poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JACEK ŁUKASIEWICZ
Wygrywają pracowici
Dekada Literacka 2006, nr 5 (219)


Wygrywają pracowici. Leszek* był pracowity. Projekt pisarski, czy może raczej swoje pisarskie marzenie realizował konsekwentnie. Poznałem go na pierwszym roku wrocławskiej polonistyki, jesienią roku 1951, wysokiego, chudego, w okularach. Przyjaźnił się ze Zdzisławem Zwoźniakiem i nieżyjącym dziś Jarosławem Haakiem. Bał się gramatyki staro-cerkiewno-słowiańskiej, irracjonalnie i tak skutecznie, że nigdy nie sforsował pierwszego roku studiów. Wkrótce potem z Leszkiem i Staszkiem Grochowiakiem pracowaliśmy we „Wrocławskim Tygodniku Katolickim”. Połączyła nas przyjaźń. W 1955 roku oni wyjechali do Warszawy, ja zostałem we Wrocławiu. Po paru latach była „Współczesność”… Przyjaźń trwała, aż do ostatniego spotkania w jego domu w Komorowie, kiedy walczył z rakiem, schudł jeszcze bardziej, wyłysiał. Ale jak zawsze interesował się tym, co się dzieje w życiu publicznym i tym, co robię, życzliwy i uczynny do końca. Widzę ślub Leszka z Lucyną we wrocławskim kościele św. Doroty. I Leszka na moim ślubie w Częstochowie. I Leszka na pogrzebie Grochowiaka. I pogrzeb samego Leszka na starych Powązkach. Niewiele wcześniej wyszła jego ostatnia powieść „Wyspa kata” i na parę dni przed Leszka śmiercią rozmawialiśmy o niej przez telefon.

Jego debiutanckie „Kocie łby” to zbiór reportaży, pisał też i publikował (jako Krzysztof Toporowicz) wiersze. Potem pisał scenariusze, sztuki, adaptacje, z tego żył. Bywał też publicystą, w czasopismach, w Polskim Radiu, gdzie był zatrudniony. Przez wiele lat, co ujawnił niedawno Włodzimierz Odojewski, ściśle i w pełnej konspiracji współpracował z Radiem Wolna Europa. Ale od początku marzył o wielkiej prozie. Długo się do niej zabierał. Czekali bohaterowie, przywódcy powstań, czaili się śledczy – nim weszli na scenę jego powieści.

Pracowici pisarze wygrywają, ale tylko ci, którzy potrafią skupić się na swojej pracy zasadniczej, wyodrębnić ją z innych swych zajęć, oddać się jej cali. Szczególnie ważne było to w Polsce w latach 60. Oczywiście wygrywali ci, których talent i zasoby duchowe pozwalały na podjęcie i prowadzenie takiego przedsięwzięcia. Systematyczność ich pracy nie eliminowała jednak niepewności, wahań, niepokojów. Gdy odczytuję pochodzące z różnych lat listy od Leszka, uderza owa niepewność. Czasem melancholijna, czasem autoironiczna, związana była z okolicznościami politycznymi, z sytuacją finansowa, z kłopotami życiowymi, lecz wynikała z przekonania, że prawdziwa powieść jest jeszcze przed nim, iż jest stale przesuwającym się horyzontem.

Wrocław, 23. 07 1954: „Wrocław, jak Wrocław – zawsze ten sam. Rozkapryszony, mglisty, żeby nie powiedzieć – nudny. Te nudę rozpraszają mi materiały współpracowników i przeklęta adiustacja. […] Co piszę? Opowiadanka, szkice, coś o dziennikarstwie i dumam nad możliwościami druku. Oczywiście nic z tego dumania nie wychodzi.”

Wrocław, 28 07 1954: „Miałem jechać do Leszna w niedzielę, ale ostatecznie zostałem i pisałem. Co? ‘Elitarne’ powiastki dla starszych. Wiesz, najsmutniejsze w tym wszystkim jest zwykle to, że wszystko co piszę (poza materiałami na zamówienie) stanowi tylko smutną makulaturę. Ginące wcześniej czy później strzępy zapisków, w które nieraz wkłada się tyle serca”. [Warszawa] 8.11.1957.: „skończyłem przed chwilą pisanie dużego, katastroficznego opowiadania i zabieram się do pisania tego listu. […] Złożyłem do Iskier opowiadania. Pierwsza recenzja, jak się dowiedziałem, nie była nazbyt pozytywna. Teraz ma je w czytaniu Wasita i w tych dniach będę miał ostateczna rozmowę. Pocieszam się, że nie są to gorsze rzeczy od opowiadań Moniki Kotowskiej”.

Potem w tym samym liście pisał m. in. o fiasku starań o wydawanie miesięcznika „Źrenica”, o współpracy z Antonim Bohdziewiczem, o planach zmian personalnych w „Twórczości”: „W sumie nic tu się dobrego nie dzieje. […] Najchętniej zamknąłbym się w jakiejś puszce od konserw. Ludzie stają się nudni i nadymani swoimi sprawami. Tak to już bywa. Nie bardzo nawet chce mi się ostatnio pisać. Po co? Tutaj się również wszystko plącze. (Casus z „Nową Kulturą”: Mach i Przemski bardzo się cieszą, bardzo im się podoba – Woroszylski woli nie drukować – dlaczego nie wiem…)”.

Popaździernikowe nadzieje się kończyły. Życie kulturalne miało wejść w nieco zmienione, lecz ściśle reglamentowane koleiny. 22.11.1957. „Myślę sporo o swoich sprawach. W przerwach piszę opowiadania katastroficzne. Ot, tak dla przyjemności. Nie mam najlepszego humoru. Jak zresztą może być inaczej, skoro obracam się między propozycjami zarabiania w „Tygodniku Krakowskim” i „Trybunie Literackiej”? Trochę gadamy o tym i o owym ze Staszkiem. On ma swoje ambitne zamiary. […] Ja nie mam właściwie planów. Po napisaniu jakiegoś kawałka wstaję od biurka zmęczony i napełniony ogromnym obrzydzeniem do siebie i do świata. Wiem, co już w tym miejscu pomyślisz. Może masz rację. Czytałem ostatnio Paustowskiego. Trzeba chyba nabrać wody w usta. Poczekać. Zabrać się do pisania notatek dziennikarskich. Po kilku latach zaryzykować. Wtedy – może – uda się napisać jakąś komedię”.

Komorów, 21.11.1965. „Co robisz? Jak wyglądasz? Jaki jest Twój światopogląd, co myślisz o życiu – ja myślę coraz bardziej burzliwie i ciekaw jestem myśli cudzych. Powieść [Spisek] drukuje się, drukuje, aż flaki wychodzą mi na wierzch z obrzydzenia. Miałem do umowy dopisać 40 stron opowiadań dla PIW-u i wpadłem na nową powieść. Nie chcę od niej odrywać się, a tu termin kurewski na karku. Powieść jest (w głowie dopiero, bo mam 50 stron) materiałem na rzecz wspaniałą i godzę się nawet na to, żeby upaść przy niej mordą na ziemię (tak się realizują, jak wiadomo, marzenia ludzkie), mając wszakże świadomość, że upadek przy tym temacie przeciętnym być nie może. Byłem w Zsrr. Ciekawa podróż i dziwnie smutna. Smutek w sobie dławię teraz, już mam go dość, już mi nawet przyjemności żadnej nie sprawia. Żyć chcę. A tam smutno mi było i eschatologicznie (Bóg jest tam, gdzie go nie ma), aż piłem ponad miarę, a w Odessie ponad wszystko. Poznałem tam Żydóweczkę (śmieszne nazwisko Bałaguła) i chodziliśmy po plażach w upał gradusów 35”.

W następnym zdaniu planuje wycieczkę z żoną do Włoch („za ca. 320 dol. Mam już paszporty popierane”). Leszek zaczynał podróżować i podróżował wiele, jakoś mu się udawało. Zaczęto tłumaczyć jego powieści, mógł jeździć, głównie do „demoludów”, za honoraria.

15.1.1966. „Praga jest bardzo piękna. Hrad zwłaszcza. Poznałem kilku ludzi z tamtejszej żydowskiej elity umysłowej. Co za kultura! Cóż za rozum! Byłem w piwiarniach i w winiarniach (cóż za winiarnie na Hradzie), palą się na stołach świeczki, kelnerzy uprzejmi i dyskretni, muzyka cicha, zegary w starym mieście cykają sobie i biją, pijaków i wycirusów alkoholowych ani śladu”.

Wyszedł wreszcie „Spisek”, powieść o Stefanie Bobrowskim..

10.03.1966. „Bardzo krótko rozmawialiśmy, ale też powiedziałeś mądre rzeczy – jak na ten krótki czas, nawet bardzo – pomyślałem sobie o tym w kolejce i uprzytomniłem sobie w szczegółach […], jak to powinno wyglądać. Oczywiście, teraz dopiero, kiedy o tej książce myślę z wcale nie minoderyjnym zniecierpliwieniem. Tak to jest jednak w smutnym życiu. Ponieważ ślęczę nad Witkacym, ciężko, trudno się tę książkę pisze, i sam diabeł wie, co będzie z nią (ze mną). Dalej – postanowiłem sobie – w miarę mizernych możliwości, nie czytać recenzji z tej historii pistoletowej. Potem je wszystkie w Związku przeczytam. […] Nie wyobrażam sobie nigdy mojego czytelnika. Teraz znów nie wyobrażam sobie ludzi, z którymi można mówić poza codziennym szyfrem. Wyrywam z siebie upiorne skłonności do sentymentalizowania. Ciężko to idzie, bo miłe rzeczy chce się widzieć w małych komplikacjach. Ale już w ostatnich zdaniach dymi ten nastrój. Więc na nim skończę. Czarna mi gałąź pisana i czarny cień, sic. Transit gloria mundi”

22.03.1966. „Ja żyję, cierpię, piszę i czasami piję. Piszę tego ‘Witkacego’, piję [dwa słowa nieczytelne]. W Warszawie zimna soczyście wiosna. Podobno S. J. Lec jest umierający […]. Plotka głosi, że w więziennej fabryce Bernsteinowi (temu od Iredyńskiego) ucięło nogę. Smutny przyczynek do gwałtu, którego nie było. Życie jest smutne”.

12.1.1967. „[…] przesyłam Ci przy okazji małe swoje kawałki. [„Sezon w pełni”] Cieszył się będę, jeśli je przeczytasz, a i w nieskromności mniemam, że kilka figlów formalnych może Cię zaciekawi. W Pradze krótko byłem i oglądałem jak się NEP tworzy. Piszę tego Witkacego, ale opornie, ciężko. Bóg łaskawy raczy wiedzieć, co to będzie”.

18.10.1968. „Sporo mam roboty, w planach dla PIW-u druga książka z 63 roku, tym razem dziejąca się non stop w warszawskiej aleksandryjskiej cytadeli (paradoksy: ten sam Aleksander II jako wyzwoliciel oglądany na bułgarskich pomnikach!), a inne doraźne, zarobkowe plany też w głowie. Sezon bałkański skończył się, bardzo ładnie zresztą, nad grecką granicą, a do następnego lata droga daleka”.

Warszawa, 10.10.1970. „Dręczy mnie pewna próżnia społeczna, z którą stykam się przy moim pisaniu. Nie myślę o nakładach, setkach czytelników, bo to, co piszę, obliczone jest na inny odbiór. Teraz wydaję książkę [„Dwie głowy ptaka”], która zapewne potwierdzi moje rozpoznanie. Jest to książka o politycznej policji. Jeśli w wypadku ‘Witkacego’ (sygnalizowałeś zresztą to samo w swojej życzliwej dla mnie recenzji) umknął piszącym problem główny, najistotniejsza przyczyna moralnego konfliktu, bo trzeba by pisać o rewolucji i jej rozmaitych odmianach – to w przypadku tej książki, być może nastąpi milczenie całkowite, lub gromy z powodu aluzyjności, nacjonalizmu, etc. Sądzę, że na dłuższy czas zajmę się czymś innym. Im więcej czasu poświeciłem kostiumowi – tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że pisać wypada nade wszystko o teraźniejszości. Tymczasem TV zamówiła u mnie serial (15 godzinnych odcinków) o Piastach. W pierwszej chwili pomysł wydał mi się tak szaleńczym, że nie sądziłem, abym mógł o tym w ogóle poważnie myśleć. Pomyślałem potem, że jest to szansa zrealizowania współczesnej legendy o epoce, którą tak łatwo sfałszować. Może więc ze społecznego interesu wychodząc (styl!) warto się nad tym, mimo wszystko, potrudzić. Ale to praca na dwa lata co najmniej w zespole współautorów, konsultantów, etc.”

Z „Piastów” nic nie wyszło.

6.10.1974. „Myślałem, ze spotkamy się w Warszawie, ale byłeś w niej, kiedy ja byłem w Zakopanem. Pisałem tam swojego Macocha. Mam go w połowie w brulionie i pełen jestem lęku, bo chciałem, aby to była inna, niż poprzednie książka. Stąd i temat i sprawa zupełnie inna. Czasem wydaje mi się jednak, że pisanie powieści nie jest zajęciem najbardziej sensownym”.

26.03.1976. „U mnie nic nowego. To znaczy od dłuższego czasu nic nie robię. Wielu życzliwych niby kolegów dowodzi, że i tak piszę nieznośnie dużo. To nie jest prawda. I nie mogę pojąć tych zjadliwości. Dziwne mam zakazy. W radio mogę występować i moje teksty. W telewizji mam zakaz. W pismach niektórych mogę, a innych nie. Np. w „Tygodniku Kulturalnym” ani ja ani o mnie. Ale to jest, zdaje się, symptom polityki zakazów.

Każdy może zakazać, jeśli tylko ma ochotę, ale trudno w tym szukać sensu”.

2.01.1977. „U nas nic nowego. Zima tylko wyjątkowo ładna. Wykańczam jakieś zaległe roboty, jeszcze tego trochę zostało, niestety. Otrzymałem list od Kardynała. Pokażę Ci przy okazji. Długi, dość cierpki, choć nie obraźliwy i świadczący o tym, że nie wie on właściwie, kim jestem, bo pisze do mnie per ‘pan jako historyk powinien’… etc. Sztuka idzie. Dostaję także anonimy w stylu ‘Ty chamie, znowu wydałeś te swoje obrzydliwe beztalencie, opamiętaj się, bo Naród Polski nie zapomni ci tego’ etc. etc. Oto cena popularności. Piszą też, że jestem carskim czynownikiem. Śmieszne to chwilami, a chwilami znowu smutne”.

8.09.1977. „Zastanawiam się, czy myślisz o jakiejś ambiwalencji moralnej, jaka wynika Twoim zdaniem z lektury? Wydaje mi się, że tzw. ‘zewnętrzny’ osąd moralny moich szpicli jest chyba niewątpliwy. Ja staram się ich rozumieć, wnikać w pewien rodzaj mentalności, ale o osądzie ostatecznie świadczą fakty. Oni zaś sami muszą się ‘rozgrzeszać’ i tak to płynie. I dla mnie ta książka jest najbardziej ‘smutna’, to prawda. Czy sądzisz, że w takim ‘smutku’ jest coś niemoralnego? Zdaję sobie sprawę, że dotykamy kwestii najważniejszych. W tej książce zło jest chyba określone jednoznacznie – próby ‘odkupienia’ są zaś wieloznaczne. Czytelnik zawsze opowiada się w tym jednoznacznym osądzie”.

Komorów, 20.04.1978. „Ja po zjeździe katowickim czuję się, jakby mi ktoś napluł do kieszeni i ślubowałem sobie, nigdy nie będę się zajmował takimi rzeczami. Na szczęście, już mamy to za sobą. Niestety, Jurek Krzysztoń przypłacił to kolejnym – oby krótkim – pobytem na Sobieskiego. A Krasiński zupełnie zwariował, o czym Ci przy okazji opowiem. Usiłuję coś pisać. Mam już 50 stron i głowę pełną strachu. Coraz trudniej, Jacusiu, pisze mi się, coraz mniej mam wiary w siebie, coraz bardziej staje się to psychicznie męczące. Wiem, że przeczytasz to i uśmiechniesz się, bo ja zawsze coś takiego piszę w listach, ale wierz mi, że to prawda. […] Tymczasem marzą mi się podróże, a muszę przeżywać kolejną maturę” (syna).

Komorów, 26.05.1978. „Czuję się też chwilami patrząc na maszynę, jak stary pies, któremu wylatują zęby, a mimo to nakłada mu się na pysk kaganiec. Marzy mi się wielka powieść o naszych czasach pisana przez kogoś w czasach paskiewiczowskich. Świat balonów podróżniczych, braku paszportów i arystokracji. A potem marzy mi się – ta sama parafia – powieść o Prusie, który pisze „Lalkę”. Nadto marzy mi się jeszcze powieść o zrujnowanym duchowo byłym powstańcu, który w osiemdziesiątych latach ubiegłego wieku, w celu zdobycia pieniędzy, razem z bandytami poznanymi w Marsylii płynie do Afryki, aby tam, udając białych misjonarzy, mordować, grabić i obławiać się złotem. Złoto w drodze powrotnej przepada i obarczony swoim sumieniem powstaniec znów stawia stopy na naszym kontynencie (w Algeciras lub Kadyksie po odpłynięciu z Tangeru). A Tanger widziałem właśnie z brzegu hiszpańskiego i brzeg afrykański dziwnie czarny i tajemniczy. Dosyć. Dosyć. Korci mnie, żeby gdzieś jechać. Jesienią – […] wybieram się do Szwajcarii, a stamtąd może do Wenecji, może do Paryża. Mam zaproszenie do Meksyku. Podróż kosztuje 33 tys. samolotem radzieckim w obie strony, ale nie, serce mam już bardzo chore i tam wysoko”.

Po stanie wojennym Leszek, tak jak i ja, był w Zarządzie Głównym zawieszonego wtedy ZLP.

Komorów, 21.07.1983. „Jak już wiesz może, zgody na zebranie nie otrzymaliśmy. Ale zaczyna się jakiś gorączkowy ruch z tamtej strony. Pan Wasilewski i jego rycerze prą do rozwiązania. To jeden wariant. Żukrowski gdzieś gadał, że niezależnie od tego, co się zrobi z tym związkiem, […] powstać ma nowy związek pisarzy wysoce zaangażowanych w… obrabianie koryta. Bardzo im do tego pilno, choć koryto nie tak pachnące. My tu usiłujemy się jeszcze skupić na jakichś działaniach. […] Odsyłam wkrótce do WL wielką – jak na moje możliwości, bo blisko 400 stronicową – powieść, która nosi tytuł „Lament”. Oh, Jacku, to nade mną raczej wypada lamentować! Ale kto by to zrobił? Poczciwie, współczująco, serdecznie? Kto by się też użalił? Wszystko, oh wszystko już za nami. Przetoczyło się, poleciało. Bardzo się ostatnio wzruszam. Więc już zamilknij serce”.

11.08.1983. „Dziękuję Ci za miłe słowa o książce, ale nie jest dobra. Poprzednie też nie są dobre. Są drukowalne, tak to można nazwać. Napisałem teraz 350 stron liczącą powieść „Lament”, która kończy „Twarze 1863”. Napisałem ostatnia kartę i spojrzałem na ścianę. Wszystko. Nigdy nie miałem takiego uczucia. Może ono wynika z bezradności i z tego, że tak mało ważne stają się te wysiłki wobec oczekującego losu. Co na ten temat sądzisz?”

I w tym samym liście tematy aktualne. „Ostatnie wydarzenia to pierwsza faza gruntownego oczyszczania pola. Za nią pójdą decyzje personalne (opanowanie wszystkich kluczowych miejsc), a potem eliminacja tych, którzy stanowią konkurencje dla p.p. Gerłowskich, Grzymskowskich itp. W tym zresztą krajowa ekstrema zgadza się z swymi skrajnymi oponentami w Paryżu, którzy już zadekretowali, że kraj ma być właśnie pustynia intelektualną, a życie umysłowe przenieść się ma poza granice. Bardzo to szkodliwe założenie. I bardzo w skutkach długotrwałe, podejrzewam. Oczywiście nie ze względu na interesy partykularne”.

ZLP rozwiązano.

Zakopane, 22.09.1983. „Należało się tego spodziewać. […] Tak, czy inaczej pora zabrać się do grubej książki. […] Tu niestety wrzesień niezbyt wspaniały. Deszcz, mgły, mało słońca. Tego ostatniego było zresztą w tym roku sporo. Od maja w Bułgarii (gdzie byliśmy przez dwa tygodnie), przez upały warszawskie, potem straszne upały w Paryżu i koło Cannes, i znowu w Komorowie. Nie ma więc powodu do skarg, niech sobie pada. Staram się trochę pracować. Nie mogę jednak powiedzieć, aby mi to sprawiało radość. Jeśli założyć, że próbować stale trzeba, winno się, niestety, pracować systematycznie. Mnie się wydaje, że jestem leniwy, a zaś inni sądzą, że przypominam literackiego królika. Gdzie szukać prawdy?”.

Komorów, 12 listopada 1984. „Ta książka [„Lament” – J. ł.], jeśli pozwolisz, że wspomnę o niej przez chwilę, kosztowała mnie sporo zdrowia. Mam na myśli samopoczucie, jakie towarzyszyło mi przy jej pisaniu. Pewnie nie byłoby inne, gdybym nie pisał, to inna sprawa. Chodziło mi o odtworzenie klimatu klęski. Starałem się przy tym, aby nie obarczać bohaterów świadomością współczesnego czytelnika, który wie przecież, jak historia potoczyła się i który ma w odróżnieniu od tamtych jasność perspektywy historycznej. Innymi słowy, żadna klęska nie jest totalna. Nie wiem, czy to jest źródło pocieszenia, ale w naszym przypadku historia była właśnie taka. Wczoraj Edek Żebrowski powiedział mi, że redaktorzy „Krytyki” zwrócili się do jednego z jego przyjaciół, który jeszcze dotąd książki nie przeczytał, aby napisał negatywną recenzję, bo powieść jest destrukcyjna.[…] Czy ten głupiec, który mówi o destrukcji, nie wie, jaka jest literacka tradycja tego powstania i w ogóle tej epoki? Ech, mniejsza z tym. W wydziale kultury uznano również, że jest to rzecz wysoce kłopotliwa. I tak koło się zamyka.

3 02 1985. [Po mojej recenzji z „Lamentu”] „To rzeczywiście najsmutniejsza moja książka, choć następna (wysłana na konkurs i dlatego nie zdradź tytułu „Wieniec dla sprawiedliwego”) jest może nawet nieco okrutniejsza. Bardzo nie chciałbym stracić wiary, że jesteśmy świadkami nie tylko takiego rozwoju. Może więc rzeczy lepszych wypada szukać w sobie? Nie wiem. Tymczasem nic nie piszę. W dalekiej perspektywie śmierć głodowa, koniec świata, wulkany i trzęsienia. […] Wszyscy mocno oklapnięci, ale nadęci, jakby ich drażniło to, że piszę, że się kręcę miedzy nimi. Nigdy nikomu niczego nie zazdrościłem. Mam inne wady, a niekiedy wydaje mi się, że ten i ów zerka w moją stronę niechętnym okiem. Wybrałbym się w podróż. Na dłużej, ale nie mam takich pieniędzy. Moje podróże wyglądały zawsze tak, jak na amatorskim filmie starych Amerykanek. Pół dnia w Rzymie, dwie godziny na Capri, trzy kwadranse w Luwrze i tylko wściekła karuzela w głowie”.

13 maja 1986. „Pogoda straszna. Słusznie piszesz: ‘ależ coś ty napisał!’. Sporo tego jakby, ale jakie to marniutkie! Tobie to mogę napisać, bo nie posądzisz mnie, że udaję cyrkowca. Jak licha jest współczesna proza, jeśli zwraca się uwagę na to, co napisałem.”

15.08.1989. „To, co niebawem stanie się we wszystkich dziedzinach życia kulturalnego, wygląda bardzo groźnie. Głupcy (i to opozycja także, a nawet w pierwszym rzędzie) twierdzą, że i w tej sferze życia społecznego urynkowienie przyniesie błogosławione skutki. Kretynizm takiego rozumowania polega na tym, że akurat w tych dziedzinach urynkowienie ma sens jedynie w krajach bogatych, a nie biednych, które muszą gwarantować pewne bariery ochronne zwłaszcza w upowszechnieniu”.

Martwił się brakiem polityki kulturalnej, poczynając od Okrągłego Stołu, upadkiem sieci bibliotek, brakiem taniej książki. Potem przyszły choroby. Znów kwestie finansowe, gorycze życia publicznego. Coraz trudniejsze stawało się systematyczne pisanie.

11.07.1993. „Wiesz, boję się teraz swoich książek. Nie czytam ich. Czasem czytam to, co inni o nich napisali, ale to nie zmniejsza strachu. Może, kiedy upłynie więcej czasu, będę mógł myśleć o nich spokojnie, to znaczy obojętnie. Ale może i tak nie będzie”.

A przecież od końca lat 80. powstawały najlepsze, najdojrzalsze jego powieści: „Drabina Jakubowa”, „Cierń i laur”, „Zabij cara”, „Wyspa kata”, wszystkie historyczne. I nie chodziło o kostium historyczny, który można było zrzucić, ale o prawdę historii. I prawdę własną. W bardzo starym wierszu Leszek pisał „To jest właśnie mój świat […] globus, / na którym motyl usnął. […] To jest mój świat – tysiąc rzek, kontynenty, / wysokie pasma gór nie oglądanych / ale najważniejszy jest mały punkt”. To z tego wewnętrznego „punktu”, który zawsze określony był historycznie i geograficznie, ale znajdował się w głębi uczuć i w głębi sumienia rodziły się jego książki. Teraz odczytuje się je na nowo.

Jacek Łukasiewicz

* Przyjaciele zwracali się do Władysława Lecha Terleckiego – Leszek.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas