poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROMAN HENNEL
Graficy-magicy
Dekada Literacka 2006, nr 5 (219)

Chyba się nie mylę, że jakaś magiczna siła tkwi w efektach pracy grafików zdobiących książki. Czy książka mogłaby się obejść bez pomysłowo zaprojektowanej karty tytułowej, tym bardziej bez obwoluty, nie mówiąc o rysunkach – ilustracjach? Nasz doświadczony redaktor Wiktor Frantz przestrzegał w swoich wspomnieniach czytelników, aby obchodzili się pieczołowicie z obwolutą, która nie jest zwykłym papierem pakunkowym towaru książkowego, lecz szatą zdobiącą książkę. Na pewno miał rację.

Graficy towarzyszyli – rzecz jasna – wszystkim poczynaniom książkowym Wydawnictwa Literackiego od samego początku, czyli zadziałali w ciągu pięćdziesięciu lat dobre siedem tysięcy razy!

Mankamentem początkowego funkcjonowania wydawnictwa był brak etatowego grafika. Malarze i graficy działali z doskoku i trochę bezplanowo. Problemem był dodatkowo okropny papier i fatalne farby dostępne w PRL-u. Często wysiłki grafików paliły na panewce, kiedy z pięknego lub bodaj przyzwoitego projektu wychodziły siermiężne efekty. A książki skutkiem bladości kolorów wyglądały jak istoty słaniające się z osłabienia anemią. Toteż mimo wysiłków znanych i pomysłowych artystów, jak Młodzianowski, Wojtanowicz, Bruchnalski, oboje Darowscy, Gawdzik-Brzozowska, Mróz, Przybylski i wielu innych, przez kilka początkowych lat nasze tytuły wyglądały zbyt skromnie. Ale, na przekór trudnościom materiałowym, oprawa graficzna książek stopniowo się doskonaliła. Naprawdę, od czasu do czasu wychodziły istne cacka graficzne.

W czołówce znajdował się Daniel Mróz. Zwłaszcza w pierwszej dekadzie istnienia oficyny okazał się niezwykle płodnym, pomysłowym, o magicznej inwencji i nieposkromionych pomysłach twórcą rysunkowych obwolut i mnóstwa niezwykłych rysunków. Mimo, że zdobił czasem książki, które czas zweryfikował i odrzucił, przeszedł do historii rysownictwa dzięki wybranym pieczołowicie autorom. Odpowiadały mu szczególnie teksty fantastyczne, poetyckie i… satyryczne. Lubił ilustrować kolejne tomy wierszy Kerna, Szaniawskiego Profesora Tutkę, Gałczyńskiego, powieści kosmiczne i cybernetyczne Lema, opowiadania satyryczne Afanasjewa, fantastyczne Voglera, ale nade wszystko wczesnego Mrożka. Były to rysunki surrealistyczne, niesamowite, pełne hybryd ludzko-zwierzęco-przedmiotowych. Liryczne i śmieszne zarazem, niekiedy budzące grozę lub tylko groteskowe. W efektownym albumie wydanym przez WL w roku 1988 artysta zwierza się ze swoich młodzieńczych fascynacji. Jako syn przedwojennego dziennikarza „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” zyskał dostęp w redakcji ojca do starych encyklopedii, pełnych precyzyjnych staroświeckich drzeworytów i stalorytów. Już jako dojrzały artysta przejął stamtąd technikę rysunku piórkiem i tuszem imitującą owe produkcje książkowe. Poszukując udziwnień w świecie, poddał się równocześnie urokowi kolaży niemieckiego surrealisty Maxa Ernsta. Dało to w efekcie pożenienie akademickiej doskonałości z nowoczesną fantastyką.

Kochał Kraków i jego architekturę. Kochał także zwierzęta, szczególnie koty, o których w Wydawnictwie rozgadywał się z każdym chętnym rozmówcą. Toteż bohaterami jego rysunków są często te miauczące stworzenia. Łatwo zauważyć to Mrozowe przeniesienie fascynacji kociej do rysunków. Ale również widać fascynację koniem, którego traktuje eksperymentalnie i twórczo, przydając mu nadzwyczajnych cech fizycznych i psychicznych (np. z lokomotywy wyrasta głowa konia lub tym podobne). A może fascynacja koniem tkwi w młodzieńczej lekturze Don Kichota z pięknymi drzeworytami Gustawa Dorée?

Z Danielem Mrozem spotykałem się okazjonalnie – w Wydawnictwie i na ulicy. Miał w sobie chyba coś z kociej natury. Cichy, delikatny, wrażliwy, w razie czego potrafił jednak dotkliwie drapnąć. Chętnie przystawał na chodniku i wdawał się w dyskusję. Miewał krańcowe poglądy, z którymi wystrzeliwał znienacka. Nie znosił starego Picassa. Zarzucał mu jednostronne widzenie człowieka od strony płci i, nie licująca z wiekiem, swoistą manię eksponowania na obrazach elementów seksualnych.

Już za życia doczekał się uznania. Jerzy Kwiatkowski ogłosił w tzw. Serii Banachowskiej monografię o Danielu Mrozie, a w wiele lat później powstał w Wydawnictwie wspomniany wcześniej album, wypełniony reprodukcjami rysunków artysty wraz z tekstami znakomitych autorów, wielbiącymi jego talent.

Podobnym rangą artystą współpracującym z Wydawnictwem był rysownik i dekorator teatralny Andrzej Stopka, postać osobliwa i znacząca w pejzażu kulturalnego Krakowa. Nie był on twórcą scen fantastycznych, wyszukanych i z podwójnym dnem, ale zabłysnął jako niezrównany karykaturzysta. Wyraźny przechył w stronę rysunkowego żartu i parodii odbijał się na charakterze jego okładek książkowych, a zwłaszcza na ilustracji. Jeśli karykatury poszczególnych osób przysparzały mu aprobaty i zachwytu, o tyle ilustracje budziły niekiedy sprzeczne reakcje.

Pochodził ze sławnego i zasłużonego zakopiańskiego rodu góralskiego Stopków Nazimków i tradycja wdzięcznych, lecz topornych świątków ludowych zapadła mu głęboko w świadomość. Manierę jakby żartobliwego drewnianego i oddanego kreską świątkarstwa przeniósł do ilustracji niezliczonych gawęd z rozmaitych stron Polski, wydawanych w latach pięćdziesiątych przez krakowską oficynę. Powierzano mu ilustrowanie opowiastek śląskich, podkrakowskich, orawskich, podbabiogórskich itd. Wszystkie jego ilustracje zaludniały komicznie toporne i karykaturalne postaci, co naprowadzało czytelnika na parodystyczne traktowanie wszystkich tekstów. Pamiętam, że naszemu późniejszemu znakomitemu grafikowi Januszowi Bruchnalskiemu te tendencje nie podobały się. W rozmowie ze mną określił je kiedyś, chyba przesadnie, jako „ordynarne rysunki”. Ale i ja zapamiętałem swoją reakcję na widok pliku ilustracji Stopkowych w roku 1954 do Tetmajera Na skalnym Podhalu. Jerzy Skórnicki rozłożył je przed nami z poczuciem triumfu. Po przesubtelnionych ilustracjach Włodzimierza Koniecznego do jubileuszowego wydania Na skalnym Podhalu z roku 1914, Stopkowe wydały mi się zbyt pogrubione i jednolicie ludowo-parodystyczne. W połączeniu z ironicznym i krytycznym wstępem Anieli Łempickiej, najsłynniejsze dzieło Tetmajera zostało jakoś sprowadzone jednostronnie do sympatycznej szmiry młodopolskiej. I tak już utrwaliło się w niezliczonych kolejnych wznowieniach tej książki.

Wrosły w Kraków, Stopka mógł sobie pofolgować jako karykaturzysty w książkach współczesnych autorów poświęconych felietonom na temat miasta. Dość przypomnieć choćby Otwinowskiego Niedyskrecje i wspomnienia czy Zechentera Parodie – obie z roku 1957. Jako znakomity karykaturzysta, Stopka szybko zyskał uznanie i poświęcone sobie książki: Janusza Boguckiego Twarze i karykatury (1959), Ryszarda Kosińskiego Głowy podwawelskie. Karykatury Stopki i album Voglera pt. Komedia ludzka z roku 1985.

Również Andrzej Stopka, podobnie jak Daniel Mróz, odpłynął wcześnie ku teatrowi, ograniczając zdobienie książek.

Zupełnie odmienny styl zdobienia książek przyjęło małżeństwo grafików – Zofia i Andrzej Darowscy. Jeśli Mróz i Stopka spełniali się jako rysownicy w kresce czarno-białej, to Darowscy ożywiali obwoluty i okładki grą kolorów, których – jako magnesu dla oka czytelnika – szczególnie brakowało. W ciągu około 40 lat, które przepracowałem w Wydawnictwie, działalność tego małżeństwa objęła około 350 tytułów książkowych. Liternictwo wplatali pomysłowo w różnobarwne kolaże, tworząc „szarpane” kawałki kolorowych fantazji. Jeśli były to książki historyczne, klasyczne, to rolę główną pełnił fotomontaż z udziałem starej fotografii; jeśli były to książki o sztuce, wmontowywali reprodukcje znanych dzieł. Stopniowo powierzano im zdobienie całych serii książkowych. Pan Andrzej zadbał np. o jednorodny styl wszystkich dzieł Mrożka, o dwujęzyczną Serię Poetycką (w której wydano m.in. poezje Apollinaire’a, Okudżawy, Rilke’go czy Różewicza), Serię Tatrzańską z „parzenicą” oraz dzieła Kuśniewicza. Oczywiście, zajmował się również pojedynczymi tytułami, tworząc okładki np. do Sztuki Krakowa Dobrowolskiego, antologii Lama Polska awangarda poetycka czy książki Cudzoziemcy o Polsce.

Zofia Darowska ozdobiła Nowe Ateny Chmielowskiego, Utwory zebrane Baczyńskiego, pisma Dąbrowskiej, Boya O Krakowie, Tysiąc lat monety polskiej, serię naukową Kępińskiego, pisma Ingardena czy Skarbiec polski. Już o wiele później spod jej ręki wyszły projekty obwolut do utworów Miłosza oraz Listów Wyspiańskiego.

Darowscy nie unikali też zdobienia książek ilustracjami. Pan Andrzej wykonał rysunki do Makuszyńskiego Za króla Piasta Polska wyrasta oraz do wierszy Rymkiewicza. Pani Zofia sporządziła rysunki do Bakoteki Śliwiaka. Za swoje prace oboje dostawali nagrody. Zofia Darowska uzyskała dwa wyróżnienia Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. W roku 1980 oboje otrzymali nagrodę główną tej organizacji za osiągnięcia w grafice książkowej.

Luty 1969 roku stał się dla WL-u datą przełomową, ponieważ dyrekcja zdecydowała się na stworzenie etatu „naczelnego grafika”. Stanowisko objął, kilkakrotnie już wspomniany, Janusz Bruchnalski, wkrótce nazwany pieszczotliwie Janciem. Jednak ani z wyglądu, ani z uwagi na swą stanowczość decyzji, pieszczoszkiem Jancio nie był. Niezbyt wysokiego wzrostu, przypominał trochę postać rabelaisowską. Z obfitych warg wylewały mu się potoki słów nie zawsze cenzuralnych, ciekawe wspomnienia, charakterystyki osób, niezliczone dowcipy. Pochodził ze Lwowa, w którym jego dziadek, profesor literatury polskiej, Wilhelm Bruchnalski, był osobą znaczącą. Jak sobie przypominam, Jancio prezentował w mowie akcent kresowy lwowski. U kogo można jeszcze dzisiaj usłyszeć ten miły uchu zaśpiew?

W ciągu kilkunastu lat włodarzenia graficznego w Wydawnictwie sam opracował około 330 książek! Kochał się głównie w graficznych zestawieniach czerni i bieli, co znajdowało wielbicieli, ale czasem i krytyków, ze względu na mankamenty reklamowe takich książek i słabo widoczne liternictwo. Narzekania płynęły choćby z redakcji przekładów, bo – wydawana w małym formacie – seria obcojęzyczna ginęła z oczu w witrynie księgarni. Z drugiej strony, Bruchnalski mógł się poszczycić bardzo udanymi okładkami, rozplanowaniem pagin i celnymi ozdobnikami, jak choćby w Prozie Artura Sandauera czy w Tędy i Nowych ustach Tadeusza Peipera z wczesnych lat siedemdziesiątych. Później sukcesów przybywało.

W roku 1973 doszlusował etatowo do Janusza Bruchnalskiego jego kolega grafik, współpracujący wcześniej z Wydawnictwem z doskoku – Lech Przybylski, zwany wkrótce również pieszczotliwie Lechutkiem. Na szczęście Lechutek żyje i nadal od czasu do czasu zdobi jeszcze książki WL-u. Prócz tego związał się ze Starym Teatrem, gdzie zdobi programy i odnosi sukcesy.

Pod względem gustów artystycznych, Leszek bliski był Januszowi. Obaj sympatyzowali z niemiecką awangardą okresu międzywojennego – z ekspresjonistami i szkołą Bauhausu (geometryzacja sztuki użytkowej) i – jak wynika z osiągnięć obu, moim zdaniem – z odpowiednikiem polskiej grupy Blok-Praesens. Przy czym Leszek dość nieoczekiwanie wielbi w malarstwie postimpresjonistyczny Komitet Paryski, a za swego awangardowego przewodnika uznaje Tadeusza Kantora, z którym się przyjaźnił.

Bliscy sobie gustami, różnili się usposobieniem i temperamentem. Z ust Janusza Bruchnalskiego wypływały rzeki barwnych i soczystych opowieści, natomiast Leszek przypominał – pod względem oszczędności wypowiadanych słów – raczej Wiarusa z Warszawianki, który stał, stał i milczał tylko. Za to jak wymownie!

Obaj – Janusz i Leszek – lansowali najchętniej grafikę czarno-białą z udziałem tonacji przejściowych. Posługiwali się także zręcznie kolażem fotograficznym. Obaj uczestniczyli w zarządzie sekcji graficznej Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek i obaj byli kilkakrotnie nagradzani za „najpiękniejszą książkę roku”. Znaczącą nagrodę odebrał Leszek w roku 1972 za rzeczywiście znakomite graficznie opracowanie poezji i prozy Wielemira Chlebnikowa pt. Włamanie do wszechświata.

Janusza Bruchnalskiego wprost obsypywano nagrodami. Z sentymentem spozieram na – redagowany przeze mnie – tom Tatry w poezji i sztuce, przygotowany plastycznie przez Leszka.

Roman Hennel

Felieton pochodzi z przygotowywanej książki.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas