poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)]


„Darwin. / Podobno dla wytchnienia czytywał powieści. / Ale miał wymagania: / nie mogły kończyć się smutno. / Jeśli trafiał na taką, / z furią ciskał ją w ogień.” To tylko pierwsza strofa wiersza Wisławy Szymborskiej „Pociecha” opublikowanego w wakacyjnej „Odrze” (7-8/2005). Ciskał w ogień złe zakończenia, bo szukał pociechy. Dość miał wymarłych gatunków i dominacji silniejszych nad słabszymi. Zbyt wiele widział prób przetrwania „prędzej czy później daremnych”. Do smakowania wymienionych w wierszu, poszukiwanych przez Darwina, happy endów, potrzebna jest lektura utworu. Przywołam tylko jeden majstersztyk ciepłego w swej ironii skwitowania idei wielu czytadeł: „uwodziciele dziewic w biegu do ołtarza”.

To, co o nas, Polakach, mówią znani politycy z innych krajów, jest oczywiście ważne, lecz często w małym stopniu wpływa na zdanie ich rodaków o nas. Jeśli już, to raczej pogłębia stereotypy (gdy wypowiadają się o nas niepochlebnie), niż je przezwycięża (gdy zechcą o nas mówić dobrze). O wiele gorszy wpływ mają stereotypy utrwalane w powszechnych systemach kształcenia w różnych krajach. Temu problemowi poświęcona jest, opublikowana w „Odrze”, rozmowa Barbary Stankiewicz z prof. Adamem Suchońskim, badaczem podręczników do nauki historii wydawanych w różnych państwach świata („Historia na wagarach”). Ustalenia profesora nie napawają optymizmem: „Funkcjonują w świecie dwa wątki dotyczące Polski i Polaków: wiktoryjny i martyrologiczny. Polacy – poprzez podręczniki do nauki historii – jawią się więc uczniom na całym niemal świecie jako ludzie, którzy często walczyli, równie często przegrywali te swoje wojny, a nielicznych zwycięstw nie potrafili wykorzystać; dużo też cierpieli…” Uczniowie w innych krajach w ogóle nie wiedzą o wielu faktach z polskiej historii, które – naszym zdaniem – powinny być powszechnie znane, choćby jako ważne wydarzenia z II wojny światowej. Tylko w pięciu zagranicznych podręcznikach Suchoński znalazł wzmianki o powstaniu warszawskim i to wyłącznie w kontekście powstania w gettcie. Żydowska diaspora dobrze i szeroko informuje o wydarzeniach związanych np. z holocaustem. I w tym jest klucz do sukcesu: o swojej historii należy informować, wspierać zagraniczne badania nad nią, przygotowywać odpowiednie materiały. Profesor mówi, jak robią to inni: „Czesi zasypują wydawnictwa i autorów podręczników na całym świecie informacjami, ba – gotowymi rozdziałami historii swojego kraju, napisanymi we wszelkich możliwych językach, nie tylko kongresowych. (…) My zachowujemy się tak, jakbyśmy uważali, że nam się uwaga świata po prostu należy (…). Efekt tej naszej postawy jest taki, że na całym świecie w podręcznikach do historii – w rozdziałach poświęconych zbrodniom faszystów na ludności cywilnej – pisze się szeroko o tragedii wioski Lidice na Morawach, gdzie zginęło… 187 osób. (…) Nie znajdzie pani ani słowa o faszystowskich zbrodniach w okupowanej Polsce (…).”

Lipcową „Twórczość” (7/2005) otwierają fragmenty „Strażnika trzód z Poezji Alberta Caeiro” Fernando Pessoa w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa. Z tych fragmentów podobają mi się jedynie fragmenty, ułamki. Jak choćby ten: „Mydlane bańki, których puszczaniem / Ze słomki zabawia się to dziecko, / Są przezroczyście całą filozofią.” I jeszcze fragmenty o poetach obrabiających wiersze jak stolarz deski, o znaczeniu przedmiotów, które nie mają żadnych ukrytych sensów, a po prostu są i bycie jest jedynym ich ukrytym sensem. Przytoczę jeszcze jeden ciekawy fragment autotematyczny: „W ten czy tamten sposób, / Zależnie czy się przydarzy czy nie, / Zdołając czasem powiedzieć, co myślę, / A innymi razy mówiąc to źle i z domieszkami, / Spisuję od niechcenia swoje wiersze, / Jakby spisywanie nie było czynnością złożoną z gestów, / Jakby pisanie było czymś, co mi się przytrafia / Jak padanie na mnie słońca z zewnątrz.” Dużo więcej o tym fragmentarycznym, acz ciekawym, wyborze powiedzieć się nie da. Zachęcam do lektury, niech każdy odnajdzie te fragmenty z fragmentów, które mu się najbardziej podobają.

Wróćmy jeszcze do majowej „Twórczości” (5/2005). Na stronach od pierwszej do dziewięćdziesiątej piątej można się nie zatrzymywać. Natomiast trzeba dokartkować ją do tekstu Danuty Danek „Błędy i braki w Wielkiej Encyklopedii PWN”. Trudno wprawdzie żywić przekonanie, że encyklopedie i słowniki dają pogłębioną wiedzę o świecie (choć słowniki – odpowiednio studiowane – może w pewnym stopniu tak), to jednak ciężko się bez nich obyć. Trudno też poddawać podejrzliwej lekturze hasła encyklopedyczne, które czytamy przecież po to, żeby nabyć podstawową wiedzę o jakimś zjawisku i fakcie. Lektura hasła encyklopedycznego jest oczywiście ograniczona przez świadomość uproszczeń, nie powinna jednak skłaniać do poszukiwania fałszu, chyba że jest to któraś z okrytych złą sławą encyklopedii radzieckich – w świecie bez multimediów redakcje tych encyklopedii nawiązywały interaktywny kontakt z czytelnikami, przysyłając im od czasu do czasu poprawniejsze wersje niektórych haseł, które trzeba było naklejać na już nieprawomyślnych. Na pewno nie zrobi tak PWN, choć w przypadku braków wskazanych przez Danek – powinno. Nie chodzi tu wszak o nieprawomyślność, a o niepoprawność merytoryczną, żeby rzecz nazwać oględnie. Autorka artykułu zaledwie kilka haseł z „Wielkiej Encyklopedii” poddaje druzgocącej krytyce, ogranicza się do postaci i utworów dobrze jej znanych. Punkt po punkcie pokazuje słabości i nieprawdy w haśle „Alcoforado Mariana”. Ta zakonnica miała być m.in. „domniemaną autorką 5 słynnych listów miłosnych adresowanych do francuskiego arystokraty (kapitana wojsk francuskich)”. Danek obszernie uzasadnia (powołując się także na szereg polskich publikacji na ten temat, które powinny być wzięte pod uwagę przez autora hasła w encyklopedii), że listy te są kunsztownym dziełem literackim, a nie autentycznym listem, jak można by wnioskować ze wspomnianej notki. W ostatniej części hasła, przywołując nowsze badania, jego autor nadal sugeruje, że jest to jednak pięć autentycznych listów, tyle że napisanych przez francuskiego wydawcę. „Listy portugalskie przełożone na francuski” są przecież podziwianym od dawna utworem literackim, którego fikcyjnym adresatem jest oficer francuski. Nie wiadomo natomiast, skąd w encyklopedii wzięła się informacja, że był to kapitan, w tekście listów nie ma na ten temat żadnej wzmianki. Istotne braki ma również encyklopedyczny biogram polskiego psychologa Stefana Baleya. Oddajmy głos Danek: „W wyliczeniu zasług naukowych Baleya jest pewien istotny brak. Jak widzimy, znalazło się tu miejsce na informację, że „był jednym z inicjatorów badań psychologicznych w zakresie sportu i wychowania fizycznego”, ale nie znalazło się miejsce, by powiadomić, że był w Polsce jednym z inicjatorów badań psychoanalitycznych w zakresie dzieł literackich. I to wybitnym, bo prace jego z tej dziedziny dotąd nie straciły na wartości.” Zainteresowanych dalszymi, znalezionymi przez Danek, brakami i nieścisłościami w „Wielkiej Encyklopedii” PWN odsyłam do „Twórczości”. Jeśli ktoś ma w domu to dzieło, to może powinien ponanosić na marginesach uwagi pani profesor.

W majowej „Twórczości” warto jeszcze przeczytać filipikę Włodzimierza Paźniewskiego, który suchej nitki nie zostawia na współczesnej krytyce („Lustro Czechowa”). Pisze ostro (zbyt ostro niejednokrotnie), ale zwraca uwagę na słabości krytyków i literatów. Nasza krytyka jest jego zdaniem zgrupowana w kołchozach umysłowych, niegroźna dla umysłu, niemoralna wreszcie. Jeśli pominąć specyficzne słownictwo, to rzecz warta jest przemyślenia, a może i polemiki.

Do podwójnego numeru kwartalnika literackiego „Kresy” (1-2/2005) warto wrócić z kilku powodów. Po pierwsze z powodu wspomnień o Nietzschem jego przyjaciela Franza Overbecka, wybranych i przetłumaczonych przez Tadeusza Zatorskiego. Tłumacz przywołuje esej Stefana Zweiga z 1916 r., który o Overbecku pisał: najwierniejszy z wiernych, komisjoner, poczmistrz, bankier, lekarz, wieczny pocieszyciel. Już z tych słów, a także wielu innych sądów współczesnych, wynikało pewne lekceważenie Overbecka, który – chociaż był filozofem i teologiem – miał nie ogarniać intelektualnie dorobku mistrza i przyjaciela. Jednak już w kilkanaście lat po eseju Zweiga zaczęły pojawiać się prace omawiające i doceniające myśl Overbecka. W ostatnim ćwierćwieczu ukazało się kilka ważnych monografii i kilkadziesiąt artykułów poświęconych twórczości nieco zapomnianego przyjaciela Nietzschego. Wspomnień o autorze „Woli mocy” nie czyta się łatwo – ostrzega tłumacz, gdyż Overbeck pisał składnią zawikłaną i nieprzejrzystą. Chyba najciekawsze, z zamieszczonych przez „Kresy” fragmentów, są wspomnienia dotyczące spotkań obydwu przyjaciół już w czasie choroby Nietzschego. O jednym z tych spotkań tak pisze „wieczny pocieszyciel”: „Spotkanie to miało miejsce w lutym 1890 roku w Jenie, gdy Nietzsche, pozostający pod opieką tamtejszego zakładu dla obłąkanych, nie odzyskał wprawdzie pełni władz umysłowych, ale uwolniony został przecież od stanu właściwego szaleństwa, w jaki popadł w chwili pierwszego wybuchu obłędu. Za przyzwoleniem lekarza mogłem z nim godzinami przebywać poza obrębem zakładu, spożywać posiłki, a nawet spacerować po okolicach miasta. Pomijając różne błazeństwa w zachowaniu Nietzschego przy stole albo na ulicy, gdy próbował rzucać się na psy albo na ludzi nagle pojawiających się w polu widzenia itp., ktoś całkowicie nam obcy nie dopatrzyłby się niczego osobliwego w tym naszym wspólnym przebywaniu ze sobą.”

W tym numerze „Kresów” nie można przegapić ważnego artykułu krytycznego – tekstu „Powrót centrali?” Przemysława Czaplińskiego. Zaczyna on od przypomnienia znanych i szeroko niegdyś komentowanych tekstów. Janusz Sławiński w 1994 r. w „Kresach” opisał i nazwał w poezji stan zaniku centrali – poezja przestała pełnić rolę mowy uniwersalnej kierowanej do wszystkich („Zanik centrali”). Drugi tekst, do którego odwołuje się Czapliński, to artykuł wcześniejszy, w którym Jerzy Jarzębski częściowo opisał, częściowo przewidział zmiany („Po eksplozji”, „Odra” 6/1988). Tytułowa eksplozja rozsadziła statyczny układ literacki lat 80. z dwoma nieprzenikającymi się obiegami: oficjalnym i podziemnym. Układ ten rozsadzili czytelnicy (których preferencje nie przystawały do sztywnych podziałów), rozwój małych wydawnictw (które nie były poddawane ścisłej kontroli cenzury), większa liczba nagród literackich. Trzeci przywołany tekst to „Zmierzch paradygmatu” Marii Janion. Paradygmat romantyczny przyczynił się w pewnym stopniu do odzyskania niepodległości w 1989 r. i zarazem stał się pierwszą jej ofiarą. Jednolity odbiór kultury zastąpiony został przez wielość różnych preferencji i oczekiwań. „Wszystkie trzy diagnozy (…) okazują się w kilku miejscach wspólne. Po pierwsze, ujmują historię przemiany w fabułę przebiegającą od jedności do wielości. Jarzębski – od systemu monocentrycznego do policentrycznego; Maria Janion – od monoidei do pluralizmu motywacji; Janusz Sławiński – od stabilnego systemu aksjologicznego do wielości hierarchii” – pisze Czapliński. Jednak ten pluralizm i specyficzny chaos nie stały się dominantą życia literackiego na dłuższy czas. Autor artykułu przytacza wypowiedzi świadczące o tym, „że mniej więcej od roku 1996 obserwujemy powrót centrali. Jest to proces, który prawdopodobnie rozwijał się pod powierzchnią kultury nowego okresu od samego początku, to znaczy od roku 1989.” Zdaniem Czaplińskiego o powrocie centrali świadczą m.in. upadek pism młodoliterackich i przeniesienie dyskusji o literaturze do dodatków pism wysokonakładowych, dominacja niewielkiej grupy wydawnictw, standaryzowanie się oferty książkowej i eliminacja z księgarń książek niskonakładowych. Związane to jest też z ubogą siecią dystrybucji książek i dużymi kosztami dotarcia poprzez tę sieć do czytelników. „Mamy zatem do czynienia z rynkiem, który działa przede wszystkim na korzyść reprodukcji tego, co znane: mieszkańcy dużych i średnich miast mają dostęp do sieci księgarń, w której otrzymują zestandaryzowaną ofertę wydawniczą: głośne nazwiska, reklamowane tytuły, znane serie.” Powracającą centralę widać w koncentracji firm wydawniczych, małe wydawnictwa nie mogą się przebić ze swoją ofertą – Czapliński nazywa to znieruchomieniem centrum. „Znieruchomienie centrum jest objawem kłopotów w komunikacji społecznej, świadczy bowiem, że zbiorowość redukuje swój kapitał komunikacyjny, nadając mu postać zbioru gotowych formuł porozumienia (nie zaś zbioru technik służących do przetwarzania istniejących form).” I dla Czaplińskiego większym zagrożeniem niż kultura masowa (która jest też przecież wydawaniem Bacha w milionowych nakładach) jest komunikacja masowa, która charakteryzuje się „lękiem przed niepodobieństwem.” Stąd brak oryginalności, królowanie pastiszu, mało twórcze nawiązywanie do tradycji. Po zmierzchu paradygmatu romantycznego pojawił się paradygmat masowy. Jednak Czapliński w pewnym sensie kwestionuje to rozpoznanie, podobnie jak inne rozpoznania przywołanych w tekście krytyków. Są to dla niego w sumie rozmaite praktyki kontestowania rynku, w ramach których łatwo prowadzi się krytykę – tak narodził się mało twórczy konsensus frustracyjny. „Tymczasem wydaje mi się, że tak jak niemożliwe jest zburzenie istniejącego układu z zewnątrz, tak też iluzoryczne są krytyki przeprowadzane spoza niego. Jeśli coś mogłoby dokonać rewolty, to tylko my – poprzez ożywianie komunikacji społecznej. Jesteśmy bowiem – my wszyscy: pisarze, krytycy, odbiorcy – w środku, zawsze wewnątrz zbiorowego porozumiewania.” Odbiór literatury jest uzależniony od wspólnoty komunikacyjnej. Jeśli ta wspólnota uzna, że literatura zbawia, to zbawiać będzie, jeśli ma tylko zabawiać, to trudno będzie się jej wyzwolić z funkcji ludycznej. Krytyka może tylko pracować nad poszerzeniem możliwości wyznaczanych literaturze przez wspólnotę komunikacyjną. I na koniec jeszcze jeden ważny cytat z tego artykułu: „Literatura, włączając się w społeczną komunikację, powinna utrudniać nam to, co uważamy za łatwe i oczywiste, czyli uznawanie, że tylko nasze poglądy są słuszne (…), ale powinna też ułatwiać to, co trudne, czyli pokazywać, że pomiędzy agresją i obojętnością istnieje nieprzebrana mnogość stanów porozumienia.”

Ze starszych numerów czasopism warto wrócić też do czerwcowej „Kursywy” (3/2005), majowego „Dialogu” (5/2005), „Portretu” z początku roku (1/2005), drugiego numeru dwumiesięcznika „Pogranicza” (2/2005), łączonego „Tygla Kultury” (1-3/2005). W wydanej starannie i bogatej graficznie „Kursywie” (3/2005) trzeba przeczytać fragment dobrej prozy: Okno Jacka Durskiego. Jest to fragment powieści w krzywym zwierciadle, z objawami obłędu, pokazujący sytuację wywłaszczonych panów zaraz po wojnie, czekających na Andersa na białym koniu. Ciekawa jest też płyta dołączona do „Kursywy”. „Scrafitto” to projekt multimedialny, połączenie filmu i poezji (więziennej?, grypsery?).

W „Dialogu” (5/2005) zwraca uwagę kilka tekstów. Beata Guczalska pisze o współczesnej modzie na Szekspira, szczególnie „Makbeta” i to głównie w wydaniu pop („Shakespeare, na jakiego nas stać”). Wieś zaciszna natomiast to niezły scenariusz filmowy Aleksandry Domańskiej o najeździe miastowych na wieś zaciszną. Wieś zaciszna to także nadtytuł w bloku tekstów, w którym oprócz scenariusza wart uwagi jest „Chłop w stringach albo ludowość dzisiaj” Waldemara Kuligowskiego. Oczywiście, chodzi o popularne stringi koniakowskie. Tylko jeden pyszny fragment tekstu, ale nie o stringach. „Nieodłącznie kojarzące się nam z góralszczyzną kierpce też mają swoistą historię. Bardzo długo górale nie chcieli pojawiać się w nich na scenach, ponieważ to proste, skórzane obuwie było noszone przez najemnych pasterzy, czyli ewidentną biedotę. Miało ono dla pasterzy i tę niezaprzeczalną zaletę, że w okresach głodu można było kierpce wrzucić do wrzątku, rozmiękłą w ten sposób skórę żuć i jakoś oszukiwać pusty żołądek. A bose stopy ogrzewać w świeżym kale zwierzęcym. Górale zatrudniani w nowo powstających zespołach nie rozumieli, dlaczego namawia się ich do kierpców, których nie chcieli, woleli bowiem nosić buty droższe, z cholewami, takie jak w miastach.” No i jak tu dziwić się oryginalnie ludowym stringom z koniakowskiej koronki.


Wspomniany numer „Portretu” (1/2005) nie zachęca do lektury głównie z powodów edytorskich, choć właśnie powinien. Ale po kolei. Nietypowym i interesującym pomysłem jest wsadzenie do środka czasopisma książki z odrębną okładką. Za to plus. Znaczeniu, nie tylko edytorskim, tego zabiegu poświęcony jest artykuł wstępny. Natomiast nie do zniesienia jest czytanie „posypanego” tekstu w krzywych szpaltach. To znaczy: szpalty są celowo krzywe i byłby to dobry zabieg, podkreślający odrębność książki i czasopisma, choć dwa są w jednym (czasopismo ma łamanie dwuszpaltowe a szpalty „krzywe”, książka – jednoszpaltowe i „proste”), gdyby nie to, że tekst w krzywych szpaltach się zlewa, brakuje odstępów, a całość najeżona jest kompromitującymi literówkami. Powoduje to u czytelnika już to bolesne oczopląsy, już – nerwowe drzemki, wzmacniane niejednokrotnie przez jakość tekstów.

Włożenie do środka „Portretu” książki „Dłużyzny” Tomasza Białkowskiego z własną okładką (powtarzającą – w innych kolorach – zdjęcie z okładki czasopisma) jest próbą wzięcia udziału w popularnej na rynku mediów grze: gazeta z książką. „Można by w tym miejscu powiedzieć, że to dobrze – przecież dzięki uczynieniu z książki dodatku, ktoś tę książkę przeczyta. Dyskusyjnym jednak pozostaje fakt upupienia w ten sposób owej literatury (chodzi w tym miejscu oczywiście o poezję czy prozę, a mniej o taśmowo produkowane harlequiny)” – używając nieco nieporadnej polszczyzny (może to z nadmiaru emocji), przejmuje się Bernadetta Darska w artykule wstępnym („Jeszcze książka czy już tylko dwa w jednym?”). Wprawdzie dołączanie przez „Gazetę Wyborczą” wybitnych dzieł literatury pięknej może mieć coś ze szczytnej akcji krzewienia czytelnictwa, jednak trudno nie zauważyć, że książka staje się kolejnym gadżetem. Jeśli do tego jest pierwszą, więc darmową, częścią jakiejś serii, pojawia się pasja łowców promocji, którzy nie mogą przepuścić okazji, zadowalając się w efekcie pierwszym tomem wielotomowej encyklopedii. Taki czytelnik na pewno nie wpadnie na pomysł, aby podejrzliwej lekturze poddać jakiekolwiek hasło na literę „a” (jeśli już w ogóle zada sobie trud przekartkowania tej książki). Taki czytelnik nie pomyśli nawet, że do czegoś mogłyby przydać się mu kolejne tomy. Z oczywistych względów nie piszę tu o tych, którzy po prostu kupują tę encyklopedię, tom po tomie, korzystając z promocyjnej ceny zaproponowanej przez gazetę. Darska w nieco denerwujący sposób przecenia misję gazet, chcących promować czytelnictwo pod strzechami rodaków, na marginesie tylko zauważając, że gazeta z książką (za którą i tak trzeba ekstra zapłacić, ale mniej niż w księgarni) jest cenniejsza. Gdyby tylko zadała sobie trochę trudu poszperania w analizach rynku prasy i rynku księgarskiego, znalazłaby artykuły obnażające tę misję. Są to dobrze zaplanowane akcje marketingowe, zwiększające sprzedaż gazet oraz czasopism i pozwalające – w wielu przypadkach – na zarobienie na samych książkach. Fachowcy od promocji zastąpili kolorowe klapki i majtki książkami bynajmniej nie z miłości do tych ostatnich. Nie zmienia to oczywiście faktu, że wolę kupić gazetę z książką czy filmem (najchętniej samą, co zdaniem Darskiej jest coraz rzadziej możliwe) niż z zestawem szminek niezbędnych w pracy i podróży. Wróćmy do wstępniaka, zachowując, niestety, pisownię oryginału: „Czy współczesny świat ma do zaoferowania czytelnikowi czytanie wartościowe same w sobie, które nie musi swej ceny opierać na byciu bonusem? (…) Czy interesuje nas jeszcze gazeta albo książka same w sobie, jako coś do czytania, jako literatura? Najnowszy numer „Portretu”, któremu towarzyszy wiodące hasło ZDERZENIA, próbuje odpowiedzieć na to pytanie twierdząco, ale i przewrotnie. Zderzając książkę Tomasza Białkowskiego „Dłużyzny” z numerem pisma zacieramy granice pomiędzy książką a pismem. To jest książka. To jest pismo. Żadne z nich nie jest wobec drugiego czymś lepszym, żadne nie jest bonusem albo produktem głównym.” Ręce na okładkach czasopisma i schowanej w nim książki nawiązują do treści książki i oryginalnej teorii głoszonej przez jednego z jej bohaterów (przez podawanie ręki wielu ludziom, podaje się ją wszystkim na świecie, np. podałem rękę księdzu, on podał ją kiedyś papieżowi ergo podałem rękę papieżowi). Darska pisze też o przyjaznej ręce, wyciąganej do nas przez promocje, reklamy, nowe produkty, nowe telenowele. Przyjęcie takiej ręki może skończyć się uwiązaniem, może sprowadzić nas do roli towaru.

Ubawić się można nieco, czytając zamieszczony też w tym numerze „Portretu” tekst Sebastiana Żurowskiego „Popcornowcy”. Dotyczy on wkurzających zachowań ludzi, którzy przyszli do kina, ale nie zawsze na film. Artykuł jest w zasadzie wyborem, skomentowanych przez autora, odpowiedzi na zadane przez niego na forum internetowym tendencyjne pytanie: „Z jaką najbardziej kretyńską sytuacją z udziałem jakiegoś ćwierćinteligenta spotkaliście się w kinie?” Opisane sytuacje są zaskakujące, zabawne, ale tylko podczas lektury. Nie bawią podczas seansu, gdy pół widowni siorbie, mlaszcze, rozmawia, rechocze, telefonuje i przemieszcza się po wciąż nowe porcje popcornu.

„Portret”, pod tytułem „Spisek”, zamieszcza fragment powieści Alana Sasinowskiego Sukces. Niby też lżejsza muza, ale bardziej niż śmieszno robi się straszno. Fragment wyjaśni: „Na mojej dzielnicy biją. Biją z pasją. (…) Nie ma wyjątków – oprócz tego, który potwierdza regułę. Dzieci do lat dziewięciu. Nawet najbardziej niebezpieczne zbiry nie ośmielą się skrzywdzić dziecka ani jego opiekunów. Dzięki tej niepisanej zasadzie da się tu jakoś żyć. Trzeba tylko wejść w komitywę z którymś z młodych małżeństw, ze świeżo upieczonymi rodzicami, i wypożyczać od nich dzieci (…). Wyrywamy sobie wózki z rąk, żeby tylko móc spokojnie pozałatwiać pilne sprawy. A młode małżeństwa rosną w siłę – obdarowywane (…) czekoladami, kwiatami, drobnymi sumami pieniędzy, sporymi sumami pieniędzy, a nawet meblami i sprzętem elektronicznym.”

Potrójny numer „Tygla Kultury” (1-3/2005) jest co najmniej podwójnie szczególny: jest to numer setny i uświęca dziesięciolecie istnienia pisma, które ukazuje się w łodzi. W pierwszej części numeru zamieszczone są przedruki artykułów archiwalnych z różnych lat. Polecam jednak rzecz niedrukowaną wcześniej, acz nawiązującą do numerów sprzed lat. Dwie pierwsze części „Wspomnień Józefa Lejtesa” ukazały się w numerach 17 i 27. Dopiero teraz redakcja wraca do trzeciej i ostatniej części wspomnień ze zbiorów i w opracowaniu Jacka Cybusza. Polski kinoman może kojarzyć Lejtesa z „Dziewczętami z Nowolipek” i „Granicą” (emitowanymi wielokrotnie przez telewizję) oraz z serialem Bonanza, którego ten reżyser był współtwórcą. Lejtes we wspomnieniach pisze o pracy dla wielkich studiów filmowych w Hollywood, o filmach kręconych we współpracy z organizacjami żydowskimi, o próbach nakręcenia filmu o Korczaku. Ciekawe.

Robert Kozela


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas