poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2006, nr 1-2 (215-216)]

Czy inteligenci mają świadomość kryzysu, w jakim się znaleźli? Chyba nie. Natomiast intelektualiści zdiagnozowali ten niepokojący stan i opisują go w mediach. Niektórzy z wyraźnym lekceważeniem – jak Michał Paweł Markowski w artykule, który przywołałem w poprzednim przeglądzie prasy („Bezpłodne przepędzanie czasu”, „Tygodnik Powszechny” z 20 listopada 2005 r.). Inni z wyraźną troską – jak Aleksander Dworek w styczniowej „Odrze” (1/2006). Już tytuł artykułu – „O zmierzchu inteligencji” – wiele mówi, choć nie jest to kolejny głos w ogólnonarodowym narzekaniu. Dla Dworka zmierzch nie jest w tym przypadku zwiastunem nocy, nie zapowiada całkowitego końca inteligencji. Myślenie kalkulacyjne niezbędne do poruszania się w stechnicyzowanym świecie zostanie, zniknie natomiast namysł. Inteligencja jako warstwa stanowi w pewnym sensie szeroką bazę działalności intelektualistów, którzy dzięki swej aktywności i twórczości (dotykającej kwestii z natury filozoficznych) fundują niejako byt inteligencji. „Złe funkcjonowanie warstwy inteligencji nie pozbawia świata intelektualistów racji bytu, ale zagraża jego zepchnięciem do swoistego podziemia, wąskiego kręgu filozoficzno-naukowego. Pozbawiony z kolei fundamentalnego wsparcia świat inteligencji, a wraz z nim społeczność dobrowolnie wyrzekająca się źródłowej refleksji nad rzeczywistością stają w obliczu chaotycznego irracjonalizmu oraz swoistej degeneracji: siebie jako jednostek myślących, obowiązujących wartości (…).” Powtórzmy raz jeszcze: niebezpieczeństwem nie jest brak myślenia, zagraża nam brak namysłu, refleksji, myślenia źródłowego, a bez tego świat stanie się wesołym miasteczkiem pełnym smutnych klownów. Kultura masowa unicestwiła twórczą polaryzację między elitą intelektualną a tzw. resztą społeczeństwa. Wszystko jest dla wszystkich, więc to wszystko musi być łatwe w odbiorze. W takim świecie inteligencja też ucieka przed myśleniem (Dworek przywołuje Heideggera), zamieniając pielęgnowanie kultury umysłowej na zarabianie pieniędzy. „Tymczasem procesowi umasowienia wraz z warstwą inteligencji ulega świat intelektualistów. Nawet ośrodki akademickie, będące dotychczas bastionami rzeczywistego namysłu, zaczęły pragmatyzować swe cele (…). Konieczność potraktowano bowiem w sposób dosłowny: zamiast zapewnienia odpowiednich warunków, by kształcić mogli się wszyscy zdolni, bez względu na status społeczny (…), rozpoczęto nieustający po dziś dzień proces popularyzowania wszelkich treści, by uczynić je szeroko dostępnymi.” Zamiast refleksji funduje się nam nieustające sondaże i komentarze gadających głów, ekspertów od wszystkiego. A tylko refleksja, niezależna od użytkowości i komercyjnej wartości badań, może – zdaniem Dworka – uratować istotną komunikację międzyludzką, zależną od poszukiwań filozoficznych i namysłu nad sobą oraz światem.

„Odyseusz dotarł na Ogygię sam, po gwałtownej burzy morskiej; wcześniej jego załoga bezbożnie zabiła wiele z trzystu pięćdziesięciu krów Heliosa, które wcielały w siebie i symbolizowały czas. Wyrzucony na wyspę, jakby ukarany w ten sposób za przewinienia swoich towarzyszy, Odyseusz zostaje wyjęty z czasu: właśnie on, który jest człowiekiem mocno związanym ze swoimi czasami” – to fragment świetnego tekstu Pietro Citatiego, który „Kresy” (3/2005) zamieszczają w tłumaczeniu Stanisława Kasprzysiaka („Wyspa Kalipso”). Citati napisał „biografię psychologiczną” Odyseusza, wydaną w Mediolanie w 2002 r. pod tytułem „La mente colorata” („Wielobarwny umysł”). Fragment w „Kresach” dotyczy Ogygii, będącej dla Citatiego zarówno miejscem najbardziej zakrytym i niedostępnym, jak i centrum świata, pępkiem morza, pradawnym i świętym środkiem, znajdującym się właściwie poza czasem i przestrzenią. Tęsknota i dążenia Odyseusza uwięzionego przez siedem lat na tej wyspie związane są właśnie z tymi linearnymi pojęciami: upływającym czasem i przestrzenią do pokonania. Dlatego odrzuca wciąż propozycje Kalipso, która chciałaby wyrwać go na zawsze z tych dążeń – uczynić nieśmiertelnym. Urzekająca Kalipso ma sporo do zaoferowania: nie tylko siebie, ale i wyspę, która jest jak czarowny ogród. To wszak nie pociąga Odyseusza, przeciwnie – napawa go lękiem, którego przyczyn dokładnie nie znamy. Citati przypuszcza, że srogość Kalipso mogła wynikać z jej pradawności, posiadania tajemnic Styksu i wróżbiarstwa, samotności. Jest ważniejsza i ma większą moc niżby się wydawało, „może w jej głosie zachowało się echo mowy bóstw tytanicznych, brzmienia archaiczne i przeraźliwe, przesłonięte uprzejmymi ludzkimi słowami.” Homer (dla Citatiego „drugi Homer”) o wyspie Kalipso mówi, więcej ukrywając, niż odsłaniając. Zostawia zadanie dla czytelnika, chce, żebyśmy sami wypełnili sekretne miejsca tej opowieści. żebyśmy zastanowili się nad tym żałobnym zawieszeniem, w którym Odys jest bardziej nikim (pamiętamy jak przedstawił się Polifemowi: Nikt) niż kimś. Na dalszy plan schodzi jego wielobarwność i wielorakość. Oddajmy jeszcze raz głos włoskiemu eseiście: Odyseusz „nie chciał stać się nieśmiertelny i żyć bez końca na tamtej odległej wyspie. (…) domaga się dla siebie kondycji człowieka: przygód, cierpień, wędrówek, śmierci, uciech żołądka, trudów do pokonywania. Jego część pragnie chwały epickiej: chce, aby jego imię przetrwało i znalazło uznanie u poetów. (…) A przede wszystkim sam nie chce zapomnieć. Siedząc na skale nadmorskiej, marzy o Itace: o żonie, która symbolizuje dla niego dom; wzruszyłaby go nawet smuga dymu, gdyby zobaczył, że wzbija się w powietrze z jego ojczystej ziemi.”

„Kresy” drukują jeszcze jeden ciekawy fragment prozy Citatiego – z „Historii zrazu szczęśliwej, potem nad wyraz gorzkiej i tragicznej”. Jak informuje tłumacz S. Kasprzysiak, miała to być pierwotnie kronika rodzinna. „Citati odnalazł wśród dokumentów rodzinnych paczkę listów, które w pierwszej połowie XIX wieku wymienili ze sobą jego przodkowie, prababka Klementyna Sanvitale i pradziadek Gaetano Citati. Ich dzieje okazały się jednak tak poruszające, że niemal bezwiednie zmieniły się pod piórem autora w powieść. Napis umieszczony na paczce listów półtora wieku wcześniej stał się jej tytułem.”

Jeśli ktoś ma w domu piec węglowy i musi w nim palić, może przeczytać w „Kresach” wiersz bez tytułu Łukasza Jarosza. Czy opis czynności, zaczynający się wersem „Dopiero przekleństwo pomaga w przerąbaniu sękatego pnia”, może być wierszem? Nie wiem. Na pewno jednak jest rzetelny, potwierdzam.

Warto wrócić do czwartego numeru dwumiesięcznika „Topos” (4/2005), żeby oddać się niespiesznej lekturze przewijającego się powoli, w narracji prawie fabularnej, poematu Johna Montague „U chorych na granicy”. Montague jest – jak w notce biograficznej pisze tłumacz, Andrzej Słomianowski – uważany powszechnie za jednego z najciekawszych współczesnych poetów irlandzkich, oczywiście obok Seamusa Heaneya. „U chorych na granicy” to właściwie poetycki i epicki zarazem opis wyprawy braci (poety i lekarza) do chorych mieszkających w zagubionych w śniegu wiejskich domach. Zastanawiałem się, dlaczego tak chętnie wracam do tego utworu. Chyba dlatego, że jest to specyficzny poetycki reportaż, łączący atrakcyjność reportażu z obrazowaniem poetyckim. Ta wędrówka przez cierpienie (albo obok niego), przez umieranie nabiera cech nierealności przez oddalenie i niedostępność prowincjonalnej, pogranicznej krainy zasypanej śniegiem tak, że samochodem można dojechać tylko do pewnego momentu, później przedzierający się przez śnieg zdani są na własne siły. Przybliżenia następują w opisach prostych i w pewnym sensie brutalnych, gdy reportaż, gdy epika bierze górę. Na przykład: „Popijając z kubka herbatę w kuchni, / rozmawiam z zatroskanym panem domu. / Nie wygrzebała się po ostatnim dziecku, / Bóg wie, kobiety mają z tym kłopoty. // Trójka zabiedzonych dzieci w kaloszach / przypatruje się przybyszowi z Marsa, / milcząc, każde z kciukiem w ustach. / Jest tandetne radio, nie ma telewizji. / Z naszych rozwieszonych skarpet unosi się para. / Wreszcie mój brat woła gospodarza.” Wędrówka po przygranicznej prowincji jest właściwie ciągłym, zygzakowatym przekraczaniem granicy światów, które choć – wydawałoby się – są nierozerwalnie ze sobą złączone, istnieją równolegle, bez punktu stycznego. Jeden świat to domy z biedą i chorobą, do których zagląda od dawna wyczekiwany lekarz; to świat reporterskiego opisu i dialogu. Drugi świat to kraina zimy i melancholijnej wędrówki w ujęciu lirycznym: „i cichy księżyc, jasny jak mróz, / na śniegu niczym prześcieradło / na ślubnym łożu lub na łożu śmierci; / niebieskawym jak rozlane mleko, / uronione z wargi dzbanka.” To świat, w którym podróżnicy dryfowali z dala od ludzkości.

W tym numerze „Toposu” warto przeczytać też ciekawy esej Joanny Roszak „Marienleben. Dürera – Rilkego – Hindemitha budowanie apokryfów”. Intencję opisania tej swoistej triady można opisać krótko, jak zrobiła to sama autorka artykułu, wpisując nad nim dwa motta. Przywołam jedno z nich: „Muzyka, malarstwo, poezja. Trzy kolory w malarstwie, tony zasadnicze… Fortepian to sam ołówek.” To Leon Wyczółkowski. W tych trzech tworzywach (malarstwo, poezja, muzyka) w niecodzienny sposób żywot Marii ukazuje trzech bohaterów tego eseju. Ich żywoty Maryi korespondują ze sobą, następuje przełożenie grafiki na język literatury, a jej na język muzyki (swoje pieśni maryjne Hindemith napisał do słów Rilkego). Nie zdołam w kilku zdaniach prześledzić wywodu autorki i zaprezentować wszystkich zestawień intertekstualnych. Jeden fragment dla zobrazowania: „Na drzeworycie »Zwiastowanie« anioł przybiera pozę jak niebiański wysłannik na obrazie Rafaela. Panuje tu bezgraniczna czystość. By zajrzeć do liryku: w trzecim wersie Rilke używa słowa „Sonnenstrahl” (w filologicznym przekładzie: słoneczny promień, blask). W tym właśnie miejscu w pieśniach Hindemitha widnieje w partyturze kwinta na kwintę, która wywołuje wrażenie czystości i jasności.” Miejscami esej jest nieco niejasny, gdyż autorka, chcąc zaprezentować jak najwięcej intersemiotycznych relacji, używa zbyt dużych skrótów myślowych. Wymaga to od czytelnika albo dobrej znajomości dzieł trzech artystów, albo śledzenia wywodu i odwoływania się do przynajmniej niektórych utworów z albumów, książek i płyt. Najciekawszy dla mnie fragment tego eseju dotyczy zaśnięcia bądź śmierci Maryi. „Śmierć Maryi” to tytuł drzeworytu Dürera, Rilke napisał „O śmierci Maryi”. Obydwaj odwołali się do starszego typu ikonograficznego: w apokryfach apostołowie zbierają się przy umierającej Matce. Roszak przywołuje utwory odwołujące się do motywu zaśnięcia: ołtarz Wita Stwosza i „Uśnięcie NMP” Herberta. I ten niezapomniany Herbertowski opis uśnięcia: „A Panna Maria usypia. Idzie na dno zdziwienia / trzymają ją w wątłej siatce umiłowane oczy / upada coraz wyżej jak strumień przez palce przenika”.

Ten „Topos” przynosi też ciekawą interpretację „Dziewiątej elegii” Rilkego: „Istnienie. Przeliterować” Katarzyny Kuczyńskiej-Koschany. Gdyby ktoś natomiast chciał zobaczyć, jak nie powinno się pisać recenzji tomiku poetyckiego, to powinien przeczytać „Poezję krainy” Zbigniewa Chojnowskiego o „Znikaniu” Erwina Kruka. Tak notatki z tomików wierszy robią studenci polonistyki bądź ambitni maturzyści, ale recenzent nie powinien chyba wymieniać wszystkich wierszy, opatrując każdy krótkim komentarzem.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas