poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura [Dekada Literacka 2006, nr 5 (219)]

Zmarł znakomity uczony Juliusz Wiktor Gomulicki. Nekrolog podpisany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego umieszcza przed jego nazwiskiem tytuły „prof. dr”. Ale Gomulicki nie miał tytułu profesora; tylko grzecznościowo tak go nazywano, ponieważ przez kilka lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Nie miał także doktoratu, tylko magisterium, i to z prawa. Z kolei prezes Rady Ministrów (jeszcze Kazimierz Marcinkiewicz) jako główną zasługę Gomulickiego wymienia to, że „przywrócił nam wszystkim pamięć o Norwidzie, wydając monografię dzieł poety”. Tymczasem żadnej z licznych publikacji norwidowskich Gomulickiego nie można nazwać „monografią dzieł tego poety”.

Ukazał się niedawno t. V „Dziennika wypadków” Karola Estreichera. Już w tomie IV znajdował się wstęp, wydrukowany na kredowym papierze, zawierający życiorys autora, pióra prezesa Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie oraz „Dokumenty remontu – dewastacji willi prof. Karola Estreichera” (120 stron, z licznymi barwnymi ilustracjami). W tomie V obie te pozycje zostały nie wiadomo po co powtórzone, przy czym dokumentacja rozrosła się do 140 stron. Po raz drugi umieszczono tu także przemówienie prof. Tadeusza Ulewicza „Nad Dziennikiem pamiętnikarskim Karola Estreichera mł.” Przedziwne to obyczaje edytorskie, niepotrzebnie powiększające objętość książki i zwiększające koszty tego deficytowego przecież przedsięwzięcia.

Nieprzyjemny przypadek: bohater niedawno odnalezionego i teraz wydanego opowiadania Gustawa Herlinga-Grudzińskiego „Wędrowiec cmentarny”, serbski zbrodniarz wojenny, nazywa się Zdravko Malić. To samo imię i nazwisko nosił zasłużony chorwacki krytyk i tłumacz literatury polskiej (1933-1997). Wygląda to tak, jakby polski zbrodniarz wojenny w książce angielskiego czy francuskiego autora nazywał się np. Andrzej Kijowski czy Wiktor Woroszylski.

Jan Rokita w liście do Tuska („Dziennik” z 23 XII) powołuje się na zasadę, którą najlepiej wyraził Władysław Bartoszewski: „jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”. Tymczasem jest to powiedzenie nie Bartoszewskiego, lecz Stanisława Słonimskiego (ojca Antoniego). Bartoszewski umieścił w tytule swej książki słowa inne – „Warto być przyzwoitym”.

„Sama lektura ździebko ostudziła moje entuzjazmy, bo to jednak nie aż takie wyżyny smakowe”, „psim swędem udawało mu się załatwić paszport”, „i tak to trwało, dokąd się nie popsowało”, „wiersz, który stał się gwoździem do trumny ich kumpelstwa” – oto kilka urywków z krótkiej recenzji Tadeusza Nyczka w „Przekroju” (nr 47). Jak widać zamaszyste kolokwializmy coraz częstsze są w języku naszej krytyki.

Anna Gabryś w interesującej skądinąd książce „Salony krakowskie” pisze (s. 68), że Artur Bartels, piosenkarz i satyryk (autorka niezbyt fortunnie zalicza go do „muzyków wędrownych”) był nazywany polskim Berengerem, „co wywodziło się być może od nazwiska jednego z najsławniejszych katalońskich trubadurów (Berenguier vel Bérenger de Palazol)”. Wywód to bardzo uczony, ale całkowicie chybiony – bo Bartelsa nazywano „polskim Bérangerem” – z aluzją do klasyka piosenki francuskiej, znanego dobrze i w Polsce – Pierre Bérangera (17801857). W książce tej są i inne gafy oraz niedokładności: Jan Czubek – wbrew temu, co tutaj czytamy – nie był profesorem UJ (s. 20), – Leon Schiller nigdy nie występował jako aktor (s. 74). Syn znakomitego filologa nazywał się Kazimierz (a nie Krzysztof) Marian Morawski; Krzysztof to imię jego młodszego, przyrodniego brata (s. 95). Rudolf Starzewski nie był konferansjerem w kabarecie „Zielony Balonik” (s. 128). Roman Dyboski był historykiem literatury, nie językoznawcą (s. 135). Juliusz Kydryński nie był młodzikiem w latach działalności krakowskiej kawiarni „Paon” (1896-1901) – nie było go jeszcze na świecie, bo urodził się w roku 1921 (s. 136). Kazimierz Morawski nie był autorem wiersza „A – Beani et forenses” (s. 182), to tylko urywek „Wiersza na cześć Pawła Popiela”, wspomnianego na s. 256, ale mylnie przypisanego tu Krzysztofowi Morawskiemu. Marian Zdziechowski wyjechał z Krakowa do Wilna, nie do Warszawy (s. 189). „Różowa Kukułka” Ludwika Pugeta to kabaret poznański, nie krakowski (s. 200). Zygmunt Nowakowski nie przeniósł się z Krakowa „na emigrację” do Warszawy (s. 202). Józef Skąpski, przyjaciel Tadeusza Kwiatkowskiego, zaangażowany w działalność AK, urodzony w r. 1921, nie był oczywiście w latach wojny „mecenasem” – pomylono go z jego ojcem, także Józefem (s. 212).

Aleksandra Kosicka-Pajewska w artykule „Cztery miasta Kazimiery Iłłakowiczówny” (w książce zbiorowej „Z cienia niepamięci do światła”, s. 76) pisze, że „w latach 1910-1914 Kraków opanowali Wyspiański, Tetmajer, Rydel”. Tymczasem – Wyspiański zmarł w roku 1907. Tetmajer przebywał wiele poza Krakowem i już w tych latach zachorował na nerwy, co utrudniało mu kontakty z otoczeniem; ani on, ani Rydel wielkich sukcesów literackich wtedy nie mieli. W tymże artykule autorka wymienia wśród ówczesnych profesorów polonistyki Stanisława Pigonia. W rzeczywistości – był on wtedy dopiero asystentem, a równocześnie – nauczycielem w Prokocimiu.

Jerzy Starnawski („Rocznik Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie”, I, 2006) twierdzi, że Karol Hubert Rostworowski przemówił ostatni raz tomikiem wierszy lirycznych w r. 1932, wydając „Zygzaki”. Nie jest to ścisłe – ostatnią publikacją Rostworowskiego była zmieniona wersja fantazji dramatycznej „Czerwony marsz” opublikowana w r. 1936. Ponadto dopiero w latach 1936-1937 ukazała się drukiem trylogia „Niespodzianka”, „Przeprowadzka”, „U mety”.

Trudno zrozumieć dlaczego autorzy nie znający nawet podstaw gramatyki łacińskiej wprowadzają do swych artykułów zwroty łacińskie. W rezultacie popełniają nieraz elementarne błędy. Oto na przykład Tadeusz Stefańczyk w eseju „Tolek i inni” („Twórczość” nr 12, s. 67) pisze, nie wiadomo po co, że Janina Konarska „poznała »cum matrimonium«” przyjaciółkę Bronisławę Wierzyńską ze swoim kuzynem, Hejmanem Jareckim. Oczywiście powinno być „cum matrimonio” – przyimek „cum” wymaga zastosowania przypadku zwanego „ablatiwem”. W pierwszej klasie przedwojennego gimnazjum za takie błędy uczeń dostawał dwójkę.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas