK Monika (ur. 1975) pisarka, o takich twórczyniach zwykło się mawiać: „śpiewa, tańczy, dzieci niańczy”, kobieta licznych talentów i nieprzeciętnej, choć mrocznej, urody. Faktycznie tańczy (ponoć świetnie), pisze scenariusze filmowe, poezję i prozę. Jedna z nie tak znowu licznych aktywnych pisarek z roczników 70. Do tej pory opublikowała zbiory opowiadań „taka ładna” (2004), „Akrobatki” (2006) oraz powieść, która na dobrą sprawę jest jedynie dłuższym opowiadaniem, „Wyrzuty” (2007). Prozę Mostowik określić można jako, w dobrym tego słowa znaczeniu, kobiecą. W impresyjnych, naładowanych emocjami tekstach przedstawia blaski i cienie (głównie jednak cienie, bo traum i toksycznych związków znaleźć można w tekstach Mostowik bez liku) młodych kobiet w naszym tu i teraz. Niektórych zbulwersowała, wprowadzając do swoich książek całkiem odważne wątki lesbijskie, choć sama lesbijką zdecydowanie nie jest (co ponoć inne pisarki les mają jej za złe). W pierwszych dwóch książkach zrezygnowała z dużych liter i większości znaków przestankowych, choć nie za bardzo wiadomo dlaczego.   
RO

 

MROŻEK Sławomir - „>>Paryż czy Kraków, wybieraj<<. Takie pytanie postawiłem przy śniadaniu 10 kwietnia 1996 roku. I Susana, po krótkim namyśle, odparła: >>Kraków<<”. W 1996 r. Mrożek wraz z żoną Susaną, po 33 latach emigracji, z ostatniego jej przystanku w Meksyku (wcześniej, przez długie lata był to Paryż, ale także Włochy, Stany Zjednoczone, Niemcy) – wraca do Polski. Było to spore wydarzenie. Choćby dlatego, że Mrożek nie miał zamiaru nigdy do kraju wracać. „Co ja tu robię: ta myśl miała mi towarzyszyć przez następne lata” – napisze i przytoczy jedną z powitalnych rozmów z rodakiem: „>>Panie Mrożek, po coś pan wrócił do tego dziadostwa?!<< – zawołał do mnie pan stacjonujący przy ul. Starowiślnej. Butelkę przechowywał w starej reklamówce, był zmęczony jak wszyscy panowie z jego sfery. (…) W jego interpelacji była koleżeńska troska, łagodny wyrzut: >>No i coś ty zrobił, kolego<<. W domyśle: >>… wróciłeś chyba tylko z głupoty<<. Dałem mu odpowiedź wymijającą”.

Urodzony w 1930 r., do dwudziestego dziewiątego roku życia mieszkał w Krakowie, w 1963 r. wyjechał z Polski. „Tango”, sztuka napisana w 1964 r., przynosi mu światowy rozgłos. Do języka potocznego na trwałe weszło sformułowanie: „jak z Mrożka” na określenie absurdalnych, bezsensownych sytuacji. Znany przede wszystkim z satyrycznych rysunków, komicznych opowiadań i takich sztuk jak „Męczeństwo Piotra Ohey’a”, „Indyk”, „Karol”, „Vatzlav”, „Ambasador”, „Emigranci”, „Pieszo,” „Miłość na Krymie”.

Po powrocie do Krakowa o jego mieszkańcach powie, że niewiele się zmienili od czterdziestu lat – odkąd wyjechał – wciąż cechuje ich „wyniosłość w traktowaniu przybyszów pochodzących z innych części Polski, czyli skłonność do uważania się za kogoś lepszego”, a atmosferę w mieście skomentuje skrótowo i dobitnie: „ten sam partykularyzm, te same >>wianki<< w lecie i te same bale w zimie”.

Ale przecież poczuje się w Krakowie „u siebie”: „Skręciłem z ulicy świętego Tomasza w ulicę świętego Jana. Skręciłem i doznałem uczucia (…) tak dziwnego, że zawróciłem i skręciłem jeszcze raz, żeby się zorientować, o co chodzi. Chodziło o to, że skręciło mi się z taką płynną łatwością, z jaką skręca się koło stołu we własnym mieszkaniu. Ten narożnik (po galicyjsku „winkiel”) i moje ciało to była jedność przestrzenna, dłoń w rękawiczce i rękawiczka w dłoni. (…) Nigdy nie mogłem w ten sposób wziąć winkla z avenue des Champs-Elysées w rue Pierre Charron, choć mieszkałem w Paryżu przez dwadzieścia dwa lata bez mała. Tu zaś winkiel przylegał do mnie, a ja do niego”.

Przechadza się po ulicach Krakowa niezmiennie zamyślony („Osobnik, który nie gestykuluje, nie mówi, nie wykonuje żadnej czynności, a przy tym nie śpi, zawsze i w każdej sytuacji uważany jest za zamyślonego”), nieobecny, jak przybysz z innej planety, osobny. Znana jest jego niechęć do bezpośrednich kontaktów z ludźmi („To prawda, że raczej unikam ludzi, ale nie z „nielubienia”, tylko dlatego, że jestem na ludzi wrażliwy i dla mnie każde spotkanie, nie mówiąc już: uwikłanie, choćby najbłahsze i najbardziej codzienne, jest szokiem. Trudno uwierzyć, ale nawet kupienie gazety, czyli nieuchronny kontakt ze sklepikarzem, jest już dla mnie zaburzeniem, wtargnięciem obcej siły w mój układ (…) W tych warunkach za głosem naturalnego instynktu samoobrony staram się ograniczać porcję tych zaburzeń i szoków”).

Wielokrotnie – widząc go na ulicy – miałem ochotę do niego podejść i spytać: „Panie Mrożek, co słychać?”, parafrazując słynne Mrożkowskie pytanie „Panie Dürrenmatt, co słychać?”, które zadał w czasie spotkania z Friedrichem Dürrenmattem w 1962 r. (w rzeczywistości zwierzył się tylko szeptem sąsiadowi z tego zamiaru – lecz, jak wiadomo, anegdota rządzi się swoimi prawami). Zawsze jednak brała we mnie górę chęć uratowania Mrożka przed „szokiem najbłahszego choćby uwikłania”.

W 2002 r. Mrożek przechodzi udar mózgu, w wyniku którego zostaje dotknięty afazją: traci pamięć, zdolność pisania i mówienia. Dzięki wielkiemu wysiłkowi i w wyniku wyczerpującej rehabilitacji częściowo skutki choroby cofają się. Przejmującym świadectwem walki Mrożka z afazją jest autobiografia, jaką napisze w ramach terapii, „Baltazar”.

Ostatnie lata Mrożka, naznaczone chorobą i – czego sam nie kryje – zmaganiem się ze starością, nakładające się na obraz jego wyrazistej „nieobecnej obecności” na ulicach Krakowa, każą przypomnieć sobie słowa, którymi swego czasu w sposób skrótowy i okrutny, określił życie: „Idzie się, to wszystko”.
JB



„NaGłos” – pismo poświęcone literaturze i innym sztukom, zrodziło się jako pismo mówione pod koniec r. 1983 i był dzieckiem stanu wojennego. Po rozwiązaniu Związku Literatów i wychodzącego w Krakowie miesięcznika „Pismo”, przy bojkocie pism nadzorowanych przez władze znaczna część krakowskiego środowiska literackiego odcięta była od możliwości wypowiadania się w druku. Gdy więc przywrócono względną swobodę zgromadzeń, pojawiła się idea reaktywowania salonu literackiego, rychło przekształcona w pomysł robienia mówionego pisma, które byłoby rodzajem grupowego wieczoru autorskiego, ale miałoby wszystkie działy właściwe literackim periodykom: twórczość oryginalną, esej, recenzje filmowe i teatralne, a nawet listy do redakcji. Spotkania odbywały się regularnie w Klubie Inteligencji Katolickiej przy ul. Siennej, w pięknej, choć zbyt małej, jak się miało okazać, sali ozdobionej portretami trumiennymi. Wieczory „NaGłosu” (bo taki tytuł wyłoniony został na drodze otwartego konkursu, który wygrał Stanisław Balbus) – a odbyło się ich w sumie 26 – były jedną z najbardziej snobistycznych imprez kulturalno-towarzyskich ówczesnego Krakowa. Sala KIK-u bywała nabita po brzegi, tłum stał w sieni i na schodach. Towarzyszył temu, w początkowej zwłaszcza fazie, dreszcz emocji, wiadomo bowiem było, że spotkania są obstawiane przez milicję. W „NaGłosie” mówionym występowali twórcy krakowscy – Szymborska, Filipowicz, Szczepański, Maj, Pilch, w sposób niezapomniany odgrywający swoje, teksty, ale też i pisarze importowani zza kordonu: Anderman, Mentzel. To skrzyżowanie salonu, kabaretu, konspiry i balangi, powagi i lekkości, snobizmu i głębi było iście krakowskim fenomenem, czymś nie do powtórzenia i nie do podrobienia.

„NaGłos” w wersji papierowej powstał wraz z III Rzeczpospolitą: jego pierwszy numer ukazał się w styczniu 1990 r.; po mówionym przodku odziedziczył ducha zabawy, o czym świadczyła prowadzona przez redaktora naczelnego, Maja, pisana konferansjerka czy rubryka „Kronika towarzyska”. Łamy „NaGłosu” wypełniała poezja, proza, eseistyka literacka, rozmowy i dyskusje; drukowali tam nobliści – jak Szymborska, Miłosz, Heaney, ale pismo było też otwarte na młodych debiutantów, których utwory publikowano w dziale „Przedstawiamy”, mającym za motto słowa Jana Błońskiego: „Literatura bez debiutów jest przyszłą pustynią; literatura bez ambicji nowości – królestwem bibliografów”. Ukazało się kilka numerów tematycznych: „Śląsk”, „Sławomir Mrożek”, „Pisarze emigracyjni”, „Kalifornia”, „Pokolenie Beat Generation”, „Nowofalowcy”. Ostatnią stronę „NaGłosu” w dziale „Pisarze do piórka” zdobiła galeria twórczości plastycznej znanych literatów, którą zainaugurował collage Szymborskiej, a zaprezentowano w niej Mrożka, Conrada, Ginsberga, Brodskiego, Gombrowicza, Świetlickiego. „NaGłos” zmarł w r. 1996 śmiercią wówczas naturalną, czyli na brak gotówki i czarnej siły roboczej.   
TW



NAGRODA IM. KAZIMIERZA WYKI – przyznawana od 1980 r., choć z pomysłem stworzenia nagrody wystąpiono w jeszcze w r. 1975, w roku śmierci wybitnego profesora (inicjatorem był Jan Pieszczachowicz). W czasie stanu wojennego została ona zawieszona, lecz nowe jury podjęło działalność, honorując następnego laureata w 1983 r.

Nagroda ta jest przeznaczona dla ludzi zajmujących się – na podobieństwo patrona – historią literatury, krytyką i eseistyką. Jako pierwszy otrzymał ją Jerzy Kwiatkowski, później zaś inni znakomici badacze literatury i wyjątkowi krytycy, m.in.: Jan Błoński, Zygmunt Gień, Marian Stępień, Leszek Bugajski, Stanisław Burkot, Franciszek Ziejka, Jerzy Jarzębski, Stanisław Balbus, Włodzimierz Maciąg, Mieczysław Porębski, Jan Pieszczachowicz, Jacek łukaszewicz, Tadeusz Nyczek, Maria Janion, Michał Głowiński, Jan Prokop, Teresa Walas i Aleksander Fiut. Wśród nagrodzonych znalazł się także Zbigniew Herbert, któremu nagrodę – za eseje zebrane w tomie „Martwa natura z wędzidłem”, przyznano pięć lat przed śmiercią. W tym roku laureatem został Włodzimierz Bolecki.

W jury nagrody zasiadają: Marta Wyka, Henryk Markiewicz, Stanisław Balbus, Stanisław Grodzicki, Franciszek Ziejka, Ryszard Nycz, Jerzy Jarzębski, Adam Małkiewicz, Marian Stala, Aleksander Fiut, Jan Pieszczachowicz, Krzysztof Markiel i Stanisław Dziedzic. Dawniej nagrodę tę przyznawali m.in. Jan Józef Szczepański i Jerzy Turowicz. Jury przyznawało nagrodę zarówno za całokształt, jak i za poszczególne książki (ostatni laureat – Bolecki – otrzymał nagrodę za pracę „Inna krytyka”), a także znaczące publikacje w czasopismach.   
PM



NYCZ Ryszard (ur. 1951) historyk i teoretyk literatury, „główny dystrybutor poststrukturalistycznego literaturoznawstwa na Polskę”, jak określił go Michał Paweł Markowski. Ukończył polonistykę na UJ, po czym przeniósł się do IBL PAN. Pracuje na UJ i w IBL, od 1998 r. na stanowisku profesora, od 2002 r. profesor zwyczajny. Kierownik Katedry Antropologii Literatury i Badań Kulturowych na Wydziale Polonistyki UJ, były prodziekan Wydziału Filologicznego. Wykładał w Yale, był stypendystą IWM w Wiedniu i Johannes Gutenberg Universität w Moguncji, współpracował z uniwersytetem w Uppsali i z Bułgarską Akademią Nauk. Prowadzi „Teksty Drugie” (od 1990 r.), przewodzi komitetowi redakcyjnemu serii „Horyzonty nowoczesności” w Universitasie (od 1997 r.), współredaguje (od 2004 r.) „Modernizm w Polsce”, również dla Universitas. Kieruje projektem badawczym „Polska nowoczesność: poetyka i kultura” we współpracy z Fundacją na Rzecz Nauki Polskiej. Członek Sekcji Nauk Humanistycznych i Społecznych Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów; Zespołu Nauk Humanistycznych KBN; Komitetu Nauk o Literaturze PAN; Komitetu Nauk o Kulturze PAN; członek korespondent PAU. Wyrafinowany i subtelny ironista. Autor następujących pozycji z listy obowiązkowych lektur każdego studenta kierunków humanistycznych: „Sylwy współczesne. Problem konstrukcji tekstu”; „Tekstowy świat. Poststrukturalizm a wiedza o literaturze”; „Język modernizmu. Prolegomena historycznoliterackie”; „Literatura jako trop rzeczywistości. Poetyka epifanii w nowoczesnej literaturze polskiej”. Redaktor kilku równie obowiązkowych tomów zbiorowych (m.in. „Odkrywanie modernizmu. Przekłady i komentarze”; „Dekonstrukcja w badaniach literackich”; „Postmodernizm. Antologia przekładów” – no, kto tego nie wertował?!). Dyżuruje aż półtorej godziny i odpowiada studentom na „dzień dobry”. Na zajęciach wprowadza słuchaczy w arkana teoretycznej alchemii. Widząc martwotę w oczach i łzy wysiłku na twarzach obecnych, powtarza swoją myśl w odwołaniu do innej tradycji teoretycznej. Następnie, jak nakazuje retoryczna elegancja i sugeruje pogłębiająca się rozpacz wśród audytorium, dopełnia wypowiedzi drugą parafrazą. Po zajęciach zaś studenci udają się do domów, tudzież lokali, w krzepiącym poczuciu, że nauczyli się trzech bardzo ważnych rzeczy i zanotowali co najmniej dwa nowe, trudne słowa, zresztą do egzaminu jeszcze daleko… A epifanie przecież się zdarzają.   
AP



PARK JORDANA – mieści się między Błoniami a Miasteczkiem Studenckim AGH. Powstał w 1889 r. z inicjatywy doktora Henryka Jordana, propagatora sportu i szeroko pojętego wychowania fizycznego. Od tamtej pory służy krakowianom jako miejsce spacerów i rekreacji. Znajdują się tam: plac zabaw, rampa dla rolkarzy, mały stawek (można popływać łódką), pagórek do jazdy na sankach, boisko do siatkówki, muszla koncertowa oraz siłownia. Po tych wszystkich wyczynach w znajdującej się na terenie Parku kawiarni można zjeść makaronik. Od samego początku w centralnym miejscu znajdują się popiersia wybitnych Polaków: artystów, naukowców i wojskowych. Realizują one pomyślany przez Jordana program edukacyjny w duchu patriotyzmu. Początkowo było ich 46, jednak kilka uległo zniszczeniu w czasie wojny, a w ostatnich latach wzdłuż spacerowych alejek pojawiły się nowe, szacowne rzeźby.

W Parku spotkać można Hugona Kołłątaja, a nieco dalej – Jana Długosza. Szczęśliwi posiadacze czystego sumienia mogą się zmierzyć z surowym wzrokiem Piotra Skargi. ławeczki między Staszicem a Słowackim to popularne miejsce tymczasowej rekreacji dla osób znużonych wielodniowym spacerem. Stojący w Parku Mickiewicz ma krwisto-czerwone oczy: trudno rozstrzygnąć, czy to wynik inwencji jakiegoś niesfornego krakowianina, czy raczej spełnienie pewnej wampirycznej przepowiedni. Krasińskiego z kolei upływ czasu przyprawił o deformację rysów twarzy: odpadł nos biedaczynie, jakby popiersie cierpiało na przykrą chorobę. Kamienną brodą godną mędrca chwali się Kochanowski. Wiadomości i plotki z XX wieku dostarcza kolegom-literatom Zbigniew Herbert.

Park Jordana jest zamykany na noc, aby duchy mogły opuścić obtłuczone popiersia i swobodnie pojeździć na rampie. Porządku pilnuje popiersie założyciela Parku, stojące dumnie w centrum.    AP



PIĘKNY PIES (zwany po prostu Psem) – obecnie chyba najmocniej związana z literaturą krakowska knajpa. Kolejny, po Lokatorze, pub po przejściach, a właściwie – po przenosinach, najpierw przez lata znajdujący się przy ul. św. Jana (tzw. stary Pies), obecnie pod adresem ul. Sławkowska 6a (tzw. nowy Pies).

Pisarze i poeci przesiadują w Psie (choćby dwaj Marcinowie – Baran i Świetlicki), piszą o nim książki (Świetlicki akcję swoich thrillerów krakowskich, Dwanaście i Trzynaście, w dużej części umieścił właśnie w Psie, ukrytym w tych książkach pod nazwą Biuro), a nawet tam pracują (Maciej Piotr Prus). W Psie literaci bratają się często gęsto z przedstawicielami innych środowisk, muzykami (choćby Maćkiem Maleńczukiem) czy plastykami (Marcinem Maciejowskim, który w tzw. starym Psem namalował na ścianach prowokacyjne i zabawne obrazy). Pies szybko uznany został za knajpę kultową, co ściągnęło do niego mrowie turystów, i słynącą z bezkompromisowych imprez, co ściągnęło tabuny łaknących weekendowej rozrywki warszawiaków.

Stary Pies miał dwie specyficzne cechy. Po pierwsze, stali bywalcy lokalu nieomalże o każdej porze dnia szczelnie obsiadali bar, skutecznie uniemożliwiając zwykłym klientom zamówienie czegokolwiek. Po drugie, przez większość doby w pierwszej z dwóch głównych sal (tej z barem) przesiadywali pisarze i poeci z roczników 60., w drugiej natomiast pisarze i poeci młodsi, ignorując się wzajemnie (czasami jedynie imprezowe szaleństwa skłaniały do międzyśrodowiskowego zbratania, lecz jedynie chwilowego).

Po przenosinach w nowe miejsce słyszało się „na mieście” opinie, że „nigdy nie będzie już takiego Psa, już nigdy”. Szybko okazało się, że były to płonne obawy, bo nowy Pies tuż po otwarciu wyglądał tak, jakby funkcjonował przy ul. Sławkowskiej od dziesięcioleci, stali bywalcy pozostali ci sami, a kultowość knajpy nie doznała uszczerbku.   
RO



PILCH Jerzy (ur. 1952) prozaik, felietonista. Jeden z tych, którzy porzucili Kraków dla Warszawy i – co najgorsze – świetnie się w stolicy czują. Wywodzi się z luterskiej Wisły, podobnie jak najbardziej znany na świecie koneser bułek z bananem, jednak sporą cześć życia spędził pod Wawelem. To w Krakowie właśnie ukończył polonistykę na UJ, a potem przez kilka ładnych lat pracował w Instytucie Filologii Polskiej, kariery naukowej jednak nie zrobił, co – jak się z czasem okazało – wyszło mu tylko na dobre. Do r. 1999 był felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, wyrabiając sobie taką markę, iż spora cześć czytelników tego szacownego periodyku zaczynała lekturę od ostatniej strony, na której znajdował się tekst Pilcha. Potem przetransferował się do „Polityki”, co oczywiście wiązało się z przenosinami do stolicy. Obecnie felietony publikuje w „Dzienniku” (przez złośliwców ta gazeta zwana jest „Der Dziennik”).

Debiutował w r. 1988 tomem opowiadań „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” i z miejsca został doceniony, bo za tę książkę otrzymał nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Ma na koncie kilkanaście książek, powieści, zbiorów opowiadań i tomów felietonów, m.in. „Spis cudzołożnic” (1993), „Rozpacz z powodu utraty furmanki” (1994), „Inne rozkosze” (1995), „Tysiąc spokojnych miast” (1997), „Bezpowrotnie utracona leworęczność” (1998), „Pod Mocnym Aniołem” (2000, ta powieść sprawiła, że Pilch został laureatem Nagrody Nike), „Miasto utrapienia” (2004), „Moje pierwsze samobójstwo” (2006). Proza Pilcha jest mocno autobiograficzna, nic więc dziwnego, że znaleźć można w niej sporo wątków krakowskich, najwięcej chyba w „Spisie cudzołożnic”, w którym młody polonista oprowadza po Krakowie zachodniego humanistę, pokazując mu rozmaite atrakcje miasta, co staje się pretekstem do rozrachunku bohatera z własnym życiem i historią (powieść została świetnie zekranizowana przez Jerzego Stuhra). Pilch dał się poznać jako subtelny ironista i prawdziwy mistrz stylu, chyba żaden ze współczesnych polskich prozaików nie potrafi tak wywijać frazą, jak autor Miasta utrapienia. To także bezwzględny polemista, który na kilku stronach felietonu potrafi skutecznie zniszczyć każdego, kto nastąpił mu na odcisk.

Pilch, jako się rzekło, mieszka obecnie w Warszawie i dobrze mu tam. Z krakowskich fascynacji pozostała mu już chyba tylko miłość do futbolowej drużyny Pasów.   
RO



PIWNICA „POD BARANAMI” – historia jednego z najbardziej niezwykłych miejsc na mapie Krakowa rozpoczęła się w chwili, gdy w 1956 r. kierownictwo Krakowskiego Domu Kultury postanowiło oddać do dyspozycji absolwentów i studentów, chcących zorganizować Klub Młodzieży Twórczej, zagracone podziemia kamienicy znajdującej się na rogu Rynku Głównego i ul. św. Anny. W pierwszym artykule o Piwnicy, który ukazał się w maju w 1956 r. na łamach „Dziennika Polskiego”, Piotr Skrzynecki pisał: „Chcemy się ze sobą kontaktować poza wszelkimi oficjalnymi zaleceniami. (…) Nie stawiamy sobie żadnych apriorycznych programów. Uwolnić się od schematów starych, nie przyjmować nowych, to chyba nasze największe marzenia. Przede wszystkim jednak zrozumieć i poznać siebie”. Z owej chęci spotkania się, wymiany myśli, a pewnie przede wszystkim potrzeby uwolnienia się od schematów życia charakterystycznych dla PRL-u, narodził się wkrótce kabaret. Pierwszy występ miał miejsce 12 grudnia 1956 r. Ówcześni piwniczanie: Barbara Nawratowicz, Krzysztof Litwin, Tadeusz Kwinta, Mirosław Obłoński, Wiesław Dymny czy Kika Lelicińska, sami przygotowywali dekoracje i kostiumy. Występowali w nieogrzewanej sali głównie dla przyjaciół i znajomych. Spóźnialscy wschodzili przez okienko od ul. św. Anny, wstęp, ponieważ nie było biletów, zapewniało posiadanie znajomości w kręgu wtajemniczonych. Z czasem, dlatego, że to, co działo się w piwnicy, otaczała aura tajemniczości oraz dzięki życzliwości Mariana Eilego, który zafascynowany kabaretem chętnie publikował o nim informacje w „Przekroju”, pod „Barany” zaczęły ściągać tłumy. Filarami Piwnicy byli Skrzynecki, twórca piwnicznego klimatu, wielki artysta, który przeszedł do historii, chociaż nie pisał wierszy ani powieści, nie malował ani nie rzeźbił, nie komponował muzyki, oraz jego anioł opiekuńczy, Janina Garycka. Zarówno aktorom, jak i twórcom, bliska była poetyka dadaistyczno-surrealistyczna, można było tam więc usłyszeć teksty przedwojennych reklam i ogłoszeń prasowych, artykuły z „Trybuny Ludu” przerobione na piosenki oraz absurdalne skecze i monologi przemieszane z fragmentami traktatów filozoficznych i tekstami poetyckimi. Poezja śpiewana, od momentu, gdy do ekipy dołączyli Zygmunt Konieczny i Ewa Demarczyk, stała się wizytówką kabaretu i rozsławiła go na całą Polskę. W latach 60. i 70. zespół zyskał sobie opinię jednej z najlepszych grup artystycznych w kraju. Gdy po 1976 r. z Piwnicy odeszło wielu artystów, Skrzynecki ściągnął do kabaretu kolejnych wykonawców: Annę Szałapak, Halinę Wyrodek, Olę Maurer, a później na przykład Grzegorza Turnaua, Beatę Rybotycką i Jacka Wójcickiego. „Piwnica” nie miała ambicji bycia kabaretem politycznym, mimo że odśpiewano tam dekret o wprowadzeniu stanu wojennego, pieśń o Protopopowych i o marszałku Koniewie, a Wiesław Dymny naśladował Gomułkę, i może też dlatego cenzura traktowała ją dość pobłażliwie. W peerelowskiej rzeczywistości odgrywała rolę azylu, oazy wolności i beztroski. Była niczym „ta para skrzydeł zwiniętych w nas”, a ci, którzy niegdyś współtworzyli kabaret, lub choćby tylko mieli okazję obejrzeć któreś z przedstawień, wspominają te chwile jako prawdziwie szczęsny czas. Po śmierci Skrzyneckiego, w 1997 r., została zamknięta, później jednak wznowiła działalność. Kto wie, może jako miejsce magiczne będzie funkcjonować także w pamięci przyszłych pokoleń.
KK



POD JASZCZURAMI – kamienica mieszcząca się w Rynku Głównym pod numerem 8 została wzniesiona w XV w. Pod szacownym gotyckim sklepieniem na przestrzeni ostatnich 600 lat urzędowali na zmianę: aptekarze, kupcy korzenni i galanteryjni, drukarze, urzędnicy bankowi, a nawet, w okresie Wiosny Ludów, redaktorzy zdecydowanie antyklerykalnego i antyszlacheckiego tygodnika „Świstek”, w drugiej połowie XX w. zadomowili się tam zaś na stałe studenci. Popularne Jaszczury swą działalność zainaugurowały 23 kwietnia 1960 r., jednak idea utworzenia w tym miejscu ośrodka kultury akademickiej zrodziła się już wiosną 1956 r. Czas rozkwitu klubu, którego nazwa nawiązuje do znajdujących się w łuku nad wejściem do budynku dwóch jaszczurek, przypada na koniec lat 60. Za sprawą ówczesnego kierownika literackiego klubu, Krzysztofa Miklaszewskiego, w 1966 r. zainicjowany został Turnieju Jednego Wiersza o „Jaszczurowy Laur”, a konkurs ten sprawił, że Pod Jaszczurami zaczęło koncentrować się krakowskie życie literackie. Odbywały się tu wieczory autorskie, poranki poetyckie i debaty, w których brały udział tak wybitne osobowości, jak na przykład Julian Przyboś, Adam Ważyk, Kazimierz Wyka czy Maria Dłuska. Tutaj też spotykali się Adam Zagajewski, Julian Kornhauser, Stanisław Stabro czy Jerzy Kronhold, członkowie założonej w 1968 r. grupy „Teraz”, oraz redakcja powstałego w 1967 r. czasopisma „Student”. Od momentu swego powstania w Jaszczurach rezydował „Teatr 38”, tutaj także zaistniał i funkcjonował w latach 1966-1971 „Teatr STU” Krzysztofa Jasińskiego, pierwotnie nazywany Studenckim Teatrem „UWAGA”. Dziś sytuacja wygląda może nieco inaczej, ale niegdyś Pod Jaszczurami rozbrzmiewał głównie jazz. Już w 1960 r. grał tu z zespołem klubowym Andrzeja Kurylewicza Zbigniew Namysłowski. Tutaj wielokrotnie koncertowały rozmaite jazz bandy, tu odbywał się też konkurs młodych zespołów i instrumentalistów jazzowych Krakowa, a w 1972 r. Jan Poprawa i Tadeusz Pilat zainicjowali cotygodniową imprezę zwaną „wtorkami jazzowymi”. Jaszczury z sentymentem wspominają dziś tak znani jazzmani, jak Tomasz Stańko czy Jarosław Śmietana, ale nie tylko oni. Trudno znaleźć osobę, która w przeciągu ostatnich czterdziestu lat studiowała w Krakowie i nie odwiedziła choć raz Jaszczurów. Wielu zdarło tutaj w tańcu niejedne zelówki, poznało serdecznych przyjaciół lub spotkało miłość swojego życia, wielu właśnie tutaj osiągało dojrzałość intelektualną. Wszystkiemu, co działo się w słynnej kamienicy, przypatrywały się uważnie dwa małe gady. Nic dziwnego. W końcu wyrzeźbiono je po to, by chroniły mieszkańców (bywalców?) od wszelkich nieszczęść.   
KK



PODRAZA-KWIATKOWSKA Maria (ur. 1926) profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, historyk literatury polskiej. Jej wybitną pozycję badawczą zapoczątkowały i utrwaliły studia nad literaturą Młodej Polski. Osoba znana z niezależnych, a gdy trzeba, stanowczych poglądów. Żelazna Dama krakowskiej polonistyki – jak powiedział jeden z kolegów-profesorów. Dla ulubionych uczniów, którzy z biegiem lat zostali jej przyjaciółmi, powierniczka ich prac, a także ich życia.

Podraza-Kwiatkowska urodziła się w Kołomyi, gimnazjum ukończyła w Żółkwi, niedaleko Lwowa. Tam właśnie, jako uczennica, zetknęła się po raz pierwszy z poezją młodopolską, która stanie się głównym przedmiotem jej późniejszych badań naukowych. Czemu? Usłyszała mianowicie recytację „Deszczu jesiennego” Leopolda Staffa w wykonaniu znanej przed wojną recytatorki Kazimiery Rychterówny. We Lwowie, za okupacji sowieckiej, zdała małą maturę, potem chodziła na tajne polskie komplety. Tym sposobem – jak opowiada – zdała dwie matury: sowiecką i tajną, polską. W r. 1945 przyjeżdża ze Lwowa do Krakowa i zaczyna studiować dwa kierunki: historię sztuki i polonistykę. Mistrzem był wtedy Stanisław Pigoń, ale Podraza-Kwiatkowska za swojego przewodnika uważa Kazimierz Wykę. To on ułatwił, między innymi, jej wyjazd do Paryża i dzięki temu została napisana jedna z jej najważniejszych książek: „Symbolizm i symbolika w poezji Młodej Polski”.

Przez jakiś czas Podraza-Kwiatkowska pracuje w Pracowni Bibliograficznej IBL, potem kieruje pracownią Literatury Okresu Młodej Polski. Wreszcie opuszcza Instytut Badań Literackich i decyduje się na podjęcie pracy na UJ. Dziś z naciskiem podkreśla, iż była to bardzo dobra decyzja, być może najlepsza, jaką podjęła. Na UJ wychowuje wybitnych uczniów, z Marianem Stalą na czele, w tym okresie powstają kolejne ważne książki: „Somnambulicy, dekadenci, herosi”, wreszcie znakomita „Historia literatury okresu Młodej Polski” i liczne studia młodopolskie. Dorobek naukowy Podrazy-Kwiatkowskiej jest ogromny, zainteresowania wciąż się poszerzają: ostatnio ogłosiła ciekawy tekst o Witoldzie Gombrowiczu.

Wraz z nieżyjącym mężem, Jerzym Kwiatkowskim, wybitnym krytykiem i znawcą poezji, tworzyli niezapomnianą parę. Zawsze gotowi do podjęcia rozmowy o ważnych sprawach literackich, zawsze życzliwi dla tych, którzy literaturę uważają za szczególnie ważny życiowy problem. Byli przez wiele lat mieszkańcami literackiego domu przy ul. Krupniczej 22. Tam wychowali swoje dzieci: Anię, dziś Łebkowską, profesorkę UJ, i Krzysia, dziś architekta. Odporni na artystowski bałagan, doskonale zorganizowani i wciąż zapracowani, pojawiali się na obiedzie w rodzinnym otoczeniu zawsze o tej samej godzinie, nie tracili czasu na zbędne plotki i dowcipy i udawali się szybko z powrotem do swoich warsztatów pracy. Anegdota bowiem stanowi, jak się wydaje, raczej domenę profesora Antoniego Podrazy, historyka, starszego brata pani profesor Marii Podrazy–Kwiatkowskiej.   
MW



PORĘBSKI Mieczysław, czyli Nauczyciel – działo się to ponad 30. lat temu; chciałem studiować historię sztuki na UJ, a ponieważ był to mój drugi kierunek, przyjęcie nań zależało od wyniku tak zwanej rozmowy kwalifikacyjnej. Dyrektorem Instytutu Historii Sztuki był profesor Mieczysław Porębski, zabrałem się więc za jego „Ikonosferę” – i wpadłem w popłoch… Mozół lektury okazał się zresztą niepotrzebny, rozmowę odbył ze mną kto inny, natomiast spotkanie z autorem owego dość hermetycznego dzieła stać się miało moją wielką życiową przygodą.

Kiedy przegląda się księgę przygotowaną na 80. Profesora, uderza cecha niezwyczajna dla tego typu wydawnictw: z solennymi studiami naukowymi sąsiadują tam teksty niemal wyznawcze. Gdy jednak czytam apostrofę Wawrzyńca Brzozowskiego – „Jesteś czarodziejem. Posiadłeś pewną magiczną, jakże rzadką umiejętność: potrafisz rozebrać dzieło na czynniki pierwsze, oswoić tajemnicę, która sprawia, iż jest ono sztuką, a ono mimo to, zamiast się przemienić w czasem piękną, ale pustą formę lub też po prostu rozsypać się w proszek, nabiera więcej siły, wabi jeszcze mocniej” – nie czuję w niej przesady. Tak po prostu jest.

„Ikonosfera” (1972) była ogniwem w niesłychanie wielostronnym dorobku uczonego, krytyka towarzyszącego przyjaciołom-artystom, pisarza i – last but not least – Nauczyciela. Znawcy polskiego malarstwa historycznego, dziejów europejskich awangard – i logiki matematycznej. Pilnego czytelnika strukturalistów i semiotyków, konstruktora teorii – a równocześnie wykładowcy, który uczył, jak ważny jest bezpośredni kontakt z dziełem sztuki, znajomość jego technicznych tajemnic. I który z przejęciem wspomina jesienne dni 1939 r., kiedy jako student UJ pomagał w demontażu i ukryciu Ołtarza Mariackiego.

Choć urodził się (w 1921 r.) w Gnieźnie, z Krakowem wiążą go nie tylko studia. Tu za okupacji uczęszczał do Kunstgewerbeschule, która w intencjach Niemców miała być szkołą zawodową, a stała się wylęgarnią młodych artystów. Tu był aktorem podziemnego teatru Tadeusza Kantora; pozostał zresztą najwnikliwszym komentatorem jego dzieła, czego świadectwem „Deska” (1997), zapis niezwykłej relacji między artystą a krytykiem (czy może raczej dwoma artystami?). Tu konspirował, co skończyło się obozem koncentracyjnym; wyniósł z niego blaszany nożyk, uwieczniony w poemacie przyjaciela-poety Tadeusza Różewicza. Tutaj w 1948 r. organizował sławną I Wystawę Sztuki Nowoczesnej. I tutaj powrócił po dwudziestoletnim pobycie w Warszawie, by objąć dyrekcję Instytutu Historii Sztuki i działać na niwie muzealnej – niestety ani przekształconej wedle jego pomysłu galerii w Sukiennicach, ani jego ekspozycji sztuki nowoczesnej w Nowym Gmachu oglądać już nie można.

„Malowane dzieje” (1961), „Granica współczesności” (1965), „Kubizm. Wprowadzenie do sztuki XX wieku” i „Pożegnanie z krytyką” (1966), „Interregnum” (1975), „Sztuka a informacja” (1986) – wszystkie te książki, podobnie jak „Ikonosfera” i „Deska”, to już pozycje klasyczne. Dodajmy pisaną wraz z Ksawerym Piwockim syntezę dziejów sztuki, w której Porębski opracował nie tylko tom trzeci, obejmujący wieki XIX i XX, ale także pierwszy, „Od paleolitu po wieki średnie”. Dodajmy dziesiątki pojedynczych artykułów i wstępów do katalogów oraz tom rozmów z Krystyną Czerni. No i… ambitnie zakrojoną powieść „Z” (1989). Jej autor żartuje, że pierwszą jego powieścią była tak naprawdę „Granica współczesności”, tylko przez nieuwagę uznana za podstawę habilitacji… A w ostatnich latach ukazały się w Wydawnictwie Literackim trzy z planowanych sześciu tomów wybranych studiów Profesora: „Polskość jako sytuacja” (2002), „Nowosielski” (2003) i „Krytycy i sztuka” (2004).

Kiedy na 80. urodziny Mieczysława Porębskiego publikowaliśmy w „Tygodniku Powszechnym” rozmowę jego uczniów, zilustrowaliśmy ją zdjęciem wykonanym w 1977 r. podczas studenckiego seminarium w Niedzicy przez Adama Rzepeckiego, przyszłego współzałożyciela obrazoburczej grupy łódź Kaliska: Profesor wciela się na nim w Gertrudę Stein ze słynnego portretu Picassa. Inny dostojny jubilat pewnie by się zgorszył – Profesor był bardzo zadowolony. Bo wtedy, w Niedzicy, po prostu był Gertrudą Stein, krytykiem, który towarzyszył powstawaniu obrazów Picassa i Braque’a. Był? Jest nim nadal.   
TF



PROKOP Jan (ur. 1931) romanista, profesor, wykładowca na kilku uniwersytetach, w latach 70. i 80. XX w. związany z opozycją antykomunistyczną, historyk literatury polskiej, krytyk literacki, eseista, tłumacz, poeta i prozaik. Autor kilkudziesięciu książek. Pierwsza to zbiór szkiców o XX-wiecznej poezji awangardowej „Euklides i barbarzyńcy” z 1964 r., ostatnia została wydana dwa lata temu i nosi tytuł „Spory o nowoczesność: miscellanea z pogranicza historii idei i literatury”. Między nimi są znakomite, ważne prace poświęcone poezji Tadeusza Micińskiego, wyobraźni zbiorowej Polaków („Szczególna przygoda żyć nad Wisłą”) oraz mitologii totalitarnej (m.in. „Pisarze w służbie przemocy”). Co razem wzięte będzie nie tyle dowodem na pracowitość Prokopa, ile na rozmaitość jego zainteresowań i charakterystyczne dlań intelektualne nienasycenie. O tym ostatnim przekona się chyba każdy, kto będzie miał okazję choć przez chwilę porozmawiać z Prokopem: rozmowa momentalnie przechodzi na tzw. tematy zasadnicze. Do tego dochodzi pasja polemiczna, bo Prokop to człowiek dyskusji i sporu, a zarazem wróg dogmatyzmu. Stąd charakterystyczną cechą jego pisarstwa, zwłaszcza w ostatnich latach, jest eseistyczność, a zwłaszcza charakterystyczna dlań maniera mnożenia zdań pytających.

Czego przykładem doskonały „pamiętnik intelektualny” Prokopa „Letnie czy gorące”, od dobrych paru lat drukowany na łamach dwumiesięcznika „Arcana”. Gdy zresztą Prokop zjawia się w redakcji „Arcanów”, których jest nb. współzałożycielem i stałym autorem, wszystkich szokuje swymi antyprawicowymi i prorosyjskimi tyradami (oraz pomysłami na zdobycie nowych czytelników), ale jestem pewien, że na spotkaniach redaktorów „Dekady Literackiej” budziłby popłoch głośną krytyką np. Adama Michnika i Jana Błońskiego. Tkwi w nim bowiem duch przekory, ale też głód intelektualnej niezależności. Dlatego Prokop jest dla mnie kimś w rodzaju ostatniego klerka naszego życia umysłowego, ale też trochę outsidera z wyboru, arcypolskiego w swym anarchizmie i swej nieufności wobec polskości „zapeklowanej”. Równocześnie, gdy bliżej przyjrzeć się jego tak wielobarwnemu na pierwszy rzut oka pisarstwu, widać, że jest ono w swoim ukrytym nurcie wyrazem bardzo konsekwentnych poszukiwań. Słowami-kluczami byłaby tu chyba „nowoczesność”, „wolność” oraz „wyobraźnia”, przy czym w tym ostatnim wypadku Prokopa interesuje wyobraźnia wyzwolona w literaturze, ale też rozmaite mechanizmy jej zniewalania w nowoczesności.   
MU



PROWINCJA – nazwa sugeruje, że trzeba się nieźle nałazić, żeby trafić do tej knajpy (a właściwie dwóch bliźniaczych), co nie jest prawdą, bo znajduje się ona w ścisłym centrum Krakowa, przy ul. Brackiej. O ile w Psie czy Zwisie poznać można depresyjną, mroczną, pełną spleenu stronę krakowskiej bohemy artystycznej, o tyle w Prowincji poznać da się jej stronę jasną, słoneczną, wbrew temu, że Turnau od lat śpiewa, iż „na Brackiej pada deszcz”. Ten lokal odwiedzają na przykład poeci śpiewający (Leszek Długosz), uznani pieśniarze (Turnau), artyści różnej maści (Preizner). Na organizowanych tu spotkania autorskich pojawia się nawet incydentalnie Wisława Szymborska, powszechnie znana z niechęci do pokazywania się w miejscach publicznych. Bliskość Instytutu Polonistyki znajdującego się przy ul. Gołębiej sprawia, że w Prowincji często przesiadują utytułowani literaturoznawcy, jak również rozliczne polonistki (co dla niektórych jest plusem, dla innych minusem tego miejsca). Prowincja słynie z wybornej kawy oraz domowych ciast (i może właśnie dlatego jest tak popularna pośród polonistek), pośród których króluje szarlotka na ciepło.   
RO



SHUTY Sławomir (ur. 1973) ekonomista, pisarz, reżyser i performer (biczujący się parówkami), założyciel grupy „Cyrk z Huty”. Przez pewien czas nieświadomi czytelnicy mieli dylemat, jak wymawiać pseudonim Sławomira Matei – z angielska: ‘szuty’, czy z polska: ‘shuty’. Dopiero ujawnienie genezy tego przezwiska – stworzonego na wzór takich słynnych imion, jak Paweł z Krosna lub Tomasz z Akwinu – rozwiało wątpliwości.

Shuty jest autorem 6 książek: „Nowy wspaniały smak”, „Bełkot”, „Cukier w normie”, „Blok”, „Zwał” i „Produkt polski”. Najbardziej ceniony przez krytyków jest „Zwał”, za który pisarz otrzymał Paszport Polityki. Wydaje się jednak, że powieść ta, choć awangardowa pod względem języka i treści (Shutego wpisuje się w nurt literatury antykonsupcyjnej, która ujawniła się po r. 2000), zdaje się być dość klasyczna w formie, w przeciwieństwie do „Bloku” – pierwszej powieści hipertekstowej, opublikowanej w Internecie wraz z ilustracjami Marcina Maciejowskiego.

Akcja tekstów Shutego rozgrywa się na blokowiskach, w hipermarketach traktowanych przez bohaterów jako przestrzeń życia, radosna i kolorowa, miejsce karnawalizacji rzeczywistości, przeciwstawionej szarzyźnie bloków i smętnego, telewizyjnego życia. Ciekawym zjawiskiem jest recepcja „Zwału” w Krakowie – zamiast rozmawiać na temat samej powieści, czytelnicy podzielili się na zwolenników i przeciwników Nowej Huty. Zwolennicy NH napadali na Shutego za przedstawienie dzielnicy jako przestrzeni radioaktywnej, przeciwnicy zaś atakowali go za umieszczenie akcji w miejscu, którego tak naprawdę nie ma, które nie wytworzyło żadnej kultury oprócz dresiarskiej. W mediach przedstawiano Shutego w podobny sposób (właściwie mało kto potrafił ocenić powieść ze względu na jej walory literackie, większość sięgnęła po interpretację socjologiczną): jako przedstawiciela pokolenia 30-latków, który zamiast pracy w agencji reklamowej wybiera życie w Nowej Hucie, czego mu gratulujemy, bo nikt inny nie miałby odwagi tam mieszkać. Nieliczni tylko wiedzą, że Shuty przeniósł się z zagłębia dresiarskiego do dzielnicy tradycyjnie zamieszkałej przez dawny „lumpenproletariat”, czyli na Podgórze, i tam szybko ukradziono mu samochód.   
PM



SKWARNICKI Marek (ur. 1930) poeta, prozaik, reportażysta. W życiu literackim obecny od r. 1951, kiedy to debiutował na łamach „Tygodnika Powszechnego” artykułem „O optymizmie wiary”, opublikowanym pod pseudonimem Jerzy Patkiewicz. Od r. 1958 związany był ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”, wchodząc na długie lata – do roku 1992 – w skład redakcji. Pod własnym nazwiskiem znany przede wszystkim jako poeta, uprawia(ł) też z powodzeniem inne formy literackie. W latach 90., na skutek rozdźwięków na tle politycznym, opuścił macierzysty „Tygodnik”. Skwarnicki to również prozaik i reportażysta, podróżnik i diarysta, a także pierwszy edytor tekstów poetyckich i dramatycznych Karola Wojtyły, i w tej właśnie roli „krakowskiego przyjaciela Papieża”, redaktora jego tekstów oraz powiernika poetyckich rozterek, bywa obecnie najczęściej przedstawiany, a przecież on sam jest przede wszystkim twórcą i autorem własnych, ponad trzydziestu, książek.

Poezja Skwarnickiego wpisuje się w nurt twórczości o charakterze filozoficznym i religijnym, z silnymi odniesieniami kulturowymi z kręgu śródziemnomorskiego, którego Skwarnicki chce być świadomym dziedzicem i kontynuatorem. Jako poeta Skwarnicki znajduje się pod wpływem T. S. Eliota oraz Cz. Miłosza. Upodobanie do retoryki i patosu, charakteryzujące wczesną twórczość Skwarnickiego, pozostaje w związku z typem wyobraźni biblijnej. Kolejne tomy Skwarnickiego, począwszy od debiutanckiego, cechuje narastająca obecność pierwiastków religijnych. Aż do tomu „Poza czasem” (1982) są to także inspiracje spoza chrześcijaństwa. Wspomniany tomik oznacza przełom i w tym sensie, iż przełamany zostaje w nim agnostycyzm. Wątpienie i niepewność ustępują na rzecz szukania nieoczywistych dla bohatera lirycznego znaków Boga w świecie widzialnym.

Wiersze Skwarnickiego mówią jednak nie tylko o poszukiwaniu Boga przez człowieka, ale i o relacji odwrotnej, na pozór paradoksalnej, kiedy inicjatywa jest po stronie Stwórcy, mianowicie o szukaniu i odnajdywaniu człowieka przez Boga. W centrum refleksji religijnej podejmowanej w poezji Skwarnickiego znajdują się problemy eschatologiczne, ostateczny sens i kształt egzystencji. Dylematy te zdradzają silne powinowactwo z duchowością i teologicznymi pytaniami B. Pascala. Rzeczywistość w świecie poetyckim Skwarnickiego umieszczona jest wobec wymiaru metafizycznego, obecnego nieustannie, a zarazem przywoływanego z dużą prostotą. Poprzez ukazywanie perspektywy wiecznej, poezja Skwarnickiego dąży do przekroczenia doczesności z jej ograniczeniami, zwłaszcza w kategorii czasu. Można sądzić, iż upodobanie Skwarnickiego do utartych i dobrze zakorzenionych w tradycji środków wyrazu i konwencji wynika z dążności do ukonstytuowania się poetyckiego kosmosu, mającego być odzwierciedleniem universum w płaszczyźnie odniesień ostatecznych.. „Wieczność estetyczna” odpowiadałaby zatem w jakiś sposób „wieczności eschatologicznej”. W ten sposób tłumaczyć by można nie tylko liczne odniesienia do wypracowanych przez wieki konwencji, form i topiki, ale także powrót do tradycyjnych gatunków wykorzystywanych dla przekazu religijnych treści, takich jak pieśni, hymny, psalmy, itp. Mimo upodobania w konwencjach poezja Skwarnickiego pozostaje głosem bardzo osobistego rozliczania się ze światem oraz próbą nazwania niepochwytnego i niewyrażalnego. Równowaga między metafizyką a obserwacją i szczegółem codzienności jest czynnikiem decydującym o oryginalności tonu jego wierszy.   
ZZ



SŁOMCZYŃSKI Maciej (1922–1998) pisarz, tłumacz, autor książek dla dzieci, scenariuszy filmowych, słuchowisk radiowych i audycji telewizyjnych Podczas wojny walczył w szeregach AK; został uwięziony i wywieziony do obozu w Austrii, Kapfenbergu, skąd zbiegł do Szwajcarii, następnie z internowania uciekł do Francji i wstąpił do amerykańskiego wojska. Służył w dywizji pancernej generała Pattona. Te burzliwe, filmowe niemal dzieje stały się kanwą młodzieńczej powieści autobiograficznej „Drugi brzeg”, nigdy nie wydanej. Zaczął od publikacji książek dla dzieci, których uzbierało się kilkadziesiąt, od bajek wydawanych jeszcze w latach 40. do cyklu powieści dla młodzieży pt. „Czarne okręty”, pisanych pod pseudonimem Joe Alex. Pod tym też pseudonimem wydał szereg powieści kryminalnych. Pisał je w czasach, gdy w Polsce literatura spod znaku Agathy Christi czy Conan Doyla dopiero torowała sobie drogę do czytelników, poprzez zalew tzw. literatury milicyjnej. Joe Alex był jednocześnie autorem i bohaterem kolejnych powieści, odznaczających się świetnie zbudowaną intrygą, według najlepszych wzorów klasycznej literatury detektywistycznej. Z autora opowieści milicyjnych, sygnowanych polsko brzmiącym pseudonimem Kazimierz Krajewski, stał się wytrawnym twórcą trzymających w napięciu zagadek kryminalnych, rozwiązywanych przez detektywa, będącego literackim potomkiem detektywów goszczących na kartach zachodnich powieści, takich jak Sherlock Holmes, lord Wimsey, Ellery Queen. Powieści „Powiem wam jak zginął” (1959), „Śmierć mówi w moim imieniu” (1960), „Jesteś tylko diabłem” (1960), „Gdzie przykazań brak dziesięciu” (1968), „Piekło jest we mnie” (1975) ukazywały się w wielonakładowych wydaniach i weszły do kanonu literatury kryminalnej. Dopiero w latach 90. spadła popularność powieści Joe Alexa, bo wydawnictwa zaczęły się prześcigać w publikowaniu zachodniej literatury kryminalnej i sensacyjnej. Słomczyński w tym czasie napisał jeszcze tylko jedną z tego gatunku powieść, „Cicha jak ostatnie tchnienie” (1991).

Dla Słomczyńskiego były te powieści jednak tylko kontrapunktem, wytchnieniem w ciężkiej, benedyktyńskiej wręcz pracy tłumacza, ale nie ukrywajmy – dobrym też sposobem na utrzymywanie się z pisarstwa. Wychowany na literaturze angielskiej, postanowił przyswoić ją polskim czytelnikom w zakresie możliwie najszerszym, od czternastowiecznego poematu Chaucera „Troilus i Cressida”, dramatów Szekspira, poematów Miltona i Blake’a po twórczość Jamesa Joyce’a. Wymagało to nie tylko dogłębnej znajomości literatury i kultury angielskiej, ale przede wszystkim niebywałego słuchu językowego. Słomczyński, który przez całe życie nie bał się podejmowania ryzyka, w pracy tłumacza podejmował wyzwania o niezwykłej skali trudności. Przełożył wszystkie dzieła Szekspira, wydane przez Wydawnictwo Literackie, z którym od wielu lat współpracował, i planował przełożyć wszystkie dzieła Joyce’a. Planował, bo w realizacji tego zamierzenia, tego może najsilniej przeżywanego marzenia, przeszkodziła mu śmierć – nie zdołał ukończyć pracy nad przekładami „Dublińczyków” i „Portretu młodego artysty”. Zdążył przełożyć i wydać „Ulissesa”, powieść fundamentalną dla rozwoju dwudziestowiecznej prozy, wydał Utwory poetyckie, podjął się przekładu „Finnegans Wake”, powieści hybrydycznej, będącej zarazem poematem i epopeją, tak trudnej, właściwie niemożliwej do przetłumaczenia, że do tej pory doczekała się ona tylko kilku dość swobodnych adaptacji na obce języki.

Trudno zrozumieć, dlaczego nie zadbał, by ukazały się drukiem jego własne, awangardowe powieści – wspomniany już „Drugi brzeg”, „Cassiopeia” (akcja toczy się w Poznaniu w 1956 roku) i najbardziej interesujący, o wybitnych walorach literackich, „Krajobraz ze Skorpionem”, o której to powieści tak pisała w roku 1998 Gabriela Matuszek na łamach „Dekady Literackiej”, poświęconej Słomczyńskiemu: „Powieść powstawała przez lata (...) i żadna ze stworzonych wersji nie zadowoliła go, bo jakaż powieść mogła zadowolić tłumacza >>Ulissesa<< i >>Finnegans Wake<<. W utworze tym, bardzo ambitnym i znakomicie napisanym, zawarta została tęsknota za Arcydziełem”.

Przyjaciele i znajomi zapamiętali Macieja Słomczyńskiego jako człowieka towarzyskiego, dowcipnego i błyskotliwego, uwielbiającego prowadzić dysputy, najchętniej w swoim gęstym od książek i maszynopisów gabinecie, z nieodłączną fajką w zębach… Tam też, do swego mieszkania, często zapraszał swoich studentów ze Studium Literacko-Artystycznego UJ, na którym od początku, czyli od roku 1994, prowadził warsztaty prozatorskie. Jego imieniem została nazwana nagroda przyznawana dla najlepszej pracy z kręgu słuchaczy i absolwentów Studium. Był on też przez lata zaangażowany w prace James Joyce Foundation.   
BR



SONNENBERG Ewa (ur. 1967) poetka, autorka tomów: „Hazard” (1995), „Kraina Tysiąca Notesów” (1997), „Planeta” (1997), „Smycz” (2000), „Płonący tramwaj” (2001), „Lekcja zachwytu” (2005), „Pisane na piasku” (2007). O jej jedynej książce prozatorskiej („Paź królowej. Bajka dla zakochanych”, 2006) Michał Witkowski zapisał: „Jest to komiks z wyższych sfer, podarty przez damę i sklejony przez dziecko”. Sonnenberg jednak jest znana przede wszystkich jako autorka liryków, powstających, jak sama przyznaje: „w trakcie śniadania, obiadu, kolacji, napadów złości, grypy, anginy, plombowania zęba itd.” Za debiutancki tom wierszy otrzymała nagrodę im. Georga Trakla – prestiżowe wyróżnienie, przyznawane przez konsulat austriacki w Krakowie przez jury, któremu wówczas jeszcze przewodził Maciej Słomczyński. Krytycy wskazywali zwłaszcza na osobisty ton wierszy poetki, punktowali przedstawianie wizerunków różnych kobiet, udaną restytucję motywów uznanych za poetyzmy, wychwytywali akrobacje składniowe, zabiegi mitologizujące samą autorkę i jej świat, podkreśli idealizm, nawiązania do psychologii i filozofii, z osobnym wyróżnieniem myślicieli Wschodu. „Bohaterka tych wierszy wali po męsku, na odlew, chwilami oddając się temu zajęciu z jakąś lubą przesadą, po freudowsku wymowną zajadłością” – zapisał K. Maliszewski. Sama autorka słynie ze swojej suwerenności wobec literackich zrzeszeń, według M. Jaros-Kropidłowskiej „nie identyfikuje się ani z pokoleniem brulionowców, ani z żadną grupą literacką. Żyje na szczycie szklanej góry, czyli nad sklepem z porcelaną”.

Sonnenberg ukończyła wrocławską Akademię Muzyczną, jest też jedną z pierwszych absolwentek, a obecnie także wykładowczyń, Studium Literacko-Artystycznego przy Wydziale Polonistyki UJ w Krakowie. Mieszka w Krakowie i Wrocławiu. W odpowiedzi na ankietę „Dlaczego piszę?” przeprowadzoną przez redakcję „Kwartalnika Artystycznego” zadeklarowała: „Piszę po to, żeby być piękną, sławną i bogatą, dla mamusi, żeby miała czym chwalić się przed sąsiadkami i ekspedientkami supermarketów, dla polonistów i krytyków, żeby mieli z czego utrzymać rodziny”.   
RH



STABRO Stanisław (właściwie Stanisław Bryndza) – poeta, krytyk literacki, historyk literatury, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Urodził się w 1948 r. w Świdnicy, dzieciństwo spędził w Makowie Podhalańskim. Od 1966 r. mieszka w Krakowie, podjął wtedy studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie od 1972 r. jest pracownikiem naukowym. Debiutował jako poeta w 1966 r. na łamach „Życia Literackiego”. W 1968 r. wraz z Julianem Kornhauserem i Adamem Zagajewskim współtworzył grupę poetycką „Teraz”. Jeden z najważniejszych przedstawicieli pokolenia Nowej Fali. W latach 1974–1983 prowadził dział krytyki w „Magazynie Kulturalnym”. Wydał tomiki poetyckie: „Requiem” (1973), „Dzień Twojego narodzenia” (1974), „Na inne głosy rozpiszą nasz głos” (1978), „Ten wiersz, który na imię ma Polska” (1978, w drugim obiegu), „Pożegnanie księcia” (1981), „Dzieci Leonarda Cohena” (1984), „Korozja” (1989), „Życie do wynajęcia” (1996). W twórczości Stabry łączą się cechy poetyki nowofalowej („mówienie wprost”, skupienie na konkrecie, traktowanie poezji jako sposobu opisywania świata) z ekspresjonizmem, swoiście zreinterpretowanym romantyzmem, „poetyką krzyku”. Liryka przeżycia osobistego łączy się ze zmaganiem z tradycją, a zwłaszcza z doświadczeniem zbiorowym. Jako badacz literatury Stabro dokonuje interpretacji twórczości wybranych autorów w kontekście historycznym. Interesują go poeci i prozaicy XX wieku, zwłaszcza ci niepogodzeni z ciążeniem historii, ale też ze społeczeństwem, z tradycją. Bada również przebieg procesu historycznoliterackiego, w którym szczególnie ważną kategorią jest dla niego pokolenie literackie. Jego książki to: „Legenda i twórczość Marka Hłaski” (1985), „Poeta odrzucony” (1989), „Chwila bez imienia. O poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego” (1992), „Zamknięty rozdział: szkice o polskiej poezji współczesnej” (1994), „Poezja i historia. Od Żagarów do Nowej Fali” (1995), „Literatura polska 1944–2000 w zarysie” (2002), „Od Emila Zegadłowicza do Andrzeja Bobkowskiego. O prozie polskiej XX wieku” (2002). Opracował również antologię „Z rodu Anhellich: liryka pokolenia wojennego” (1991).   
KB



STALA Marian (ur. 1952) historyk literatury, krytyk literacki. Miał lat piętnaście, kiedy, jak sam wspomina, przeczytał po raz pierwszy tekst Jerzego Kwiatkowskiego. Uczeń Marii Podrazy Kwiatkowskiej, pod jej kierunkiem napisał pracę doktorską, ogłoszoną drukiem jako „Metafora w liryce Młodej Polski: metamorfozy widzenia poetyckiego”. Książka fascynująca, studium międzysłownych zdarzeń dokonujących się w języku poetów.

Historyk literatury z tak świetnymi rezultatami swej badawczej pasji, jak „Pejzaż człowieka: młodopolskie myśli i wyobrażenia o duszy, duchu i ciele” lub „Trzy nieskończoności: o poezji Adama Mickiewicza, Bolesława Leśmiana i Czesława Miłosza”. Ale pisze nie tylko o Wielkich Mistrzach, swą uwagę poświęca także poetom, których „nazwisk dzisiaj już się nie pamięta”. Przypomniał Jana Wroczyńskiego, „poetę jawy obłąkanej” i jego „Gawoty gwiezdne”.

Krytyk literacki – oczywiście świetny, czego dowodem: „Chwile pewności: 20 szkiców o poezji i krytyce”, „Druga strona: notatki o poezji współczesnej…”

A najtrudniej jest napisać na temat: Stala, czytelnik poezji, który pisze o swoim czytaniu. Tu by trzeba było zacząć tak: Stalę fascynuje poezja istniejąca „blisko milczenia”. Tłumaczył się z tej fascynacji dokładnie i jasno w „Chwilach pewności”. Tam, gdzie słowa, nieliczne i starannie dobrane, zbliżają się do siebie, gdzie trwają otoczone ciszą i gdzie (dzięki zbliżeniu, dzięki trwaniu, dzięki ciszy) możliwą staje się medytacja, duchowe doświadczenie poety oraz czytelnika – tam właśnie dociera Stala, zasłuchany i… zapatrzony. Bo „poezja bliska milczenia” istnieje dla niego także w widzeniu: jako obraz i kształt. Czerń wersu i blask białej kartki odbiera podwójnie: jako znak widzialny i znak wymowny. „Ta biel mówi” – pisze Stala – „iż możliwe i konieczne jest zatrzymanie się pośród gwaru świata (…) w ciszy, którą nazwać można, powtarzając metaforę Jaspersa, ciszą prawdy”. Ta biel mówi…

Myślę, że pisząc o takiej poezji, Stala przekłada jej prawa na formę krytycznoliteracką. W tekstach profesora nie ma zdań zbędnych, powielających. Jest natomiast wyraźne dążenie do budowania wywodu niemal wyłącznie ze stwierdzeń najistotniejszych (ewentualnie ich bliskich i lapidarnych dookreśleń), co wywołuje efekt semantycznej gęstości. Spójrzmy choćby na część trzecią szkicu „Stróże świata, obłoki”, opublikowanego na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Dwa cytaty, z Naruszewicza i z Krynickiego, oraz sześć zdań – tyle potrzebował Stala, aby ukazać historycznoliterackie usytuowanie i zdynamizowany status genologiczny wiersza Czesława Miłosza.

Ale, i to trzeba od razu dopowiedzieć, mistrzostwo Stali nie polega tylko na prowadzeniu skondensowanego wywodu o równocześnie zawężonych granicach i poszerzonych horyzontach. Z dążeniem do precyzji, lakoniczności, esencjonalności zdania i słowa spotyka się w tym pisarstwie umiejętność punktowego wypełniania tekstu powietrzem, światłem, ciszą. Uwidacznia się to najwyraźniej (choć nie wyłącznie) na poziomie czynności kompozycyjnych. Dzieląc swoje, nawet najkrótsze, teksty na numerowane całostki profesor rozsuwa wypowiedź, ustanawia jej wewnętrzny rytm: mówienia i zawieszenia głosu.

Jest w tym, tak sądzę, bardzo świadomy etos czytelnika poezji, takiego czytelnika, który o swoim czytaniu – pisze. „Wiersz olśniewający”, gdy się zdarza, jest darem możliwym dzięki solennemu skupieniu poety. Winno mu zatem odpowiadać skupienie krytyka, spełniające się – podobnie jak tamto, pierwsze skupienie – w słowie i w ciszy.

A że takie skupienie krytyka domaga się czegoś od czytelnika tekstu krytycznego – to morał oczywisty.   
MA



„STUDIUM” – pismo założono w 1995 r. z inicjatywy absolwentów pierwszego rocznika Studium Literacko-Artystycznego przy Uniwersytecie Jagiellońskim (od tej szkoły pisania pismo wzięło swoją nazwę): Mariusza Czyżowskiego, Grzegorza Nurka, Ewy Sonnenberg. Dobrym duchem całego przedsięwzięcia była Gabriela Matuszek – kierownik pierwszej krakowskiej szkoły creative writing. Całą grupę prowadził Adam Wiedemann, szybko dołączył do niej też Romek Honet. Pismo powstało w czasach jeszcze przedkomputerowych, większość czasu spędzano więc na staniu w kolejkach na poczcie i przepisywaniu na maszynie nadesłanych tekstów. Redakcja, opętana twórczym szałem, lecz nieposiadająca stałej siedziby, spotykała się w różnych miejscach, nie tylko knajpach, ale również pustych salach Gołębnika. Dziś „Studium” urzęduje w budynku wydawnictwa Zielona Sowa, przy ul. Cegielnianej.

Początkowo pismo ukazywało się jako dwumiesięcznik, teraz jednak bliżej mu do kwartalnika, zmieniła się też jego nazwa – w podtytule jest to „Pismo o nowej literaturze”. Faktycznie, nie znajdziemy w nim autorów wiekowych, wszyscy publikujący to głównie dwudziesto- i trzydziestolatkowie.

„Studium”, choć nigdy nie było pismem głośnym i kontrowersyjnym, wprowadziło do literatury wielu autorów, w nim także debiutowali młodzi krytycy – to dzięki „Bibliotece” pisma opublikowane zostały pierwsze teksty Jacka Dehnela („Żywoty równoległe”) czy Wojciecha Kuczoka („Opowieści niesłychane”). Obok nich „Studium” promowało również poezję Klejnockiego, Różyckiego, Foksa, Sosnowskiego, Zadury, Tkaczyszyna-Dyckiego, Joanny Wajs i Adama Pluszki. Obok poezji publikowano tomy prozatorskie (choćby „Copyright” Witkowskiego) i krytyczne („Wielkie wczoraj” Nowackiego).

W piśmie znajdziemy sześć działów: „Osoby i Maski” poświęcony jest wywiadom, „Oddźwięki” – recenzjom muzycznym, a obok nich najwięcej miejsca zajmują prezentacje poezji i prozy oraz recenzje i noty o książkach.
PM



SZCZEPAŃSKI Józef Jan (1919–2003) pisarz, tłumacz. Istotnym źródłem twórczości Szczepańskiego były doświadczenia osobiste, takie jak udział w kampanii wrześniowej i walka z okupantem w szeregach Armii Krajowej, a po wojnie zmagania z władzą komunistyczną o niezależność kultury w Polsce. Najwcześniejsze utwory, m.in. „Polska jesień”, „Buty i inne opowiadania”, tom opowiadań „Motyl”, obrazują powszednie, na ogół dalekie od heroizmu, życie pod niemiecką okupacją. Do problematyki dokonywania trudnych wyborów i budowania międzyludzkiej solidarności w ekstremalnych sytuacjach powracał jeszcze wielokrotnie, np. w opowiadaniu poświęconym ojcu Maksymilianowi Kolbe („Święty” w tomie „Przed nieznanym trybunałem”), ale czynił to już z perspektywy innych czasów, w których „łudzimy się, że żadne okoliczności nie zażądają od nas odpowiedzi na pytania ostateczne”. Misją literatury, jej powinnością, jak pisał o tym w „Liście do Juliana Stryjkowskiego”, jest podejmowanie wysiłków skazanych na niepowodzenie i walka o suwerenność człowieka. Tę walkę podejmował pisarz przez całe swoje świadome życie, od wczesnej młodości pozostając pod wpływem Josepha Conrada (potem przetłumaczył kilka jego książek), idola pokolenia AK-owców. Tuż po wojnie związał się z „Tygodnikiem Powszechnym”, który w tych mrocznych czasach stanowił oazę niezależności politycznej. Z pismem tym współpracował wiele lat, pisując recenzje filmowe (był też autorem scenariuszy filmowych) oraz drukując reportaże z licznych podróży, które były jego pasją. Był też wielkim miłośnikiem gór, uprawiał alpinistykę i taternictwo – nawet odpoczywał w domu zbudowanym pod szczytem Lubogoszczy, w Beskidzie Wyspowym, gdzie dochodziło się po górskiej ścieżce i donosiło wodę ze źródła – kochał narciarstwo, co znajdowało wyraz w reportażach i opowiadaniach. Trudno np. o wspanialszy opis narciarskich zmagań, niż w opowiadaniu „Na przełęczy”. Dwudziestokilkuletni narciarz zachłystuje się szczęściem czekającej go walki z żywiołem, która napawa go dumą, szybko jednak w zetknięciu z nieprzewidywalną przyrodą uczy się pokory. Te dwa uczucia, uważał Szczepański, powinny być wyznacznikami postawy człowieka w każdych okolicznościach i w każdych czasach.

Tak sam postępował – skromny, wręcz ascetyczny w sposobie bycia, ale zarazem nieugięty w swych poglądach, i takie było przesłanie jego pisarstwa, coraz bliższego „literaturze dokumentu osobistego”. Książką pod tym względem niezwykle charakterystyczną była „Kadencja”, napisana pod wpływem przeszło dwuletniej walki z funkcjonariuszami partyjnymi o niezależność Związku Literatów Polskich, zawieszonego z dniem 13 grudnia 1981 r. Szczepański nie był typem działacza i trybuna, podjął się jednak sprawowania funkcji prezesa Związku, wybrany na to stanowisko na nadzwyczajnym Zjeździe (30 grudnia 1980 r.), i sprawował ją do końca, czyli do rozwiązania ZLP 19 sierpnia 1983 r. „Kadencja” jest nie tylko rzetelnym opisem ostatnich lat ZLP i zmagań jego Zarządu z władzą, jest ona przede wszystkim autobiografią wybitnego pisarza polskiego. Napisana z pasją, choć szczelnie zamknięta w ramach faktografii, przynosi pełen dramatyzmu obraz ścierania się dwóch koncepcji kultury, dwóch odmiennych diametralnie postaw światopoglądowych… „Gwałt, który literaturze zadano, odnowił w niej poczucie misji – owo szczególne poczucie odpowiedzialności za etos i tożsamość kulturalną narodu. Odżył dawny stereotyp pisarza – strażnika moralnych i historycznych wartości, korumpowanych w imię doraźnych, politycznych interesów”.

Nie poddając się naciskom władzy, Szczepański wraz z kolegami, którzy nie przystąpili w stanie wojennym do nowo powołanego Związku, utworzył organizację niezależną, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, które zalegalizowano latem 1989 r., i został jego pierwszym prezesem, a potem prezesem honorowym.

Pisał do końca. W utworach z lat 90., coraz bardziej autotematycznych, w których zacierały się granice gatunkowe („Maleńka encyklopedia totalitaryzmu”, „Jeszcze nie wszystko”, „Wszyscy szukamy”), dążył do zrozumienia wyższego ładu, który nadaje sens naszemu życiu. Czy jednak nieunikniony smak samotności, odczuwany przez bohatera jednego z jego późniejszych opowiadań „Mija dzień” z tomu pod tym samym tytułem, nie był również doznaniem starzejącego się pisarza, coraz bardziej osamotnionego w swym mieszkaniu przy ul. Helclów?   
BR



SZYMAŃSKI Paweł Wiesław (ur. 1932) prozaik, historyk literatury, krytyk literacki, publicysta. W tym roku świętował jubileusz 75-lecia. Częstochowianin, podobnie jak jego przyjaciel Jan Prokop. Jest emerytowanym już profesorem UJ, autorem wielu książek, badaczem literatury polskiej XX wieku, zwłaszcza swego ukochanego dwudziestolecia międzywojennego (zob. gruby tom szkiców „Moje Dwudziestolecie”), krytykiem literackim, monografistą Gałczyńskiego, Przybosia i Wojtyły, eseistą i powieściopisarzem. Jego najgłośniejszą książką są bez wątpienia „Uroki dworu” z 1993 r., w których poddał analizie mechanizmy „oswajania” pisarzy przez system komunistyczny w czasach PRL. Po jej publikacji stał się swoistym enfant terrible dla części krakowskiego środowiska literackiego. Klasyką są jego prace o literaturze II RP: „Ballady przed burzą, Od metafory do heroizmu” oraz „Neosymbolizm”. Czytałem je z zachwytem w czasie studiów, potem poznałem ich autora w redakcji „Arki” na Rynku Kleparskim gdzieś w 1993 r., chyba w czasie promocji książki Ryszarda Legutki. Zaprzyjaźniliśmy się, nie tylko dzięki wspólnym zainteresowaniom literackim, ale też życzliwości i otwartości nie tak znowuż srogiego, jak się okazało, profesora wobec młodszego kolegi. Potem miałem okazję podziwiać Szymańskiego także za jego upór i odwagę, z jakimi potrafił bronić swych przekonań, często samotnie, zwykle wbrew opinii większości. W latach 60. i 70. Szymański wiele publikował w „Tygodniku Powszechnym” (np. głośne „Rozmowy z pisarzami”) i „Współczesności”, od 1995 r. jest związany z dwumiesięcznikiem „Arcana”. W ostatnich latach opublikował ciekawą autobiografię „Ogród plewiony”, a w tym roku jakby jej kontynuację: „Alfabet z dedykacji”, o czym wspominam, bo autobiografizm zdaje mi się żywiołem wpisanym w całe pisarstwo Szymańskiego, także w jego powieści, w tym w tę, do której on sam przykłada największą wagę: w „Niedźwiedzia w katedrze” z 1981 r., którego czytać można też jako swoisty portret Czesława Miłosza. Niedawno zbiorem szkiców „Między ciemnością a świtem” Szymański przypomniał, że był (jest) świetnym czytelnikiem awangardowej poezji polskiej, o czym wspominam z pewnym żalem, bo kilkakrotnie go namawiałem do powrotu do krytyki literackiej.   
MU



SZYMBORSKA Wisława (ur. 1923) poetka, laureatka Nagrody Nobla. Kraków Szymborskiej nie jest miejscem szczególnie fotogenicznym. Przekonali się o tym dziennikarze telewizyjni i inni reprezentanci sztuk wizualnych, tłumnie tu ściągający, gdy rozeszła się wiadomość, że polska poetka otrzymała Nagrodę Nobla. Przyjeżdżali z zamiarem pokazania jej osoby i życia; najlepiej – barwnego. Ponieważ jednak laureatka, jak wiadomo, uporczywie stroniła od kamer i reglamentowała swój wizerunek, musieli znaleźć obrazy zastępcze i zadowolić się jej – by tak rzec – synekdochą. Szukali więc miejsc z poetką związanych, zakładając, że będą to miejsca malownicze, tchnące poetyckością lub bodaj noszące znamiona rzadkiej urody: jakaś przytulna kawiarenka u stóp Wawelu, gdzie Szymborska szkicowałaby swoje wiersze na papierowej serwetce; jakiś architektoniczny fragment szczególnie cieszący jej oko; jakiś miły jej sercu zaułek, w którym słychać szept historii. Niestety, nie przeczytali oni – w przeciwieństwie do Anny Bikont i Joanny Szczęsnej – wszystkiego, co wyszło spod jej pióra, nie mieli więc okazji natknąć się na taki oto przygnębiający w swym realizmie fragment jednej z „Lektur nadobowiązkowych”, poświęconej albumowi „Kraków w fotografii Henryka Hermanowicza”: „Mieszkam w Krakowie, a to znaczy, że przechodząc koło Wawelu, myślę zazwyczaj o czym innym, niekoniecznie ważniejszym. Że mijając kościół św. Andrzeja, nie zwalniam kroku, nie wzdycham, choć to przecież najpiękniejszy kościół w Krakowie. Że idąc Rynkiem, nie przystaję przed kościołem Mariackim z głową ufnie zadartą w oczekiwaniu na trąbkę sygnału”. Twardy realizm kierował też nami, gdy wychodząc naprzeciw potrzebom przybyszów, prowadzaliśmy ich, uzbrojonych w kamery, „szlakiem Szymborskiej”.

Początek nie najgorszy: dom przy ul. Radziwiłłowskiej, gdzie rodzina Szymborskich zamieszkała w r. 1929, jest ładną, eklektyczną kamienicą, dwupiętrową, o szerokiej fasadzie, z okiennymi portalami, w których tympanonach tkwią główki aniołków, z secesyjnym witrażem o kwiatowym motywie wieńczącym bramę. Owszem, w tym domu mogła dorastać poetka, choć, prawdę powiedziawszy, widok z okna mógłby być korzystniejszy. Niestety, dorastanie odbywało się w przeszłości, w sposób dla kamer niewidoczny. Tylko jednej z nich, wyjątkowo czułej, udało się uchwycić cień małej dziewczynki, która „kochała się w studencie, / to znaczy chciała, / żeby spojrzał na nią. / (…) wybiegła [mu] naprzeciw / z bandażem na zdrowej głowie, / żeby chociaż, och, zapytał, co się stało”.

Budynek przy ul. Podwale 6, gdzie mieściła się Szkoła Podstawowa im. Józefy Joteyko, nie robi już tak dobrego wrażenia, choć jest rozłożystym gmachem w duchu neoklasycznym, z dwiema rzeźbami na osi fasady, wskazującymi na edukacyjny cel budowli. Ale parter brutalnie zniszczony przez witryny sklepów, choć jeden z nich, na szczęście, jest Główną Księgarnią Naukową. Z górnych kondygnacji edukacja najwyraźniej się wyprowadziła, choć zamieszkiwała je także po wojnie: należałam do ostatniego rocznika, który zdawał maturę w „Joteyce” (bo tak potocznie nazywano IX Licem m. Józefy Joteyko), potem mieściło się tu Technikum Poligraficzne. Ludzie z kamerą są najczęściej cudzoziemcami; nigdy nie byli w Teatrze Rapsodycznym, nigdy też zapewne nie posługiwali się „Wielkim Słownikiem Angielsko-Polskim i Polsko-Angielskim”, więc nawet nie próbuję pokazywać im dwu dziewczynek, Danusi Michałowskiej i Małgosi Stanisławskiej, które wraz z Ichną Szymborską wracają ze szkoły, idąc Plantami w stronę ul. Szewskiej.

Więc cofamy się w stronę Poczty Głównej, prawie vis à vis której, przy ul. Starowiślnej znajduje się duży, ciemny, a nawet nieco ponury gmach, gdzie mieściło się Gimnazjum Sióstr Urszulanek. Po wojnie gimnazjum zlikwidowano, budynek odebrano siostrom i przekazano Wyższej Szkole Muzycznej, przekształconej potem w Akademię Muzyczną. Teraz dom powraca do sióstr, a Akademia dostała nowe locum w byłej siedzibie Komitetu Wojewódzkiego PZPR przy ul. św. Tomasza, którą to ulicę w okresie władzy ludowej odebrano św. Tomaszowi a przyznano Solskiemu. Niestety, te skomplikowane procesy zabierania, oddawania i przekazywania nie mają bezpośrednich walorów wizualnych i nie wzbudzają zainteresowania kamer. Co innego, gdyby z bramy budynku wyszła nam naprzeciw panienka w mundurku z granatowym kołnierzem z naszytymi trzema białymi paskami, w berecie z literką „U” i niebieską tarczą na ramieniu. Można by jej podsunąć mikrofon i zapytać, co aktualnie czyta. Odpowiedź, że Dickensa, Dostojewskiego i France’a, zaskoczyłaby zarówno siostry urszulanki, jak i dziennikarzy.

Ponieważ uniwersytet, podobnie jak Kościół Mariacki, Sukiennice i Wawel, kamery utrwalają niejako spontanicznie, należy im wskazać ul. Krupniczą 22, czyli tzw. „dom literatów”. Tu w oficynie na poddaszu zamieszkała po wojnie Szymborska ze swoim ówczesnym mężem Adamem Włodkiem, potem przeprowadzili się na pierwsze piętro do mieszkania odziedziczonego po Gałczyńskim; do kolejnego przeniosła się już sama. Ogromna kamienica, z dwiema oficynami, podwórkiem-studnią, z zewnętrznymi żelaznymi schodkami wijącymi się po murze. Oko kamery, prześlizgujące się po jej ścianach, widzi mniej więcej to samo, co zobaczyły Bikont i Szczęsna, gdy zajrzały tam w grudniu 1996 r.: „Z obskurnej kamienicy odpadają tynki. Na klatce schodowej czuć było stęchlizną. Część mieszkań pozbawiona była wody. Z okien już dawno zeszła farba”. W tym domu – w nieco lepszym będącym stanie, choć zawsze przypominającym literackie koszary – powstało „Wołanie do Yeti” i „Sól”, zbiory wierszy, które wprowadziły Szymborską między najwybitniejszych poetów współczesnych. Tu w mieszczącej się na dole stołówce przekształcanej w salę odczytową odbywały się też otwarte dla publiczności spotkania, tzw. środy literackie. Na jednej z takich śród jako licealistka po raz pierwszy zobaczyłam żywą Szymborską, czytającą swoje wiersze.

Dom przy ul. Wiślnej 2, gdzie mieściła się redakcja „Życia Literackiego”, zajmują dziś już inni lokatorzy. Nie da się sfotografować ciągnących się w amfiladzie pomieszczeń ani założonego książkami i maszynopisami biurka, przy którym od 1958 r. pracowała Szymborska, prowadząc dział poezji; do r. 1966, kiedy to, po oddaniu legitymacji partyjnej w związku z tzw. sprawą Kołakowskiego, etat jej zamieniono na luźną współpracę, co oznaczało głównie pisanie „Lektur nadobowiązkowych”.

Blok na rogu ul. Królewskiej (kiedyś 18 Stycznia) wystarczy omieść wzrokiem z okna tramwaju lub samochodu. Tu na piątym piętrze w maleńkim mieszkanku zwanym szufladą, złożonym z pokoju z wnęką kuchenną, napisany został „Wszelki wypadek” i „Wielka liczba”. Także gierkowski blok na ul. Chocimskiej, pod którym to adresem zastała Szymborską Nagroda Nobla, pozbawiony jest wszelkiej urody. Ciężka brama w metalowej ramie, zielona ongi lamperia, betonowe schody prowadzące na czwarte piętro do niewielkiego mieszkania. Za jego drzwiami działy się rzeczy dla kamer niewidzialne: loteryjki, gry w ogona, konspiracyjne zebrania Związku Literatów pozostającego w opozycji do stanu wojennego, potem narady wyłonionego w podziemiu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Rodziły się też kolejne tomy wierszy – „Ludzie na moście”, „Koniec i początek”. I rodzą się nadal – pod innym adresem. Bo poezja – podobnie jak Duch – „flat ubi vult”.   
TW



ŚRÓDMIEJSKI OŚRODEK KULTURY – to zlokalizowana w ścisłym centrum Krakowa instytucja samorządowa, zobowiązana do rozbudzania i zaspokajania potrzeb kulturalnych mieszkańców miasta, sprawowania opieki nad amatorskim ruchem artystycznym czy promowania młodych talentów. Określone statutem cele realizuje, podobnie jak i inne tego typu placówki, poprzez organizowanie warsztatów plastycznych, kursów historii sztuki, koncertów czy wieczorów autorskich, tutaj też od 1995 r, wręczana jest nagroda „Krakowskiej Książki Miesiąca” oraz „Krakowskiej Książki Roku”. Laurem uhonorowani mogą zostać, zgodnie z regulaminem, pisarze i poeci związani z Krakowem, a także nie mogący pochwalić się podobnymi więzami autorzy książek poświęconych miastu, jego zabytkom czy mieszkańcom. Najbardziej wartościowe i najciekawsze publikacje, jakie w danym okresie czasu pojawiły się na lokalnym rynku wydawniczym, wyłania jury pod przewodnictwem Jana Pieszczachowicza. „Krakowska Książka Miesiąca” to inicjatywa obliczona na wspieranie krakowskich literatów i wydawców, umożliwiająca zarazem czytelnikowi bliski kontakt z twórcami. Kameralnym spotkaniom towarzyszą zwykle krótkie recitale muzyczne. W gronie nagrodzonych odnaleźć można zarówno Sławomira Shuty czy Marcina Świetlickiego, jak i Stanisława Lema, Ewę Lipską, Adama Zagajewskiego, Jana Błońskiego, Mieczysława Porębskiego czy Andrzeja Chwalbę.   
KK



ŚWIETLICKI Marcin – urodził się – uwaga! – 24 grudnia… 1961 r. w Lublinie. O ile przyjście Świetlickiego na świat nie budzi wątpliwości, o tyle jego pojawienie się w polskim życiu literackim owiane jest licznymi tajemnicami i niejasnościami. Słownik literatury polskiej urodzonej po 1960 r. „Parnas bis” podaje, że należy on do swoistych rekordzistów w oczekiwaniu na debiut książkowy (15 lat). Niejasna jest sytuacja, w której jego talent został zauważony. Wedle relacji Piotra Bratkowskiego, został odkryty przez samego Bronisława Maja jeszcze w latach 80. Prawdziwie przełomowy okazał się jednak r. 1992, kiedy to wydano debiut poetycki Świetlickiego, tomik „Zimne kraje”, ale i założony został – ponoć w wyniku frustracji związanej z przedłużającym się oczekiwaniem na ujawnienie treści poetyckich w formie książkowej – zespół Świetliki, którego wokalistą jest Świetlicki nieprzerwanie aż po dzień dzisiejszy.

Można więc o autorze „Zimnych krajów” powiedzieć, że jest poetą (najsławniejszym przedstawicielem formacji „bruLionu”, autorem kilkunastu już książek poetyckich), że zdarza mu się także melorecytować teksty. Ale to nie cała prawda. Świetlicki jest bowiem postacią dalece niespójną. Swego czasu był dziennikarzem (prowadził kiedyś w duecie z Grzegorzem Dyduchem program TVP 1 „Pegaz”); bywał aktorem (wystąpił w tej roli w spektaklu TVP 1 „Małżowina” oraz w filmie „Anioł w Krakowie”); piastował przez wiele lat stanowisko korektora (do r. 2004 pracował w tej funkcji w redakcji „Tygodnika Powszechnego”); objawił się także jako prozaik – najpierw zdobywając doświadczenie u boku Marianny G. Świeduchowskiej, czego efektem okazała się skandaliczna księga „Katecheci i frustraci” (2001), później jako autor niepodległy powieści kryminalno-obyczajowych „Dwanaście” (2006) i „Trzynaście” (2007). To w „Trzynaście” uczynił swemu bohaterowi rzecz najgorszą z możliwych – wygnał go na zesłanie do Warszawy (szerzej o tym za chwilę).

W moim osobistym przekonaniu Świetlicki jest nade wszystko poetą. Dlaczego? Można by na to pytanie odpowiedzieć nie wprost, przytaczając zasłyszany swego czasu sąd Mariana Stali, który stwierdził kategorycznie, że „Świetlicki to bardzo dobre nazwisko dla poety”. Po wtóre, jest w twórczości autora „Zimnych krajów” tak, że to właśnie ten rodzaj, z wielu jego aktywności, jest najbardziej żarłoczny. Wierszem połyka bowiem Świetlicki siebie jako wokalistę („Całowanie”), poezją pochłania siebie jako korektora „Tygodnika Powszechnego” („Rozmawianie”), to od wiersza zaczyna się także wszelka proza (utwór „Limbus”, zamykający najnowszy tomik „Muzyka środka”, kończy się w tym samym momencie, który daje początek wydarzeniom powieści „Dwanaście”).

Jest jeden element, który łączy główne rodzaje aktywności twórczej Świetlickiego – wszędzie można go zastać przechadzającym się po Krakowie. W powieści „Dwanaście” widywano go w Biurze (por. strona 110 wydania I), jego głos w słuchawce nie jest w stanie ucieszyć Czesława Miłosza (por. wiersz „Rozmawianie” z tomiku „Nieczynny”) – tym bardziej niepokoić musi, że Świetlicki ucieka w ostatniej powieści (myślami) do Warszawy. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że „bohater, zwany niekiedy mistrzem, w żadnym wypadku nie jest tożsamy ze Świetlickim, że tak tylko uważają osoby niezbyt żwawe mentalnie”.   
TCS



TANIA KSIĄŻKA – wszyscyśmy z jednej matki – z hurtowni książek o wdzięcznej i oryginalnej nazwie „Hurnex”. Dwie największe księgarnie taniej książki znajdują się na Brackiej i Grodzkiej (choć zaopatrują się głównie na Karmelickiej), obie też nazywane są popularnie „tanimi jatkami”. Pomimo tej pozornie pogardliwej nazwy, są to miejsca nadzwyczaj często przez inteligencję odwiedzane, przy regałach zgodnie i w egalitaryzującym tłoku cisną się profesorowie i studenci sięgający po te same książki. To dzięki tym księgarniom można nabyć wiersze zebrane Różewicza za siedemnaście złotych, Curtiusa za dwadzieścia, a opowiadania Sołżenicyna za dychę. Tylko tam, lekko zakurzona, spoczywa cała seria „Klasyki mniej znanej” Universitasu, a obok niej paperbookowe wydania obcej klasyki w wersji skróconej à la Zielona Sowa. Gdzie indziej sąsiadują „Dania z ziemniaków” i „Dialogi” Platona? Albo Alain Filkierkraut („Zagubione społeczeństwo” przecenione z 21 na 7 złotych) i bracia Strugaccy?

Dlaczego „Tania książka” jest dobra i tania? Bo sprzedaje zwroty z sieciowych księgarni, zaopatruje się u hurtowników, matkuje książkom, których nakłady odzwierciedlały nadzieje (niestety niespełnione!) wydawców na sukces, a jednocześnie grupuje w jednym miejscu książki zamierzone jako tanie, kieszonkowe lub popularne wydawnictwa.   
PM



TERAKOWSKA Dorota (1939–2004) pisarka, reporterka, publicystka. W środowisku dziennikarskim, intelektualnym i artystycznym Krakowa Terakowska stała się legendą. W młodości związana z Piwnicą pod Baranami, potem czołowa reporterka „Gazety Krakowskiej” – w latach 70. aktywnie uczestniczyła w życiu partii, jako członek Komisji Kontroli Partyjnej, a w okresie „Solidarności” współtworzyła razem ze swoim mężem, Maciejem Szumowskim, nowy kształt gazety, która mimo że oficjalnie nadal pełniła funkcję organu KW PZPR, była przez 13 miesięcy przykładem prasy dziennikarsko ambitnej i politycznie niezależnej, co w tamtym czasie było absolutnym ewenementem. Swoje reportaże zebrała w tomie „Próba generalna” (1983). W stanie wojennym, wyrzucona wraz z mężem z prasy i z partii, uczestniczyła w podziemnym życiu kulturalnym, zarabiając na życie robieniem na drutach swetrów. Wtedy też postanowiła realizować się jako pisarka. Pierwsze jej utwory to książki dla dzieci i młodzieży. Jednak w tym czasie napisała też i wydała w wydawnictwie podziemnym ważną dla jej duchowej biografii mini-powieść „Guma do żucia”. To obrachunek z własną przeszłością, z autoironicznym jednak, mimo dużego ładunku emocjonalności, dystansem. Po r. 1989 Terakowska poświęciła się przede wszystkim pisarstwu, choć była nadal aktywna jako dziennikarka i felietonistka. Stawała się coraz bardziej popularna, nagradzana wielokrotnie prestiżowymi nagrodami, jak Nagroda Literacka Roku, przyznawana przez sekcję Światowej Rady Książki (IBBY) czy Paszport „Polityki”, dobrze przyjmowana zarówno przez krytykę jak i czytelników – z którymi spotykała się na wieczorach autorskich i korespondowała mailowo. Niektóre z jej powieści, należące do modnego ostatnio gatunku fantasy, „Córka czarownic” (1991), „Samotność bogów” (1998), „Tam gdzie spadają anioły” (1999), weszły do kanonu lektur szkolnych. Inne jej powieści to „Władca Lewawu” (1989), „Lustro pana Grymsa” (1995), „W krainie kota” (1996). Pisarstwo Terakowskiej nacechowane jest dydaktyzmem, dalekim jednak od tradycyjnego jego rozumienia, uczy ono czytelników stawiania pytań – filozoficznych, egzystencjalnych, eschatologicznych, etycznych. W wielu utworach, począwszy od debiutanckiej „Gumy do żucia”, a skończywszy na powieściach najnowszych, „Poczwarka” (2001), „Ono” (2003), napisanych w zupełnie innej, bliższej realizmowi, konwencji, dominuje wyraźnie motyw poszukiwania tożsamości, ale i motyw dojrzewania, dorastania do miłości i cierpienia. Problemy te podjęła też Terakowska w rozmowach z profesorem psychiatrii, Jackiem Bombą, które spisane zostały i wydane w dwóch tomach Być rodziną, czyli jak zmieniamy się przez całe życie. Drugi tom ukazał się już po jej śmierci. Terakowska doczekała się barwnej biografii, napisanej przez jej córkę, Katarzynę T. Nowak. Miała wiernych przyjaciół, którzy tłumnie żegnali ją na Cmentarzu Rakowickim w styczniowy dzień 2004 roku, ale miała też dużo osób sobie nieprzychylnych, uważających ją za wyniosłą i zarozumiałą, w zapalczywości nieprzebierającą w słowach.
BR



U STASI – w centrum Krakowa wiele jest różnej klasy lokali, w których można spożyć smaczny i pożywny obiad, do nielicznych należą jednak takie, gdzie dobrze zjeść można za niewielkie pieniądze, miejsce zaś, oferujące tanie a przy tym bardzo apetyczne dania oraz słynące z miłej obsługi i bezpretensjonalnej atmosfery, jest chyba tylko jedno. Mimo że U Stasi posilić można się tylko pomiędzy godziną 12.30 a 17.30, mimo że menu jest niewyszukane, a na wolne, niezbyt zresztą wygodne, krzesełko nieraz czekać trzeba w długiej kolejce, ukrytą w podwórzu jednej z kamienic przy ul. Mikołajskiej jadłodajnię krakowianie i przyjezdni odwiedzają ochoczo i tłumnie. Chętnie stołują się tam słynne krakowskie osobistości: gwiazdy sceny i estrady, znani naukowcy, dziennikarze czy literaci a wraz z nimi różnej maści efekciarze i snoby, mogący potem do woli chwalić się faktem, iż obiad jedli w towarzystwie profesora X., redaktora Y. i aktorki Z. Osobną grupą klientów są studenci, ich decyzja o wizycie w U Stasi okupiona jest często skomplikowanymi przemyśleniami o naturze prawdziwie egzystencjalnej. Czy nie dostanę wrzodów żołądka, patrząc, jak docent, który niedawno mnie oblał, czyniąc kąśliwe uwagi na temat poziomu inteligencji współczesnej młodzieży, teraz z równym ukontentowaniem rozprawia się ze sztuką mięsa? Czy wypada nakryć swego mistrza i mentora, promotora, na pałaszowaniu pierogów ruskich, wycenianych przez uprzejmego pana, któremu każdy z wychodzących spowiada się z tego, co skonsumował, a będącego synem legendarnej Stasi, nieodmiennie na pięć złotych duża, trzy złote mała porcja? Tylko tu obiad może wiązać się z tak wieloma sprzecznymi emocjami. I pomyśleć, że już od ponad 80 lat…   
KK



WIEDEMANN Adam – urodził się w Grabowie nad Prosną w r. 1967 (w Wigilię), ale od lat związany jest z Krakowem, gdzie można go dosyć łatwo spotkać w miejscach, w jakich zwykli bywać pisarze i poeci. Człowiek rozlicznych talentów, pisze prozę i poezję, uprawia krytykę literacką i muzyczną, rysuje, a potrafi też skrobnąć zgrabny felieton. Jego prozę – zbiory opowiadań „Wszędobylstwo porządku” (1997) i „Sęk Pies Brew” (1998) – powszechnie określano mianem banalistycznej. Autorzy „Parnasu bis” pisali o niej: „Opowiadania Wiedemanna są głównie o jedzeniu i czytaniu. Bohater podróżując po Krakowie i Polsce na przemian czyta w kolejkach po jedzenie lub w kolejach żelaznych, oraz je i czeka na jedzenie dywagując o rzeczach pod- i ponadczasowych. Pojawiają się także takie tematy jak mycie zębów, robienie zakupów, rodzina”. W tychże tekstach często pojawiają się autentyczne postaci z krakowskiego światka uniwersytecko-literackiego. Wiedemannowi śni się wiele, barwnie i fabularnie, o czym przekonać się można, czytając „Sceny łóżkowe” (2005), składające się w całości z opisów snów. Potrafi wymyślać efektowne bon moty, na przykład prezentując tom wierszy jednej z młodych poetek, napisał: „Polska poezja ma na imię Marta” (tak właśnie ma na imię owa poetka). Gdy nie zajmuje się prozą, krytyką, pisaniem felietonów, wymyślaniem bon motów i rysowaniem, składa wiersze, które następnie układa w tomy i publikuje; są to m.in. „Rozrusznik” (1998), „Konwalia” (2001) czy „Kallipso” (2004). Nominowany i nagradzany.   
RO



WILLA DECJUSZA – zbudował ją przybyły do Krakowa z Węgier Jost Ludwig Dietz. Na początku XVI w. zakupił on Wolę Chełmską i część Przegorzał, a następnie do wydobycia kształtów przyszłej rezydencji zatrudnił włoskich artystów: Zenobiusza Gianottiego z Rzymu, Jana Ciniego ze Sieny i Filipa z Fiesole. Willa Decjusza szybko stała się miejscem spotkań myślicieli i artystów, tu i ówdzie zwanych kacerzami. Kolejnymi właścicielami Willi Decjusza byli między innymi Lubomirscy, Sanguszkowie, Morzkowscy i Wielowiejscy. Zaniedbany pałacyk w XIX w. odrestaurowali Ledóchowscy, pałacowe ogrody zaś przekształcili w park krajobrazowy w typie angielskim. W drugiej połowie XIX w. w Willi Decjusza zamieszkała Marcelina Czartoryska. Jej salon szybko stał się jednym z najwspanialszych w Krakowie (zob. A. Garbyś, "Salony krakowskie", Kraków 2006). Dzieje posiadłości za czasów dwu wojen można poniekąd uznać za symboliczne: podczas pierwszej w zabytkowym budynku kwaterowało wojsko, a w czasie drugiej urzędowała tam hitlerowska policja. Po wojnie w Willi Decjusza zagościł Centralny Ośrodek Szkolenia Spółdzielczości Pracy. Po całkowitym wyszkoleniu spółdzielczości pracy pałacyk przekształcono w internat. Nie wiadomo, czy mieszkańcy internatu byli chorowici, czy wręcz przeciwnie – cieszyli się wyśmienitym zdrowiem, dość, że w Willi Decjusza zakwaterował oddział gruźliczy szpitala im. dr. Anki. Nie zagrzał tam długo miejsca – od lat 70. budynek podupadł, toczony własnymi bakcylami. W 1996 r. schorowany kompleks pałacowo-parkowy odnowiono. Pieczę nad nim objęło Stowarzyszenie Willa Decjusza, organizacja pozarządowa o statusie instytucji kultury, promująca interdyscyplinarny, międzykulturowy i wielojęzyczny dialog, oparty o tolerancję i otwartość. „Od czasu, kiedy inicjator swej Willi, Justus Decius z Alzacji, sekretarz króla Zygmunta Starego, odwiedzał Erazma z Rotterdamu i dyskutował z Kopernikiem o polskiej walucie, aż do czasu, kiedy księżna Marcelina Czartoryska, uczennica Chopina, przekazywała osobom, które gościła w Willi, jego wskazania – w tym długim okresie czasu Willa Decjusza była nieraz szeroko otwarta dla wybitnych przedstawicieli swoich czasów i zapraszała wiele osób do spotkań w pięknym otoczeniu dla lepszego poznania się, porozumienia i współdziałania”. Zacytowany statut Stowarzyszenia Willa Decjusza stwierdza fakt – tak jest i dzisiaj. Willa Decjusza gości ludzi o różnych tradycjach i poglądach. Stowarzyszenie ma wiele propozycji dla chętnych do spotkania. Organizuje Letnią Akademię Sztuki, festiwal Muzyka na dworach Europy. Jej Letnia Szkoła Wyszehradzka rozwija umiejętności potrzebne
w mądrej pracy nad integracją europejską. Willa Decjusza przez kilka lat była siedzibą Instytutu Książki, Stowarzyszenie nadal zresztą z nim współpracuje – przyznają wspólnie stypendia dla pisarzy. Od 2004 r. Stowarzyszenie przyznaje Nagrodę im. Sergio Vieira de Mello – „za działania na rzecz pokojowego współistnienia i współdziałania społeczeństw, religii i kultur”, przyznawaną w kategoriach „Osoba” i „Organizacja pozarządowa”. Renesansowy rodowód kształtuje więc Willę Decjusza do dziś. A dojechać tam można malowniczą i nietrudną ścieżką rowerową.   
AP



WIŚLNA 12 – pod tym numerem mieści się redakcja „Tygodnika Powszechnego”. Wchodzimy do bramy, zmierzamy w kierunku oficyny, mijamy eleganckie sklepy w sieni. Nie zawsze tak było. Trochę historii: pierwszy numer katolickiego „Tygodnika”, ukazał się w r. 1945; redagowały go cztery osoby: Jerzy Turowicz (redaktor naczelny), Konstanty Turowski, ks. Jan Piwowarczyk i Maria Czapska. Potem do redakcji dołączyli m.in.: Stefan Kisielewski, Leopold Tyrmand, Antoni Gołubiew, Paweł Jasienica, Hanna Malewska, Józefa Hennelowa. To był pierwszy trzon pisma. Skład redagujących zmieniał się wraz z upływem czasu, przybywali coraz młodsi, starsi ubywali, niezmiennie trwał Jerzy Turowicz. Po jego śmierci w r. 1999 redakcję pisma objął Adam Boniecki. Młodzieży w piśmie jest coraz więcej – zaś Jerzy Pilch i Marcin Świetlicki, pracujący niegdyś w „Tygodniku”, stają się klasykami i początkującymi seniorami. W kwietniu bieżącego roku połowę udziałów „Tygodnika” wykupiła Grupa ITI i tym sposobem uległ on powszechnej kapitalizacji.

Opowieści o tym miejscu można ciągnąć bez końca i w różnych rejestrach. Najbardziej dynamicznie było w latach stanu wojennego, kiedy to tłoczyli się w jego małych pokoikach wszyscy, którzy chcieli zamanifestować, gdzie jest ich miejsce. Lecz wcześniej jeszcze „Tygodnik” otworzył szeroko swoje łamy dla autorów niekoniecznie katolickich, ale przede wszystkim dobrych i opiniotwórczych. Zaczął się zmieniać i taką linię zachowuje do dziś. Co, jak się wydaje, spowodowało, iż część hierarchii kościelnej nie jest mu przychylna.

Jako miejsce najciekawszy był w dobie totalnego otwarcia na tłumnie przybywających z wizytami sympatyków, dostojników, kibiców i autorów. Również po stanie wojennym. Redaktorzy siedzieli przy swoich biurkach jak na arenie i wszyscy mogli ich obserwować, odrywać od pracy i trzymać za guzik, pojawiały się wybitne osobistości podążające w stronę niewielkiego gabinetu naczelnego. Gabinet, dodajmy, w niczym nie przypominał eleganckich miejsc przeznaczonych dla szefów. Drzwi na ogół były otwarte. Potem nastała era boksów albo przepierzeń, czyli bardziej tajemnicza, mniej medialna. Trzeba było wglądać w miejsce, gdzie pracował Pilch. Separacja od natrętnej publiczności stawała się coraz bardziej konsekwentna – obecnie niedokładnie wiadomo, gdzie kto siedzi i co aktualnie robi. Co z punktu widzenia zdrowia merytorycznego redakcji wydaje się najwłaściwsze. Bez względu jednak na to, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, jawna i niezmienna jest pani Kasia w pokoju wejściowym. I niezmienny jest Lektor, który bez względu na okoliczności zawsze czyta wszystkie książki i pisze o nich.   
MW



WYDAWNICTWO LITERACKIE – z siedzibą w Krakowie przy ul. Długiej 1, prezesem spółki jest Anna Zaremba-Michalska, redaktorem naczelnym – Małgorzata Nycz. WL powstało w mrocznych czasach stalinizmu, w r. 1953, nigdy jednak nie stało się tubą propagandową reżimu. Powołane zostało przede wszystkim w celu przygotowywania opracowań krytycznych dzieł klasyki polskiej, Wyspiańskiego, Kasprowicza, Micińskiego, potem Brzozowskiego, Irzykowskiego, a w latach 80. Gombrowicza. Tę tradycję edytorstwa naukowego zdołało zachować przez wszystkie lata istnienia i nadal ją kultywuje, mimo zupełnie innych uwarunkowań rynku czytelniczego. Wydawnictwo wzbogacało swą ofertę i szybko stało się jedną z bardziej liczących się w Polsce oficyn, obok PIW-u i Czytelnika, osiągając liczbę 200 tytułów rocznie. Dużą popularność zdobyła seria Cracoviana, zawierająca monografie historyczne dotyczące naszego miasta, a w latach 70. w sposób dynamiczny rozwinęła się seria literatury iberoamerykańskiej, w ramach której ukazały się tak znamienite literacko pozycje, jak książki Cortazara, Fuentesa, Marqueza, Llosy. Na specjalną uwagę zasługuje wydawana od lat tzw. seria dwujęzyczna, z tomami poezji Szymborskiej, Audena, Baudelaire’a, Błoka, Cwietajewej, Mandelsztama, Ginsberga, Whitmana. Wydawano też literaturę współczesną, poezję (E. Lipska, Cz. Miłosz, A. Zagajewski), prozę (J. J. Szczepański, S. Czycz, J. Pilch), krytykę literacką i artystyczną (K. Wyka, J. Błoński, M. Głowiński, J. Kornhauser, A. Zagajewski), reportaże, a niektórzy autorzy, szczególnie krakowscy, np. Stanisław Lem, podpisywali z WL-em umowy na wyłączność.

Wraz z rozwojem wydawnictwa, kierowanego przez kolejnych dyrektorów i redaktorów naczelnych – Aleksandra Słapę, Jerzego Skórnickiego, Andrzeja Kurza, Ireneusza Maślarza i Katarzynę Krzemuską, Bogdana Rogatko, Janusza Adamczyka i Barbarę Drwotę – zmieniały się też jego siedziby. Lata 60. to Rynek Główny 25 – redaktorzy zajmowali drugie i trzecie piętro oficyny oraz kilka pokoi na piętrze najwyższym, dzieląc korytarz i toaletę z kwaterunkowymi lokatorami, co było powodem mniej lub bardziej groteskowych sytuacji. Wysoce profesjonalny, posiadający rozległą wiedzę humanistyczną, zgrany i zaprzyjaźniony ze sobą zespół redaktorów przetrwał przez wiele lat, tocząc potyczki z kadrą administracyjną i kierowniczą, i dopiero prawa natury oraz rynku zespół ten mocno przetrzebiły.

Lata 70. natomiast kojarzą się z nową, ekskluzywną wręcz, siedzibą przy ul. Długiej 1, w kamienicy Pod Globusem, przejętej po Powiatowym Komitecie PZPR. Po tym też Komitecie pozostały resztki (wyrzuconych na podwórko) mebli zaprojektowanych przez Wyspiańskiego, które od zagłady uchronił profesor Karol Estreicher. Dzięki jego sprytowi można je było zrekonstruować i wyposażyć nimi piękną salę Mehofferowską (zwaną tak od witraży i malowideł artysty), która służy teraz popularnym wśród starszych i młodszych czytelników spotkaniom promocyjnym i debatom na różne bardziej lub mniej z literaturą związane tematy. Na początku lat 90. kamienica stała się własnością wydawnictwa, co wymagało nie lada zachodu, bo Skarb Państwa wycenił budynek na 19 miliardów złotych (starych). Na początku lat 2000. wydawnictwo zostało z powodzeniem dla dalszych jego losów sprywatyzowane.
BR



VIS-À-VIS (zwany po prostu Zwisem) – w Krakowie knajpa-instytucja, w której całe pokolenia pisarzy i artystów kształtowały ducha i odporność na spirytualia. W szarych jak krakowska jesień czasach PRL-u bawili się tu artyści Piwnicy pod Baranami ze Skrzyneckim na czele. W niepewnych jak krakowska wiosna czasach przełomu lat 80. i 90. brawurowo wypijał tu kolejne setki gorzkiej żołądkowej Jerzy Pilch, który wtedy nie był jeszcze „tym” Pilchem. W radosnych jak krakowskie lato czasach III RP do perfekcji strategię „nieprzysiadalności” doprowadzał tu Marcin Świetlicki. W niepewnych jak krakowska zima czasach IV RP młodzi poeci próbują tu wzmacniać, przy pomocy kolejnych piw, swój opór przeciwko katolicko-narodowej wizji Polaka lansowanej przez ministerstwa, które za lansowanie takiej właśnie wizji są odpowiedzialne. Mniej lub bardziej znani pisarze i artyści przesiadują w Zwisie zwykle za dnia, bo przeszklona ściana w zimną część roku, a ogródek w ciepłą, pozwalają obserwować przechodzące przez Rynek prześliczne studentki UJ-tu, a także wypatrywać sponsorów, gotowych wspomóc konkretną sumką nieodmiennie niedofinansowaną polską literaturę i sztukę.

Zwis słynie z wybornej kawy, którą można tu raczyć się od bardzo wczesnego ranka, niezwykłych kelnerek, które są zarazem opiekunkami zmordowanych życiem i intensywną pracą twórczą artystów, oraz ubikacji, do której trzeba się kilkadziesiąt metrów przespacerować, co pod wieczór nie dla każdego z imprezujących jest łatwe.

Knajpa maleńka przestrzenią (to ledwie wąska klitka przy Rynku, z mikroskopijnym barem, jedynie w lecie uzyskująca więcej przestrzeni dzięki wystawieniu ogródka na płycie Rynku), ale wielką historią. Wciąż jeszcze kultowa, ale jest to już niestety kultowość melancholijna, podobna statui z brązu Skrzyneckiego strzegącej wejścia do knajpy, bo Zwis z coraz większym trudem zmaga się z konkurencją kolejnych pubów, klubów czy restauracji próbujących ściągać do siebie ludzi kultury.   
RO



ZAGAJEWSKI Adam (ur. 1945) poeta i eseista. Jeszcze w tym samym roku jego rodzina wyjechała na Śląsk. Po ukończeniu liceum w Gliwicach (kolegą szkolnym Zagajewskiego był Julian Kornhauser) przyjechał do Krakowa, gdzie studiował filozofię i psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pod kierunkiem prof. Danuty Gierulanki napisał pracę magisterską poświęconą zagadnieniu introspekcji, którą obronił w r. 1968. Od 1968 do 1975 był pracownikiem naukowym Instytutu Nauk Społecznych AGH.

Debiutował w r. 1967 na łamach „Życia Literackiego”. Pierwszy tom poezji – „Komunikat” – ukazał się w Krakowie w r. 1972. W 1974 r. Zagajewski wydał wraz z Kornhauserem ważny manifest pokolenia ’68 „Świat nie przedstawiony”. Był współzałożycielem grupy poetyckiej „Teraz”. Związany z redakcją czasopisma „Student”, w latach 1975–1976 pracował w jego dziale literackim. W związku z zaangażowaniem w działalność opozycyjną był inwigilowany i szykanowany. Objęty zakazem druku w latach 1976–1979, pracował jako korektor w miesięczniku „Znak”. W 1982 r. wyjechał do Francji. Jak sam podkreśla, decyzja o wyjeździe z Krakowa miała podłoże głównie osobiste.

Od najwcześniejszych wierszy Kraków jest jednym z najważniejszych miast poetyckich Zagajewskiego (obok mitycznego Lwowa, „czarnych” Gliwic i Paryża). W tomie „Sklepy mięsne” (1975) ówczesne krakowskie realia można rozpoznać w ironicznym wierszu „Niecka”:

„Salwator godzina dziesiąta rano
 ulubiona trasa spacerowa krakowian
 (…)
Brązowa wołga wraca z Władysławem Machejkiem
Nad miastem podnosi się mgła
i zakrywa tę biometeorologiczną nieckę”.

W elegii „Widok Krakowa” z tomu „Jechać do Lwowa” (1985), stanowiącej syntetyczny portret miasta, staje się ono „szarą doliną”. Ludzie i ptaki, żywi i umarli koegzystują tu wśród zabytków, drzew i podwórek.

„(…) Z kominów idą wiotkie dymy,
tak jakby ciągle trwało konklawe
i jakby nawet mury kamienic chciały
wziąć udział w zabawie istnienia”.

Krakowskie realia (budynki uniwersyteckie i drzewa Plant) można odnaleźć także w wierszu „Uniwersytet” z tomu „Płótno” (1990).

„Ciepło zimno” (1975), jak podkreśla sam autor, jest powieścią o Krakowie, przetwarzającą doświadczenia z młodości w fikcję literacką. Wśród książek eseistycznych najbardziej krakowski jest wydany w 1998 r. tom „W cudzym pięknie”, tu znalazły się wspomnienia z lat studenckich, portrety profesorów (Ingardena, Leszczyńskiego, Gierulanki, Szumana) i krakowskich krewnych (najczęściej należących do kręgów profesorskich), obrazy ulic i „starych krakowskich mieszkań” zamieszkiwanych przez stare kobiety i studentów. „To jest piękne miasto. To miasto nie jest piękne”. – od tych słów zaczyna się znamienny, pełen ambiwalencji opis Krakowa z przełomu lat 60 i 70 – szarego i zaniedbanego miasta ze śladami dawnej urody.

Przeniesienie do Krakowa w 2002 r. zaowocowało tomikiem zatytułowanym „Powrót” (2003). Znalazł się tu cykl wierszy poświęconych poszczególnym ulicom, i to nie tylko tym, którymi spacerują turyści. Są wśród nich Karmelicka, Piłsudskiego, Urzędnicza i Długa („Niewdzięczna ulica – sklepiki z pasmanterią / jak posterunki zamarzniętej armii Napoleona”), ale także Szewska – Ulica gdzie zabito niewinnego studenta. Kraków to miasto, które, jak wyznaje w jednym z wierszy, „kocha podejrzliwą miłością”.

Od wielu lat Zagajewski organizuje w Krakowie międzynarodowe spotkania poetów, zapraszając tu na seminaria literackie współczesnych poetów amerykańskich. Wśród wielu nagród krajowych i zagranicznych, których Zagajewski jest laureatem, znalazła się też Nagroda Miasta Krakowa za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury (2006).   
ACz



ZIELONA SOWA – wydawnictwo założone w 1995 r. przez Mariusza Czyżowskiego. Instytucji od początku patronował Maciej Słomczyński, który jako tłumacz oraz Joe Alex jest też jednym z jego autorów. Oficyna zaczynała godnie i klasycznie – wydając tanie edycje lektur, które miały sfinansować publikację nowatorskiej, trudnej literatury współczesnej. Dziś ma bardzo szeroką ofertę wydawniczą. Publikuje klasykę literatury polskiej i światowej, lektury, opracowania, najwybitniejsze dzieła z zakresu humanistyki, literaturę popularną, literaturę dla dzieci i młodzieży, poradniki, encyklopedie, słowniki, rozmówki, a także – niskonakładowo – współczesną literaturę polską w serii „Biblioteka Studium”, czasopisma, którego Zielona Sowa jest wydawcą. Można więc przypuścić, że pierwotny zamysł pozostaje w mocy. Wydawnictwo w krótkim czasie odniosło sukces i osiągnęło znaczącą pozycję na rynku. Zawdzięcza to umiejętnemu marketingowi i niedrogim edycjom popularnych lub potrzebnych książek. Nakładem oficyny ukazuje się ponad 600 tytułów rocznie. Ulubione wydawnictwo krakowskich studentów kierunków humanistycznych. Podczas studiów wydawane przez Zieloną Sowę tanie książki kupują w jatkach. Po studiach zaczynają je tłumaczyć, redagować i wydawać.   
AP



ZNAK – wydawnictwo powstało w 1959 roku, a jego założyciele rekrutowali się z redakcji dwóch pism katolickich – miesięcznika „Znak” i „Tygodnika Powszechnego”, było to więc środowisko zdecydowanie opozycyjne. Konflikty z władzą sprawiły, że przez lata książki publikowane w wydawnictwie można było policzyć na palcach jednej ręki (aż do 1981 r. ukazywało się 10 książek rocznie), jednak nawet jak na dzisiejsze warunki rynkowe były to prawdziwe bestsellery: pierwsza książka – „Droga krzyżowa” prymasa Wyszyńskiego sprzedała się w nakładzie 50 tysięcy egzemplarzy, kolejna – „Opowiadania i podróże „Kisielewskiego osiągnęła 10 tysięcy.

W latach 80. wydawnictwo zmniejszyło ilość tytułów zaliczanych do piśmiennictwa religijnego, a zaczęło publikować literaturę piękną, filozofię, eseistykę i historiografię. Przeglądając listy publikacji z lat 70. i 80., można odnieść wrażenie, że Znak podjął się drukowania wszystkich autorów, mających problemy z cenzurą (Miłosz, Vincenz, Jeleński, Krynicki, Barańczak, Maj, Polkowski).

Dynamicznie rozwijał się dział poezji – dzięki Znakowi polscy czytelnicy mogli poznać twórczość Johna Donne’a, Emily Dickonson, Josifa Brodskiego, Seamusa Heaneya. Publikowano nowe tłumaczenia dzieł Szekspira w przekładzie Barańczaka, dział filozofii „opanował” ks. Józef Tischer, a historyczny – Norman Davies. Ostatnio Znak podjął się wydania kontrowersyjnej książki ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego „Księża wobec bezpieki”, która, wraz z „Donosem na Wojtyłę” Marka Lasoty i „Tropem SB” Romana Graczyka, jest ważnym głosem w sprawie lustracji.

Z czasem ilość książek urosła z dziesięciu publikacji do ponad stu rocznie, lecz wydawnictwo, starając się zachować wysoki poziom intelektualny swoich książek, a jednocześnie utrzymać swoją pozycję na rynku, stworzyło mniejsze, siostrzane wydawnictwo o wdzięcznej nazwie Otwarte. To w nim właśnie ukazują się pozycje masowe, popularne, „otwarte” na czytelnika szukającego przede wszystkim rozrywki.

Od początku działalności wydawnictwem kierują prezesi Woźniakowscy – najpierw ojciec – Jacek, profesor historii sztuki, sekretarz „Tygodnika Powszechnego” w latach dominacji socrealizmu, później rektor KUL i uczestnik obrad Okrągłego Stołu; po nim zaś syn – Henryk, współpracownik Tadeusza Mazowieckiego, tłumacz. Redaktorem naczelnym od początku lat 80. jest Jerzy Illg, poeta, animator kultury, przyjaciel Miłosza, Szymborskiej, Heaneya i Barańczaka.   
PM



ŻURAKOWSKI Bogusław (ur. 1939) poeta, krytyk literacki, kulturoznawca, wykładowca. Urodził się w Stanisławowie, przez lata związany był z Opolem, gdzie studiował, do Krakowa przeniósł się w 1982 r. i mieszka tu po dziś dzień. Profesor w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego (Wydział Filozoficzny), kierownik Zakładu Pedagogiki Kultury UJ. Zajmuje się filozofią wartości, aksjologią literatury, literaturoznawstwem, literaturą dla dzieci i młodzieży. Od r. 1996 prezesuje Krakowskiemu Oddziałowi SPP. Dzięki staraniom Żurakowskiego odbywają się liczne, cykliczne imprezy poetyckie, np. „Czwartki literackie” czy „Poezja i gwiazdy” (w znanej wszystkim Jamie Michalikowej). Czynnie wspomaga innych poetów, redagujący, tomy poetyckie wychodzące staraniem SPP.

Debiutował tomem wierszy „Taniec bez ludzi” (1962), od tej pory ogłosił kilkanaście tomów poetyckich. Poezja Żurakowskiego jest wyciszona i medytacyjna. Jest także autorem książek krytycznoliterackich i naukowych, takich chociażby jak „Paradoks poezji” (1982) czy „Literatura-Wartość-Dziecko” (1999). Uwielbia spacery po Błoniach.   
RO



„ŻYCIE LITERACKIE” – pismo wychodzące w Krakowie w latach 1951–1990, przez pierwsze półtora roku jako dwutygodnik. Przez kilkanaście pierwszych miesięcy redaktorem naczelnym był Henryk Markiewicz, następnie, do końca, Władysław Machejek. Publikacje pisma obejmowały – poza literaturą i teatrem – szeroko pojętą tematykę społeczno-obyczajową. Wiele miejsca poświęcano reportażom o zjawiskach życia bieżącego, szkolnictwu i życiu szkoły, sprawom gospodarczym, powojennym przemianom kulturalnym i obyczajowym. Szczególnym zainteresowaniem cieszyła się, rzecz jasna, twórczość artystyczna (literacka, teatralna, plastyczna). Pismo inspirowało autorów poprzez wielostronne omówienia bieżącego dorobku i liczne, różnie ujęte, dyskusje. Historia, zwłaszcza najnowsza, była także przedmiotem pilnej uwagi. Każdy numer zamykał bogaty dział informacyjny, felietony literackie i teksty satyryczne.

Jak inne pisma kulturalne w PRL, „Życie Literackie” miało kontrolę polityczną w osobie redaktora naczelnego i poprzez cenzurę. Redaktorów obowiązywały wszakże niepisane starania, aby dać jak najpełniejszy wyraz rzeczywistym potrzebom umysłowym, aby pismo rozbudzało zainteresowania kulturalne, było światłe, otwarte na Europę. Wszystkie rozumne i twórcze teksty mogły liczyć na miejsce w tygodniku, co nie znaczy oczywiście, że wszystko, co zasługiwało na druk, mogło się w piśmie ukazać. Nie ukrywajmy jednak: czytelnik widział na pierwszej stronie artykuły wiernopoddańcze. Serwitut ten wypełniał redaktor naczelny. Jego rola w piśmie miała kilka poziomów: był osłoną polityczną wobec władz, ale bywał również instancją chroniącą publikacje niezupełnie prawomyślne. Władysław Machejek dobrze spełniał tę rolę w oczach władz, skoro trwał na stanowisku długie dziesięciolecia. W oczach liberalnie myślących redaktorów ten rysunek komplikuje się. Umysł prostodusznie myślący sądy miał wyraźne i podejść się nie dawał, bo jeśli czego nie rozumiał, tekst lądował w koszu. Ale przejawiały się w nim wcale nierzadkie odruchy oporu wobec języka propagandy, chętka niezależności, postawienia na swoim. Próbowaliśmy to wykorzystywać.

Przez pewien czas (lata 60., początek 70.) istniały wewnątrz redakcji dwa ośrodki opiniujące. Pierwszy skupiał się wokół redaktora naczelnego i jego zastępców, tam decydowano ostatecznie o publikacjach, o sprawach personalnych, wyceniano kolejne teksty. Wytworzył się jednak drugi ośrodek, jakby w głębi redakcji, gdzie omawiano rzeczywistą rolę i możliwości pisma, sens i wymowę niektórych publikacji, gdzie, krótko mówiąc, nie istniała cenzura w żadnym znaczeniu. Pomiędzy ośrodkami rodziło się pewne napięcie, ale spory szybko były łagodzone. Panowało raczej przekonanie, że partnerzy potrzebują się nawzajem. Należałem do drugiego ośrodka (Stefan Otwinowski, Zbigniew Kwiatkowski, Wisława Szymborska) i muszę tu wyznać, że rodziły się w nim prawdziwe przyjaźnie trwające długie lata.

Zespół redakcyjny zmieniał się w ciągu czterdziestu lat. Wśród redaktorów, którzy zaznaczyli swoją osobowość na łamach pisma, można wymienić: Henryka Voglera, Jerzego Lovella, Ludwika Flaszena, Andrzeja Kijowskiego, Zygmunta Grenia, Wisławę Szymborską, Stefana Otwinowskiego, Józefa Maślińskiego, Włodzimierza Maciąga, Olgierda Terleckiego, Zbigniewa Kwiatkowskiego, Leszka Elektorowicza, Tadeusza Robaka, Jerzego Surdykowskiego, Bogdana Rogatko.

Wśród najważniejszych współpracowników publikujących należałoby wymienić: Pawła Jasienicę (kilkuletni cykl tekstów o historii Polski), Stanisława Pigonia, Konstantego Grzybowskiego, Kazimierza Wykę, Jana Błońskiego, Jerzego Kwiatkowskiego, Stanisława Bortnowskiego, Stanisława Balbusa, Macieja Szybista.

Przypominając dyskusje, które odbiły się szerszym echem w opinii krajowej, warto wskazać spory wokół twórczości artystycznej po załamaniu się doktryny socrealizmu (lata 1955–1962). Wzięli w niej udział: Kazimierz Wyka, Henryk Markiewicz, Ludwik Flaszen, Jan Błoński, Andrzej Kijowski, Jerzy Kwiatkowski.

Uwagę opinii skupiały także reportaże, m.in. Jerzego Lovella, Zbigniewa Kwiatkowskiego, Tadeusza Robaka, Stanisława Bortnowskiego – kiedy przedmiotem zainteresowania stawały się zwłaszcza sprawy niedopuszczane do szerszej wiadomości, a dotyczące bezpośrednio ważnych interesów życia zbiorowego.   
WM

 

AUTORZY HASEŁ:

ABE      Anna Baranowa   
ACz      Anna Czabanowska-Wróbel   
AP        Anna Pochłódka   
BR        Bogdan Rogatko 
JB         Jacek Błach  
KB       Krzysztof Biedrzycki  
KK      Katarzyna Kwiecień   
KL       Krzysztof Lisowski   
MA      Mateusz Antoniuk   
MK      Marek Kozicki 
MM     Maciej Miłkowski   
MMW Maria M. Wojciechowska 
MU      Maciej Urbanowski
MW     Marta Wyka
PM       Paulina Małochleb
PS        Piotr Sobolczyk
RH       Roman Honet
RO       Robert Ostaszewski
SM       Sylwia Miłkowska
TCS     Tomasz Cieślak-Sokołowski
TF        Tomasz Fiałkowski
TW      Teresa Walas
WM     Włodzimierz Maciąg
ZZ        Zofia Zarębianka

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas