poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA JANKO
Pierwsze lato w Sopocie

To było moje pierwsze lato w Sopocie. Słodki i gęsty sierpień, 18-ste urodziny.

Czekała mnie matura, studia, a następnie cała reszta życia. Uwielbiam zaczynać wszystko od nowa, w nieznanym miejscu, z innymi ludźmi, od nowego roku, od poniedziałku, od jutra…

Oto właśnie przeprowadziliśmy się całą rodziną z Wrocławia nad morze.

Chodziłam po deptaku sopockim nazwanym imieniem Bohaterów Monte Cassino w upalny dzień i usiłowałam skojarzyć tę barwną rzekę ludzi, rozprażony tłum sunący jednocześnie w dół i w górę, ku molo i z powrotem, wewnętrznie sprzeczny więc, ale przecież pogodzony w ogólnym i wszechwładnym lenistwie, trący o siebie przeciwbieżnie, a przyjemnie, słodko, usiłowałam skojarzyć tę ulicę, tak nazwaną, z czerwonymi makami na Monte Cassino, co zamiast rosy piły polską krew…

Czy wtenczas we Włoszech prażyło słońce i był upał, i młodzi chłopcy biegli spoceni po trawie z metalowymi rozgrzanymi narzędziami do zabijania w rękach? Czy ich podkoszulki pod mundurem były mokre i wydzielały ostrą, podniecającą woń młodego potu i dojrzałej już wojny? Czy pić im się chciało i któryś pomyślał o zimnej lemoniadzie z miodem? Albo o domowym sorbecie truskawkowym, który matka podawała w upał, na tarasie, zazwyczaj w niedzielę i to najchętniej wtedy, gdy przybywali z wizytą sąsiedzi? Czy któryś przypomniał sobie może, na ułamek sekundy, jak cudownie chłodne były wargi dziewczyny, gdy wróciła z lasu, przybiegła zgrzana, zadyszana, i przywarła do niego ciałem całym, twarzą, a wnętrze jej ust było zimne i śliskie jak jedwabna chustka? Czy takie wspomnienie, tuż przed śmiercią, nie jest jak prezent od życia, które właśnie się żegna, w upale pogody, w płomieniach krwi pędzącej przez tętnice, w ogniu wojny, która wybucha zawsze z winy życia?

Szłam sobie, tak myśląc niezobowiązująco wobec historii, wraz z tłumem i zaglądałam przez szyby do rozmaitych sklepów, do jubilera, gdzie leżały prawdziwe korale, ręcznie szlifowane, zawsze o takich marzyłam, zaglądałam do nudnego Galluksu, a potem do komisu, gdzie na wystawie leżały nonszalancko rozrzucone austriackie bluzeczki w cieniowanych kolorach od bladego różu do bordo i od lila do granatu. Po niebie łaziły obłoczki, puszyste wilgotne twory bez żadnych konkretnych powinności wobec nieba i ziemi…

I nagle wydało mi się, że pośród dziesiątków kolorowych, niemal zmiksowanych postaci, ujrzałam Kogoś.

Wysoki, smukły, ciemnowłosy chłopak to się pojawiał, to znikał w ciżbie. Ruszyłam za nim szybciej, by go dogonić, a nawet wyprzedzić, i zobaczyć, kto to jest. Jego poruszające się płynnie ramiona, chód lekki, a zarazem stanowczy, głowa o wydłużonym, oksycefalicznym kształcie, błękitny podkoszulek – wszystko to zadziałało jak znak dla mnie i miało siłę hipnotyczną.

Strumień mojego istnienia, jeszcze przed chwilą leniwy i rozlewny, sprężył się nagle i ruszył do przodu, ku młodemu mężczyźnie idącemu energicznie deptakiem nadmorskiego miasta. Czułam, że muszę zobaczyć jego twarz. Co od tego zależało? Obrót gwiazd? Pokój na Ziemi? Jeszcze więcej. Tak przemożnego pragnienia, determinacji wręcz, nie czułam w sobie zbyt często. Jakby tylko ten jeden człowiek mógł być odpowiedzią, wytchnieniem, rozwiązaniem. Odpowiedzią na jakie pytania? Wytchnieniem po jakich napięciach, niepokojach, trwogach? Rozwiązaniem jakich egzystencjalnych rachunków? Tego wiedzieć nie mogłam, bo niewiele się wie mając lat 18, chociaż przecież czuje się już wszystko, bo mniej więcej wtedy właśnie uzyskuje się dostęp do całej puli uczuć danych nam na życie. Miałam pewność, że czeka mnie niewiarygodnie ważne życie, pełne miłości i samotności, szczęścia i rozpaczy. Wierzyłam, że aby osiągnąć pełnię, choć na krótko, muszę spotkać drugiego człowieka, dokładnie takiego samego jak ja, ale przeciwnej płci. Pomysł to oczywiście starożytny, ale w młodości ma się ów niezwykły talent odkrywania na nowo odwiecznych prawd…

„Odwróć się” – powtarzałam w myślach, idąc za chłopakiem w błękitnym podkoszulku. Zaklinałam go, patrząc intensywnie w jego kark, opalony, okrągły. Te czary nieraz mi się udawały, ćwiczyłam je od dawna na przypadkowych ludziach. Należało mocno patrzeć i wypowiadać zaklęcie z uporem, ale zarazem tak, jakby nam na tym nie zależało, bocznym torem świadomości.

Byłam tuż za nim, gdy odwrócił się wreszcie i nasze oczy się spotkały.

Na ułamek sekundy zapanowała cisza absolutna i zamarł wszelki ruch na świecie.

W jego spojrzeniu ujrzałam lasy, które przejdę, góry na które wejdę, miasta, które zwiedzę, sny które prześnię.

Mój los w jednej chwili odbił się w lusterkach źrenic, w ciemnych oczach obcego człowieka, jakby był tam punktowo zakodowany.

Ale zaraz tłum popłynął znów, wybuchł hałas, ruszyła taśma z filmem o bieżącej rzeczywistości, chłopak odwrócił wzrok, a ja poczułam się tak, jakbym właśnie została okradziona z pieniędzy całego życia. Bunt! ból! żal! Okazja minęła. Nie zatrzymałam go. Moje oczy nie dały się przeczytać. Nie nawiązaliśmy łączności. Okazałam się dla niego nic nie znaczącym elementem krajobrazu. Nigdy go już nie zobaczę. Pozostanę niespełniona, porzucona w niedoistnieniu i nikt nigdy nie dowie się kim naprawdę jestem. Przeznaczenie dało znak, po czym rozsypało się w drobny mak…

Stałam przez chwilę w rwącym nurcie własnych emocji i w prącej, w dwie strony naraz, rzece turystów na ulicy Monte Cassino. Błękitny podkoszulek ostatecznie utonął w tłumie.

Przedostałam się na lewo, pod kino Polonia, potem zeszłam parę kroków do delikatesów, gdzie kupiłam zimną, zaparowaną butelkę coca coli, bo upał był doprawdy nie do zniesienia, i zaraz poczułam jak od tej butelki trzymanej w ręce lodowacieją mi kości przedramienia, aż po łokieć, pod mięśniami, i jak to promieniuje aż do mózgu, przez który przeleciał mróz i błyskawicznie wychłodził przegrzane synapsy. Jednocześnie zamarzło i utrwaliło się w mojej głowie – jak matryca, wzorzec, model – marzenie o wysokim brunecie z wydłużoną czaszką, i oczami czarnymi jak antracyt.

Anna Janko



Dekada Literacka 2006, nr 5 (219)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas