poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAULINA MAŁOCHLEB
A tam jest noc, przyjacielu. Problem zdrady w wybranych powieściach Władysława Terleckiego
Dekada Literacka 2006, nr 5 (219)

Odwołanie do mitologii w poszukiwaniu genealogii zdrady, zamiast przynieść spodziewane zrozumienie, zaciemnia jeszcze kwestię. Okazuje się bowiem, że Zdrada – Apate, to według orfickich mitów o stworzeniu córka Nocy i Erebu, potomkini Chaosu, siostra Mojr, ale też Erosa, Radości, Przyjaźni i Litości. W filozoficznej wersji mitu genesis – córka Powietrza i Matki Ziemi, siostra Strachu, Przemyślności, Gniewu, Sporu, Kłamstwa, Klątwy, Zemsty, Niepowściągliwości, Obawy i Pychy. Zdrada miesza porządki, zaciemnia rozumienie świata.

Wyobrażenia kulturowe również nie ułatwiają definicji – Dante na samym dnie piekła, jako największych grzeszników, umieszcza Judasza – zdrajcę porządku boskiego oraz Brutusa i Kasjusza – morderców Juliusza Cezara, burzycieli porządku ludzkiego. Wywrotowi interpretatorzy Pisma zmniejszają jednak winę obciążającą Iskariotę, widząc w jego czynie symboliczny początek ery judeochrześcijańskiej. Wraz z jego zdradą rodzi się bowiem odwaga kwestionowania prawdy.

Rozumienie pojęcia zdrady wydaje się intuicyjne, dla porządku przypomnijmy jednak definicję: zdrajca przekracza granicę oddzielającą „Nas” od „Obcych”, zarazem jednak zdrady dopuścić się może tylko jednostka identyfikująca się i identyfikowana z grupą określaną jako „My”. Okoliczności, w których przyznawana jest atrybucja zdrajcy, unaoczniają ją wówczas, gdy „My” – społeczeństwo, panująca religia lub klasa, grupa lub para – jest dla swoich członków kategorią ważną emocjonalnie (1).

Zdrada jest grzechem archetypowym, wpisanym w dzieje cywilizacji i choć nie zmienia się jej negatywna konotacja, to jednak przeformułowuje się przynależny jej obszar. Zdrajca „la douce France”: Ganelon, wyszedł poza karty „Pieśni o Rolandzie” – już dla Chaucera nie był on człowiekiem, lecz synonimem zła, wysłannikiem sił piekielnych. Z czasem następowała jednak relatywizacja tego pojęcia i współcześnie mówi się o ziarnie zdrady tkwiącym w każdym człowieku: „Żaden człowiek nie jest zupełnym patriotą, lub zupełnym zdrajcą. Wszyscy jesteśmy zdradrotiami” (2). Historię powszechną można czytać jako pasmo następujących po sobie zdrad. Tak samo dzieje się w przypadku dziejów Polski – najważniejszym wydarzeniem staje się „perduellio” konfederacji targowickiej – bezpośrednia przyczyna zaborów. W epoce przedrozbiorowej bieg historii modyfikowali (albo powodowali?) Hieronim Radziejowski, Aleksander Kostka Napierski, później Szczęsny Potocki, Ksawery Branicki i Hieronim Rzewuski. A co powiedzieć o biskupie Poniatowskim, Tadeuszu Bułharynie, Józefie Chłopickim, Janie Krukowieckim, Janie Skrzyneckim, Zygmuncie Kaczkowskim, Aleksandrze Wielopolskim, Włodzimierzu Spasowiczu? W XIX wieku punktem odniesienia dla zdrady nie było państwo, lecz naród, a ten, ogarnięty lękiem przed zaborcą, hojnie szafował mianem zdrajcy. Micińska określa stan polskiej świadomości jako „oblężoną twierdzę”. Chwin pisze o „wiwisekcji życiorysów” następującej w chwili zagrożenia bytu narodowego. Demaskatorska kampania stworzyła w kulturze polskiej mit zdrajcy, ataku od wewnątrz, który osłabiał i tak wątłe siły narodowe. Zdrada to figura piekielna, budząca nienawiść i grozę, grzech najcięższy i jedyny „niepodlegający moralnej amnestii” (3).

W literaturze XX wieku dekonstrukcji mitu zdrady narodowej podjął się Władysław Terlecki. Odrzucił on postromantyczne, trywializujące wyobrażenia o dokonaniu zdrady dla pieniędzy czy z powodu urażonej dumy. Terlecki poddaje analizie literackiej chwilę wahania, rozważanie decyzji, która może przynieść fatalne w skutkach konsekwencje. Bo choć ostateczny wybór podjęty przez bohaterów otwarty jest na interpretacje, to jednak jego definicję, pole manewru ustala sytuacja zagrożenia bytu narodowego, cień zagłady rzutuje na dylematy moralne bohaterów. W historii Polski Terlecki podkreśla grę z przeznaczeniem, powtarzający się w kolejnych pokoleniach podział ról na zdrajców i patriotów. Sztyletnik z „Dwóch głów ptaka” przychodzi zabić Wielopolskiego, tak samo jak jego dziad próbował dokonać zamachu na Potockiego. Przodek i potomek uważają się za karzące ramię sprawiedliwości, mścicieli pognębionego narodu, reprezentantów chudej szlachty, strażniczki tradycji, przeciw której występuje arystokracja. Portrety magnatów, przedstawione w powieści wydanej w 1970 roku, odbiegają od stereotypu zdrajców, według którego motywowała ich chęć powiększenia majątku czy zdobycia kolejnych zaszczytów. Potockim miała powodować miłość własna, zazdrość o Poniatowskiego, chciwość pochlebstw Katarzyny. Jego dziedzicem w narodowym wyobrażeniu okazał się Wielopolski: magnat obciążony pychą, nienawiścią do własnego narodu, zarozumiałością. Micińska toposem literatury „minorum gentium” XIX wieku nazwała porównanie arystokracji z 1863 roku do magnaterii czasu rozbiorów, która tak samo odstępowała od narodowości dla utrzymania politycznego status quo i ocalenia majątków (figura zdrajcy – karmazyna). Tymczasem u Terleckiego Wielopolski jest postacią niejednoznaczną – nawet krytycy spierają się, co do motywacji postaci stworzonej w „Powrocie z Carskiego Sioła”, „Dwóch głowach ptaka” i „Dreźnie”. Dobrowolska widzi w Wielopolskim starca złamanego klęską, który nie godzi się na miano zdrajcy i podejmuje dyskusję z zamachowcem. Jej zdaniem tylko litość decyduje o zaniechaniu zamachu. Tymczasem Chwin czyta Wielopolskiego jako bohatera wallenrodycznego, który ponosi klęskę. Odkrycie tego właśnie „wariantu” patriotyzmu sprawia, że sztyletnik rezygnuje ze swojego zamiaru. Plan budowania silnej Polski u boku Rosji uniemożliwia Wielopolskiemu nie tylko wybuch powstania, ale jak mówi Błudowa w „Dreźnie”, także brak zaufania w sferach arystokratycznych Petersburga i Moskwy. Wielopolski widzi w powstaniu rezultat polityki Bismarcka i konserwatystów rosyjskich, prących do „przykręcenia śruby”. Sam nie wierzy w interwencję Francji, bo pamięta sytuację z 1830 roku. Naczelnik rządu cywilnego, w powieściach Terleckiego, nie jest jedynie przewidującym politykiem, zdaje się naznaczony ukąszeniem heglowskim, wie, jakie wpływy na losy świata będzie miała Rosja, stara się ratować, co tylko można, nawet za cenę współpracy z cywilną policją. Ceną, którą gotów jest zapłacić za pokój, jest branka. Ten właśnie element jego polityki sprawia, że w społecznym odczuciu jawi się on jako zdrajca, dumny karmazyn, który przelał krew swego narodu.

Tymczasem Terlecki obciąża swego bohatera nadświadomością przyszłych wydarzeń (w interpretacji Pruszyńskiego Wielopolski to patron realistów politycznych po 1944 roku, którego linia polityczna zaktualizowała się po Jałcie) – Wielopolski działa tak, by uniknąć sytuacji, gdy Rosja będzie chciała dokonać „ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej”.

Najdalej od zbiorowych wyobrażeń wiarołomstwa odchodzi Terlecki w „Dwóch głowach ptaka”, gdzie bada przyczyny, które doprowadziły do zdrady ostatniego komisarza powstańczej Warszawy, Aleksandra Waszkowskiego. W rozmowach, które wiedzie z nim w więzieniu oficer przybyły z Petersburga, pobrzmiewa echo wielkich prądów intelektualnych epoki – romantycznej idei ducha narodów, ale też materialistycznego ujęcia historii, poglądów Hebbla. O wyborze drogi życiowej Waszkowskiego zadecydował romantyczny mit, ale przyczyną zdrady stała się wiara w pozytywistyczny konkret. Bohater zamknięty w celi, mentalnie otoczony jest przez zdrajców – chory towarzysz opowiada mu o Szczęsnym Potockim i Wielopolskim, on sam wspomina zdradę Oskara Awejdego, który „sypał” w śledztwie. W czasie spotkań z oficerkiem i Tuchołką Waszkowski próbuje zachować trzeźwość umysłu i przenikliwość, waży słowa usłyszane i te, które sam wypowiada. Nie ma złudzeń, co do własnego losu, wie, że zawiśnie na stokach Cytadeli, nie stara się ratować swojego życia. Daje się jednak uwieść filozoficznym rozważaniom oficerka, podporządkowuje swój tok myślenia zarysowanym przez urzędnika opozycjom: swoboda – posłuszeństwo, odrębność – wspólnota, idea destrukcji – idea ładu (4). W wizji Rosjanina separatyzm narodowy musi ustąpić dążeniu do scalenia państwa, zbuntowana Polska musi ugiąć się przed jednoczącą Słowiańszczyznę Rosją. W długich perorach próbuje on zniszczyć przekonanie fundamentalne dla Waszkowskiego: założycielski mit romantycznego patriotyzmu – neguje ducha narodowego, uznając, że odrębność wyrasta jedynie z etnicznej przynależności. W miejsce narodu pojmowanego jako zbiorowość jednostek, stawia jako cel państwo zjednoczone, „sprawiedliwą wspólnotę ludów”(4).

Zarówno Tuchołko, jak i oficerek, czy Szczęsny Potocki w opowieści chorego relatywizują wolność, wyróżniają wiele jej odmian, nazywają „odrębnością” lub „dążeniem do lepszego życia” (określenie pułkownika), które nie ma związku z kryterium narodowości.

Oficerek werbalizuje tajony lęk, od dawna trawiący Waszkowskiego: co stanie się z legendą, gdy zginą ostatni znający prawdę? Kto poniesie prawdę dalej, skoro dla bezpieczeństwa spalono wszystkie dokumenty? Kto zaświadczy o poświęceniu ostatnich walczących? Waszkowski spisuje więc zeznania w imię zachowania legendy, w imię trwałości praw moralnych: „Koła rydwanu, o którym wspomniałem, istotnie toczą się szybko nad naszymi głowami. Ale pewne cechy nie przemijają. Cnoty poświęcenia i bohaterstwa. Szlachetności i odwagi. Choćby posiadali je ludzie oddani złym sprawom. Choćby owoc ich starań historia odrzuciła. To zostaje. Bohaterstwo i poświęcenie. Szlachetność i odwaga. Cnoty, który nie pokrywa rdza, których potomni będą się uczyć”.

Opisuje okoliczności zdobycia pieniędzy ze skarbu Królestwa Polskiego nie w ramach donosu, lecz po to, by przedstawić prawdziwy obraz wydarzeń, dokonać oczyszczenia, zaświadczyć o wysokiej moralności uczestników akcji – bojowników o sprawę polską. Zeznanie zostaje jednak wykorzystane do odzyskania z rąk Anglików skradzionych pieniędzy.

Powolne odchodzenie Waszkowskiego od dotychczasowych poglądów wyraźnie widać w rozmowie z towarzyszem z celi, gdy ten mówi o koniecznym umacnianiu w sobie wiary w sens walki. Ostatni komisarz Warszawy pyta wtedy: „A jeśli to tylko fanatyzm? Fanatyzm nierozumny prowadzący do ogólnych nieszczęść? Po co był ten zryw, który ciebie i mnie przyprowadził tutaj? A oprócz nas innych. Setki i tysiące. Dla miraży narodowego wyzwolenia? I czy w ogóle nie zostaliśmy wpędzeni w ten stan bez własnej woli?”

Zdrada Waszkowskiego polega na zwróceniu pieniędzy skarbowi i odebraniu konspiratorom pieczęci powstańczych. Motywacja, która go do tego doprowadziła, nie jest jednak jednoznaczna: chce on zakończyć walkę, udaremnić kolejne próby formowania nowych struktur państwa podziemnego. Uważa bowiem, że społeczeństwu należy się spokój, nie można wieść walki wbrew woli narodu, któremu obiecuje się niepodległość.

Terlecki nie podtrzymuje mitu zgody narodowej, charakterystycznego dla XIX-wiecznej powieści historycznej, przeciwnie: burzy go, odkrywa głębokie podziały, obala przekonanie o treuga dei. Pisarz pracowicie przywołuje za archiwami konflikty między białymi i czerwonymi, zmienia jednak perspektywę. O ile przez lata po powstaniu mówiono o „czerwonej zdradzie”, o tyle pod pręgierzem Terlecki stawia stronnictwo białych. Pozytywizm napiętnował czerwonych, bo ich poglądy były przeciwne wobec organicznikowskiego hasła odbudowy. Paweł Popiel pisał: „Dla Polski chce naród żyć i pracować jawnie – nie zaś ginąć dla pychy kilku niepoprawnych, a zamaskowanych” (5). Oskarżano ich o przenoszenie na grunt polski „obcego ducha” nihilizmu, anarchizmu, stosowanie terroru. W potocznym wyobrażeniu końca XIX wieku „czerwony” (tym mianem określano wszystkich radykałów z kolejnych zrywów niepodległościowych: 1794, 1830, 1846, 1863, 1905) był demagogiem, oszustem, tchórzem, zdrajcą i mordercą6. Tymczasem Terlecki wprowadza do literatury bohaterów-zdrajców, którzy sami nazywają się ugodowcami. Kluczowym zagadnieniem do interpretacji postaci Zygmunta i Jana z „Lamentu” jest określenie miejsca, gdzie przebiega granica między ugodą i zdradą. Ten problem wydaje się też jednym z najbardziej istotnych dla Terleckiego. Zygmunt zgadza się na udział w prowokacji policyjnej, bo uważa, że powstanie wyniszcza naród, a społeczeństwo ponosi surową karę za szaleństwo radykałów. Szczytny ideał: zapobieganie rozruchom, do zrealizowania którego wiedzie tylko jeden środek – wyłapanie najgroźniejszych „terrorystów”, prowadzą byłego spiskowca na drugą stronę barykady – staje się jednym z wiernych szpiegów pułkownika Tuchołki. Zygmunt postrzega Piotra i Włodzimierza jako przedstawicieli tendencji zgubnych dla społeczeństwa, w jego odczuciu to właśnie emigranci – uciekinierzy są zdrajcami narodu, bo nie dość, że wywołali walkę z góry skazaną na przegraną, to jeszcze kompromitują naród na arenie międzynarodowej poprzez użycie środków nieetycznych (skrytobójstwa, wykonywanie wyroków tajnych trybunałów, morderstwa polityczne, sianie terroru). To w poglądach Zygmunta najmocniej brzmi pluralizm światopoglądowy, to on właśnie wydaje się obcy, przełamuje nasze (czytelników z drugiej połowy XX wieku) zmitologizowane wyobrażenia o powszechnej walce z zaborcą.

Wypowiada jednak racje polityczne tej części ugodowców, którzy dla obrony społeczeństwa w latach 70. XIX wieku ukuli hasło „szlachetnej denuncjacji” elementów wywrotowych.

Podobnie jak Wielopolski, także Generał J. obciążony został doświadczeniem klęski powstania listopadowego. J. był oficerem, który rozmawiał z generałem Bergiem w noc kapitulacji kończącej wojnę z Rosją w 1831 roku. Młody uczestnik walk w ciągu jednej nocy traci ideały, przechodzi na stronę zaborcy. W czasie fabularnym „Powrotu z Carskiego Sioła” jest już zdrajcą, pogardzanym przez otoczenie, z którym jednak trzeba utrzymywać stosunki towarzyskie ze względu na jego kontakty z władzą.

Strach wyrasta na prawdziwą i uniwersalną motywację działań bohaterów. J., obecny w momencie jednego z największych upokorzeń narodowych (Berg zmusza Polaków do wyznaczenia na negocjatora Krukowieckiego, który dopiero co został pozbawiony funkcji naczelnika jako zdrajca), zapamiętuje tę lekcję i od tej pory zawsze stoi po stronie silniejszego. Realną siłą staje się Ochrana, której władzy świadomi są nasi dwuznaczni bohaterowie.

Generał jest nie tylko politycznym realistą, ale też szpiclem, agentem, zamieszanym w intrygę wokół pojedynku i śmierci Bobrowskiego. On właśnie namawia tajne służby do zaniechania działań, poprzestania na obserwacji rozwoju wypadków, bo, znając dobrze podziały przebiegające przez polskie środowisko, wie, że biali doprowadzą do klęski czerwonego dyktatora. Bratobójcza intryga śledzona przez ochranę to „zwycięstwo ważniejsze od sukcesów wojskowych. Wiadomo, że powstanie upadnie. To kwestia czasu. Podziały zaś – jakie ono przyniesie, pozostaną na trwałe”. Generał, kreujący się na znawcę polskiego charakteru, stosuje tu starą metodę „divie et impera”.

Szczerze oddany służbie, na potrzeby nowego pracodawcy, J. dokonuje radykalnego przewartościowania wszystkich terminów, zmienia znaki w ideologiach – polskość staje się obiektem kpiny, Rosja – ojczyzną. Wspomina rok 1830: „warto było przez tamte płomienie przejść, osmalić się w świętym ogniu. Aby później (…) w mądry sposób ojczyźnie służyć”. Pragmatyzm generała wyrasta z kultu siły i pogardy dla słabości, ale także z przekonania o nierealności polskich mrzonek. Ten zły duch krążący po salonach w „Powrocie z Carskiego Sioła” tłumaczy swoją zdradę jako efekt realizmu politycznego, przenikliwości, znajomości sytuacji na arenie międzynarodowej: „Jestem starym człowiekiem (…) moje doświadczenia są bogatsze. Nieszczęścia nasze (…) biorą się zawsze ze złudzeń. A nie może być w jakimkolwiek politycznym przedsięwzięciu miejsca na złudzenia. Ani na cud. (…) Jedna tylko rzecz powtarza się bowiem ze zdumiewającą ciągłością: nieszczęścia”. Obnaża śmieszność decyzji Zamoyskiego, jego niekonsekwencję, podkreśla naiwność poglądów politycznych: „Jakże mówić można, że my Polacy, wtedy tylko rząd zaufaniem popierać będziemy, gdy ten będzie naszym, przez nas wybranym, gdy zasadniczą ustawą przy wolnych instytucjach złączone byłyby wszystkie prowincje”.

J. to fanatyk władzy, typ o sadystycznej osobowości. Nawet w ramionach kobiety nie zapomina o toczącej się ciągle walce o byt: „Pomyślał, że siła bierze swój początek nie tylko z wierności, ale i ze zdrady, nie tylko z ratowania życia, ale i jego dławienia. Ogarnęła go przemożna, zapierająca dech radość”.

Choć Terlecki daje jednoznaczną ocenę moralną generała, to jednocześnie dzięki jego postaci wydobywa prawdziwą motywację otaczających go ludzi. Autor powieści postrzega historię jako efekt spisków, ukrytych przyczyn, a o tych najlepiej poinformowany jest J. Snuje on swoją sieć wieści o tajnych interesach, zawoalowanych argumentach, prawdziwych powodach działania (o Wielopolskim mówi: „Jest na tyle mądry, aby wiedzieć, że rzeczywistość naprawdę wygląda inaczej)”, rozwija kolaborancką wizję historii, w której idealiści okazują się głupcami (tłumaczy Kraszewskiemu układ sił: „Musi pan, panie Józefie zrozumieć, że tu o żadnej moralności nie może być w ogóle mowy)”, a wygrywa ten, kto dokona prawidłowego wyboru strony.

Po historiozoficznych tezach szkoły Annales zmieniła się nie tylko historiografia, ale też literatura: zniknął model historii jednoznacznej, linearnej. Terleckiego nie interesuje ani wierność wydarzeniom, ani próba dotarcia do wersji najbardziej prawdopodobnej. Świadomy tego, że niemożliwa jest rekonstrukcja dziejów, zwraca się w stronę wielowariantowości, probabilizmu, podkopuje chwiejący się już gmach wyobrażenia przeszłości. Sięga po skrót, elipsę czasową, by zdramatyzować dylematy moralne. Odrzuca dotychczasowe podziały na patriotów, ugodowców i zdrajców, szuka wersji alternatywnej historii. Towarzyszy mu świadomość tego, że było (w XIX wieku) i jest (w czasie, gdy pisze swe powieści, w PRL-u) niemożliwym postępowanie, którego mglistą definicję podaje w Lamencie Kraszewski: „W każdym razie utrzymywał, że musi to być właśnie droga bezwzględnego przestrzegania moralnego ładu. Aby nas nikt nie posądzał, żeśmy ręce swoje we krwi niewinnej unurzali”. Trzeba wybrać miedzy wiernością i ugodą, które w warunkach zagrożenia bytu narodowego przybierają kształt zdrady, a walką polegającą często na terrorystycznych atakach, które równie często nazywane są zdradą. Kraszewski – bohater nakazuje podtrzymanie „czystej” walki, bo nawet klęska jest zwycięstwem moralnym, a przeciwnik, mimo zwycięstwa wojskowego, ponosi ideologiczną klęskę, ale Terlecki – autor dyskredytuje sądy swej postaci: cierpienie nie przyniesie efektów.

Powieściopisarz oświetla decyzje bohaterów z perspektywy wydarzeń późniejszych, a tym samym redefiniuje pojęcie zdrady lub podaje je w wątpliwość. Wybór Waszkowskiego okazuje się chybiony z punktu widzenia dalszych losów Polski, lecz w świetle wiedzy bohatera jest jedną z możliwości nie obciążonych piętnem przestępstwa.

Terlecki rejestruje moment, w którym bohaterowie stają w obliczu decyzji, ich czyny, jak pisze Chwin, „objawiają się tu jako fakty jeszcze nie zdefiniowane, niejasne, otwarte na różne interpretacje”(7). Terlecki mnoży perspektywy opowiadania, dzięki wprowadzeniu personalnej narracji przedstawia chór racji, które podważają wyraźne podziały, zaciemniają pozornie jasne motywacje postaci, nie pozwalają na jednoznaczną ocenę.

Paulina Małochleb

PRZYPISY:

(1) M. Micińska, „Zdrada. Córka Nocy. Pojęcie zdrady narodowej w świadomości Polaków w latach 1861–1914”, Warszawa 1998, str. 12.

(2) Ibidem, str. 8.

(3) S. Chwin, „Literatura a zdrada. Od Konrada Wallenroda do Małej Apokalipsy”, Kraków 1993.

(4)S. Chwin, op. cit., str. 243.

(5) P. Popiel, broszura „Na jaw”, cyt. za: M. Micińska, op. cit., str. 123.

(6) M. Micińska, op. cit., str. 123.

(7) Ibidem, str. 238.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas