poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA BOLECKA
Nawet anioły bywają głodne
Dekada Literacka 2006, nr 1-2 (215-216)

Łucji

Martynka nie lubiła swojego ciała. Rzadko spoglądała w lustro, ale to, co w nim widziała, nie podobało jej się. Ciemne włosy opadające na czoło, zawsze jakby lekko wilgotne, nos niekształtny, zbyt wąskie usta i tylko oczy, ciemne, połyskliwe, lekko skośne, robiły pewne wrażenie, ale ich spojrzenie prawie zawsze było chmurne. O figurze nawet nie chciała myśleć. Zbyt małe piersi, za to biodra zbyt szerokie, tak że kiedy chciała nosić spodnie, musiała je dosłownie na siebie wciskać. Swojego imienia też nie lubiła. Niby modne, ale zupełnie do niej nie pasowało. Podobno mama uparła się przy nim.

Matka Martynki pracowała w biurze od ósmej do szesnastej, potem wracała do domu, gotowała, sprzątała, prała i oglądała telewizję. Nie była ani dobra, ani zła. Ojciec często wyjeżdżał i wtedy zdarzało się, że Martynka siedziała w kuchni z mamą i młodszym bratem, jedli ciastka, pili kompot i śmiali się. Mama mówiła, że najbardziej zależy jej na tym, żeby Martynka dobrze się uczyła i nie sprawiała kłopotów rodzicom i nauczycielom. Ojciec nic nie mówił, bo prawie nigdy go nie było. Tak przynajmniej zapamiętała. Czasem chciała, żeby tata przyszedł do niej, usiadł na łóżku, kiedy będzie zasypiała, i tylko patrzył na nią w milczeniu, jednak nigdy się tak nie zdarzyło.

Uczyła się dość dobrze, ale właściwie nic jej nie interesowało, żaden przedmiot, dosłownie żaden, mimo to dość chętnie chodziła do szkoły, bo miała tam trochę koleżanek i dwóch chłopaków, z którymi się kolegowała. Lubiła przerwy, hałas, bieganinę, nawet to, że na korytarzach robiło się nagle tłoczno i duszno. W drugiej klasie gimnazjum, kiedy skończyła piętnaście lat, przestała być grzeczną dziewczynką. Nagle i po prostu. Zaczęła palić papierosy, klęła nie gorzej od chłopaków i popijała z nimi po lekcjach, nie za dużo, tak, żeby się nie upić, a tylko poczuć ciepło, lekki zawrót głowy i ten luz, który pozwalał jej mówić rzeczy, jakich nigdy dotąd nie mówiła. To się podobało, zwłaszcza kumplom, i Martynka po raz pierwszy w życiu poczuła się ważna. Zauważyła też, że lubi, kiedy inni jej słuchają.

Przez jakiś czas rodzice nie orientowali się, że ich córka się zmieniła, i może by tego nawet w ogóle nie zauważyli, gdyby nie coraz gorsze stopnie i telefony ze szkoły, że Martyna wagaruje. Któregoś wieczora ojciec wrócił do domu wściekły, wszedł do niej, kiedy leżała na łóżku i słuchała muzyki przez słuchawki, szarpnął ją za rękę i chociaż się wyrywała, zaciągnął do pokoju, gdzie matka oglądała właśnie jakiś serial. Zła, że przerwali jej oglądanie, rozkrzyczała się razem z ojcem. Darli się oboje, a ona patrzyła na nich w milczeniu. Wreszcie rzuciła jakieś ordynarne przekleństwo i wybiegła z domu. Na schodach gonił ją jeszcze krzyk ojca: „Popamiętasz!”

Noc spędziła u koleżanki, która mieszkała z babką. Przez trzy dni włóczyła się po mieście, a nocowała w mieszkaniu starszej siostry jednej z koleżanek. Wreszcie postanowiła wrócić do domu. Przywitało ją lodowate milczenie. Od tamtej pory matka już prawie w ogóle się do niej nie odzywała.

Kiedy przez te dni poza domem chodziła po ulicach, oglądała wystawy sklepów, udawała, że robi zakupy w hipermarkecie, albo przesiadywała na ławce w parku, przyczepił się do niej jakiś facet. Był dość stary, mógł mieć ze trzydzieści lat. Mówił, że jest reżyserem w telewizji, i nawet postawił jej piwo z hotdogiem. Pytał, ile ma lat. Powiedziała, że siedemnaście. Chciał, żeby się z nim spotkała i Martynka, nie wiedząc dlaczego, zgodziła się.

Znów zaczęła chodzić do szkoły. Nawet próbowała się uczyć, ale kiedy otwierała książkę, ogarniało ją takie przygnębienie, że nie mogła sobie znaleźć miejsca i wychodziła z domu. Coraz rzadziej umawiała się z koleżankami, coraz częściej z Heblem i Marcem, bo z nimi najlepiej się czuła. Obaj ćpali i namawiali Martynkę, żeby też spróbowała, ale ona tylko pogardliwie wzruszała ramionami. O dziwo, zaimponowało im, że taka twarda i ma własne zdanie.

Kilka razy poszła z nieznajomym na piwo i do kina, ale czuła się z nim obco. Nie wiedziała, o czym rozmawiać i jak odpowiadać na jego pytania. Poza tym zrobił się napastliwy. Chciał, żeby poszli nad rzekę albo do jego mieszkania, opowiadał rzeczy, w które wcale nie wierzyła. W kinie wsunął jej rękę między kolana. Ścisnęła je odruchowo, a on się śmiał. Powiedziała, że nie chce się już z nim spotykać i mężczyzna zaczął jej grozić.

Któregoś dnia zwierzyła się chłopakom, że poznała takiego jednego, i że go nienawidzi. Zaczęli się zastanawiać, jak można by go nastraszyć. Koledzy mieli dużo pomysłów, ale wszystkie wydały jej się głupie. Ona miała swój plan i obiecała, że wkrótce go wyjawi.

– Czy facet ma kasę? – spytał Hebel.

– Potrzebujemy na dragi – dorzucił Marzec.

– Trzeba go zmusić, żeby oddał, co ma.

Postanowili, że zabiorą mu wszystko. To utkwiło Martynce w pamięci: trzeba mu zabrać wszystko.

Po szkole zaczęła teraz wracać do domu i nie wychodziła wieczorami. W pokoju, który dzieliła z bratem, siedziała, milcząc, na krześle albo leżała na łóżku i patrzyła w sufit. Czasami przychodził do niej kot. Wielki, szary, pręgowany kocur, który jeszcze niedawno był zabiedzonym szkielecikiem z zaropiałymi oczami i wyliniałą sierścią. Martynka przyniosła go z podwórka i początkowo razem z bratem ukrywali kociaka w szufladzie biurka. Był tak słaby, że nawet nie piszczał i matka nie zorientowała się, że w domu jest zwierzę. Nie znosiła psów, kotów, a zwłaszcza drobnych gryzoni. Mama kazała kota wyrzucić, ale ojciec pozwolił go zatrzymać. Teraz kot wskoczył na łóżko i ułożył się Martynce na piersi. Przebierał łapami i mruczał. Mrużył żółte oczy i otwierał je na przemian. Martynka też mrużyła oczy i otwierała je szeroko, patrząc w głąb kociego oka. Ciepło, jednostajny ruch, głos kota nieprzerwanie wyśpiewujący tę samą melodię sprawiły, że nagle zapadła w sen.

Śniło jej się, że błądzi po ulicach nieznanego miasta. Domy są odrapane i puste. Nie ma nikogo. Boi się, bo słyszy z tyłu czyjeś kroki, ale nie może się odwrócić, ponieważ na piersiach czuje przytłaczający ciężar. Opiera się o jakieś drzwi, które się otwierają i jej ciało bezwładnie wpada do pomieszczenia, gdzie palą się oślepiające światła. Jakiś człowiek, w którym rozpoznaje znienawidzonego mężczyznę, zbliża się i dotyka jej nagich piersi. To sprawia ból, tak silny, że z jej ściśniętego gardła wydobywa się straszny krzyk i Martynka się budzi. Kot zeskoczył z łóżka i zobaczyła jego naprężony ogon z drgającym ze złości koniuszkiem.

Dzień, który wybrała na spotkanie z mężczyzną, był pogodny, prawdziwie wiosenny, i można było pójść nad rzekę, tak jak on tego chciał. Znów opowiadał jej o sobie rzeczy, w które nie wierzyła, ale nic nie mówiła i mężczyzna wydawał się zadowolony. Kiedy znaleźli się nad rzeką, gdzie o tej porze dnia było zupełnie pusto, zaczął ją przyciskać i obejmować. Odwracała się, żeby nie widział lęku i obrzydzenia na jej twarzy. Szli wzdłuż brzegu, a ona prowadziła go w stronę kępy drzew i gęstych krzaków. Tu usiedli i patrzyli na płynącą wodę. Monotonny ruch, chlupotanie, szmer wiatru w gałęziach drzew uspokoił ją. W pewnej chwili wskazała na kamienie bezładnie rozrzucone na piasku w dole i poprosiła, żeby wybrał dla niej kilka płaskich do rzucania „kaczek”. Mężczyzna zeskoczył ze skarpy i pochylony szukał kamyków. Martynka spojrzała w stronę krzaków. Kiedy mężczyzna wdrapał się z powrotem z rękami pełnymi kamieni, dwaj chłopcy rzucili się na niego. Marzec chwycił go z tyłu, Hebel uderzył nożem w szyję. Mężczyzna wyrwał się i z rozrzuconymi rękami zaczął uciekać. Martynka widziała jego otwarte do krzyku usta, ale nie słyszała głosu. Wszystko zaczęło wirować jak na karuzeli. Mężczyzna przebiegł jakieś kilkadziesiąt kroków i upadł. Hebel złapał ją za rękę i zaczęli uciekać. Marzec został z tyłu. Oglądał się i zdawało się, że chce zawrócić. „Zostaw go”, krzyknęli. „Ale forsa!” „Pieprzyć to!”

Przez następne dni Martynka nie rozmawiała z kolegami, omijali się wzrokiem i nie podchodzili do siebie. Nie było wiadomo, czy mężczyzna żyje, czy nie. Nawet chwilami wolała, żeby żył, chociaż wtedy było pewne, że o wszystkim powie i będą kłopoty. Jednak człowiek nie przeżył. Dowiedziała się o tym z gazety, w której napisano, że zmarł, nie odzyskując przytomności.

Tej nocy przyśnił jej się sen, który powtarzał się odtąd przez dłuższy czas.

Wpada do rzeki. Woda jest mętna i nic nie widać. Obok czuje czyjąś obecność. Domyśla się, że to mężczyzna, z którym się umówiła. Gorączkowo szuka jego dłoni, próbując je rozewrzeć. Kamienie wypadają mu z rąk i mężczyzna wypływa na powierzchnię, pociągając ją za sobą. Teraz tańczą dziwny taniec, który polega na tym, że muszą być spleceni ze sobą niczym dwa węże. Czuje wodę przepływającą między ich ciałami, przyjemne ciepło, jego oddech na swojej twarzy. Pod stopami wyczuwa lekko szorstką powierzchnię piasku, dzięki której może wyjść na brzeg, ale to się nie udaje i sen się kończy. Martynka budziła się i przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest, aż wreszcie przypominała sobie wszystko.

W szkole już się nie nudziła tak jak dawniej, nie spotykała się z dawnymi koleżankami, nie piła. Nauczycielka zauważyła zmianę i pochwaliła ją nawet przed matką. Codziennie wracała do domu, trochę się uczyła, a potem kładła się na łóżku i patrzyła w miejsce na ścianie, gdzie wisiały wycięte z kolorowych pism kocie oczy. Kiedy jednak kocur chciał wskoczyć na łóżko, przeganiała go, tak że odchodził, fukając wściekle. Leżąc, wyobrażała sobie, że ktoś dotyka jej ciała, gładzi, poklepuje, nawet szczypie. Pragnęła poczuć, że jej skóra jest ciepła i elastyczna, że reaguje na dotknięcie. Próbowała też przypomnieć sobie, kiedy mama dotykała jej ostatnio, ale choć bardzo się wysilała, nie mogła sobie niczego przypomnieć. Może tylko kiedyś, gdy była bardzo mała i bolał ją brzuch. Płakała tak długo, aż mama wreszcie przyszła. Chciała, żeby położyła jej dłoń na brzuchu, i żeby to nawet bolało, ale mama tylko wodziła palcem w powietrzu, jakby szukała przyczyny bólu, po czym cofnęła rękę.

Gdy Martynka miała dziewięć lat, dostała od kolegi białą mysz doświadczalną, którą zamierzał zrzucić z trzeciego piętra, żeby przekonać się, czy przeżyje. Jej ciałko było wiotkie, a zarazem bardzo ruchliwe, miała oczy jak czerwone koraliki i ogonek całkiem pozbawiony włosów. Kiedy przyniosła ją do domu, mama kazała zwierzę natychmiast wyrzucić. Jednak jakoś udało się uprosić matkę i wreszcie zgodziła się na mysz pod warunkiem, że nie będzie musiała dotykać tego świństwa. Myszka mieszkała w klatce i Martynka nigdy jej nie wypuszczała z lęku przed gniewem matki.

Któregoś razu zachorowała. Miała wysoką gorączkę i silny ból głowy, temperatura wzrastała i wreszcie przekroczyła czterdzieści stopni. Martynka była prawie nieprzytomna i o wszystkim zapomniała. Kiedy wreszcie po kilku dniach poczuła się lepiej, przede wszystkim zajrzała do myszki. Zwierzątko leżało z łapkami sztywno wzniesionymi w górę. Na pytanie, co się stało, matka odpowiedziała: „Przecież mówiłam, że tego nie dotknę”, i kazała Martynce wyrzucić mysz do śmietnika.

Przypominała sobie teraz takie różne rzeczy, o których, zdawało jej się, całkiem już zapomniała. Jednak ani się nie cieszyła, ani nie martwiła, była całkiem obojętna. Tylko na sny o tańcu w wodzie czekała z niecierpliwością.

Niedługo potem znalazła się w zakładzie poprawczym.

Pierwsze dni wydawały jej się niczym szczyt góry, na który nigdy nie uda jej się wspiąć, potem dzień mijał za dniem i przestała myśleć o tym, że kiedyś stąd wyjdzie. Spała w pokoju z sześcioma dziewczynami, o których wiedziała tylko to, co same mówiły, choć zdawało jej się, że wszystkie kłamią. Nauczyciele nie byli ani dobrzy, ani źli. Początkowo nikt się nią nie interesował i nie rozmawiał z nią aż do dnia, kiedy wezwała ją pani pedagog. Kobieta o tlenionych na jasny blond włosach nie podniosła wzroku znad papierów, w których szybko coś zapisywała. Martynka usiadła i czekała. Wreszcie pani spojrzała na nią i zadała kilka pytań, o nazwisko, imię, wiek, rodziców i szkołę.

– Kiedy miałaś pierwszy stosunek? – spytała w pewnej chwili. – Nie miałam.

– Mów głośniej, nic nie słyszę – powiedziała pani. – Czy uprawiałaś petting? Martynka nie zrozumiała.

– No, czy chłopcy cię macali?

– Nie.

– Dlaczego tu jesteś?

– Nie wiem.

– Nie wiesz?

– Koledzy zabili takiego jednego. Byłam przy tym.

– Tylko byłaś? Nie pomagałaś im?

– Nie.

– Żal ci tego człowieka?

Cisza. Martynka patrzyła gdzieś w bok.

– No dobrze, następnym razem może powiesz więcej.

Potem były jeszcze dwie takie rozmowy, w czasie których Martynka się nudziła i nie bardzo wiedziała, czego kobieta od niej chce. Wkrótce to się skończyło, bo pani pedagog odeszła, a na jej miejsce nie przyszedł nikt nowy. Nawet żałowała, bo tutaj wszystko co nowe, nawet nieprzyjemne, było pożądane.

Z koleżankami miała dość dobre układy, ale trzymała się na uboczu. Nie chciała im przewodzić, choć słuchały jej i nawet liczyły się z nią. Tak jak i one opowiadała zmyślone historie o sobie, o swojej rodzinie, o kolegach z dawnej szkoły. Powoli zresztą zapominała, jak było dawniej, a może nie chciała pamiętać.

Tak minęły dwa lata. W tym czasie jedno wydarzenie na krótko wyrwało Martynkę z apatii. Śmierć matki. Zginęła pod kołami samochodu na przejściu dla pieszych. Córka dostała przepustkę na pogrzeb. Dzień wcześniej spytano ją, czy chce ostatni raz spojrzeć na matkę. Chciała. Nie widziała jej od dawna, bo mama ani razu nie odwiedziła jej w zakładzie. Twarz matki była gładka i to ucieszyło Martynę, bo obawiała się ran i zniekształceń. Nie miała zresztą czasu na przyglądanie się, ponieważ ktoś pociągnął ją za rękę i kazał wyjść.

Wkrótce wrażenia z domu, z pogrzebu, ze spotkania z rodziną minęły i pozostała tylko myśl, że kiedy wyjdzie z zakładu, jej życie całkiem się zmieni. Zaczęła już nawet odliczać czas do wyjścia. I wtedy poznała Olgę.

Pani Olga była opiekunką chorych i kalekich dzieci. Kiedy pierwszy raz Martyna z koleżankami z zakładu szła na spotkanie z nią, myślała tylko o tym, że wyrwie się na chwilę z monotonii życia i że nie zamierza słuchać tego, co będzie opowiadała jakaś frajerka. Do sali, gdzie dziewczęta mogły siedzieć na podłodze po ścianami, weszła dziewczyna, może tylko o kilka lat od nich starsza, wysoka i cudownie szczupła, z krótkimi rudymi włosami i kilkoma kolczykami w uszach. Początkowo dziewczyny milczały, ale wkrótce tak się jakoś stało, że nawet te najbardziej obrażone na cały świat zaczęły się uśmiechać. Martynka nigdy nie widziała ich takich rozpogodzonych. Prawdę mówiąc, nie zastanawiała się zbytnio nad reakcjami swoich towarzyszek, ponieważ patrzyła tylko na panią Olgę. Ktoś, kto by teraz przyjrzał się Martynce, zobaczyłby dziewczynę, która mimo swych siedemnastu lat wyglądała jak dziecko z szeroko otwartymi oczami i ustami lekko rozchylonymi w niewinnym uśmiechu.

Od tej chwili istniała dla niej tylko pani Olga. Zgłosiła się jako ochotniczka do pracy przy dzieciach. Dwa razy w tygodniu myła podłogi, obierała ziemniaki, ścieliła łóżka. Do dzieci jej nie dopuszczano. Czułaby się prawie szczęśliwa, gdyby nie to, że się bała. Obawiała się, że pani Olga dowie się, za co znalazła się w zakładzie. Wiedziała co prawda, że tego nie ujawniano osobom z zewnątrz, ale trudno było całkowicie zaufać personelowi, dobrze o tym wiedziała. A tak się stało, że Olga sama zwróciła na nią uwagę. Rozmawiała z nią, wyróżniała spośród innych dziewczyn, które zresztą wkrótce się znudziły i przestały przychodzić. Olga nie pytała o przeszłość, rzadko nawet o to, co działo się teraz, ale chciała wiedzieć, jakie Martynka ma plany na przyszłość. Nie miała żadnych i zupełnie nie wiedziała, czego chce, prócz tej jednej rzeczy, żeby pani Olga nie dowiedziała się, dlaczego ona trafiła do poprawczaka.

A Olga była tajemniczą i dziwną osobą. Mówiła do dzieci, o których wszyscy wiedzieli, że nic nie rozumieją i nawet nie wiadomo, czy słyszą cokolwiek. Kiedy wchodziła do sali, gdzie były dzieci bardzo niespokojne, a nawet agresywne, uciszały się, podchodziły do niej i dotykały jej. Martynka przyglądała się temu zachłannie. Chwilami, kiedy pani obejmowała jakieś dziecko, czuła, że to ona jest na jego miejscu, i wyobrażała sobie swoje ciało jako coś ciepłego i miłego, a zarazem twardego i zamkniętego. Matka pani Olgi była nieuleczalną alkoholiczką, a co to oznaczało, wiedział tylko ten, kto miał podobne doświadczenie. Martynka tego nie wiedziała.

Któregoś razu Olga pozwoliła jej wejść do sali, gdzie przebywały dzieci leżące. Trzeba było je myć i karmić. Po raz pierwszy przyglądała im się z bliska. Wszystkie były do siebie podobne i miały spojrzenie, które próbowało przytrzymać. Po prostu trzeba było stanąć obok łóżka, powiedzieć coś albo przynajmniej się pochylić. Martyna nie miała na to ochoty, zdawało jej się, że wyczuje jakiś przykry zapach, nieszczęścia albo strachu. Ale dzieci nie miały zapachu, żadnego, a kalekie, brzydkie ciała wcale nie były ważne. Liczyły się tylko oczy. Ich spojrzenie. – Czy one mają matki? – spytała Olgę.

– Tak.

– Zostawiły je tutaj?

Olga kiwnęła głową.

– To tak jakby były sierotami – raczej stwierdziła, niż zapytała. – Tak – powiedziała Olga.

I wtedy Martynka pomyślała, że ona też nie ma matki, a ktoś taki nie jest już dzieckiem. Więc kim jest? Przestraszyła się i poczuła, że nie chce tego wiedzieć.

Pani Olga przynosiła różne książki i zostawiała je na stoliku, Martynka podchodziła, patrzyła, ale nie brała ich do rąk. Czasem rozmawiały dłuższą chwilę, choć właściwie to Olga mówiła, a ona tylko słuchała. Coraz częściej Martynka pomagała przy dzieciach. Chyba ją polubiły, bo wołały, chwytały za ubranie, prosiły o coś. Trochę się ich bała, a kiedy próbowały jej dotknąć, łagodnie, ale stanowczo odsuwała ich małe wilgotne rączki.

Kiedyś pani Olga przysiadła na chwilę przy stoliku i kiwnęła na nią. Chciała jej pokazać jakąś nową książkę. Otworzyła ją nawet, zaczęła kartkować i opowiadać, co jest w środku.

– Przecież one nie zrobiły nikomu nic złego – powiedziała nagle Martynka.

Pani Olga podniosła wzrok zdziwiona, krótką chwilę milczała i wreszcie odezwała się.

– One nie, ale my wszyscy krzywdzimy innych. Nie można przeżyć życia bez zrobienia krzywdy przynajmniej jednemu człowiekowi.

– Co one czują? – spytała jeszcze.

– Najtrudniej jest zrozumieć cudze cierpienie. Ale wyobraź sobie, że czują to samo, co ty.

Przez dwa tygodnie Martyna nie przychodziła do chorych dzieci, a kiedy już się pojawiła i weszła do sali, poczuła na sobie ich czujne spojrzenia. Szła od jednego do drugiego, mówiła do nich, uśmiechała się. Tego dnia wszystkie dzieci garnęły się do niej. Jedna z dziewczynek, pięciolatka, która często płakała, rozbeczała się głośno i Martynka usiadła obok niej. I nagle mała uniosła się z trudem, oparła o kolana dziewczyny i zarzuciła jej ręce na szyję. Martynka znieruchomiała z ramionami sztywno opuszczonymi wzdłuż ciała. Dziecko patrzyło na nią z bardzo bliska, czuła jego słodkawą woń, miękkie promieniujące ciepłem ciało. Drobne palce zanurzały się w jej włosach, badały czoło, oczy, nos, usta, chwytały małżowiny uszu. Zdawało jej się, że dziecko mówi coś do niej, ale nie rozróżniała słów i brzmiało to jak szmer wiatru albo szum wody. Poczuła, jak jej ramiona się unoszą i splatają z czymś, co jest nią samą i zarazem kimś innym, między ciałami przepływało przyjemne ciepło, a jednostajny rytm uspokajał. Uniosła wzrok i zobaczyła szeroko otwarte oczy pani Olgi.

Pół roku później Martynka opuściła zakład poprawczy. Kiedy ostatni raz była na dyżurze w domu dla chorych dzieci, podeszła do pani Olgi i powiedziała, że teraz jej sytuacja się zmieni, ale chciałaby tu nadal przychodzić. Twarz Olgi rozjaśniła się w uśmiechu.

– Czy pani wie, dlaczego znalazłam się w zakładzie?

Przez krótką chwilę Olga się zawahała.

– Tak – powiedziała.

– I mimo to…

– Nie wiem, co ja zrobiłabym na twoim miejscu. Nikt tego nie wie.

W domu czekał na Martynkę brat. Ojca nie było i jak się dowiedziała, już prawie wcale tu nie wracał. Brat miał teraz tyle lat co Martynka, kiedy musiała opuścić dom, ale był od niej bardziej dorosły i samodzielny. Prawie go nie poznawała, chociaż przez ten cały czas odwiedzał ją w zakładzie.

W ciągu pierwszych tygodni trudno jej było przywyknąć do nowego rytmu dnia, snuła się po mieszkaniu, senna i zmęczona. Powiedziano jej, że powinna znaleźć sobie pracę. Nie było to łatwe, ale wreszcie się udało i Martynka zaczęła pracować w sklepie. Miesiące mijały, coraz bardziej zapominała o swojej przeszłości i zaczynała żyć życiem młodej dziewczyny. Miała teraz koleżanki, spotykała się z chłopakami, nawet się zakochała. Jej chłopak był trochę od niej młodszy, jeszcze się uczył. Kiedy Martynka zorientowała się, że jest w ciąży, i powiedziała mu o tym, bardzo się przestraszył, ale nadal się spotykali. W dniu badania poszedł razem z nią do lekarza i czekał na korytarzu.

Lekarz poprosił Martynkę, żeby się położyła, usiadł obok i patrząc w ekran, wodził czymś po jej brzuchu, co sprawiało jej przyjemność, tak że prawie zasnęła. Długo to trwało, lekarz prosił, żeby zmieniała pozycję, potem wyszedł i wrócił z lekarką. Znów patrzyli w ekran i mówili coś do siebie. Wreszcie lekarz powiedział:

– Proszę spojrzeć tu, o, widzi pani?

Martyna odwróciła głowę, popatrzyła na ekran, gdzie poruszało się coś okrągłego, pulsującego, w kolorze żółto-zielonym, niczym kocie oko. – To jest pani dziecko. Prawdopodobnie ma wadę genetyczną. – Co to znaczy? – spytała.

– Nie jestem pewien. Musimy zrobić dodatkowe badania.

W jakiś czas potem potwierdziła się zła diagnoza i lekarz poradził: – Niech pani usunie tę ciążę.

Jeszcze kilka osób namawiało ją do tego, ale Martyna za każdym razem mówiła nie. Ktoś zapytał ją dlaczego, a wtedy odpowiedziała: „Bo nie wolno zabijać”.

Chłopak przestał się z nią spotykać, wkrótce też wymówiono jej pracę w sklepie. Ojciec przysyłał niewielkie pieniądze, ale nie pokazywał się w domu. Zostali sami z bratem.

Dziecko urodziło się pewnego zimowego wieczoru szybko i prawie bezboleśnie. Wyglądało całkiem normalnie, ale nie było zdrowe. Martynka jak każda młoda matka zachwycała się nim i trochę się go bała. Dzięki pracy z chorymi dziećmi wiedziała więcej niż kobieta, którą niespodziewanie spotkało nieszczęście – urodziła upośledzone dziecko. Od pierwszej chwili przyjęła swojego synka, nie oczekując od niego niczego. Może dzięki temu otrzymała więcej niż inne matki. Wszystko, co robiła wokół dziecka, od pierwszej chwili zaczęło napełniać ją radością i spokojem. Kiedy je karmiła, czuła się częścią czegoś, co nie miało granic, było rytmicznym ssaniem, oddychaniem, biciem serca. Bez końca przyglądała się malutkim palcom zakończonym różowymi paznokciami, fałdom delikatnej skóry na rączkach, powiekom z długimi, jasnymi rzęsami. Chodziła po pokoju, nucąc, z dzieckiem wtulonym w ramiona. Kładła się na łóżku, karmiąc je piersią, z butelką mleka w ręce, z której sama piła niczym niemowlę. Czas sączył się powoli, przestrzeń zamykała się niczym wielka bezpieczna kula albo ogromna dłoń jakiejś dobrej, choć niepojętej istoty.

Trwało to trzy miesiące. Nie wiedziałaby tego, gdyby nie lekarka, która podczas rutynowej wizyty wpisała do karty wiek małego. Chociaż czas zdawał się nie mieć końca, jednak mijał i nagle Martynka zrozumiała, że jest już gdzie indziej, niż była podczas tych pierwszych trzech miesięcy, albo może raczej znów tam, gdzie przebywała przez prawie wszystkie lata swego życia. Tylko podczas gdy dawniej nie czuła bólu, teraz pojawił się nieoczekiwanie, silny i uparty. Nie umiała też określić jego przyczyny ani źródła. Coraz częściej płakała, ale choć łzy płynęły niepowstrzymanie, nie oczyszczały jej oczu i wciąż nie widziała tego, co sprawiało jej taki ból. Nie tylko ona płakała. Często docierał do niej nieprzerwany szloch, jak spod ziemi. To rozpaczało dziecko uwięzione głęboko w skalnej jaskini we wnętrzu wysokiej góry. Jego płacz dochodził aż tu i sprawiał, że gotowa była uciszyć go za wszelką cenę, bo czuła, że jeśli pozwoli dziecku nadal płakać, to stanie się coś strasznego. Więc biegła do łóżeczka, gdzie leżał jej syn, cichy i spokojny, i patrzył na nią swoimi zmętniałymi, nic nie rozumiejącymi oczami. Brała go na ręce, w jego pachnącym mlekiem cieple próbując znaleźć ukojenie. Pomagało na krótko. Czuła, jak jej tkliwe wnętrze wywraca się na zewnątrz, wszystko ją rani, a ona zaczyna się bać o siebie, ale jeszcze bardziej o dziecko, które oddzielało się od niej niczym zdzierana żywcem skóra.

I to także minęło. Lęk odszedł gdzieś, przestała płakać i tylko czasem coraz bardziej głucho rozlegał się tamten nieustający lament uwięzionego dziecka, który stał się jej nieodłącznym towarzyszem.

Nadeszła wiosna i na spacerach ludzie zaglądali do wózka, gdzie leżał chłopczyk, ładny, ale dziwnie niemy i nieruchomy. Jedni czulili się do niego i młodej matki, nie zauważając niczego, inni milkli i szybko się oddalali, a byli tacy, co przystawali na dłużej i zadawali pytania. Martynka odpowiadała prosto i bez zahamowań, ale kiedy któregoś razu brat zapytał: „Kim on będzie?”, spojrzała na niego i po dłuższej chwili powiedziała: „Nikim”, a potem dodała: „Sobą”, i to napełniło ją cichym spokojem, bo oznaczało, że nie trzeba się śpieszyć. Można siedzieć lub leżeć godzinami, wpatrywać się w jakiś szczegół dziecięcej twarzyczki albo bawić się ręką dziecka, karmić je, dotykać, śpiewać. Wciąż było lato, rankiem promienie słońca wędrowały po pokoju, w dzień zalewały podłogę i ściany falą światła, a popołudniami blask odbity w oknach domu naprzeciwko uciszał wszystko wokół i spoza banalnych słów wciąż tej samej piosenki wyłaniały się inne, zaskakujące: „Przebaczenie jest możliwe” albo „Miłość może nas uleczyć”.

Któregoś dnia zadzwonił telefon i pani Olga powiedziała: – Potrzebujemy cię, Martynko. Wróć do nas.

Tydzień później, wchodząc do świetlicy zakładu dla chorych dzieci z synem na rękach, zastała całą gromadę, która przywitała ją radosnymi okrzykami. Oglądano małego, dotykano, pielęgniarki brały go na ręce, wreszcie zniknął jej z oczu w którejś z sal. Została sama z dziećmi, których nie widziała od wielu miesięcy. Każdemu mówiła po imieniu, a kiedy wymieniała imiona tych, których tu nie było, dzieci pokazywały na drzwi, i to mogło znaczyć, że wróciły do domu, zmieniły miejsce pobytu albo umarły. Nie miała zbyt wiele czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Szybko wzięła się do pracy, należało wywietrzyć pokoje, zasłać łóżka, nakarmić, umyć, ułożyć do snu i opowiedzieć bajkę, choć nie było pewne, czy ktokolwiek słucha i rozumie.

Wieczorem w drzwiach sali stanęła kucharka, tęga miła kobieta, z talerzem zupy w jednej ręce i bułką w drugiej.

– Musisz się pożywić, Martynko – powiedziała. – Przecież nawet anioły bywają głodne.

Anna Bolecka


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas