poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOŻENA KOWALSKA
Janusz Orbitowski. W dążeniu do światła
Dekada Literacka 2006, nr 3 (217)

Gdy się ogląda obrazy Janusza Orbitowskiego, przychodzą na myśl słowa Jose Ortegi y Gasseta: „Malarstwo jako kategoria światła” (1). To sformułowanie hiszpańskiego filozofa odnosi się wprawdzie do każdego rodzaju malarstwa. Jednakże zdarzają się malarze pod tym względem szczególni, o których można by powiedzieć, że prace ich są kreowane wspólnie: przez nich i przez światło. Do takich twórców należy Orbitowski. Jego obrazy, dopiero intensywnie oświetlone, zyskują właściwą im moc działania, a czasem także same wydają się emanować blask.

Wszakże światło – to na wpół tylko materialne zjawisko – nie jest jedynym elementem konstruującym dzieła twórcy. Ich ważnym budulcem i jednocześnie środkiem wyrazu jest także przestrzeń i ruch, choć i one pozostają uzależnione od tego pierwszego, najważniejszego czynnika. Dlatego też są te obrazo-reliefy przeważnie białe, bo biel odbija wszak ze wszystkich barw chromatycznych i achromatycznych najwięcej światła.

W ciągu wielu lat stworzył Orbitowski w różnych fazach swej twórczości wiele, rozmaicie ukształtowanych, białych reliefów. Najbardziej zaskakujące ze względu na odległość czasową między nimi, a jednocześnie tożsamość idei, są dwa białe reliefy. Pierwszy z nich powstał w roku dyplomowym młodego artysty – 1967. Jest wielkości 26 x 20 cm. Relief piętrzy się tu z obu boków ku osi pionowej obrazu, ale nie łączy się w swym maksymalnym spiętrzeniu po jego środku. Pozostaje otwarty nieregularnym spękaniem, choć o geometrycznie zarysowanych krawędziach. W głębi szczeliny białe tło jest wygaszone cieniem prawie do czerni.

W blisko czterdzieści lat później, w 2005 r., tworzy artysta w Galerii Starmach monumentalne jego powtórzenie o wymiarach 400 x 320 cm. Jak tamten otwarty nieregularnym spękaniem, choć o geometrycznie zarysowanych profilach. Światło z dwóch reflektorów, ustawionych po dwóch stronach obiektu, przenikając przez szczelinę między jego częściami, rzucało na ścianę niemal materialnie odczuwany obraz w szarościach i świetlistej bieli. Orbitowski powrócił w ten nowy sposób do swego dawnego zamysłu, monumentalizując go i nadając mu inny sens przez potraktowanie go równocześnie jako odrębny, reliefowy obiekt w przestrzeni i jako swoisty mechanizm wywołujący na ścianie spektakularny obraz malowany cieniami i światłem. Swój miniaturowy obrazek sprzed ponad czterdziestu lat przekształcił w imponującą rozmiarami instalację fizycznie wypełniającą Galerię Starmacha aż po sufit, a magicznym działaniem władającą nad całą jej przestrzenią.

Artysta przypomina bez żalu, że Adam Marczyński – jego profesor, mistrz i przyjaciel – odradził mu w 1967 r. kontynuować doświadczenia tego, jednego z pierwszych, tworzonego wówczas reliefu. Marczyński był mądry i dalekowzroczny. Nie chciał, by jego wybrany uczeń rozpoczynał swoją twórczą drogę zbyt blisko jego własnej. Uważał to za niebezpieczne. Oczekiwał od niego samodzielnych, odrębnych eksperymentów, które go doprowadzą do równie samodzielnych, odrębnych rezultatów. Wiedział, że prędzej czy później twórczość Orbitowskiego będzie i tak kontynuacją jego własnej, albo przynajmniej należeć będzie do tego samego nurtu. I nie mylił się. Wrodzone cechy osobowości i upodobania Orbitowskiego: potrzeba ładu, wymiernego elementu geometrii, operowania rytmem i przestrzenią, dążność do prostoty i ascezy środków, prowadziły go w tym kierunku drogą, może niewyzbytą meandrów, ale nieodmiennie konsekwentną. Nie mogły tej konsekwencji zakłócić ani zachowana do dziś swoboda, a nawet spontaniczność artysty (ujawniona ze szczególną wyrazistością w rysunkach), ani też upodobanie do zacierania granicy między rzeczywistością a jej iluzją.

Twórczość Orbitowskiego jest w rezultacie niezwykle spójna. Mimo uderzających niekiedy różnic między poszczególnymi jej fazami, czy na wciąż nowych koncepcjach opartymi cyklami prac, jest jednak wciąż jednorodna, wciąż i zawsze strukturalna, budowana światłem, przestrzenią i ruchem.

Wkrótce po zarzuceniu, zgodnie z sugestią mistrza, pracy nad reliefami, artysta stworzył serię Kompozycji przestrzennych, malowanych płasko i barwnych, budowanych z małych kwadracików jak projekty mozaiki. Walorowymi układami sugerowały one głębie i wypukłości, a geometryczne, rozwibrowane w nich kształty otoczone były smugami światła jakby błyskawic czy łuku wolty.

Przestrzeń wyłącznie iluzyjna nie satysfakcjonowała Orbitowskiego, podobnie jak światło tylko namalowane i jak ruch tylko migotliwie wibracyjny. Sięgnął więc wkrótce znowu po trójwymiar, jak w małym reliefie z 1967 r. I już na początku lat 70. zaczął stosować naklejane na powierzchnię obrazu, równolegle przebiegające lub krzyżujące się, delikatne listewki. Były to konstrukcje utrzymane w barwach bieli, szarości i czerni. Artysta podawał tu w wątpliwość wiarygodność doznań wzrokowych, gdy nie dawało się stwierdzić, czy się ogląda bieg dalszy wypukłości, czy jej namalowane przedłużenie, czy cienie są rzeczywiste, czy też namalowanym złudzeniem.

Ten problem niezauważalnie przechodzących w siebie przestrzeni realnych i złudnych był też dla niego istotny. Kontynuował go jeszcze w podobnie pojętej wersji w kompozycjach z czernią i kilku odcieniami szarości, z reliefowo nakładanymi na tło i iluzyjnie malowanymi prostokątami. Ale problem ten jest, tyle że w odmiennych wariantach, dostrzegalny także w innych jego pracach. Sam artysta powiada: „Od początku mojej działalności interesowały mnie dwa światy: ten realny i wyimaginowany, irracjonalny, i relacje między nimi. W większości moich prac, przez wszystkie okresy i przemiany, ta idea jest obecna” (2). To właśnie występujący niemal zawsze w obiektach artysty ów trzeci wymiar, który wyzwala grę świateł i cieni, stanowi główny nośnik tej jego idei, która z jednej strony wyraża się rodzajem zabawy i przekomarzania się z widzem, ale z drugiej niepozbawiona jest implikacji filozoficznych.

Relief, i to najczęściej występujący jako gęsta, drobna struktura, stał się wyróżnikiem twórczości Orbitowskiego. Używał do jego realizacji twardych, wiązkami układanych listew, rytmicznie ułożonych lub piętrzących się nad podłożem obrazu, naklejanych na siebie prostokątów z drewna czy płyty, albo mieszanych ze sobą prostokątnych form wgłębnych i wypukłych, czy wreszcie delikatnych, wyrafinowanych układów z przyklejonego do podłoża sznurka. W dotychczasowej twórczości artysty był tylko jeden cykl prac, Ślady z końca lat 90., w którym zabrakło reliefu, ale została nieodłączna w jego działalności, strukturalna budowa obrazu i złuda nieistniejących w nim wgłębień i wypukłości. Ślady malowane były bielą na czerni, czernią na bieli, albo też miedzią na czerni.

Do wywołania niepewności doznań wzrokowych, zachwiania granicy między tym, co realnie istnieje, a co jest tylko iluzją, przyczynia się w pracach Orbitowskiego ruch. W różnych okresach twórczości artysty przybierał on różną postać. W „Kompozycjach przestrzennych” z 1968 r. wypełniał wibrującym drganiem całą płaszczyznę obrazu. Listwy pojedyncze czy ich wiązki na podłożu obiektu wyznaczały kierunek ruchu, zagęszczenia reliefowych prostokątów i ich rozrzedzenia stwarzały wrażenie swobodnych przepływów struktury, diagonale przebiegające przez pola obrazów dynamizowały je, stając się wektorami ruchu. Ten ruch złudny i wyobrażony ma wszelkie możliwe niuanse: od silnie osadzonego w materii, poprzez różne stopnie immaterialnej wyrazistości, aż po tak subtelną sugestię, że wydaje się ulotny jak ślad dotknięcia wiatrem.

Tak dzieje się zawsze w rysunkach Orbitowskiego, które tworzy artysta od 1982 r. równolegle z malarstwem, a których wyrafinowanie, delikatność i uroda niewiele mają sobie równych. Jest w nich trudne do udowodnienia, ale wyczuwalne zauroczenie naturą, niekiedy nawet bliskość form organicznych, ale nigdy nieprzekraczająca granicy asocjacji. Rysunki artysty są także strukturalne, budowane z równolegle biegnących, gęstszych i rzadszych, bardzo cienkich kresek. Są zjawiskowe, tak wrażliwe, iż zdaje się, że można je zdmuchnąć.

Jednak przede wszystkim rysunki Orbitowskiego są pełne światła. Tak jak malarstwo. Śledząc twórczość artysty od początku do dziś, dostrzega się ciągłe grawitowanie jej ku bieli i wciąż, po każdym wejściu w czerń, szarość i barwy chromatyczne, powroty do niej. Są to powroty do czystego światła. Już zaraz po studiach powstały białe reliefy, około połowy lat 70. obrazy z listewek oznaczały pierwszy powrót do bieli. Od progu lat 90. powstają wgłębno-wypukłe białe reliefy i równolegle takież kompozycje z naklejanych sznurków, swoją poetyckością i lekkością kojarzące się z rysunkami twórcy. Wreszcie po kolorowo-płaskim cyklu Ślady, od 2001 r. panuje w twórczości artysty wyłącznie światło bieli: wypełniające często całą powierzchnię obrazu reliefy wgłębno-wypukłe, dynamizowane diagonalnymi podziałami, a od 2005 r. pojawiają się znowu listewki, ale tak delikatne, że podobne do sznurków. Są to swoiste parafrazy rysunków; jeszcze bardziej subtelne i ulotne, a jednocześnie jeszcze bardziej od nich promienne. Zdają się nie tylko odbijać blask, ale go wytwarzać i emanować nim. Wbrew chaosowi, zagrożeniom i dramatom współczesnego człowieczego świata, są symbolem ładu, harmonii i optymizmu. Bo i w nich jest owo niemożliwe do udowodnienia, ale odczuwalne coś z czystości i radości lasu i słońca.

Bożena Kowalska

PRZYPISY:

(1)    J. Ortega y Gasset, „Dehumanizacja sztuki i inne eseje”, Warszawa 1980, s. 65.

(2)    J. Orbitowski, [wypowiedź w:] B. Kowalska, „W poszukiwaniu ładu. Artyści o sztuce”, Galeria Sztuki Współczesnej BWA Katowice, Galeria El Elbląg 2001, s. 130.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas