poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Trud samopoznania, czyli jak dziś inscenizować wielki dramat narodowy?
Dekada Literacka 2006, nr 1-2 (215-216)

Juliusz Słowacki, „Ksiądz Marek”
Stary Teatr w Krakowie
Scena Modrzejewskiej
reżyseria, scenografia i opracowanie muzyczne Michał Zadara
dramaturgia Katarzyna Michałkiewicz
premiera 20 listopada 2005 r.

Stanisław Wyspiański, „Wesele”
Teatr Scena STU w Krakowie
adaptacja i reżyseria Michał Zadara
premiera 3 lutego 2006 r.



To pytanie naiwne, na które teatr polski odpowiada cynicznie lub wzniośle. Oczywiście, inscenizować tak, aby młodzież zapełniała widownię, a nauczyciele byli wniebowzięci. Oczywiście tak, abyśmy mogli w dawnym wielkim dramacie rozpoznać nasz współczesny dramat. Pytania, czy nasza znikczemniała rzeczywistość może stać się bohaterką wielkiego dramatu narodowego na wszelki wypadek nie zadajemy. W dwóch inscenizacjach Michała Zadary – w „Księdzu Marku” (Teatr Stary) i „Weselu” (Teatr STU) najbardziej zaciekawia swoboda i pasja, z jaką reżyser szuka analogii między przeszłością a teraźniejszością.

Powiedzmy od razu, że analiza tych podobieństw budzi mnóstwo wątpliwości, a proces teatralnego uwspółcześniania klasyki nie tylko tę klasykę kaleczy. Także współczesność zinterpretowana Słowackim i Wyspiańskim ulega dziwnej metamorfozie. Wydaje się jeszcze bardziej płytka i nieznośna.

„Księdza Marka” uważam jednak za jedno z najważniejszych i najciekawszych przedstawień sezonu. To bardzo gwałtowna i osobista wypowiedź młodych artystów na temat Polski i świata, człowieka i Boga wykorzystywanego przez człowieka do małych, okrutnych interesów. Oglądając to przedstawienie, miałam wrażenie, że opowiada mi się nie dramat o konfederatach barskich, ale bolesną historię świata porażonego nienawiścią, gwałtem; świata, którego historia nic człowieka nie nauczyła. Oto od wieków jakaś nabożna pieśń przemienia się w pieśń mordu, miłość w zdradę, świętość w naiwność. Od wieków Inny i Obcy jest tym, którego można bezkarnie niszczyć. Równocześnie w inscenizacji Zadary krwawemu, ciemnemu obrazowi świata towarzyszy niezniszczalna przez zło wiara w możliwość przemiany człowieka. Siedząc na widowni, czułam, że aktorzy rozumieją, co mówią, i wierzą w to, co mówią, że każdy z nich przekazuje własną prawdę, a te poszczególne prawdy łączą się w całość wspólną i wyrazistą. Opowiadają tajemnice dążenia do dobra przez zło i słabość.

Upadek Baru był dla Słowackiego czasem, w którym rodzić się miała przez cierpienie nowa Polska. Ksiądz Marek to rycerz boży, prorok – kreator tej przemiany. Wspierają go kolumny duchów. W spektaklu Zadary nie ma filozofii towianizmu. Ekstatycznej wiary w uzdrawiającą moc cierpienia. Najwyrazistsze w nim jest piekło wojny, wywołującej fanatyczną nienawiść, strach, przemoc poniżającą człowieka. Polacy nienawidzą Rosjan, Rosjanie – Polaków, a piękna żydówka Judyta i jej ojciec wzbudzają pogardę i Rosjan, i Polaków. Miłość Judyty (Barbara Wysocka) do Kosakowskiego przemienia się w nienawiść; oczarowanie Kosakowskiego Judytą staje się niszczącą obsesją. W tym strasznym czasie inne uczucia nie są możliwe. Zamknięci w twierdzy, oblężeni są też więźniami swojej nienawiści. Walczą o wolność, niszcząc, torturując, kradnąc. Ich piękna idea unurzana jest we krwi. Są młodzi, silni, zdecydowani na wszystko, fanatycznie przeświadczeni, że Bóg musi być z nimi. Bóg żydówki Judyty walczy z Bogiem Kosakowskiego. Rosjanie szydzą z Boga barszczan i z Boga Judyty. Mają swojego Boga. Każdy ma swojego Boga i swoją rację świętą. Święta racja rozgrzesza mord, agresję, zdradę.

Judyta jest chora z nienawiści do tych, którzy ją nienawidzą. Kpi, ironizuje, wreszcie zdradza. Ta współczesna dziewczyna (w kusej bluzeczce i spodniach) o uśmiechu dziecka, skarżąca się na obcość i nienawiść, prosi swego Boga o pomoc w zniszczeniu: wszak ojca pomścić – rzecz święta, więc Bar zginie, bo ona zdradzi. Ona, która tak żałośnie, mądrze skarżyła się na swój los obcej, skazanej na szyderstwo.

Reżyser zrezygnował z kostiumu historycznego. Rozpoczął spektakl od włamania konfederatów do żydowskiej karczmy (?), od splądrowania ogołoconego wnętrza, zniszczenia tego, co jeszcze nie zostało zniszczone. Zgodny chór śpiewający pieśń konfederatów zamienia się w ryk, wycie. W trzask łamanych mebli. Młodzi konfederaci mają karabiny i czerwone opaski na rękach. Zapewne sypiają na styropianie. Są z Powstania Warszawskiego, albo z byłej Jugosławii, są zewsząd. Najistotniejszy, najwyraziściej pokazany przez reżysera jest kontrast między zachowaniem tych „psów wojny” grożących bronią, a ich religijną ekstazą, ich uniesieniem, wiarą w cud, w świętość księdza Marka. Powtarzają sobie w skupieniu natchnione słowa jego kazania i zarazem wrzeszczą niczym banda szalikowców przewalających się po ulicach. Budzą grozę i są rycerzami wolności. W każdym razie za nią umierają. Zadarę interesuje ten dziwny konglomerat świętości i fanatyzmu, głupoty i męstwa, który tworzy polską przeszłość i polską współczesność.

Ksiądz Marek (Mariusz Zaniewski) w pierwszej wersji przedstawienia (tej z „Re-wizji romantycznych”) był właściwie nieobecny, zagłuszony niejako wrzaskiem swoich wyznawców. Nikt naprawdę nie słyszał jego słów, choć wszyscy powoływali się na jego świętość, czerpali, lub twierdzili, że czerpią, z jego wiary. Jeśli istotnie – to tak, aby ją wykorzystać dla własnej sprawy (interesu). Więc ksiądz Marek staje się podejrzany, dwuznaczny, mimo że jest ikoną idei, wiary i wolności. Dopiero, kiedy żąda od Kosakowskiego przemiany i pokuty, kiedy w chwili męki przebacza Judycie zdradę, kiedy stawia człowiekowi wymagania i kocha go mimo jego win, staje się rzeczywistym bohaterem. Z jego przebaczenia rodzi się nadzieja dla zbrukanych krwią nienawiści, a jego słowa okazują się słowami rzeczywistej prawdy.

Ciekawe, że ta ważność księdza Marka, jego mądrość i miłość widoczne stają się już po jego męczeńskiej śmierci, kiedy przychodzi z innego wymiaru rzeczywistości ze szklanką herbaty na próbę do teatru, aby powiedzieć pożegnalny monolog: „(...) Dziateczki moje / ja ojczyzny być muszę / duchem, stróżem i patronem; / i wyżej porywać dusze / A żadnej ziemią nie skalać / Ale wszystkie pozapalać / na nowe wieki i czyny”. Czyżby powierzał testament miłości i nadziei teatrowi? Sugerował, że na niszczących emocjach – fanatyzmie, nienawiści, agresji mogą wyrosnąć jakieś wartości?.

Inaczej rzecz się ma w „Weselu”, gdzie proces uwspółcześniania wielkiego dramatu zaowocował bladą fotografią pokolenia pozbawionego nadziei. W przedpremierowej rozmowie z Joanną Targoń Zadara mówił o swoim przedstawieniu, właśnie jako o wypowiedzi pokoleniowej. O tym, „że z jednej strony jest dobrze, jesteśmy utalentowani, robimy fajne rzeczy, a z drugiej czujemy się samotnie i bezsensownie. Wtedy było ogólne poczucie, że nic się nie dzieje, teraz też jest poczucie, że nic się nie dzieje. (...) Myślimy, że przeszłość nie ma z nami nic wspólnego (...) a okazuje się, że jednak przeszłość siedzi w naszej psychice i w naszych traumach. O tym też jest >>Wesele<<. O pamięci i zapominaniu”.

Ośmioro bohaterów, którym Zadara nakazał przeżyć gehennę „wesela”, to artyści lub ich kobiety. Są młodzi, wyglądają na dwudziestolatków przebranych z okazji wesela w obce im na co dzień czarne garnitury. Pan Młody, Poeta, Dziennikarz próbują je oswoić histeryczną ruchliwością. Wciąż biegają, rzucają się w taniec, krążą nerwowo wokół toalety. Są jakby wyłączeni z rzeczywistości. Na przemian dziecinni i posępni, zbyt radośni lub zbyt apatyczni. Byliby nierozróżnialni, gdyby nie nasza – widzów – znajomość tekstu pozwalająca ich rozpoznać. Trochę inny jest tylko Czepiec, i to nie jedynie z racji nieco jaśniejszego garnituru. Inny, bo trochę bardziej obcy i może nieco silniejszy, więc później jako Rycerz Czarny będzie podawać dłoń słabemu artyście. Panie różnią się oczywiście toaletami (elegancka, trochę bezbarwna Maryna, awangardowa Rachela, Panna Młoda (Barbara Wysocka) – najmocniejsza osobowość dramatu, w sukni ślubnej chyba nie czuje się najlepiej, podkasuje ją, miota trenem; jest krnąbrna, ponad miarę rozbawiona, ale i znudzona Panem Młodym. To jej ukaże się Widmo malarza, jakby wspomnienie istotniejszego uczuciowego związku. Silna i naburmuszona, nie chce rozprawiać o sercu i Polsce, prawie śpi, leżąc w finale na podłodze, powalona jakimiś prochami.

Brak indywidualizacji i indywidualności rzuca się w oczy jako podstawowa cecha weselników. Nie wiadomo tylko, czy stworzono ją celowo, czy jest efektem aktorskiej bezradności. W czasie tej imprezy dość kameralnej, na którą wstęp mają tylko młodzi, bo wszak tylko młodzi dramat życia czują, wszyscy nastawieni są na jakieś rozpaczliwe użycie. Wszyscy mają dość polityki, dość głupoty społeczeństwa. Pozostał im więc gest błazeński, gadanina pusta, choć bolesna o piekle życia. I taniec. I seks. I muzyka. I napoje wyskokowe. I dawanie w żyłę. Gadają w łazience, przy wejściu do toalety. Jest to ich ulubione miejsce, nawet powiesili tam bezużyteczną, siwą kosę. Zamiast obrazów na ścianie dwa ekrany: jeden pokazuje ciemne wnętrze sali weselnej z fruwającymi balonikami i tancerzami. Drugi odkrywa tajemnice wnętrza ubikacji. Oba pomieszczenia fotografowane z góry nabierają nieco surrealistycznego charakteru. W toalecie rozegra się dramat nienaprawialnej spłuczki i liczne sesje erotyczno–narkotyczne. W tej „przywygódkowej” narkotycznej strefie weselni goście sami dla siebie będą osobami dramatu. W koledze od kielicha i trawki zobaczą siebie, swoje kompleksy, które zamajaczą na chwilę i znikną z ekranu pamięci, przysłonięte jakimś infantylnym gestem. A to nasikają do kieliszka, a to umywalkę potraktują jak mównicę, a to lewitując w pijackim widzie załatwią się do niej, aby współweselników zadziwić, aby pokazać, jak świetnie się bawią. Jest w tym trochę niezbyt wyrafinowanej prowokacji, trochę dziecinnej agresji.

Ponieważ jednak inscenizator bardziej cyzeluje pijaństwo, narkotyczną delirkę lub odrętwienie niż niepokoje historyczne, więc też taki obraz choroby samoniszczącego się pokolenia pozostaje w pamięci. Wbrew temu co mówi Zadara, trudno tu snuć rozważania o porażeniu historią i traumatycznych przeżyciach, skoro wszystko sprowadza się do chlania i ćpania. Bohaterowie kłamią, fantazjują, histeryzują, przeżywają ból istnienia, ale nie próbują dotknąć rzeczywistości, bo od tej rzeczywistości odstręcza ich lęk przed kompromitacją. Nikt nie czeka na Wernyhorę, nikt go nawet nie zauważa. Choć on się przywlókł w przyciasnym garniturku z przeceny, z torbą z napisem „sale”. Niepewny siebie prowincjusz, reemigrant ze wschodu – ale pozbawiony rycerskiego zapału. Metodycznie wyjmuje z reklamówki jakieś produkty. I chyba sam zgubił złoty róg na wyprzedaży, bo z jego torby w finale wypada jedynie kolorowa szmata. Bo Jaśka nie ma, jest tylko Czepiec, co chętnie w pysk bije żydów. Nikt tu nie ma siły i ochoty do rozważania możliwości walki o inny świat. Słychać wprawdzie piosenkę Brygady Kryzys Czekamy na sygnał, ale to tylko stereotyp użyty z przyzwyczajenia, by wypełniła się sceniczna analogia. Coś wszak zamiast złotego rogu i chochoła powinno zakończyć ten nudny dramat.

Skąd klęska tego przedstawienia, pomyślanego chyba jako akt oskarżenia i rachunek sumienia jednocześnie? Odpowiedź jest zaskakująco łatwa: z uproszczenia. Jeśli wszyscy są chorzy, naćpani, niezdolni do buntu i walki, to nie mogą oczywiście nawet myśleć o jakiejkolwiek przemianie swojego świata. Nie neguję samej diagnozy, choć wątpię, by była w pełni prawdziwa. Ale wtłaczanie Wyspiańskiego w ramy absolutnie innego myślenia wydaje mi się co najmniej artystyczną lekkomyślnością. Po co grać Wesele, jeśli nikt nie chce słyszeć dźwięku tego rogu wzywającego do wolności? Jeśli nawet chocholego tańca nikt nie ma siły tańczyć? Jeśli w tych młodych ludziach nie ma nic – tylko narcyzm i rozdygotanie? Za tę diagnozę bierze odpowiedzialność reżyser; ale trudno ją pogodzić z logiką tekstu, który wybrał, aby ten pokoleniowy dramat przedstawić. Myślę jednak, że taka diagnoza jest także sprzeczna z logiką życia i że zawsze, w każdym pokoleniu jest ktoś, kto wybiera śmierć, i ktoś, kto wybiera życie. A sztuka jest wtedy ciekawa, gdy oba te wybory w swoim języku artystycznym problematyzuje.

Małgorzata Ruda

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas