poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura [Dekada Literacka 2006, nr 1-2 (215-216)]


„Ramota pradziadka Fredry” – tak protekcjonalnie nazywa „Zemstę” A.K. (recenzent, recenzentka?) „Polityki” (nr 45). Jedno z dwojga – albo A.K. nie rozumie wyrazu „ramota” (lichy, banalny utwór literacki), albo słoń nadepnął mu (jej) na literackie ucho.

Maciej Rybiński ubolewa, że premier Marcinkiewicz w swym exposé nie zacytował „Dziadów” Mickiewicza: „Puszczyku, zgrałeś się przy zielonym stoliku”. Felietoniście z „Rzeczypospolitej” (nr 264) pomyliły się „Dziady” z „Weselem”, bo to w dramacie Wyspiańskiego, a nie Mickiewicza padają te słowa.

Joanna Olech („Gazeta Wyborcza” nr 291) chyba nigdy nie miała w ręku „Myszeidy” Krasickiego, skoro uważa ten wyrafinowany poemat heroikomiczny – z licznymi elementami parodystycznymi i satyrycznymi – za „poemat dla dzieci”. Ale nie znają go też widać pracownicy warszawskiego Muzeum Książki Dziecięcej, skoro umieścili go w swej ekspozycji.

Jacek Bomba („Tygodnik Powszechny” nr 50) przypuszcza, że wyrażenie „chłopiec do bicia” wywodzi się stąd, że w strukturze społecznej zdominowanej przez mężczyzn „dziecko, niezależnie od płci należało do mniejszości wykorzystywanej i nadużywanej, a ponadto bicie chłopca można uzasadnić przydatnością surowości w kształtowaniu męskiego charakteru”. Tymczasem – wyrażenie to („whipping-boy”) wywodzi się z angielskiego siedemnastowiecznego zwyczaju wymierzania kary nie królewiczowi, lecz zastępującemu go chłopcu. Wyrażenie to spopularyzowało się dzięki powieści Marka Twaina „Książę i żebrak”.

Stanisław Jarecki („Wprost” z 13 listopada) porównuje ideologię Jarosława Kaczyńskiego do bismarckowskiego „Kulturkampfu”, ponieważ była to „chrześcijańsko-narodowa, populistyczna ideologia”. Cóż za bzdura! „Kulturkampf” był właśnie walką z wpływami katolickiej partii Centrum.

W artykule Tadeusza Nyczka („Gazeta Wyborcza” nr 293) czytamy: „Wszyscy z jednego szynela – jak powiedziałby autor »Rewizora« – czyli Gogol”. Tymczasem powiedzenie to brzmi: „Wszyscyśmy wyszli z »Szynela« Gogola” i pojawiło się jako opinia „rosyjskich pisarzy” w artykule francuskiego krytyka Melchiora de Vogue z r. 1886. Długo przypisywano je Dostojewskiemu; obecnie wymienia się nazwisko Turgieniewa.

Paweł Wroński („Gazeta Wyborcza” nr 293) przypuszcza, że Sienkiewiczowski opis oblężenia Częstochowy powstał z inspiracji szkicami historycznymi Ludwika Kubali. Pierwsze dwie serie tych szkiców z r. 1880 istotnie oddziałały na Sienkiewicza jako autora „Ogniem i mieczem”. Ale ich seria IV, „Wojna szwedzka 1655-1656”, gdzie opisana została obrona Częstochowy, ukazała się dopiero w r. 1914, a więc ćwierć wieku po „Potopie”!

Recenzując „Życie z idiotą” Wiktora Jerofiejewa, Jan Strzałka („Tygodnik Powszechny” nr 50) pisze, że jeden z jego bohaterów „nie został porażony leninowskim empiriokrytycyzmem”. Krytyk najwidoczniej gdzieś słyszał o tytule książki Lenina „Materializm a empiriokrytycyzm”, ale nie wie, że Lenin w tej książce empiriokrytycyzm gwałtownie atakował, przypisywać mu więc empiriokrytycyzm to absurd.

Niestety, jeszcze raz „Tygodnik Powszechny” nr 50. Dariusz Czaja przypisuje Miłoszowi wyrażenie „badacze owadzich nogów”. Łatwo sprawdzić, że pochodzi on z „Satyry na bożą krówkę” Gałczyńskiego.

Z kolei Mariusz Janicki i Wiesław Władyka („Polityka” nr 551/52) piszą: „Woody Allen powiedział kiedyś, ze nie chciałby należeć do klubu, do którego przyjęliby kogoś takiego jak on”. W rzeczywistości powiedzenie to należy do Gaucho Marxa.

Marek Ostrowski („Polityka” nr 51/52) niesłusznie przypisał Owidiuszowi sentencję „Tempora mutantur et nos mutamur in illis”. Pochodzenie jej jest znacznie późniejsze; za autora uważa się króla Franków i cesarza rzymskiego Lotara I (IX w.).

Wyrażenie „signum temporis” używane jest tak często, że znają je również ci, którzy nigdy się łaciny nie uczyli. Tym bardziej więc dziwi potworek językowy „Signum tempore”, który pojawił się w tytule artykułu Wiesławy Konopelskiej w miesięczniku „Śląsk” (nr 12, s. 65).

Krzysztof Wołodźko w wywiadzie z Andrzejem Walickim („Trybuna” nr 305/2005) mówi: „Rosji rozumem nie ogarniesz – pisze o swojej ojczyźnie Czaadajew”. Znakomity rusycysta nie zaoponował – a przecież te słowa wyszły spod pióra nie Czaadajewa, lecz Fiodora Tiutczewa.

Anna Głąb („Znak” nr 12) pisze, że książka Bergsona „Śmiech” należy do „kanonu książek filozoficznych o humorze”. Twierdzi też, że na temat humoru wypowiadał się Kant w „Krytyce władzy sądzenia”. Tymczasem i Kant, i Bergson pisali nie o humorze, lecz o komizmie. A to dwa różne (choć w niektórych koncepcjach krzyżujące się z sobą) pojęcia.

Andrzej Wielowieyski („Gazeta Wyborcza” nr 23) dawno chyba nie miał w ręku „Pana Tadeusza”, skoro pisze, że „Hrabia poderwał do walki ze średnią szlachtą – Horeszkami – zaścianek Dobrzyńskich”. Czy trzeba przypominać, że Hrabia był właśnie „ostatnim z Horeszków, chociaż po kądzieli”, Horeszkowie są nie średnią szlachtą, lecz magnaterią, a zajazd odbył się pod hasłem: „Hajże na Soplicę!”

Dość bezceremonialnie poczyna sobie Adam Krzemiński („Gazeta Wyborcza” z 11/12 II) z faktami wielkich polskich powieści. »Wokulski w „Lalce” – pisze – może wprawdzie sypiać z Minclową i otrzymać od niej sklep na Krakowskim Przedmieściu, ale tylko po to, by uzyskać patriotyczną placówkę [...] Borowiecki z „Ziemi obiecanej” może wchodzić w układy finansowe z Niemcem, a w łóżkowe z jego siostrą«. W rzeczywistości – Wokulski nie sypia z Minclową, lecz się z nią przykładnie żeni, a sklepu nie traktuje jako patriotycznej placówki; Borowiecki zaś bierze za żonę córkę, a nie siostrę niemieckiego fabrykanta.

We wspomnieniach Wandy Dworaczek („Alma Mater” nr 78) Juliusz Kleiner ok. r. 1947 opowiada studentom, jak to na Unter den Linden zaczepia go ładna młoda dziewczyna słowami: „Kleiner, komm Kleiner” – a on się dziwi, że jest już tak znany w Berlinie. Żart ten był szeroko znany (w wersji bardziej drastycznej – nie „młoda, ładna dziewczyna”, lecz „dziewczyna lekkich obyczajów”), ale Kamerzysta pozwoli sobie wątpić, czy Kleiner opowiadał go na swoich zajęciach. Po pierwsze – nie był skłonny do autoironii, po drugie – żart był, jak na owe czasy, tak frywolny, że trudno sobie wyobrazić, by pojawił się w ustach profesora w sali wykładowej.

Nakładem Universitas ukazał się zbiór cennych prac rosyjskiej uczonej, której nazwisko w oryginalnej ich wersji ma formę „Frejdenberg”, ale w niemieckich spisach ich treści występuje jako „Freudenberg” – i ta forma znalazła się na karcie tytułowej polskiej edycji. Decyzja to sporna (idąc tą drogą, należałoby używać np. form: „Ehrenburg” czy „Mandelstamm”), ale nie pozbawiona racji. Trudno natomiast zrozumieć, dlaczego mimo to w przypisach pojawia się niekiedy (s. 260, 271) „Frejdenberg”, a autor wstępu, Wincenty Grajewski w pierwszej jego części pisze „Frejdenberg”, w drugiej – „Freudenberg”. Zauważa przy tym z całą powagą, że wraz z „radością, którą tchnie „freud” (...) otrzymujemy cenne skojarzenie z Freudem i Joyce’em” (s. X). Idąc tym tropem można by dodać, że „berg” w drugiej części nazwiska uczonej przynosi nie mniej cenne skojarzenie z „bergowaniem” z „Kosmosu” Gombrowicza. Dziwne stały się reguły dyskursu naukowego. Zaś w związku z zasadami pojawiającymi się przy transkrypcji nazwisk z grażdanki na alfabet łaciński – czeski lingwista i wersolog I. Grabak, o którym mowa na s. 284, to Józef Hrabak.

A znowu Lips, o którym wspominał Tadeusz Borowski w związku z filozoficzną teorią wczuwania się w istotę rzeczy, to nie niemiecki etnolog, Julius Ernst Lips, jak pisze Tadeusz Drewnowski w objaśnieniach do nowo wydanego zbioru „Krytyka” Borowskiego (s. 204) – lecz wybitny filozof Theodor Lipps (1851-1914).

Ukazała się książka Aleksandra Jurewicza – pod tytułem „Popiół i wiatr”. Tytuł ładny – tyle tylko, że posłużył się nim już wcześniej (w r. 1942) Antoni Słonimski.

Myli się Marian Stępień [„Pisarz polski w sytuacji wyboru (1944-1948”), s. 134], gdy pisze, że po ataku Ważyka na poezję Gałczyńskiego na Zjeździe Związku Literatów w czerwcu 1950 r. nastąpił zakaz publikowania jego utworów, który „trwał półtora roku” – a więc do końca r. 1951. Takiego zakazu nie było – po prostu wielu redaktorów stchórzyło. Ale np. „Przekrój” ogłosił w tym czasie 17 utworów Gałczyńskiego, w osobnym tomiku ukazała się „Niobe”, wiersz „Gwiazda i gotyk”przedrukowało 7 dzienników, dłuższy utwór „Spotkanie z matką” pojawił się w Ważykowej „Twórczości” (1950, nr 12), w grudniu 1950 r. recytował poeta w radio „Zaczarowaną dorożkę”.

Pamięć zawodzi Stępnia również, gdy pisze, że Instytut Badań Literackich zorganizował w r. 1980 na jubileusz Ważyka sesję poświęconą „Poematowi dla dorosłych” na życzenie autora, który „przyłączył do tych, którzy wówczas skwapliwie korygowali własne biografie i pragnęli, by zapomniano o ich dawniejszych «zasługach»” (s. 184). Tymczasem – była to nie sesja, lecz tylko dwugodzinny wieczór, a organizował go nie IBL, lecz Związek Literatów Polskich. Ważyk zaś w swym wystąpieniu mówił m.in.: „Brałem w tym (szerzeniu socrealizmu) udział, nawet bardzo żywy. Napisałem kilkanaście wierszy propagandowych, dużo teoretyzowałem, zwłaszcza na tej sali. Byłem teoretykiem groźnym i napastliwym intelektualnie” („Polityka” 1981, nr 1). Cokolwiek by sądzić o Ważyku, nie można mu więc imputować, że korygował swoją biografię.

Mówi się, że z obcymi językami jest u nas coraz lepiej. Tymczasem „Foliea deux” – takie kuriozum znaleźć można w artykule Krzysztofa Masłonia w „Rzeczpospolitej” (nr 42). Oczywiście – powinno być „folie à deux” (szaleństwo we dwoje). Nie warto byłoby temu błędowi poświęcać uwagi, gdyby nie to, że w tymże samym numerze pojawia się kuriozum jeszcze większe: „Hunterfunfzig Professoren und das Vaterland du bist verloren” – pisze Sławomir Sowiński (wicedyrektor Instytutu Politologii Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego) – i nikt w redakcji nie dostrzegł, ze powinno być: „Hundertfünfzig”. Cytat jest zresztą niedokładny; powinno być: „Achtundachtzig Professoren, Vaterland, du bist verloren”. Wierszyk ten powstał w związku z obradami ogólnoniemieckiego parlamentu we Frankfurcie w l. 1848-1849.

W audycji „Siódmy dzień tygodnia” z 19 lutego Andrzej Urbański wzbogacił nasz język wyrazami „uśmiechowatość” i „szminkowatość”. Nie spodziewaliśmy się takich językowych „potworkowatości” z ust – bądź co bądź – absolwenta polonistyki.

Nawet politycy i dziennikarze tak dbający o poprawność językową, jak Jan Maria Rokita czy Jacek Żakowski w „Polityce” (nr 8) nie odmieniają nazwiska ministra Ziobry i piszą np. o „prawnikach krytykujących Ziobro” czy „wypowiedziach Zbigniewa Ziobro”. A przecież nazwisko „Ziobro” to nazwisko tego samego typu co „Fredro” czy „Hłasko” i tak samo powinno się odmieniać.

W recenzji Mariusza Mazura („Nowe Książki” nr 2, s. 20) pojawiło się zdanie: „Homo homini lapus est”, co oczywiście jest zwykłą literówką, za którą co najwyżej można winić nieuważnego korektora. Ale literówka to śmieszna, bo skłania do dalszej trawestacji: „Homo homini lapsus est”.
(hm)
 
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas