poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
WŁODZIMIERZ MACIĄG
Przyczynek do spiskowej teorii dziejów
Dekada Literacka 2006, nr 5 (219)

Od czasów Hegla, Marksa, Webera proces dziejowy stał się przedmiotem tych samych dociekań, jakim jest ewolucja żywych organizmów. Utrwaliło się przeświadczenie, że możliwe są jakieś prawa tego trwania. Jego przemian, jego rozwoju. Szukamy więc takich praw, budujemy hipotezy, projektujemy domniemane stadia rozwojowe. Odnajdujemy związki, nawet uzależniania różnych „poziomów” trwania zbiorowego. Moralność protestancka jako warunek postępu cywilizacji – odkrycie Maxa Webera uznane zostało powszechnie za wzór naukowego myślenia historyka.

Myślenie o spiskach, upodobanie do odnajdywania spisków nie zanikło bynajmniej. Przeciwnie, upodobanie to rosło i rozwijało się wcale nie pokątnie, opanowało i w końcu zdominowało umysłowość kultury masowej. Modelowy umysł naszej epoki uwielbia wszelki spisek, podnieca go wszystko, co skrywane, osłonięte zakazami, zamaskowane i niejawne. Wyrwane zatem z kręgu tajemnicy, wyjawione i odsłonięte – przybiera z natury rzeczy na gęstości, staje się donioślejsze. I sensacyjne. Z tego nie wynika, nie musi wynikać, żadna „teoria”. Wszelki spisek jest ciekawy sam w sobie, w swoich własnych granicach. I zaczyna po swojemu rządzić myśleniem zbiorowym.

Zadziwiające, że ten modelowy „spisek” zdominował także dyskurs polityków. Może nie wszystkich, ale znacznej i wpływowej części. Ów standard, o jakim wspomniałem, zaczyna być wygodny. Przynajmniej dla niektórych. Spiski nie mają znaczenia? Spiski nie rządzą historią? Kto tak twierdzi, nie spodoba się frakcji rządzącej i jej przywódcy. Spisek bowiem jest fundamentem myślenia o historii najnowszej. Na nic deklaracje uczonych uniwersyteckich. Na nic ich standardy. Spiskowa teoria dziejów wraca kuchennymi drzwiami, jako poręczny argument walki o władzę. A poręczny dlatego, że świetnie odpowiadający modelowemu umysłowi epoki. Ten umysł najłatwiej opanować odsłanianą tajemnicą. Ujawniamy całą prawdę. Spisek po prostu, nic więcej.

Tzw. proza historyczna, literacka opowieść osnuta na wydarzeniach historii rzeczywistej, miała w tym sensie pewną ważną rolę do spełnienia. Polski prozaik podejmujący podobną próbę stawał, czy był tego świadom czy nie, przed pytaniem o odpowiedzialność za losy zniewolonego kraju. Czy jest ktoś, kto ponosi winę za nasze udręki i upokorzenia? Za rozbiory, za niewolę, a nade wszystko za komunę? Żadne tam „prawa”, żadne determinanty, żadne bilanse liczb, żadne zestawienia wektorów cywilizacyjnych. Zmówili się dranie. Katarzyna z Fryderykiem. Stalin z Roosveltem. Sikorskiego usunęli skrytobójczo. Ile jest jeszcze spisków podobnych do wykrycia? Pisarz, a zatem ktoś podejmujący refleksję nad dziejami swojego kraju, staje, przyznajmy to, bezradny. Przecież wszystko daje się zrozumieć.

W czasie wojny (co ma znaczenie) Jarosław Iwaszkiewicz ułożył opowiadanie, które można czytać jako krytykę „spiskowości”. Chodzi o „Bitwę na równinie Sedgemoor”. Bohaterka wydarzeń, młodziutka Anna, próbuje przeciwstawić się wydarzeniom (uprzedza o ataku wojsk), aby uchronić stronę, której sprzyja. Spisek i donos – powiedziałoby się – na miarę wyobraźni kilkunastoletniej panienki. Zamiar zostaje zrealizowany, ale nie zmienia w najmniejszym stopniu biegu wielkich spraw. One mają po prostu inne przyczyny, inne źródła, inną skalę odniesień.

I jeszcze ten przykład zmierzenia się z problemem. „Dziecko przez ptaka przyniesione” Andrzeja Kijowskiego. Siłą sprawczą wydarzeń historycznych nie jest ani spisek, ani „fala dziejowa” (jak u Iwaszkiewicza). Sprawcą jest tajemnie przygotowany i budzący się nagle (w sprzyjających okolicznościach) mit zbiorowy, który może nazwać się „wolnością”, „wyzwoleniem”, gdzie czeka nas „WAWELSKI DWÓR”. Doświadczenie mówi, że siła podobnego mitu przekracza opór instynktu samozachowawczego.

Ale dość przykładów. Pomijam Teodora Parnickiego, refleksja byłaby za długa. Pisarzem, któremu poświęcimy chwilę uwagi, jest Władysław Terlecki. Terlecki jest (używam czasu teraźniejszego, bo jego dzieło trwa) szczególnie uwrażliwiony na zagadnienie podmiotu historii zbiorowej. Taki podmiot jest tylko projektem umysłu, dobrze. Ale jego podmiotu odsłanianie, poszukiwanie, projektowanie w końcu – jest przyrodzoną potrzebą myśli, nigdy z podobnych prób nie zrezygnujemy. Terlecki myśli i pisze w czasie półniewoli komunistycznej i drażni go świadomość zbiorowej bezsilności. Pyta więc o Powstanie Styczniowe. O szanse młodych zapaleńców. O racje Wielopolskiego. O trwałość systemu, czyli siłę „Niedźwiedzia”. Co być mogło, a co być musiało? I jak o to wszystko pytać?

Ale pisarz nie może przecież snuć „zimnego rozumowania”. Pisarz bierze udział w wydarzeniach, utożsamia się z bohaterami, a co szczególnie frapujące, nie tylko z tymi, którzy o wolność walczą, ale i z tymi, którzy ją chcą zdławić. Postacią skupiającą uwagę pisarza staje się człowiek o mentalności spiskowca, człowiek, który przyzwyczaił się myśleć, że potajemna organizacja, dobrze przygotowana, sprawnie poprowadzona, może kierować wydarzeniami ponad i wbrew działaniom polityków. Porządek ustrojowy można zburzyć jednym zabójstwem politycznym – zakłada spiskowiec. Potajemny spisek można zdemaskować i rozwalić jedną dobrze obmyślaną prowokacją – zakłada jego przeciwnik, agent służb specjalnych. Dzianie się historii przechodzi w nasze ręce – myślą obaj. Przestajemy spiskować. Zaczynamy tworzyć dzieje. Otóż właśnie tego rodzaju mentalność staje się zagadnieniem pisarza.

Uderza powtarzalność i – by tak rzec – natrętność zjawiska. Teksty Terleckiego czyta się niekiedy jak sprawozdanie z życia publicznego naszych dni. Ta sama aura wszechpodejrzliwości. To samo znaczenie najbłahszego donosu. I gotowość do konstruowania układów, powiązań, uzależnień, o jakich nie śniło się prostodusznym.

Terlecki wszakże, pisarz rozumny, wie, że spisek zyskuje znaczenie historyczne, jeśli znajdzie oparcie, jeśli się zwiąże z dzianiem się rzeczywistej historii. Można wymyślić spiski szalonych fantastów, jak w Sprzysiężeniu Stefana Kisielewskiego. I można odsłaniać spiski, które zdołały zapisać się w historii, jak spisek, który doprowadził do mordu Stefana Bobrowskiego, jednego z przywódców Powstania Styczniowego. W okolicznościach dławienia życia obywatelskiego, kiedy energia zbiorowa nie znajduje ujścia, spiski powstają jeden za drugim, mnożą się i zwalczają wzajemnie. Terlecki umie tropić spiski. Umie je podpowiadać współczesnym. W Petersburgu spiskują, aby podsycać radykalizm „zapaleńców”. Wielopolski spiskuje, aby znaleźć dojście do ludzi przygotowujących powstanie. Agenci niskiego szczebla wymyślają prowokacje i zdrady, aby wykazać się, uzyskać profity. Które spiski mieszczą się w porządku etyki, a które są haniebne? Jak rozpoznać tę migotliwą granicę?

Tu pojawia się seria wątpliwości i pytań, jakie środki uświęcają cele, a które akceptowane być nie mogą. A dalej kilka niezwykle delikatnych zagadnień związanych z kodeksem uczciwości agenta policyjnego. Czy w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek uczciwości? Otóż Terlecki twierdzi, że można, że należy próbować. Daleki i tylko na pozór absurdalny punkt odniesienia: czy kapitanowie okrętów służą tylko interesom kapitalistycznych armatorów? Jest granica absurdu oczywiście. Ale tak zatarta, że chyba niemożliwa do wykreślenia.

Terlecki zadaje całe serie podobnych pytań, ale się do nich nie ogranicza i raczej nie chce wymierzać sprawiedliwości. Kodeksy moralności jako sprawdziany działalności spiskowej pojawiają się z konieczności, ale nie sprawdzanie ich staje się wyzwaniem dla pisarza. Ważniejsze jest pytanie i dziejowe znaczenie spisków. O ich rzeczywistą rolę, o ich skuteczność. Kiedy tę rolę odgrywają, a kiedy nie? W jakich warunkach spisek uzyskuje znaczenie? A przede wszystkim: czy znaczenie zdobywa spisek poprzez intencje i sprawność działaczy, czy też chodzi o coś innego, o zderzenie z procesami szerszego wymiaru, o związek z tendencją epoki, o trafny wybór momentu, ale i o szczęśliwy przypadek? Pytamy o spisek jako źródło dramatu historii.

Historia naszego kraju – snuje swoją myśl Terlecki – ma dwa główne źródła energii duchowej. Pierwsze to potrzeba trwania, instynkt zadomowienia, zapobieganie katastrofom i przesileniom, chronienie tego, co wypracowane i posiadane. Drugie źródło to energia wyzwalająca się wraz z dojrzewaniem kolejnego pokolenia, cykliczne bunty młodych, naturalna niezgoda na rzeczywistość zastaną. Bunt nie rodzi się z refleksji, jest natomiast świadectwem „życia”, tak w biologicznym, jak i filozoficznym sensie. Ma zapewne związek z cyklicznością naszego trwania na Ziemi, daje ujście twórczym potrzebom czasu.

W wiecznym sporze dwu tendencji, pomiędzy nimi niejako, rodzą się spiski, rodzą się inicjatywy duchów niespokojnych i niecierpliwych. Spiski pierwszej grupy odwołują się do instynktów bezpieczeństwa, do trwałości struktur społecznych, do prawa. Spiski drugiej grupy to spiski notorycznie szalone, nie liczące się z rachunkami zysków i strat, rozwijające się ponad i wbrew rzeczywistości praktycznej. O porozumieniu z pierwszymi oczywiście nie ma mowy. Spiski są z natury rzeczy nielegalne i zmierzają nieuchronnie do bezprawia i następstw bezprawia.

Terlecki wybiera dwa główne obszary historii polskiej, gdzie odnajduje odpowiednie świadectwa. Pierwszy i najważniejszy w całym jego dorobku literackim to Powstanie Styczniowe. Drugi to Rewolucja 1905 roku. Są to okresy szczególnego, granic groteski sięgającego natężenia wszelkich spisków. W powieściach pisarza zbiorowość polska, zwłaszcza zaborów rosyjskiego i austriackiego, przechodzi lata paroksyzmu spiskowego. Swoistego osłupienia rolą spisków, które są zdolne „załatwić wszystko”. Wiemy, że owa obsesja spiskowa trapiła całą Europę, najwyższe wskaźniki wszakże osiągnęła w Europie wschodniej, w Rosji i właśnie w Polsce, na ziemiach polskich.

Terlecki nie jest przecież historykiem, jest prozaikiem-artystą. Źródła twórczego pobudzenia to w jego przypadku zaciekawienie umysłowością kogoś działającego w organizacjach spiskowych, kształtowanego duchowo przez idee spiskowe. Umysłowością ludzi urzeczonych pozorną skutecznością działań i budujących sobie ideał agenta wszechobecnego, wtajemniczonego w sekrety i stojącego ponad zbiorowością „zjadaczy chleba”. Ludzi nie liczących się z prawem, ani z kodeksami moralności. Ani trochę w tych postaciach pychy nadczłowieczeństwa. Przeciwnie, Terlecki widzi w nich swego rodzaju „mięso spiskowe”, ludzi ginących bezimiennie, bez dnia ani godziny spokoju, ścigających i ściganych przez nierozpoznanych wrogów. Egzystencje wyobcowanych w wymiarze niemal absolutnym.

Dwie z tych niezwykłych, nie mających odpowiedników literackich postaci przemówiły do mnie nadzwyczaj mocno – i to przy powtórnej lekturze, po bez mała czterdziestu latach.

Pierwsza to Aleksander Waszkowski (powieść „Dwie głowy ptaka”, 1970), druga to Paweł „Biały”, spiskowiec-rewolucjonista, któremu polecono zastrzelić wybitnego pisarza, podejrzanego o zdradę („Zwierzęta zostały opłacone”, 1980). Waszkowski jest ostatnim powstańczym Naczelnikiem Warszawy. Aresztowany przypadkiem na ulicy zmienia dramatycznie zasady postępowania, ponieważ traci wiarę w sensowność działań powstańczych. Powstanie zresztą dogorywa. Doprowadzany na kolejne przesłuchania, decyduje się opisać swoją drogę życiową, bez podawania informacji o innych. Tego wyznania nie poznamy i nie o sam tekst chodzi pisarzowi. Chodzi o świadomy wybór własnego losu, o niezależne od okoliczności danie świadectwa w obliczu kresu. Waszkowski zostaje wkrótce potem rozstrzelany. I pozostaje do końca kimś nie do zrozumienia. Czy jest w naszym pojęciu zhańbiony? Czy raczej „wierny sobie”? Niepodległy wewnętrznie? Do tajemnicy sumienia tego człowieka dotrzeć daje się poprzez Sartre’a i jego filozofię absurdu. Reguły postępowania mają wyłącznie podmiotowe źródła. Samotnie w obliczu pustki – oto formuła zwątpienia.

Postać Pawła „Białego” (fikcyjna – jak informuje autor) wiąże się z procesem Mocarza (Stanisława Brzozowskiego), podejrzanego o współpracę z Ochraną. Dowody są wątpliwe, mamy tylko zeznania agenta, który zerwał z policją. Jednakże kierownictwo Partii postanawia skazać podejrzanego na śmierć, Paweł ma wykonać wyrok. Paweł wszakże przestaje w pewnym momencie wierzyć w winę Mocarza. Dąży na różne sposoby do upewnienia, daremnie. Doświadczony zamachowiec (wykonywał już podobne zadania), Paweł miota się pomiędzy lojalnością wobec Organizacji i budzącym się z niesłychanymi oporami głosem sumienia.

O co tu chodzi, jakie jest przesłanie autora tekstów? O to chyba, że szaleństwo spiskowca nie może zawładnąć „całą” osobowością? Że istnieje jakaś reszta, która stłumiona na pozór da o sobie niekoniecznie znać, ale nie tak, jakbyśmy oczekiwali, jakbyśmy sobie życzyli?

Działalność spiskowa – mówi pisarz – wytwarza szczególne typy osobowości o nieobliczalnych zachowaniach. Maska spiskowca zawiera w sobie pierwiastek udawania, pierwiastek komediancki, który w jakichś okolicznościach staje się ciężarem. Ale zrzucenie ciężaru nie jest, nie może być wyzwoleniem. Gry z samym sobą prowadzą do stanów rozchwiania wewnętrznego. Dość tego! – zdają się mówić w pewnych momentach postaci Terleckiego, koniec z maskaradą. Rzecz w tym, że z sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Grozi widmo zdrady. Albo rozwalenia planu. Albo wreszcie zwątpienia i rozpaczy. Spiskowanie staje się figurą iluzji, która wytrwale strzeżona, pęka w pewnym momencie. Inaczej mówiąc, znajduje rozwiązanie tragiczne.

Pytanie na koniec, co to ma wspólnego z historią Polski? Otóż ma. W działaniach roszczących sobie prawo do „bycia historią” jest o wiele więcej maskarady i błazeństwa niż sobie wyobrażamy. Ale cóż o tym mówić po Gombrowiczu i Mrożku? Rzecz w tym, że Terlecki reaguje na inny kolor czy też inną stronę zjawiska. Żadnej śmieszności, żadnego „poczucia humoru”. Za maskarady tego rodzaju wykonawcy płacą cenę najwyższą z możliwych. Więc „z czego tu się śmiać?” – by zacytować Poetkę.

Włodzimierz Maciąg

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas