poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
IGA NOSZCZYK
Leżąc nago w jamie po trupie
Attila Bartis, „Spokój”, przeł. A. Górecka, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005.
Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)


„W pociągu nie umiem ani czytać, ani pisać, umykający za oknem krajobraz na zawsze zakłóca wrażenia z lektury. Nawet widok najbardziej mizernego lasu przynosi ujmę na honorze najwspanialszemu opisowi przyrody, o czym wspominam tylko dlatego, że na przykład ludzie zupełnie mi nie przeszkadzają. Potrafię czytać na schodach ruchomych, na przystanku tramwajowym albo w knajpie, a rozmowa przy sąsiednim stoliku jeszcze nigdy nie zaszkodziła monologowi starca Zosimy ani Marmieładowa, wręcz się uzupełniały. To naprawdę ciekawe słuchać sprzeczki wywołanej emocjami finału pucharu i jednocześnie przewracać strony >>Krytyki czystego rozumu<<. Tylko krajobraz przeszkadza, co nie jest bynajmniej dobrodziejstwem”. Ja potrafię i – co więcej – bardzo lubię czytać w pociągach, krajobrazy zupełnie mi nie przeszkadzają; być może, polskie widoki są inne od węgierskich, być może to sprawa odmiennej wrażliwości, innych parametrów zmysłów. Powieści Bartisa jednak nie czytałam w pociągu, lecz przy oknie wychodzącym na jesienne planty… co też ma swoje znaczenie. Bo jesień w tym roku zimna, szara, brzydka, a Spokój tylko pozornie spokojny, a w rzeczywistości rozgrywający się cały w napięciu między doświadczeniem a jego sublimacją, między tym, co widziane i przeżywane a tym, jak to opisano. Zacytowany przed chwilą fragment jeszcze raz potwierdził to, co w lekturze dla mnie bardzo ważne, wyraźnie wskazując na istotność życiowego kontekstu, na to, jak bardzo literatura potrafi się zaplątać życiem i w życie.

Książka Bartisa to powieść do głębi psychoanalityczna; i to nie tylko dlatego (co więcej: nie przede wszystkim dlatego), że bohaterem jest pisarz, związany bardzo skomplikowaną seksualno-resentymentalno-niełatwą relacją ze swoją matką. Przeczytanie „Spokoju” jako sublimacji kompleksów węgierskiego Edypa to tylko najbardziej powierzchowny i banalny etap tego specyficznego psychoanalitycznego seansu lekturowego. Bartis, mówiąc, że „komory serca są dużo wrażliwsze od łechtaczki”, nie tylko wdzięcznie wpisuje się w wyraźnie patriarchalny model psychoanalityczny (w Spokoju w zasadzie tylko jego główny bohater – nomen omen mężczyzna i pisarz – jest w stanie dokonać sublimacji czegokolwiek, zaś wszystkie bohaterki pragnienia seksualne zdolne są spełniać jedynie jako takie, idealnie wprost potwierdzając Freudowską tezę o całkowitej seksualizacji kobiety), ale pokazuje też, jak prawdziwie i dramatycznie seksualność pęta każdego z nas. I znów, nie wolno Bartisa (jak niegdyś Freuda) oskarżać o panseksualizm, bo to wcale nie takie prost(acki)e, jak się może wydawać czytelnikom o zacięciu racjonalistycznym i egoistycznym. I, jak mówi do bohatera jego kochanka – Eszter: „nie potrzeba mylić wulgarności ze szczerością”. Nie wiem, czy to błąd tłumaczki, czy dwuznaczność była zamierzona. Wiele osób potraktuje tę powieść na pewno jako wulgarną; moim jednak zdaniem jest ona do głębi szczera, tak szczera, jak tylko szczera być może spowiedź psychoanalityczna p i s a r z a, więc – z konieczności – spowiedź udramatyzowana i przybrana w literackie efekty. Ale ponieważ każda opowieść jest narracją, a nagie fakty nie istnieją, być może tym, co  najbardziej powinno nas zainteresować, jest właśnie ów moment naddany, to pisarskie przybranie głęboko traumatycznych doświadczeń, przygód seksu i emocji. Nieprzypadkowo mówię tu o spowiedzi, bo jak inaczej nazwać talking cure odbywającą się na kozetce gabinetu psychoanalitycznego i jak inaczej potraktować głęboko emocjonalne i osobiste pisanie. W otwartej rozmowie z wiejskim proboszczem bohater-pisarz mówi: „Postaram się przestać mylić spowiedź z transakcją”, na co ksiądz, w całej swej szczerości wobec meandrów życia nie-świętego, odpowiada: „Wcześniej czy później uzna pan, że nie ma znów tak wielkiej różnicy między spowiedzią a pisaniem.” Paradoksalnie, jedyną postacią powieści, która wydaje się nie rozumieć całych trudności związanych z psychoanalityczną przemianą doświadczenia w literaturę, jest psychiatra, stwierdzający chłodno i, jak sądzę, ironicznie: „No to niech pan napisze dobrą książkę. Niech pan sublimuje, uspokoi się pan i jeszcze panu zapłacą.” Takie to proste, takie to trudne.

Pisanie i życie splatają się w powieści Bartisa na każdym kroku, na każdej stronie „Spokoju”. Bohaterowie na wiele sposobów fabularyzują i spisują swoje życie, czyniąc je – tak czy inaczej rozumianą – literaturą. Matka przez ponad piętnaście lat pisze listy do córki, którą – po jej haniebnej ucieczce z komunistycznych Węgier – uznała za symbolicznie zmarłą: dokonała pogrzebu wszystkich pozostałych po niej rzeczy i wypisała dziesiątki fikcyjnych nekrologów. Ponieważ od tego czasu nie wychodzi z domu, listy ma wysyłać syn; nie robi jednak tego, wiedząc, że to bez sensu. Jednak na te niewysłane (i nieprzeczytane) listy odpisuje w imieniu siostry (bliźniacze rodzeństwo spotyka się w pisaniu: prawa, męska, ręka pisze powieści i nowele, lewa dłoń kreśli kobiece pocztówki od Judit) i potem odczytuje je matce. Gdy, po śmierci matki, otwiera listy do Judit, okazuje się, że są w nich tylko puste kartki. I tu następuje moment, który poruszył mnie najbardziej, który pokazał, jak wiele możliwości daje głęboka psychoanalityczna refleksja pisarzowi; pisarz-bohater wyjmuje czyste kartki z owych stu dwudziestu czterech kopert, zgromadzonych w ciągu piętnastu lat, motywując to w poruszający w swej prostocie sposób: „pomyślałem, że przydadzą mi się te kartki, jeśli wrócę do pisania, bo papier mi się kończy”. Skomplikowane relacje matczyno-synowsko-damsko-męskie nie tylko są psychologicznym motorem pisarstwa. Okazuje się, że śmierć matki (fizyczną, ale – także i przede wszystkim – symboliczną) można spożytkować na najbardziej brutalny w swej trywialności sposób: fizycznie wykorzystując czysty papier zgromadzony przez te piętnaście lat chorej sytuacji rodzinnej… i wykorzystując go nie na co innego, jak – właśnie – na pisanie.

W pewnym momencie bohater (ale chyba też sam Bartis) mówi: „przerażała mnie ta [moja] książka, bo wyobrażałem sobie coś w rodzaju jamy po trupie, z którą każdy już robi, co chce. Może się w niej położyć nagi, ale może też wypełnić ją najmarniejszym modelem gipsowym, i trudno się z tym pogodzić. Nie tak łatwo jest wypuścić na wolność jakieś zdanie”. Zdania „Spokoju”, wypuszczone na wolność, trafiły i do mnie. Można twierdzić, że potraktowanie ich metodologią psychoanalityczną oznacza wybór opcji drugiej, że to właśnie ów gipsowy model. Dla mnie jednak ten klucz otwiera ogromne możliwości przeżycia.

Iga Noszczyk


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas