poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Testament na nowe czasy. Władysław Terlecki i jego dzieło w pamięci krytyków
Dekada Literacka 2006, nr 5 (219)

1.

Gdy 3 maja 1999 roku umarł Władysław Terlecki, oprócz okolicznościowych nekrologów opublikowano na łamach bardzo różnych pism, od „Kultury” paryskiej po „Trybunę”, od „Tygodnika Powszechnego” po „Przegląd Polski”, omówienia jego twórczości pióra przyjaciół-pisarzy i krytyków literackich, od Włodzimierza Odojewskiego po… Stanisława Stanucha. I chociaż zdaniem Heleny Zaworskiej i większości piszących Terlecki należał do najciekawszych pisarzy polskich, a waga jego twórczości, jak podkreślał Andrzej Werner, będzie rosła z biegiem czasu, to jednak trudno było nie zauważyć spadku popularności pisarstwa autora „Lamentu”, nie tylko wśród czytelników, czy może raczej wydawców, kierujących się gustem czytelników, i w mediach, ale również w młodszym pokoleniu pisarzy. Jerzy S. Sito z goryczą mówił, że na pogrzebie nie było „ani jednego spośród luminarzy najmłodszej literatury polskiej”. Zjawisko to tak próbowali wytłumaczyć w niezwykle interesującej rozmowie na temat ostatniej powieści Terleckiego Przemysław Czapliński i Piotr Śliwiński: „Wydaje się, że Terlecki posiadał wszelkie predyspozycje potrzebne do tego, by skorzystać z koniunktur ożywiających prozę lat dziewięćdziesiątych. Nie chciał? Zapewne nie mógł, ponieważ – mimo powierzchownych podobieństw – kierowały nim inne motywy niż większości dzisiejszych autorów, inna wizja literatury”.

Jakaż to była wizja?

Czapliński uważa, że Terlecki należy do kontynuatorów tradycji Żeromskiego. „Jest to tradycja podejrzliwości, która nakazuje nieufnie przyglądać się mitom gloryfikującym działania zbiorowe, opowieściom o szlachetnych czynach tłumionych przez silniejszego wroga, stereotypom wynikającym z potrzeb idealizacyjnych, które istnieją w każdej społeczności.”

Tradycja Żeromskiego, ale na pewno i Conrada. Duch Conradowski unosi się nad większością jego powieści historycznych. Czy jednak istotnie historycznych? Owszem, historyczne były ich tematy, ale w historii poszukiwał klucza do czasów dzisiejszych, w przeszłości szukał korzeni współczesności, choć sam pisarz przestrzegał przed redukcją znaczeń jego utworów do doraźnych celów politycznych.

Terlecki pokazywał historię „in statu nascendi”, dzięki czemu mógł przed czytelnikiem odkrywać wieloznaczność zdarzeń dziejowych. Jego wizja historii zbudowana jest na przeciwieństwach, bo choć nie panuje w niej determinizm, to w dziejach Polski, od dłuższego czasu, wydarza się wszystko co najgorsze, a przyczyn takiego obrotu rzeczy należy upatrywać w działaniach tajnych służb i polskich charakterach. Terlecki pokazuje przede wszystkim ludzi uwikłanych w historię, ich jednostkowe dramaty, a czynów swych bohaterów nie kwalifikuje według podziału na katów i ofiary. Bo zło w dziejach – wg autora Spisku – może być udziałem każdego człowieka, bez względu na jego poglądy, walka o niepodległość wcale nie przemienia ludzi w aniołów, jak to ukazywane bywało i jest nadal w martyrologicznej literaturze, zasada, że cel uświęca środki, panuje po obu stronach barykady. Pisarz w każdej niemal swojej powieści, które kiedyś nazwałem traktatami moralnymi, wskazywał na niebezpieczne, ale i nieuniknione związki między sumieniem zbiorowym a sumieniem indywidualnym. Nieprzypadkowo w jednym ze swych utworów, „Zwierzęta zostały opłacone”, podjął „sprawę Brzozowskiego”, który przestrzegał przed „autotresurą członka partii” i przed demokracją zastosowaną do spraw ducha.

2.

Terlecki zwierzał się: „Interesują mnie sytuacje, gdy – choć bohaterowie różnią się poglądami na patriotyzm, kulturę, religię – bariery łamią się i dochodzą do głosu emocje jeszcze silniejsze. Gdy bohater zaczyna patrzeć na siebie oczyma przeciwnika”.

Krytycy podkreślają, że istotną cechą świata przez Terleckiego przedstawianego jest samotność jego bohaterów. Dobitnie ujmuje to Werner: „Obecność demonicznego śledczego tylko podkreśla przerażającą samotność spiskowca, więźnia, samotność nie tyle z braku współtowarzyszy (…), ile ze względu na brak pewności sensu podejmowanych (…) działań.”

Samotność w obliczu klęski – własnej i swego narodu. Klęska jest wyznacznikiem rozgrywających się na kartach powieści Terleckiego dziejów. Raz jeszcze przywołajmy esej Wernera, zatytułowany wymownie „Ciemne stronice historii”. „…Wiek XIX staje się jakby zapowiedzią, wcześniejszym stadium, zespołem przyczyn i symptomów późniejszej katastrofy. Nie brakuje w nim momentów ciemnych i o nich właśnie opowiada Terlecki. Z katalogu wydarzeń usunięte zostają momenty politycznej lub wojskowej chwały, choćby tylko przejściowej. Na pierwszym planie pozostaje najtrudniejszy czas klęski i zdrady. (…) Szczególną uwagę pisarza przyciągają okresy, kiedy nie wszystko zostało stracone, kiedy tli się jeszcze opór, a wybory postaw i zachowań zdawać się muszą bohaterom skrajnie niejasne, niepewne: nie wiadomo, czy to szaleństwo czy bohaterstwo, rozsadek czy zdrada. ”

Może w najdobitniejszy sposób problemy te znalazły wyraz w „Lamencie”, powieści, do której osobiście jestem najbardziej przywiązany, choć nie należy ona do najwybitniejszych osiągnięć artystycznych Terleckiego. Pisana w okresie stanu wojennego wydana została w Wydawnictwie Literackim, w którym kierowałem wówczas Redakcją Prozy Współczesnej. Praca nad nią stała się początkiem naszej bliższej znajomości.

Pamiętam, że mniej więcej od połowy lat 80. spotykaliśmy się w Warszawie bądź w Komorowie. Kiedyś poprosiłem pana Władysława o pomoc przy ułożeniu planu książki eseistycznej o literaturze emigracyjnej, zamówionej przez Jerzego Giedroycia. Książki co prawda nie skończyłem, bo niedługo potem zaczął się dla mnie burzliwy okres związany z kierowaniem wydawnictwem, ale nie zapomnę tych kilku jakże twórczych intencjonalnie wieczorów spędzonych na dyskusji o polskiej literaturze, na której Terlecki znał się pewnie lepiej niż niejeden krytyk literacki.

3.

„Lament” był chyba, znów według Wernera, ale zgadzają się z tym sądem i inni krytycy, „najbardziej wyrazistym przejawem aktualizującej tendencji prozy Terleckiego”. Był on też, jak i inne powieści, ale w większym stopniu, lirycznym wyrazem stanu ducha pisarza.

W ten również sposób odczytywana była ostatnia powieść Terleckiego, pisana już w czasie choroby, kończona z wysiłkiem, z przerwami, a przecież paradoksalnie, z uwagi na sytuację, jak i jej temat, odznaczająca się jaśniejszym niż powieści poprzednie tonem.

Z uwagi na tę sytuację, a pisano o niej już po śmierci autora, uznana została nie tylko za summę jego pisarstwa, ale i za rodzaj moralnego testamentu.

Bohater tej niezwykłej w formie i temacie powieści, Walerian Łukasiński, który trzydzieści lat spędził w lochach twierdzy Szlisselburskiej, jest w galerii postaci Terleckiego bohaterem najbardziej niezłomnym, to – jak go nazwali krytycy – „święty polskiej historii”, nie przedstawiony jednak hagiograficznie, mimo hagiograficznego tematu.

Pomimo strasznego, wręcz niewyobrażalnego losu, „nie ma w tej książce – pisał Jacek Łukasiewicz – atmosfery beznadziejności i grozy znanej z „Lamentu”, nie ma sarkazmu „Drabiny Jakubowej”, ani studium zła, jakim była powieść „Zabij cara”. (…) Jest to śledzenie dobra, które znajduje się w człowieku i – jakby wbrew ciemnemu losowi – zdolne jest wzbierać ponad przeszkody, rozlewać się ponad nimi”.

Krzysztof Masłoń monolog wewnętrzny, którego dramatyczność wzmocniona została przez stałą obecność świadka-Widma, będącego tworem wyobraźni Łukasińskiego, nazywa „dyskursem o wierności wyznawanym ideałom, wyborach dokonywanych w sytuacjach ostatecznych, o godności i honorze”.

Na karty ostatniej powieści powraca obecny we wcześniejszej twórczości pisarza problem udziału jednostki w dziejach. Bohater przypomina sobie słowa jednego ze znajomych, który tłumaczy, że to nie los bywa niegodziwy. „To nie los bowiem zastawia polityczne pułapki. Zawsze dzieje się tak z woli człowieka wyposażonego w rozum i najwyższy stopień przenikliwości.”

Powraca też problem roli narodowości w ludzkich dziejach. Mówi o tym generał Leparski, komendant twierdzy, można więc uznać, że jego wypowiedź nacechowana jest tendencyjnością. Tylko że pisarz nie stosuje takiego podziału: na poglądy słuszne i niesłuszne w zależności od tego, kto je wypowiada. Refleksje nad nimi pozostawia czytelnikowi. „Otóż narodowość – mówi Leparski do Łukasińskiego – to niekiedy prawdziwe źródło zła. Niby piękne hasła, sentymentalne wyobrażenia, a w rzeczywistości jad, który zatruwa życie. (…) Powiadam: narodowość, oto główny problem naszej epoki.”

Łukasiński nazywany był osobistym więźniem Konstantego. Ale przecież, gdyby nie postawa rodaków Łukasińskiego, gdyby nie niechlubna rola, jaką odegrał w całej sprawie generał Skrzynecki, inny mógłby być los skazanego na wymazanie z ludzkiej pamięci więźnia.

Właśnie – pamięć, to też jeden z motywów, a właściwie dominujący motyw myślowy ostatniej powieści Terleckiego. Tylko dzięki podtrzymywanej, pielęgnowanej w sobie pamięci, pamięci tego, kim był, i kim, dzięki hartowi ducha i niezłomności, został nadal, pamięci, której dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udało mu się nadać formę pisemną, i który to pamiętnik odnaleziony został po latach w policyjnych archiwach – Łukasiński mógł stać się bohaterem powieści Terleckiego.

I czyż nie z pamięci, pamięci wnikliwego i czujnego badacza dziewiętnastowiecznej historii Polski, utkane są powieści Terleckiego – ku przestrodze współczesnym i potomnym?

Krytycy podkreślają świetne przygotowanie historyczne Terleckiego, jego sumienność i rzetelność jako badacza właśnie, mimo że – a może właśnie dlatego – poprzez historię pragnął zrozumieć świat współczesny.

Pisząc o „Wyspie kata” zastanawiano się nad sensem konstrukcji Widma. Widmo jest zapewne sumieniem bohatera, „a sumienie jest próbą istnienia – w jego nagości”, pisał Piotr Matywiecki, autor bodaj najpiękniejszego tekstu o tej powieści. Ale Widmo to też namiastka społeczeństwa – jego zwierciadło ustawione w celi samotnego więźnia. Wreszcie Widmo to zdaniem Matywieckiego upostaciowanie pisarskiego współczucia. „…Widmo jest boskim współczuciem istoty ludzkiej dla istoty ludzkiej. W tym współczuciu żyje człowiek i Bóg. Każda powieść, każde wielkie pisarstwo, każdy głęboki ludzki namysł nad ludźmi, nad historią społeczeństw – wtedy tylko ma sens, kiedy da się sprowadzić do tego gestu współczucia. Tylko współczucie – dla bohaterów, dla czytelników – jest realne w naszych literackich fikcjach. Przed śmiercią Widmo zdradza Łukasińskiemu, że po jego uwięzieniu panna Melcer urodziła dziecko. To iluzja, łaska pozornej nadziei. Łukasiński pragnieniem wywołał te iluzję, włożył ją w emanację własnej duszy. Dziecko – najbliższy człowiekowi inny. Następstwo człowieka – w i n n y m.”

Bo to właśnie Widmo modli się nad umierającym bohaterem: „…Jeśli zechcesz jeszcze doświadczyć nas i oczyścić z nieprawości naszych, przedłużając boleści nasze, wlej w serca nasze ufność w Tobie, a ta ufność da nam odwagę, wytrwałość i razem zachowa nas od rozpaczy.”

Przedtem, tuż przed śmiercią, bohater myślał:” może jednak zdążę napisać testament i tekst modlitwy. Zdążył”.

Raz jeszcze Matywiecki: „Bohater czekał na powieść Terleckiego, na ostateczną medytację pisarza. Nastąpiło spotkanie kogoś wtrąconego za życia w najgłębsze opuszczenie i kogoś, kto kończy życie, wiedząc o śmiertelnej chorobie. Prozaik polskiej historii i polskiego losu – zawsze w ich wymiarze uniwersalnym – staje twarzą w twarz, sumienie w sumienie, z bohaterem. Obaj stają w samotności naprzeciw tego, co ostateczne. Czy historia i polityka muszą się teraz ulotnić?”

4.

Terlecki zdążył z ostatnią swoją powieścią, której nadał moralny wymiar, wymiar duchowego testamentu. Czy mógł Pan, Panie Władysławie, w chwili śmierci przypuszczać, że dzieło Pana po siedmiu latach nabierze tak przeraźliwie aktualnego sensu, że gdyby dalej istniało w świadomości czytelników, gdyby żyło dzięki nowym wydaniom, byłoby bardziej dobitną niż setki artykułów przestrogą przed uleganiem narodowej tromtadracji, przed tzw. polityką historyczną, wypaczającą głęboki sens naszych dziejów?

Historia i polityka, splecione w nieprzyzwoitym uścisku, przez lata, które minęły od śmierci Pisarza, nie tylko się nie ulotniły, ale wdarły się w nasze życie, drążą kulturę i wypalają nasze sumienia.

Przypominamy dzieło Władysława Terleckiego na łamach „Dekady Literackiej’, na tyle, na ile pozwalają nasze możliwości, z nadzieją, że w nasze ślady pójdą wydawcy.

Bogdan Rogatko

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas