poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2006, nr 3 (217)]

Do przeglądu prasy rzadko trafiają tematy polityczne. Nie ma się nad czym rozwodzić. Tym razem napiszę jednak o kilku sprawach ze względu na ich polityczną niepoprawność lub polityczną aktualność.

Politycznie niepoprawny jest artykuł Joanny Mieszko-Wiórkiewicz „O niemieckiej kulturze cierpienia” zamieszczony w kwietniowej „Odrze” (4/2006). Kiedyś zwracałem już uwagę, że „Odra” jest wyczulona na stosunki polsko-niemieckie i opisuje je odważnie, choć czasem w zbyt wojowniczym tonie. W każdym razie są to artykuły, które skłaniają do myślenia i przywołują wiele nieznanych naszym czytelnikom faktów i artykułów prasowych. Mieszko-Wiórkiewicz wróciła do zapomnianej ostatnio przez Polaków, ale ani na chwilę przez Niemców, sprawy Centrum Przeciwko Wypędzeniom. My do kontrowersyjnej idei centrum podchodzimy akcyjnie, podnosząc chwilowy raban po kolejnej głośnej wypowiedzi Eriki Steinbach. Po kilku dniach o sprawie nikt już nie pamięta. Natomiast zaangażowani w ten pomysł – zdaniem autorki artykułu – systematycznie pracują nad przekonywaniem do swoich racji. I starają się wyolbrzymić krzywdę wypędzonych. „Ponad piętnaście milionów Niemców i wiele innych ludów stało się w minionym wieku XX ofiarami etnicznie uzasadnianych wypędzeń” – powtarza jak mantrę Erika Steinbach. Przy czym liczba wypędzonych rośnie z roku na rok. (…) W przeciwieństwie do tego liczba uśmierconych przez Niemców żydów, Romów, Polaków i Rosjan w obliczeniach niemieckich naukowców topnieje szybciej niż alpejskie lodowce” – pisze publicystka. Jej zdaniem Związek Wypędzonych dąży do przeforsowania jednorodnego obrazu niedawnej przeszłości, przekręcając historię i wciągając w to nawet niektórych przedstawicieli środowisk żydowskich. Mieszko-Wiórkiewicz zarzuca też polskim politykom nieprzemyślane i niepotrzebne gesty. Na przykład Władysław Bartoszewski „w swoim – mało w Polsce znanym, ale w Niemczech przyjętym z wielkim aplauzem – przemówieniu w Bundestagu jesienią 2001 wyraził w związku z przesiedleniami Niemców głęboki żal, co odbiło się w niemieckich mediach sporym echem i zostało odebrane jako oficjalne potwierdzenie >>polskiej winy<<”. Do kreowania niemieckiej „kultury cierpienia” przyczyniają się też kiczowate filmy, chętnie oglądane przez masową publiczność. Są oczywiście Niemcy, którzy protestują przeciw uproszczeniom i przeinaczaniu historii. Na przykład Wim Wenders na własny koszt zamieścił ogromne ogłoszenie prasowe, krytykujące głośny także w Polsce film „Upadek” o ostatnich dniach Hitlera w bunkrze pod Placem Poczdamskim. Zmiany w języku świadczą o niepokojących procesach: do opisu bombardowania Drezna używa się słowa holocaust, o procesach norymberskich mówi się jako o zemście zwycięzców. Autorka artykułu przywołuje przykłady protestów niemieckich intelektualistów, którzy nie zgadzają się z takimi praktykami, ale uważa, że Erika Steinbach i inne osoby popierające Centrum Przeciwko Wypędzeniom prowadzą działania dość skutecznie neutralizujące te głosy. Takim działaniem ma być powołanie Europejskiej Sieci Pamięci i Solidarności, w której współpracują placówki naukowe z kilku krajów, w tym z Polski. „Zdecydowanie odmówiły tylko Czechy i Francja. Konsekwencja Czechów, wobec których wytaczane były z Niemiec najcięższe działa, jest godna podziwu.” Wielu niemieckich polityków popiera działania Steinbach i głosy sprzeciwu są raczej odosobnione. Wprawdzie Związek Wypędzonych odcina się od zajadłych żądań Powiernictwa Pruskiego, ale to dlatego – przekonuje Mieszko-Wiórkiewicz – że nieakceptowanie przez powiernictwo Układu Poczdamskiego i wołania o prawo do ojczyzny podważyłyby zasadność działania Fundacji Centrum Przeciwko Wypędzeniom. Zdaniem autorki artykułu nie umiemy dbać o polską rację stanu i na razie nie mamy pomysłu, jak radzić sobie z nieuzasadnionymi roszczeniami „wypędzonych”.

Zrobiłam film o miłości, ale polityka podrzuciła mi zgniłe jajo i okazało się, że jest to film polityczny – tak o swoim debiucie filmowym powiedziała 23 czerwca br. w drugim programie Polskiego Radia Izabella Cywińska. Chodzi o nakręcony na podstawie „Kochanków z Marony” Iwaszkiewicza film o tym samym tytule, a polityczny w nim jest oczywiście wątek homoerotyczny. Homoseksualizm stał się jednym z najważniejszych tematów polskiej polityki, co znajduje również oddźwięk w czasopismach kulturalnych i społeczno-kulturalnych. Drugi tekst, który chcę przywołać ze względu na jego niepoprawność polityczną, jest związany właśnie z tym tematem. Artykuł Marty Jermaczek „Marsz bezsilności, marsz siły” „Czas Kultury” (1/2006) zamieścił w dziale zatytułowanym Pogarda. Marsz Równości planowany na listopad 2005 roku w Poznaniu nie jest sprawą przebrzmiałą, gdyż jego echo w różnych wersjach i wypowiedziach wraca do nas co parę dni, jeśli nie codziennie. Udaremniony przez prezydenta Poznania marsz, o którym pisze Jermaczek, miał zgromadzić nie tylko homoseksualistów, ale i ludzi z wielu innych powodów walczących o równość i tolerancję. Autorka zaznacza, że ani mediom, ani władzom nie dało się tego wytłumaczyć. „Jak trafnie zauważyła Kinga Dunin, zostaliśmy „zhomoseksualizowani”. Nie tylko przez polityków, ale również – a może nawet w pierwszej kolejności – przez media.” Jermaczek emocjonalnie przypomina rozgonienie przez policję marszu, na który prezydent Poznania nie wyraził zgody (później sąd orzekł, że niezgodnie z prawem). Przypomina pałowanie i agresję chuliganów. Skrajnie nietolerancyjne wypowiedzi Rady Miejskiej i posłów. Ostro polemizuje z prezydentem Ryszardem Grobelnym. Jest to tym bardziej niepoprawne (i odważne), że „Czas Kultury” ukazuje się przy finansowym wsparciu władz Poznania. Pewnie radni nie czytają tego, co dotują, więc czasopismo ukazuje się nadal.

Kolejny tekst, który z powodów politycznych wyciągnąłem z lamusa, to „Norymberga” Wojciecha Tomczyka – sztuka w trzech aktach opublikowana już kilka miesięcy temu przez „Dialog” (6/2005). Dramat ten jest niepoprawny politycznie, gdyż w pewnym sensie kwestionuje prawdy, które podawane są nam bezwzględnie do wierzenia. Przywołuje też nośne obecnie problemy i rekwizyty: PRL, służby specjalne, wykończanie ludzi, zrywy wolnościowe. Chociaż do pokazania zasadniczego problemu tej sztuki, którym jest manipulowanie drugim człowiekiem i tworzenie w tym celu fikcyjnej rzeczywistości, można byłoby użyć zapewne innych rekwizytów i innych czasów. Pułkownik Stefan Kołodziej (były oficer kontrwywiadu wojskowego) w perfidną grę wciąga dziennikarkę Hannę Stachowską. Dużo o niej wie, podejrzanie dużo. Umówili się na rozmowę o innym pułkowniku, ale nic z tego nie wychodzi. Kołodziej sugeruje Stachowskiej, że mógłby załatwić jej stypendium dla dziennikarzy w Stanach Zjednoczonych, że ma duże możliwości. Oznajmia, że chce dla siebie Norymbergii: procesu, w którym odpowie za swoje zbrodnie: „Nie chodzi o żaden osąd moralny czy polityczny. Mnie chodzi o normalny sąd. Rozprawę o zbrodnie przeciwko ludzkości. Z prokuratorem, sędzią, adwokatem. Sąd z wyrokiem w imieniu Rzeczypospolitej.” Dziennikarka uważa, że przesadza, że może powinien zgłosić się do psychiatry, już chce wyjść, gdy pułkownik oznajmia, że wykończył jej ojca. że później sterował jej życiem: rozwód, wyjście z nałogu, załatwienie posady, prawo jazdy, kredyt w banku – wszystko ułatwiał i załatwiał. Rodzaj rekompensaty za śmierć ojca. Okazuje się, że wiele rzeczy w jej życiu było zagrywką tajnych służb, że w pewnym sensie nie wydarzyły się naprawdę. Mówiąc o ojcu, nakłania ją jednak, żeby złożyła na niego doniesienie do prokuratury. W drugim akcie są już w lepszej komitywie, piją brudzia sokiem z aronii. Zastanawiają się, czy dojdzie do procesu, czy ktoś będzie chciał wykończyć pułkownika w celi, czy może uznają go za wariata. On opowiada jej o różnych „akcjach” kontrwywiadu. Także o tej najbardziej wyrafinowanej: powolnym załatwianiu jej ojca. Napisali kryminał, który ukazał się w dużym nakładzie i szkalował Wiznera, czyli ojca dziennikarki, doprowadzili do plotek, że jest on agentem sowieckim. I tak dalej. Pod koniec aktu Hanka nie pamięta już o brudziu: „Niczego nie przebaczę. Proszę mnie nie odprowadzać. Będzie pan miał swoją Norymbergę.” Akt trzeci wprowadza nas do tego samego mieszkania pułkownika, ale mocno zmienionego. Hankę oprowadza kobieta – wdowa po pułkowniku, która mieszkanie che sprzedać. żony pułkownika nie poznaliśmy wcześniej bezpośrednio, tylko przez wyraźne sygnały mówiące o separacji w tym małżeństwie. Hanka nie wiedziała o śmierci swojego rozmówcy z poprzednich aktów. Zdarzyło się to na polowaniu: wypadek, postrzelił go kolega. Może to i dobrze, bo niedługo potem przyszło wezwanie z prokuratury. Okazało się, że był donos, że popełnił straszliwe przestępstwa. A to był dobry oficer i prawdziwy Polak. Jednak Hanka mieszkania nie kupi, wyjeżdża na stypendium dla dziennikarzy do Stanów. Gratka, było wielu kandydatów. Koniec sztuki jest zaskakujący, bardzo (znowu wszystko bierze w nawias). Podkreśla niemożność rozstrzygnięcia, co jest życiem, a co ubecką fikcją. Dramat wyjątkowo aktualny w czasie, gdy teczki determinują czyjeś życie, gdy prawda tajnych służb staje się jedynym opisem rzeczywistości. Maszynopisy cierpliwie wystukiwane przed laty opisują świat, w którym trudno odróżnić, co było życiem, a co ubecką fikcją.

Nie wiem, z czym bardziej kojarzy mi się „Norymberga”: czy z uroczym domem Dürera, imponującym Muzeum Narodowym, czy jednak przygnębiającym ośrodkiem dokumentacyjnym (Dokumentationszentrum Reichsparteitagsgelände), zorganizowanym przy nigdy nie ukończonej sali kongresowej, mającej być jednym z architektonicznych pomników potęgi nazizmu. W każdym razie, na hasło Norymberga w konotacji politycznej proponuję powrócić do „Czasu Kultury” (1/2006), do działu „Pogarda”. Kazimierz Piotrowski w artykule „Sztuka w czasach pogardy” przypomina jak faszyści (inspirując się Wagnerem) kwestionowali artystyczne walory sztuki tworzonej przez żydów i modernizmu. Opisuje jak Hitler i jego otoczenie dochodzili do wniosku, że trzeba oczyścić kulturę niemiecką z moderny i żydobolszewizmu. To właśnie m.in. na partyjnych zjazdach w Norymberdze padały przerażające słowa. Hitler 1 września 1933 r. mówił w Norymberdze: „Narodowo-socjalistycznemu ruchowi i przywódcom państwa nie wolno tolerować w sferze kultury, że pozbawiony umiejętności i kuglarz zmieniają nagle swoje sztandary i tak, jak gdyby nic się nie stało, wprowadzają się do nowego państwa, ażeby tam w dziedzinie sztuki i polityki kulturalnej ponownie przewodzić wielkim słowem. (…) To państwo jest bowiem nasze, a nie ich.” Piotrowski zwraca uwagę, że podział sztuki na słuszną i niesłuszną, naszą i ich jest i dzisiaj niebezpieczny. „Każdy, kto wkracza dziś na tę drogę medykalizacji czy penalizacji sztuki, musi również podejmować to historyczne brzemię, to ryzyko wzorcowej pogardy i zupełnie irracjonalnej niewiary w dobre intencje drugiego człowieka.”

 Robert Kozela

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas