poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOANNA PREIZNER
Przypadki prowincjonalnego komornika
Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)

„Komornik” reżyseria: Feliks Falk, scenariusz: Grzegorz Łoszewski, zdjęcia: Bartłomiej Prokopowicz, muzyka: Bartłomiej Gliniak, scenografia: Anna Wunderlich, Premiera – 7 października 2005 r. Obsada: Lucek: Andrzej Chyra, Anna: Małgorzata Kożuchowska, Gosia: Kinga Preis.



Ogromnej większości naszego społeczeństwa kompletnie obce są środowiska pokazane w „Komorniku”, najnowszym filmie Feliksa Falka. Ludzie pracujący w wałbrzyskich biedaszybach i ich zaniedbane, zrozpaczone rodziny oraz bajecznie bogaci, uważani za skorumpowanych komornicy, dla których dłużnicy rozmaitego autoramentu są żyłą złota – to świat znany najczęściej jedynie z prasowych i telewizyjnych reportaży. To tylko jeden z licznych powodów, dla których „Komornika” ogląda się trochę jak bajkę o żelaznym wilku, z coraz większym, w miarę upływu czasu, zdumieniem. To kino mocno różniące się od tego, do czego przyzwyczaił nas Falk. Kino zadziwiająco powierzchowne, płytkie – i wbrew podejmowanym, a mocno przecież dramatycznym tematom, zbyt baśniowe, by mogło być wiarygodne.

W sportretowanym przez Falka prawniczym (pół)światku mocno wyróżnia się Lucjan Bohme – komornik nie tylko bezwględny, ale i bezwględnie uczciwy. Obie te cechy nie przysparzają mu sympatii – żelazna konsekwencja w ściganiu mniej lub bardziej zadłużonych ludzi sprowadza na niego gniew połowy miasta, a nieskazitelna uczciwość – chęć zemsty ze strony nieco mniej kryształowych kolegów, którzy czują się zagrożeni działaniami młodego i dynamicznego Lucka. Prawo dla mężczyzny jest bogiem, ostateczną wyrocznią – Bohme cały świat zdaje się podporządkowywać odpowiednim paragrafom, długo będąc przekonanym, że to uleczy jego fobie i załatwi problemy. Z dłużnikami prowadzi przewrotną grę. Żadna z przeprowadzonych przez niego egzekucji nie jest modelowa, żadna nie mogłaby też znaleźć się w podręczniku dla skutecznych komorników, gdyby ktoś odważył się kiedyś wydać takowy. Dłużnik – to jak figurka na szachownicy, zwierzątko, które można wytresować, coś (raczej nie ktoś) jak numer w prawniczym rejestrze. Egzekucje długów Lucek traktuje jak rodzaj zabawy, niesamowity happening, przedziwny i niepowtarzalny spektakl. To zresztą zdecydowanie najmocniejsze sceny filmu – niesamowicie zwarte konstrukcyjnie, doskonale pomyślane, ilustrowane perfekcyjnie dobraną muzyką i idealnie zmontowane. Stanowią szereg krótkich, ale błyskotliwych epizodów, które mogłyby właściwie funkcjonować jako samodzielne etiudy. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że pozostały materiał składający się na „Komornika” to tylko mniej lub bardziej udane wypełnienie, niezbędny (?) łącznik dla uzasadnienia końcowej przemiany bohatera. Dokonuje się ona jednak zbyt nagle, zbyt szybko i zbyt drastycznie, by mogła być prawdziwa. Cały system wartości, który Lucek bardzo precyzyjnie buduje przez lata, zawala się właściwie w ciągu jednej chwili. Jedna z jego „ofiar” wiesza się w budynku sądu (jak, na litość boską, można powiesić się na balustradzie schodów w budynku, po którym kręcą się setki petentów, dziesiątki policjantów i urzędników?!). Samobójstwo jest niewątpliwie zdarzeniem wstrząsającym, ale trudno uwierzyć w natychmiastowe przyjęcie za tę tragedię odpowiedzialności przez człowieka, który w swojej pracy musiał spotkać się z wieloma równie dramatycznymi sytuacjami. Niezrozumiałe są także próby wybielenia chłopaka, który decyduje się na ten desperacki krok, anulowanie win tylko dlatego, że pragnąc uciec od konsekwencji swojego postępowania, wybrał ostateczność. Chłopak nie zgłosił śmierci babci, pochował ją w polu i posługując się jej dokumentami brał na kredyt różne sprzęty – a potem starał się wszelkimi sposobami wymigać od odpowiedzialności. W tej sytuacji nieuchronnie nasuwa się pytanie, czy w takim razie Lucek powinien odstąpić od podjęcia postępowania, obawiając się, aby dręczone wyrzutami sumienia chłopię (a niewątpliwie znacznie większym niż wyrzutami sumienia strachem przed więzieniem) nie zrobiło sobie krzywdy? Co w takim razie z wierzycielami, co z tysiącami przypadków, w których ludzie z powodu nieuczciwych dłużników tracą firmy, majątki, a czasem dobra zupełnie podstawowe? Na pewno trudno zaakceptować rozpoczynającą film scenę egzekucji sądowej wykonywanej na oddziale intensywnej terapii miejscowego szpitala, obrzydzenie budzi szarpanina z kilkuletnią dziewczynką, której Bohme za długi zaciągnięte przez rodziców chce odebrać ukochany instrument. W pozostałych jednak przypadkach trudno nie stać po stronie Bohme’go, który reprezentuje prawo i po prostu skutecznie i stanowczo je egzekwuje…

Trudno właściwie odkryć, co jest tematem tego nierównego filmu. Portret ludzi, którzy nie poradzili sobie z przemianami? Portret ludzi, którzy nie dość, że poradzili sobie z przemianami, to jeszcze wyszli na tym najlepiej, jak tylko można? Ilustracja poglądu, że każda hiena pod wpływem odpowiedniego wstrząsu jest w stanie zmienić się w Matkę Teresę? Pejzaże zimowego Wałbrzycha – nota bene bardzo interesujące dzięki świetnym zdjęciom Bartosza Prokopowicza? A może „Komornik” to tylko pretekst do pokazania kolosalnych możliwości aktorskich (duże brawa) Andrzeja Chyry w roli tytułowej? Stanowczo zbyt wiele pytań, jak na film, po którym tak wiele się spodziewano. I zbyt wiele chaotycznych, czasem zanadto sztampowych rozwiązań, zbyt wiele niekonsekwencji zaskakujących w przypadku reżysera tej miary. Sam Falk tłumaczy swoje dzieło w sposób, który przywodzi na myśl wypowiedzi nieudanych debiutantów – okrągły, nieco banalny, niekonkretny. „W filmie starałem się powiedzieć, że przemiany ustrojowe w Polsce nie zlikwidowały automatycznie konfliktów społecznych, biedy, niesprawiedliwości, nie zlikwidowały wad ludzkich jak zawiść, bezwględność, pazerność czy dążenie do kariery za wszelką cenę. Może nawet bardziej je wyeksponowały. (…) Nie chodzi mi jednak o to, żeby epatować nędzą i słabościami natury ludzkiej, ale żeby pokazać, że w tym świecie biedy i zła istnieje również miejsce na odrobinę dobra”. Problem polega na tym, że wszystko to jest dla obywatela współczesnej Polski dość oczywiste, a ubieranie oczywistości w formę dość jednak nużącą i momentami mocno banalną, po prostu nudzi. Gdyby sztandarowy reżyser kina moralnego niepokoju zdecydował się na podjęcie podobnej tematyki kilkanaście, może dziesięć lat temu, gdyby wówczas próbował pokazać skutki zmiany ustroju i systemu, zrobiony przez niego film mógłby stać się objawieniem. Tam jednak, gdzie zabrakło Falka, pojawił się Pasikowski i to on w jakiś sposób wyznaczył standardy mówienia o przemianach… Smutne to, i przykre. W tej sytuacji dziwi nieco werdykt jury tegorocznego gdyńskiego festiwalu, na którym film Falka zdobył główne laury. Decyzja komisji działającej pod auspicjami Ministerstwa Kultury, delegująca „Komornika” do Los Angeles jako polskiego kandydata do Oskara, również jest co najmniej dyskusyjna.

Joanna Preizner


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas