poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA KWIECIEŃ
Ziarna baobabu
Dekada Literacka 2006, nr 3 (217)

Z wielu cech wyróżniających dzisiejszych trzydziestoparolatków istotny i urastający do rangi przeżycia pokoleniowego wydaje się być fakt, że ich dzieciństwo przypadało na okres zmierzchu PRL-u, dorastanie natomiast związane było już z narodzinami i rozwojem Trzeciej Rzeczpospolitej. Jest to zatem ostatnie pokolenie, które, szczątkowo i wyrywkowo wprawdzie, ale jednak pamięta, jak wyglądało życie przed przełomem, nie dziwi więc, że niektórzy jego reprezentanci odczuwają potrzebę dzielenia się swoją wiedzą czy wspomnieniami. Tym bardziej, iż charakterystyczne dla tamtego czasu rekwizyty, miejsca oraz wszystko to, co się wówczas działo, pamięć dziecka utrwaliła w specyficzny sposób. Czy dziecięce impresje na temat braku Teleranka, płynu Lugola i gum balonowych posiadają jakiś poznawczy bądź estetyczny potencjał i mogą stać się bazą, w oparciu o którą da się stworzyć oryginalne dzieło literackie? Przykład Michała Witkowskiego podpowiada, że tak.

W twórczości tego, dość popularnego ostatnimi czasy, autora PRL odgrywa rolę niebagatelną. Stanowi tło, czas lub miejsce akcji wybranych utworów, obecny jest poprzez typowe dla tamtych czasów postaci, wychodząc zaś od określonej kreacji „kraju lat dziecinnych” Witkowski interpretuje i ocenia, a częściowo także dekonstruuje otaczającą rzeczywistość.

Wydany w 2001 roku debiutancki tom „Copyright” to zbiór opowiadań skonstruowany w ten sposób, by czytelnik z tekstu na tekst mógł obserwować dorastanie i dojrzewanie mentalne bohatera i zarazem narratora. Opisana w tekście otwierającym tom przestrzeń dzieciństwa – planeta baobabu – jest światem oswojonym, na ile to tylko możliwe dobrze poznanym, fascynującym, momentami niezrozumiałym („Jak to możliwe, że jest wojna, chociaż nie ma wojny?”, „Czy to możliwe, żeby ktoś miał dwie głowy?”), jednak mimo to niegroźnym. Bohater kontroluje wycinek rzeczywistości, który samowładnie, ale przez nikogo też nie powstrzymywany, objął w swe posiadanie, ustala rządzące w nim reguły gry oraz hierarchię ważności poszczególnych rzeczy, stąd też z jego perspektywy prawdziwie wszechwładny ziąb i mróz detronizuje wielką, wypełniającą ekran telewizora głowę, która wyłączyła telefony, otwierała listy i zakazywała wychodzenia. Jest to pierwszy i bodaj ostatni moment, w którym jakieś miejsce jest dla niego na tyle ważne, by posiadać dla niego walor domu, dawać poczucie bezpieczeństwa: „czasami było tak dobrze, że chcielibyśmy, aby cztery wysokie korony zamknęły się nad nami, aby nas pochłonęły na zawsze z tymi skórkami od bananów i historyjkami z donaldówek”.

W Fototapecie, nie wyróżniającym się już aż tak bardzo jak „Copyright” zwartą i spójną konstrukcją, lecz podejmującym analogiczne problemy tomie z 2006 roku, podobną rolę, bo „wygrywającą” kwestię przestrzeni zakorzenienia, odgrywa Mosina, podpoznańskie miasteczko, gdzie znajduje się dom babci bohatera. W tym świecie każdy człowiek i każda rzecz zajmuje precyzyjnie określone miejsce, a wszystko odbywa się zgodnie z ustalonym, dobrze znanym rytmem. Babcine rytuały zakupowe (dziwne wymiany papierosów na pończochy, pończoch na czekolady a czekolad na karkówkę i metkę, bądź też papierosów na vibovit i visolvit), kosmetyczne (raz w tygodniu wizyta u fryzjera i raz na kilka tygodni pedikiur w Poznaniu), religijne (niedzielna msza, a po niej odwiedziny grobu dziadka) czy towarzyskie (uroczysty obiad w gronie rodzinnym w niedzielę, odwiedzanie dawnych znajomych, celebrowanie imienin, urodzin, narodzin oraz śmierci) służą nie tylko podtrzymywaniu i umacnianiu istniejących form, lecz świadczą też o chęci okiełznania chaosu otaczającej rzeczywistości oraz przydawania życiu sensu i znaczenia.

Z czasem jednak stabilność i niezmienność tych układów zaczyna budzić w bohaterze obu książek agresję i bunt: "wszystkie te zabiegi kosmetyczne (…) wszystkie najdrobniejsze nawet przedmioty takie jak wizytówka na drzwiach w bloku mojej babci stają się naraz sto razy bardziej nudne, małomiasteczkowe, smutne i banalne. Wszystkie te rytuały, krochmalenia, wędzenia, smażenia, kąpiele, fryzjery, sprzątania, poprawiania się – będą miały na dnie niewypowiedziane pytanie: dla kogo to, na co, po co taki splendor, skoro i tak nikt nie widzi, nikt tego życia w niszy nie obserwuje? (…) Wyję po cichu: na co? Zacziem? Skoro w samym Paryżu i Londynie ludzie piją wprost z puszki, śpią byle jak, pracują w niedzielę, tam w centrum świata". Dojrzewając, bohater zaczyna patrzeć na świat innymi oczyma, dorastanie przyspiesza proces oddalania się od miejsc, które dotychczas uchodziły za centrum świata, zrywania więzi z tym, co znane, stałe i pewne. Ten przełomowy w biografii bohatera moment splata się z przełomem polityczno-ekonomicznym, jaki dokonuje się w Europie środkowo-wschodniej, a przeobrażanie się rzeczywistości zewnętrznej skorelowane jest ze zmianą optyki bohatera. Rozedrganie i chybotliwość narracji „Playboya”, „Kursu” oraz „Black Cat” („Copyright”), czy na przykład „Kolaboracji” i „Po sezonie” („Fototapeta”) odpowiada procesowi multiplikacji wewnętrznych, ale i zewnętrznych, światów. Wielość mniej lub bardziej sztucznych i wątpliwej jakości rajów nie pozwala na szczątkowe nawet zrozumienie rządzących nimi praw, stałe i niezmienne zasady najprawdopodobniej zresztą nie istnieją. Obfitość dostępnych przedmiotów, miejsc i ludzi przyprawić może o ból głowy, stąd też próba przypisania każdemu jakiejś rangi skazana jest z góry na porażkę. Bohater jest stale w ruchu, nie ma siłą rzeczy możliwości na zapuszczenie jakichkolwiek korzeni, nie można być jednak pewnym, czy miałby na to w ogóle ochotę. „Dorosłość to bezdomność i to ma swoje zalety, kiedy nie jest za późno i wszystko może się jeszcze ułożyć w każdy możliwy sposób. Ale, jak mówią Amerykanie, dopóki benzyny w baku, tyle nadziei”, mówi w wieńczącym tom „Copyright” opowiadaniu, sugerując, że mozolne budowanie własnego wariantu rzeczywistości, kolażu złożonego ze strzępków przeżyć i wspomnień jest cenniejsze oraz bardziej twórcze niż życie w wygodnym cieniu wielkiej babci i wielkiego baobabu. Można powątpiewać czy podobny wybór jest w pełni suwerenny i czy aby nie jest w znacznej mierze podyktowany sytuacją – do świata rytuałów i ustalonych z góry zasad nie ma już bowiem powrotu. Z tego też powodu ziarno baobabu, wspomnienie o sielskiej i jasnej przeszłości, zdaje się być trwale obecne w duszy bohatera.

Dotykając problematyki wielorakiej obecności PRL-u w pisarstwie Michała Witkowskiego, nie sposób nie wspomnieć o „Lubiewie”. Książka ta nie powstałaby przecież gdyby nie przegięte peerelowskie cioty. Trudno o bardziej nośnych fabularnie bohaterów: starych, brzydkich i przegranych życiowo, zarazem jednak niezwykle fascynujących, bo mających do opowiedzenia tyle swoich i nie swoich, prawdziwych i zmyślonych historii o podejmowanych
bezustannie próbach folgowania marzeniom i zaspokojenia pragnień. Te emerytki, plotkary, hodujące z zapałem geranium i pelargonie na parapetach okiennych, szczęśliwe posiadaczki zapuszczonych mieszkań, beretów z antenką, wielkich tekstylnych siatek w kwiaty, wypełnionych gazetkami, krzyżówkami, grzebykami, lusterkami, kremikami, ale i zupą pomidorową w słoiku, złodzieje, naciągacze i postrach nieletnich w sieci, słowem homoseksualiści ery przedemancypacyjnej, wyrośli, podobnie jak i przedstawiciele innych, typowych dla PRL-u grup społecznych, na gruncie rozmaitych braków, ograniczeń i wypaczeń. Spryt, pomysłowość i skłonność do kombinowania dzielą choćby z prywaciarzami czy cinkciarzami, a postawa całkowitego oddania sprawie oraz niechęci do zrezygnowania z podejmowania pewnych działań bez względu na związany z nimi poziom ryzyka charakteryzuje ich podobnie jak na przykład działaczy antykomunistycznej opozycji. Nawet ich skłonność do konfabulowania i fantazjowania ma, jak sugeruje autor, stricte peerelowskie korzenie: „za komuny to w ogóle tylko się mówiło. Nic nie było, w sklepach, panie, pustki, to co pozostawało, jak nie zmyślać? To się obgadywało inne cioty nie przez złość, tylko tak sobie, żeby każdej dorobić jakąś śmieszną historyjkę”. PRL jest dla większości bohaterów „Lubiewa” rajem utraconym, wraz z suwerenną, demokratyczną i kapitalistyczną Polską skończył się dla nich czas niefrasobliwej pogoni za lujami. Rozgadane ciotki, polujące w parkach i szaletach na lujów, odchodzą w cień, w ich miejsce pojawiają się za to walczący o swoje prawa i cieszący się uzyskanymi przywilejami geje wyemancypowani, ci jednak, jak dość skutecznie usiłuje przekonać nas Witkowski, są o wiele mniej interesujący niż bohaterowie jego ciotowskiego dekameronu.

Proza Michała Witkowskiego jest – jak podkreślają zgodnie krytycy i czytelnicy – jednym z ciekawszych zjawisk współczesnej polskiej literatury. Zainteresowanie budzi nie tylko swoją staranną przemyślaną kompozycją czy charakterystycznym, dojrzałym stylem i językiem, ale też tematyką, po jaką sięga autor. Jego zdolności do obracania zużytymi, jak by się mogło zdawać, kliszami zawdzięczamy interesujące prezentacje aktualnej i minionej rzeczywistości. Opis PRL-u w kategoriach ładu, trwałości i przejrzystości nie jest pomysłem, na który Witkowski ma copyright, nie jest też wyrazem przewrotności autora, chcącego swoim równolatkom wmówić nostalgię i tęsknotę za poprzednim systemem. Można go potraktować raczej jako ciekawą obserwację, mogącą stać się dobrym punktem wyjścia do dyskusji pokoleniowej, bądź też jako dyskurs, za pomocą którego autor stara się rozbić stereotypowy sposób postrzegania aktualnej i ówczesnej rzeczywistości. Tym, co uderza w tej prozie, jest też barwność, wyrazistość i dobitność występująca w opisie światów okresu PRL, czasu, który stereotypowo kojarzy się z wszechobecną szarością, jednostajnością i monotonią. Pożyczając okularów raz od dziecka, raz od przegiętej cioty, autor udowadnia, że możliwe jest również inne spojrzenie.

PRL w twórczości autora „Lubiewa” zdaje się pełnić rolę swoistego leitmotivu, wciąż bezcennego i trudnego do usunięcia elementu. Jest niczym ziarno baobabu, które raz zasiane, rozplenia się w sposób niekontrolowany i daje się wyplewić tylko z ogromnym trudem.

Katarzyna Kwiecień

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas