poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Bywają historie żałośliwsze
Dekada Literacka 2006, nr 3 (217)
„Sen nocy letniej” według W. Szekspira, na podstawie przekładu S. Barańczaka. Narodowy Teatr Stary, Scena Kameralna. Premiera 11.02.2006. Adaptacja i reżyseria: Maja Kleczewska. Scenografia i reżyseria światła: Katarzyna Borkowska. Muzyka: Jakub Ostaszewski. Ruch sceniczny: Tomasz Wygoda.



„Sen nocy letniej” według Szekspira i na podstawie przekładu Stanisława Barańczaka w Starym Teatrze to najbardziej przerażający, okrutny i odpychający spektakl, jaki oglądałam ostatnio w teatrze. Odpychające jest tu wszystko: przestrzeń jakiegoś zakazanego ni to lokalu, ni to klubu, rozwrzeszczane bohaterki, nieustanne obmacywanie się bohaterów, muzyka mieszająca Mahlera z Madonną. Reżyserka Maja Kleczewska posłużyła się Szekspirem, czy raczej wykorzystała go, aby opisać współczesną miłość, a właściwie nieobecność miłości, jej patologię i wszechobecność pożądania.

Szekspirowski „Sen nocy letniej” jest okrutną i śmieszną baśnią o młodych kochankach Lizandrze i Hermi, którzy zbuntowali się przeciw władzy ojca, pragnącego ich rozdzielić, i przeciw władzy księcia Aten Tezeusza, sprzyjającego ojcu. Chcąc ocalić miłość, kochankowie uciekają z Aten, lecz w pobliskim gaju zamiast odnaleźć arkadyjską wolność i miłość, przeżywają dramatyczną noc, poddani czarom króla Elfów Oberona i jego sługi, diabolicznego Puka, wciąż przeinaczającego rozkazy swego pana. Ta noc sprawdzi wartość ich związku, siłę ich wierności, zaplącze młodych w przygody groźne dla ich uczucia. Elfy, pełne dobrej woli, ale i złośliwe, z trudem rozeznają się w skomplikowanej sytuacji uczuciowej ludzi, bo oto za szczęśliwymi kochankami podążają ci, którym w miłości się nie powiodło: zakochany w Hermi Demetriusz i zakochana w Demetriuszu przyjaciółka Hermi – Helena.

Szekspirowski ateński las nie jest dobrym schronieniem dla miłości. Bohaterowie stają oko w oko z własnymi i cudzymi namiętnościami, z tajemnicą serc i tajemnicą ciał, odkrywają szaleństwo instynktów miłosnych i erotycznych. Baśń mówi smutną prawdę o kruchości uczuć. Poddani władzy duchów – ale i własnych pragnień – zakochani wejdą w związki z tymi, których wcześniej nienawidzili, będą zmieniać partnerów miłosnych upojeń. Dostali się przecież do krainy, której królowa Tytania zachwyciła się osłem, zapłonęła do niego miłością i spędziła z nim upojną noc. Młodzi kochankowie, przeżywszy wstrząs, wracają na dwór surowego Tezeusza bogatsi o gorzką wiedzę na temat własnych uczuć. Poddają się, chyba z ulgą, rygorowi dworu. W realnym świecie Lizander znowu pokocha Hermię, a Helena połączy się z Demetriuszem, choć wszyscy pamiętać będą sen nocy letniej śniony przy boku innych partnerów.

Szekspirowski dramat jest dwuznaczny. Przewrotny jest porządek, jaki ustala, prowadząc bohaterów przez chaos uczuć. Ale ład, nawet jeśli pozorny, zostaje odzyskany w zgodzie z poetyką baśni.

Kleczewska zmieniła konwencję dramatu; temu, co baśniowe, nadała realistyczną motywację – baśniowość to po prostu halucynacje po przedawkowaniu używek. W tym spektaklu nikt w leśną głuszę nie ucieka, nikt bowiem w baśnie nie wierzy. Młodzi kochankowie rozegrają swój dramat w dość podejrzanym lokalu z burdelowymi lustrami, z barem, nijakimi kanapami i dziwaczną oszkloną „wystawą”, na której mogą zaprezentować swoje wdzięki panienki i transwestyci. Dworu właściwie nie ma, wszystko jest strywializowane i podejrzane. Tezeusz i Hipolita biesiadować będą przy jednym, weselnym stole z prowincjonalnymi aktorami. Duchów, elfów, nawet wzbudzających lęk czy odrazę, też nie ma. Trudno, by się gnieździły w knajpie ze striptizem i tańczyły przeboje Madonny. To przestrzeń służąca do obłapiania, spółkowania, dawania w mordę i imprezowania. Kleczewska, rezygnując z konwencji baśni, zdecydowała się na wprowadzenie szekspirowskich bohaterów w półświatek współczesnej pop–kultury, obdarzywszy ich świadomością współczesnych czytelników „Girl”, „Bravo” i „Playboya”, podręczników jak żyć i jak kochać. Choć właściwie wszyscy oni wiedzą, że aby żyć, trzeba mieć dużo pieniędzy, aby kochać, trzeba mieć jeszcze więcej pieniędzy i trzeba się podobać.

Mimo tej wiedzy Tezeusz (Roman Gancarczyk) wydaje się człowiekiem dość skrachowanym, a może i przegranym: pieniądze i władza najwidoczniej nie wystarczyły, by zapewnić sobie miłość Hipolity. Puk (i Filostrates jednocześnie – Sebastian Pawlak) jest dilerem podającym halucynogenne, niebezpieczne napoje; nieszczęśliwym odmieńcem, uwięzionym to w garniturze mistrza ceremonii, to w sukni ślubnej. Jak pies zlizuje z podłogi rozsypane perły Hipolity, nosi ze sobą wielką gumową lalkę z sex–shopu. Tytania (Małgorzata Hajewska–Krzysztofik) zdaje się istnieć tylko jako senne marzenie neurotycznej, niezadowolonej ze związku z Tezeuszem Hipolity. Jej leśne królestwo zmieniło się w kanapę. Siedząca na niej sztywna, bezbrzeżnie smutna, nieruchoma Hipolita śni siostrzaną postać Tytanii, Tytanii związanej z Pukiem–Filostratesem perwersyjnym związkiem. W tym śnie Puk nie jest już psem, jest lustrzanym odbiciem Tytanii, nosi taką samą suknię, taką samą perukę. Hajewska–Krzysztofik obdarza bohaterki delikatnością, nadwrażliwością. To nostalgiczne uosobienie cierpiącej kobiecości stanie się niewolnicą prymitywnego Tkacza-striptizera. Będzie się czołgać u jego nóg w kornym oddaniu, rozwijać przed nim czerwony dywan, upojona i szczęśliwa. Śpi z nim, a potem jest przerażona, równie jak Oberon–Tezeusz, który wymyślił to erotyczne doświadczenie, tę zemstę niedocenionego kochanka. Hipolita–Tytania zrealizowała swoje erotyczne marzenie o wydobyciu się z konwencjonalnej poprawności. Pokraczne marzenie o dzikim rozpasaniu. Oberon–Tezeusz, reżyser tego upokorzenia Tytanii, wie, że jest za nie odpowiedzialny. Nie ma wątpliwości, że zawinił. Ogarnia go wstyd.

Wszystkie postacie dramatu skonstruowanego przez Kleczewską mają świadomość bezcelowości istnienia. Świadomość pustki, obojętności i wrogości wobec drugiego człowieka nadaje temu spektaklowi niepowtarzalną, tragiczną nutę. Ów tragizm rodzi się nie tyle z traktowania drugiego człowieka jak rzeczy, której posiadanie podnieca, ile z obrzydzenia dla własnej cielesności, z poczucia zezwierzęcenia, wcale nie demonicznego, a zwykłego, wypływającego z licznych kompleksów. Hermia i Helena są współczesnymi nastolatkami, głupimi aż do bólu. Przyszły do tego lokalu, w który zmienił się ateński las, bo tylko na imprezie można zapomnieć o nieszczęściu. Hermia (Joanna Kulig, PWST), „syta” i prawie spokojna, pewna powodzenia, pewna, że będzie żoną Lizandra i zazna dużo przyjemności, spróbuje owinąć sobie wokół palca także chłopaka swojej przyjaciółki. Los Heleny, jej cierpienie nic jej nie obchodzi, to nie jej bajka. Życia nie można przegrać; jest proste. Wystarczy się modnie ubrać, dobrze wyglądać. Dlatego odmiana losu zastaje ją zupełnie nieprzygotowaną. Lizander, który jej nie kocha, Demetriusz, który jej nie pożąda, są dla niej nie do pojęcia. Więc nie udaje się jej zachować twarzy, wrzeszczy, walczy, naśladuje Helenę, przymilając się jak ona do prześladujących ją mężczyzn. Traci fason, formę, wynoszą ją jak niepotrzebny, niebudzący pożądania przedmiot. Inaczej Helena (Sandra Korzeniak). Ona żyje w cieniu pięknej, młodej, nadzwyczajnej Hermi, z którą nie może rywalizować, więc przynajmniej ją podgląda. Jak dziecko szczebiocze, by pozyskać uwagę bóstwa i rozkwitnąć jej pięknością. Prawie ją kocha i szczerze jej nienawidzi. Nie wierzy w siebie, pewna, że tylko piękność tamtej pozwoliłaby jej zyskać miłość Demetriusza. Pozwala Demetriuszowi robić ze sobą wszystko, byle zdobyć choć jedno jego spojrzenie. Będzie jeść z jego ręki banana, którego nie znosi. Dławić się i jeść, żebrać o pieszczotę, żądać pochwały za posłuszeństwo, jak dziecko. Ten gwałt na sobie samej zawstydzi nawet Demetriusza. Z Tytanią-Hipolitą łączy Helenę pragnienie miłości i wrażliwość. Tak samo jak tamta nie umie żyć bez miłości. Nie jest jak Hipolita damą; łatwo ją zranić, bo wszystkie jej emocje, pragnienia, są na wierzchu – cierpi naprawdę, wciąż rozpamiętując swoją niedoskonałość…

Obie dziewczyny, redukując siebie do „wizerunku biologicznego”, w istocie nienawidzą swojej fizyczności. Nawet zadowolona z siebie Hermia wścieka się, że jest za mała. żyją emocjami, krzyczą, duszą się słowami. Uroda jest jedyną wartością, która gwarantuje im szczęście. A miłość to tylko akt fizyczny, lub, co najwyżej, twarda gra o dominację.

Kleczewska ze „Snu…” uczyniła obyczajową opowieść, obniżając status mentalny bohaterów, a właściwie – bohaterek. Bo mężczyźni pozwalają jedynie się pożądać, istnieją tylko dzięki pożądaniu. Są tworami wyobraźni kobiet, okrutnej wyobraźni. Więc najpierw one same czują się jak suki, a potem zmuszają ich w rewanżu do bycia psami. Jeśli kobiety w tym spektaklu są w stanie znieść każde upokorzenie w erotycznej grze, byleby tylko grać, to mężczyźni z trudem, z opóźnieniem, ale jednak zaczynają odczuwać niesmak. Ta uległa uległość degraduje ich. Demetriusz szlachetnie przestaje wpychać w usta Heleny banana, ba, nawet prosi, żeby go nie jadła. Helena jednak, jak aportujący pies, pragnie zasłużyć na pochwałę, więc Demetriusz musi przemocą wyjmować jej z ust owoc. Demetriusz, tak jak i Oberon, czuje, że przekroczył miarę.

Główni i znakomici aktorzy tego spektaklu: Małgorzata Hajewska-Krzysztofik (Hipolita-Tytania), Roman Gancarczyk (Tezeusz-Oberon), Sebastian Pawla (Filostrates-Puk) i Sandra Korzeniak (Helena) zagrali z pasją i jakąś demaskatorską odwagą psychologiczną dwoistość – liryczność i brutalność. Powtórzmy: Hajewska to Hipolita wytworna, smutna, osaczona przez Tezeusza niewolnica i ofiara. Ale sposób, w jaki odrzuca Tezeusza, ignorując, nie widząc go, podczas gdy wszystkie jej wysiłki są skoncentrowane na tym, by on widział demonstrowane przez nią cierpienie i obojętność, ujawnia jej bezlitosne okrucieństwo. Tą pozorną obojętnością torturuje zależnego od niej mężczyznę. Wydaje się, że Tezeusz-Oberon przegrał wszystko, że pozostała mu tylko bezsilność, ale wobec Hipolity–Tytanii podejmuje grę, która obnaży kiczowatość jej erotycznych pragnień. Hajewska w scenach z Tkaczem, różowym króliczkiem w błyszczących stringach, jest śmieszna zarówno jako zaciekawiona paniusia, jak i wielbiąca samca, nareszcie zaspokojona (?) kobiecość. Pomiędzy realistyczną, psychologiczną a symboliczną analizą roli należy usytuować znakomitą kreację Sebastiana Pawlaka-Puka, diabelskiego współsprawcy erotycznych snów. Chudy, wysoki, nieprzenikniony, zimny, niebywale sprawny fizycznie, wydaje się istotą nie z tego świata. Błazen, prowokator i nieszczęśliwy Inny, tak jak wszyscy marzy o uczuciach, pokazując wciąż nową twarz: eleganckiego szefa protokołu, tandetnej Madonny, transwestyty. Aktorzy wykorzystali wszystkie możliwości psychologiczne, jakie tkwiły w okrojonym przez reżyserkę Szekspirowskim tekście. Udało im się na ogół obronić nawet liczne, a niezbyt finezyjne wstawki uwspółcześniające komedię Szekspira. Trudno mi jedynie pogodzić się ze sposobem, w jaki poprowadzono wątek teatru w teatrze. Ich łatwy humor, atakujący kabotynizm współczesnych aktorów, zanadto przypominał telewizyjne programy rozrywkowe i pozbawiał znaczenia tę kluczową dla dramatu scenę przedstawienia „Najżałośliwszej historii”.

To, co w spektaklu Kleczewskiej wydaje się cenne, to opis brutalności życia, dekadencji, rozpadu uczuć, przerażającej samotności. Bohaterowie tego snu, prymitywni i śmieszni, chorują na nieuleczalną samotność w świecie, w którym rozwiał się nawet czar fizycznego zauroczenia drugim człowiekiem. Bohaterowie tego Snu… nie wiedzą, kim są, po co żyją, a najważniejsze ich pragnienia okazują się kłamstwem, zmyśleniem, snem właśnie. Przywiązanie Puka–Filostratesa do gumowej lalki z sex–shopu to w istocie jedyna prawdziwa trwała więź w tym świecie. Puk–Filostrates w finale spektaklu sadza ową lalę przy weselnym stole obok siebie i wypowiada słowa przysięgi: biorę sobie ciebie za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Brzmi to ironicznie wobec tej nieustannej gry seksem, uprawianej pod pozorem miłości, wobec tej łatwej gonitwy za zdobyczą, tego tarła na jawie i we śnie. Ale to nie jedyna możliwa interpretacja tej sceny. Puk-Filostrates zwierza słowami tej przysięgi swoją rzeczywistą tęsknotę za uczciwością i wiernością, dlatego trudno uznać tę historię opowiedzianą przez Kleczewską, według Szekspira, za żałosną. Bywają żałośniejsze. Takie, w których i owej tęsknoty brakuje.

Małgorzata Ruda

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas