poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura [Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)]

Anna Kula („Odra” nr 6) jako przykład osobliwych poglądów, które w okresie socrealizmu były wcielane w życie, przytacza zdanie J.N. Millera: »Czy na przykład „Nie-Boska Komedia” Krasińskiego lub „Irydion” muszą się w naszych czasach koniecznie tak samo kończyć jak w oczach ich autora?« Otóż: 1) Miller nie uważał się nigdy i nie był uważany za przedstawiciela socrealizmu; 2) pogląd ten wygłosił w „Teatrze” w r. 1946, gdy jeszcze socrealizmu nie zaczęto w Polsce narzucać; 3) w okresie socrealizmu nie wystawiano ani „Nie-Boskiej”, ani „Irydiona”, więc go nie wcielano w życie.

Władysław Bartoszewski („Duży Format” nr 24) stanowczo twierdzi, że Zofia Kossak „nigdy nie była antysemitką”. Antysemityzm można różnie definiować, ale trudno znaleźć definicję, która pozostawiałaby poza jego granicami takie wypowiedzi jak: „Żydzi są nam tak straszliwie obcy, obcy i niemili, bo są innej rasy. Drażnią nas i rażą wszystkie ich cechy”, „są dla nas istotnym i strasznym niebezpieczeństwem. Obsiedli nas jak jemioła próchniejące drzewo” („Nie istnieje sytuacja bez wyjścia”, „Kultura” 1936, nr 10), „byli przyczyną, motorem trzech czwartych wojen toczonych w Europie przez poszczególne narody, lecz ślady swych wpływów zacierali najstaranniej. (…) Tchórzostwo żydowskie stało się przysłowiowe. Zatracili godność ludzką” („Wokół płonącego getta…”, „Prawda Młodych” z kwietnia-maja 1943). Takie, niestety, były przekonania Zofii Kossak. Nie umniejsza to oczywiście, a nawet nakazuje jeszcze bardziej podziwiać, poświęcenie, z jakim uczestniczyła w czasie wojny w akcji ratowania Żydów.

Ewa M. Thompson („Europa” nr 26) oburza się na Polaków, że przyjęli narzucone językowi polskiemu gwałtem słowo „radziecki”. Zdzisław Najder (tamże) replikuje, że słowo to było w obiegu w latach 30. XX w. Oboje nie mają racji. Wyraz „radziecki” w znaczeniu: „odnoszący się do rady miejskiej” używany był już w XV w., ale w nazwie państwa stosowany był w latach 30. XX w. tylko w polskojęzycznych wydawnictwach na terenie ZSRR.

W „Tygodniku Powszechnym” (nr 26) czytamy: „Szczególnie utalentowanym rozmówcą (…) okazuje się być Piotr Kłoczowski” (Andrzej Dobosz); „staruszkowie (…) okazują się być bezwzględnymi narzędziami ślepego losu”. Jak widać, konstrukcja „okazuje się być” – okazuje się rozpowszechnioną. A tymczasem – jest to błąd składniowy: „być” jest tu niepotrzebne.

Myli się Katarzyna Grochola („Przegląd” nr 26), przypisując św. Franciszkowi z Asyżu znaną modlitwę (niedokładnie tu zresztą przytoczoną) „Boże daj mi siłę, żebym mógł zmienić to, co zmienić mogę” itd. Autorem jej był niemiecki teolog z XVIII w. Friedrich Christoph Oetinger.

Myli się Jan Turnau („Gazeta Wyborcza” nr 148), przypisując ks. Józefowi Tischnerowi formułę ‘homo sovieticus’. Wprowadził ją w tytule swej książki z r. 1982 rosyjski dysydent Aleksandr Zinowjew, biorąc, podobno, z radzieckiego podręcznika łaciny.

Myli się prof. Piotr Sztompka („Kraków” nr 6/7), przypisując G.B. Shawowi zdanie, w którym mowa o „90 procentach potu i 10 procentach natchnienia”. Za autora tej definicji genialności uchodzi powszechnie Edison.

Ukazała się cenna książka Magdaleny Bajer „Blizny po ukąszeniu – rozmowy z uczonymi o przeszłości partyjnej”. Pamięć ich jednak niekiedy zawodzi. Nieżyjąca już Elżbieta Grabska opowiada, że w czasie studiów interesowały ją osiemnastowieczne utopie społeczne i „na egzaminie u Schaffa, który pozwalał sobie wybrać lekturę i z tego zdawać, mówiłam o Labrioli” (s. 35). Tymczasem Antonio Labriola żył w latach 1843-1904 i nie był utopistą. Nieżyjący także Kazimierz Urbanik twierdzi, że mieszkał w Krzemieńcu niedaleko dworku, „gdzie mieszkali państwo Becú” (s. 259). Tymczasem August Becú i Salomea 1° Słowacka, jako jego żona, nie mieszkali w Krzemieńcu. Włodzimierz Wesołowski wspomina, że ok. r. 1954 zrezygnował z pisania pracy o Brzozowskim, bo „właśnie Roman Werfel opublikował artykuł o Brzozowskim oskarżając go o przeinaczenia teorii Marksa i powiązania agenturalne z rosyjską Ochraną” (s. 280). Tymczasem – bibliografia nie odnotowuje żadnego artykułu Werfla o Brzozowskim; spośród marksistów pisali o nim krytycznie Paweł Hoffman (1947), Adam Schaff (1950), Andrzej Stawar (1961). Magdalena Bajer powiada: „Pamiętam bardzo marksistowski podręcznik Mayenowej, z którego uczyłam się na polonistyce” (s. 59). Tymczasem „Poetyka opisowa” Mayenowej zawdzięczała wiele pracom rosyjskich formalistów (przede wszystkim „Teorii literatury” Tomaszewskiego), nie ma w niej natomiast nawet śladów marksizmu.

Okropnie bojowe towarzystwo pisuje do „Przekroju”. W nr 30. Kazimierz Kutz bierze do galopu czytelników: „Pozwólcie Orianie Fallaci wyheblować swoje sparciałe umysły!” Łukasz Drewniak odgraża się: „Dam w zęby każdemu, kto spróbuje używać tego przedstawienia [gdańskiego „Wesela”] jako argument przeciwko teatrowi i dyrekcji”. Małgorzata Sadowska wzdycha: „Osobiście uważam, że ktoś powinien mu [reżyserowi Bressonowi] przylać!” Donald Tusk zapewnia, że „lubi walkę”. Na razie Tusk jednak walczy z gramatyką („nie wymiękam”, „ubiorę bryczesy, mundur”).

Katarzyna Zwiercan („Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” LIII 2003 [ale teraz dopiero wydany], s. 169) pisze, że językoznawca Kazimierz Nitsch był „porównywany często do Pigmaliona, bohatera Bernarda Shawa”. Pigmalion nie występuje w żadnej sztuce Shawa, nadał on tylko taki metaforyczny tytuł swej komedii, bo jej bohater Higgins z londyńskiej kwiaciarki uczynił wytworną damę, podobnie jak mityczny Pigmalion ożywił utworzony przez siebie posąg kobiety. Nitscha jednak porównywano z Higginsem z innego powodu – bohater Shawa znakomicie rozpoznaje pochodzenie każdej osoby na podstawie jej sposobu mówienia.

Ukazał się tom IV „Dziennika wypadków” (lata 1967-1972) Karola Estreichera. Mniej tu już błędów w nazwiskach i cytatach obcojęzycznych niż w tomach poprzednich, o których „Camera” w swoim czasie pisała, ale np. w tekście i indeksie pojawia się niejaki Kendorf Ben, szef policji Mikołaja I, co dowodzi, że wydawcy nigdy nie spotkali się z nazwiskiem Benkendorf. Błędów takich można by uniknąć, gdyby amatorscy wydawcy „Dzienników” zasięgali konsultacji jakiegoś fachowca. Ale kuriozalny charakter ma przede wszystkim część książki obejmująca „Dokumenty remontu – dewastacji willi prof. Estreichera na Woli Justowskiej” i korespondencję w tej sprawie prowadzoną z różnymi instytucjami i prasą przez prezesa Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych Zbigniewa Kazimierza Witka. Dokumentacja ta zajmuje przeszło 100 stron, wydrukowana została na kredowym papierze, z ilustracjami po części kolorowymi (m.in. „Paczka przesłana przez ZRZZR do TPSP rzekomo zawierająca dokumenty. Prześwietlenie na lotnisku w Balicach ujawniło prawdziwą zawartość paczki”). Parafiańszczyzna!

Nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego (!) ukazały się „Dzienniki 1835-1836” Juliana Ursyna Niemcewicza, które „do druku przygotowała i przypisami opatrzyła” Izabella Rusinowa. Pamiętnikarz sypie nazwiskami polskimi i francuskimi, których znacznej części nie można znaleźć w encyklopediach czy słownikach biograficznych, stąd o pomyłki nietrudno; może dlatego książka ukazała się bez indeksu nazwisk, co w edycji tego rodzaju jest jednak wołającym o pomstę do nieba zaniedbaniem. Gorzej, że p. Rusinowa nie potrafiła poprawnie odczytać wcale licznych przytoczeń łacińskich i francuskich. Np.: „Vena sine viribusera” (s. 55) pojawiło się zamiast „Vana sine viribus ira” („Próżny jest bezsilny gniew”); „sacra clovi feroces” (s. 113) i „sacra auri fauces” (s. 554) zamiast „sacra auri fames” („przeklęta żądza złota”); „barbarus ego sum qui non milelligorelbis” (s. 287) zamiast „Barbarus ego sum, qui non intelligor ulli” („jestem tu barbarzyńcą, którego nikt nie rozumie”). Jeżeli przy „milelligorelbis” ręka p. Rusinowej nie zadrżała, to znaczy, że o łacinie nie ma zielonego pojęcia. Nie lepiej jest ze zwrotami francuskimi, nawet najprostszymi. Czytamy więc, że ks. Lacordaire rozróżnia „ La Constitude” i „Infubilite”, pewność i nieomylność (s.75) – powinno być oczywiście „certitude” i „infaillibité”. Tytuł słynnej książki Alfreda de Vigny (przypisanej zresztą przez Niemcewicza mylnie Kazimierzowi Delavigne) „Servitude et grandeur militaires” brzmi tutaj „Servitude grandous militaire” (s. 213). Oczywiste „Sous me trouverez à la Maison, trute la journée” zmienia się w „Sous me traverez à la maison, toute pournee” (s. 185). Niemniej oczywiste „Sous pourrez retablir l’equilibre européen si necessaire” – w „Sous pourez retablier l’equibre european si nessaire” (s. 234). Liczbę przykładów można by wielokrotnie pomnożyć, ale szkoda na to miejsca. Jako recenzenci publikacji figurują profesorowie historii Sławomir Kalembka i Janusz Szczepański.

Kinga Perka, Patrycja Fiodorow i Stanisław Bereś, publikując w „Plusie-Minusie” (nr 200) odtworzony z magnetofonu wywiad z Tymoteuszem Karpowiczem z roku 2000, przypisali mu powołanie się na autorytet filozofa, nazwiskiem Jean Baptiste Avicot. Nie szukali go zapewne w encyklopediach, a jeśli szukali, to nie znaleźli, ale jak widać, tym się nie przejęli. Zagadkę pomaga rozwiązać przytoczony tytuł jego dzieła: „La scientia (powinno być: „scienza”) nova” (powinno być: „nuova”). Filozof ten to po prostu Giambattista Vico, którego widać Karpowicz czytał w przekładzie francuskim. W tymże wywiadzie pytający przypominają słowa o sadzeniu jabłek przed końcem świata jako wypowiedź Marcina Lutra. W rzeczywistości – zaczęto je przypisywać Lutrowi dopiero po II wojnie światowej – nikt ich w tekstach Lutra nie znalazł.

Mieczysław Rakowski („Plus-Minus” z 17 sierpnia) powołuje się na wiersz Heinricha Heinego „O, Goot, wie Gross ist dein Tiergarten!” („O Boże, jaka wielka jest Twoja menażeria!”). Ale Heine wiersza takiego nie napisał, to tylko stare berlińskie powiedzenie, Heinemu niekiedy przypisywane, ale bez żadnych dowodów.

Krystyna Janda w nowym zbiorze swoich blogów (WWW.małpa2.pl, s. 308), pisząc o swych odwiedzinach w domu Marii Kuncewiczowej, dwukrotnie nazywa ją „panią Zofią”. Cóż, każdemu zdarzają się takie pomyłki. Dziwne tylko, że nikt z licznych czytelników tych blogów nie zwrócił na to uwagi.

Najwyraźniej pamięć zawodzi Jarosława Marka Rymkiewicza, gdy w wywiadzie „Poza kanon romantyczny” („Europa”, dodatek do „Faktu”, nr 31) twierdzi, że kanon literatury polskiej i światowej popularyzowany w latach 50. przez masowe serie partyjnej prasy to była „wielka kupa śmieci” socrealistycznych, w której niekiedy tylko błyskały „brylanty” klasyków rosyjskich. W seriach tych ukazywały się przecież także utwory Kraszewskiego, Orzeszkowej, Prusa, Sienkiewicza, Żeromskiego, Balzaka, Dickensa, Zoli. Ówczesny kanon literatury tworzyły także tanie serie lektur szkolnych, w których wydawano utwory Kochanowskiego, Krasickiego, Fredry, Mickiewicza, Słowackiego, a także – wbrew temu, co twierdzi Rymkiewicz – „Nie-Boską Komedię”, która była nawet wtedy licealną lekturą obowiązkową. Żeby nie było niejasności: kamerzysta nie broni polityki wydawniczej PRL-u, uważa jednak, że nie należy o niej opowiadać bajek. (hm)


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas