poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
RADOSŁAW WIŚNIEWSKI
Walka Jakuba z Izajaszem aniołem
Jakub Winiarski, „Kronika Widzeń Złudnych”, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2004.
Dekada Literacka 2005, nr 5 (213)


1. Jakub Winiarski był kiedyś poetą, ale postanowił zostać prozaikiem. Takim zdaniem mogłaby się zaczynać jedna z powieści Tomasza Vermda, gdyby tylko istniał taki pisarz. Zdanie otwierające wydaje się być kluczowe dla zrozumienia meandrów metody pisarskiej Jakuba Winiarskiego, autora powieści „Kronika Widzeń Złudnych” wypunktowanej na czołowym miejscu ankiety pod hasłem „najlepsze książki roku 2004” organizowanej w ramach forum krytyki „literatorium.pl”. Ciekawy, acz marginalny jest fakt, że forum to skupiające m.in. tych samych krytyków, którzy w czerwcu 2004 roku rozstrzygali konkurs o Wielką i Małą Sowę w Krakowie, przyznając wówczas powieści Winiarskiego jedno z dwóch wyróżnień, poprzez ankietę odwróciło kolejność wówczas przyznanych honorów, stawiając ówczesnego zwycięzcę bliżej końca a windując właśnie „Kronikę Widzeń Złudnych”. Może to przypadek, a może coś za tym się kryje.

Wracam jednak do otwierającego zdania – o tym, że autor, który był poetą, postanowił zostać prozaikiem. Uznaję je za kluczowe nie dlatego, by interesowały mnie motywy, siły czyste lub nieczyste, które stały za aktem tego wyboru. Interesuje mnie element premedytacji tej wolty, pewnej racjonalności, kalkulacji jako metody twórczej w opozycji do aktu szaleństwa oraz – o ironio! – przygodności, której to motyw często powraca, niemal obsesyjnie, w składniowych łamańcach powieści Winiarskiego. Książka nosi podtytuł „pisma edukacyjne”, co zdaje się podkreślać jej pozornie nie-epicki, anty-przygodowy a raczej dydaktyczny charakter. W pewnym sensie czytając „Kronikę…” nawet średnio zorientowany czytelnik zrozumie, że Winiarski postanowił coś istotnego i bardzo sumiennie owe postanowienie wprowadził w życie, odrabiając pieczołowicie lekcję prozy współczesnej i klasycznej, w tym także lekcję krytyki i jej utyskiwań na brak dobrze napisanej polskiej powieści o sprawach istotnych a zarazem współczesnych. Są to więc nie tylko pisma edukacyjne dla czytelnika, ale też świadectwo autoedukacyjnych prac samego autora, zapis dobrze odrobionej pracy domowej. Widać to szczególnie gdy porówna się „Kronikę…” do debiutanckiej „Loqueli”, w której stylizacja i kryjąca się za potokiem słów – emfaza wyraźnie unosiła autora w sobie tylko znane rejony. Tylko autora, bo niekoniecznie czytelnika, który – bywało – że po setnej stronie miał już dosyć i szybko sprawdzał, czy skończyło się tak, jak się powinno skończyć, zaś w dwóch trzecich – książkę po prostu odkładał.

W drugiej powieści Winiarski posługuje się stylem lżejszym (chociaż jego zawiłości nadal budzą grozę poniektórych recenzentów). Słychać w tej prozie jednak znacznie więcej głosów niż w „Loqueli”, która z założenia miała być odczarowującą osobistą traumę prozaizowaną spowiedzią, katartycznym słowotokiem. „Kronika…” mieni się bogatszym tłem, trafia jej się też i tragikomiczne poczucie humoru – patrz rozdział XII „Intymne porady chińskich mistrzów...” Biegłość warsztatowa i szczęśliwe wyprowadzenie prozy z wnętrza głowy, jelit narratora zdecydowanie robi dobrze czytelnikowi. Zdania pozostają dogłębnie rozedrgane i rozegrane charakterologicznie, postaci są z grubsza wiarygodne psychologiocznie.

Z rozlicznych okoliczności ważnych dla omawianej książki – styl pozostaje najważniejszy, o ile bowiem konstrukcja fabularna jest zaledwie pretekstem (o czym niżej), o tyle styl jest właściwą sprężyną mechanizmu zegarowego „Kroniki…” Styl obsesyjny, perseweracyjny, skrzypiący licznymi powtórzeniami, jakby był trochę ulepiony z Bernhardta, innym razem z Pielewina (dialogi). Wadą jest jednak to, że wciąż wiele tam samego głównego Narratora i jego wewnętrznych zdarzeń, celebracji mentalnych, ceremonii intrapsychicznych. Szczególnie drażni to przy końcu, który jest jak wielokrotnie opóźniana coda utworu, trochę tak jakby Czajkowski zamiast trzech końcowych akordów w finale „Symfonii patetycznej” dał ich sto dwadzieścia osiem. Rozumiem zamiary pisarskie, ale w tym przypadku wdziera się chyba stara dobra znajoma z „Loqueli” – trauma i emfaza, upojenie tym że się pisze, pisze i pisze. Styl wznosi się tutaj na wyżyny, ale też z tych wyżyn prawie nic już nie komunikuje. Być może takie jest zamierzenie autorskie, by rozwiać wszystko w złudność, tak by książka, a nawet jej treść i zaskakujący finał, same w sobie okazały się widzeniem złudnym. Jeżeli tak, to można było ten efekt osiągnąć w mniejszej ilości zdań. Ulotność niekoniecznie znaczy rozciągłość, bo ta – lubi się przeradzać w rozwlekłość, szczególnie gdy wiadomo, że wszystkie kwestie powieści, jakie miały być wypowiedziane, zostały wypowiedziane.

2. Ale co miało być wypowiedziane i w jaki sposób się to odbywa? – mógłby zapytać zdezorientowany czytelnik. Z pozoru tylko w książce Winiarskiego cokolwiek się dzieje naprawdę, jakby na przekór zamierzeniom autora (por. rozmowę z autorem Joanny Mueller, „Studium” nr 2/2005), w istocie powieść ma charakter ikoniczny i to on zdaje się wychodzić na plan pierwszy. Z jednej strony czytelnik przesuwa się w czasie, lekturze, wędruje od jednego wydarzenia w kronice do innego – ale w gruncie rzeczy odsłania mu się coraz bardziej nieruchomiejący, niezmienny obraz z postaciami zastygłymi w tych samych pozach. Postaci dla Winiarskiego są bowiem zaledwie figurami pozującymi do namalowania Alegorii – to prawda złożonej z wielu osobowych elementów, ale jednak statycznej.

Z jednej strony w książce jest zapisana historia nieudanego małżeństwa Norberta Vermda – postać zbliżona do narratora głównego powieści – z egzaltowaną piewczynią New Age’owych mądrości Luizą, której głównym życiowym zajęciem, także w sensie merkantylnym jest jasnowidzenie. Ten wątek jest kołem zamachowym pozornej akcji, której finał jest zresztą z góry do przewidzenia wobec na pierwszy rzut oka widocznej drastycznej niezgodności charakterów, światopoglądów i środowisk, z których wywodzą się i w jakich lubią się obracać małżonkowie. Te dwa światy – racjonalno-cyniczny Norberta i egzaltowany new age’owy Luizy są tak ze sobą skontrastowane, że czytelnik musi sobie zadać pytanie – czy poza chęcią zestawienia dwóch metafizycznych postaw w powieści owe małżeństwo ma jakąkolwiek funkcję, jakąkolwiek wiarygodność psychologiczną. Moim zdaniem nie ma i to właśnie powoduje, że alegoryczny charakter powieści Winiarskiego staje się być może zbyt łatwy do rozszyfrowania, chociaż nic a nic nie odbiera to przyjemności lektury. Od razu zaznaczę, że brak wiarygodności nijak się ma do występowania niewiarygodnych zjawisk w rzeczywistości, która lubi sobie kpić z ludzkich pomysłów na życie – a ta ewentualność osłabia zapewne ostrze krytyki, tym bardziej że ów brak wiarygodności o jakim wspomniałem jest dosyć subtelnej natury.

Wracając do „Kroniki…”, jako jedną oś – tak iluzorycznej narracji, jak i alegorii, którą narracja kryje – mamy małżeństwo, nad którym ani łzy uronić, skoro od samego początku staje się oczywiste, że jest ono – także jako symbol poszukiwania, odnajdywania bliskości z drugim człowiekiem, łamania granic monadyczności świata – skazane na porażkę, narastającą złudność. Norbert reprezentuje typ chłodnego racjonalisty, agnostyka potrafiącego głównie wątpić, podnoszącego zwątpienie do rangi ideologii, zasady organizującej całość doświadczenia w – paradoksalnie – spójny i stabilny świat. Zarazem, gdy odwołać się do alegorycznego charakteru powieści – Norbert uosabia być może współczesnego człowieka Zachodu, próbującego zachować równy dystans do rozlicznych zjawisk nie poddających się racjonalnemu poznaniu, opierającego się przede wszystkim na oświeceniowej wierze w rozum i zarazem posiadającego świadomość ograniczeń umysłu, świadomość przyjmującą ostatecznie formę rozpaczy, nie dającej żadnej odpowiedzi, na której można by się było oprzeć. Oparcie o jakikolwiek metafizyczny mur zostaje wykluczone przez przyjętą metodę bycia w świecie – poddawania w wątpliwość, podejrzliwego cynizmu. Luiza z kolei nieokiełznana w widzeniach, przyjmująca świat new age’owych wierzeń i synkretyzmów żywiołowo, zachłannie, momentami wręcz naiwnie jest zadziwiająco podobna do człowieka Zachodu szukającego odpowiedzi na Wschodzie albo raczej w ideologiach i religiach wschodniego autoramentu przetrawionych przez Zachód, w cywilizacji amero-europejskiej dobrze zadomowionych. űona Norberta zajmuje się przecież „zawodowo” jasnowidzeniem, ufa tajemnym energiom, a jeżeli w coś wierzy to niespójnie, nielogicznie, schizofrenicznie – zaś świat jest w jej oczach rozedrganą epifanią bezosobowej boskości, w której wszystko może być wszystkim a każdy każdym (przecież zgodnie z nauczaniem lamów tybetańskich każda istota w niemającym początku czasie zdążyła być dla nas już matką, ojcem, kochanką, córką, synem etc.). Paradoksalnie – żyjąc w permanentnej polifrenii, wydaje się być zdrowsza, lepiej dostosowana do życia – także gdy chodzi o autonomię finansową– niż racjonalny Norbert (signum temporae? Sprytne). Bywa smutna, ale nie osuwa się w obezwładniającą rozpacz – a ta wydaje się być udziałem jej męża, który nota bene niemal od początku małżeństwa zdradza ją co i rusz z kolejnymi alegorycznymi kochankami, których jednocześnie Luiza nie widzi, nie może bowiem jasnowidzieć na własny użytek.

Zarazem u boku tej królewskiej pary wyrasta potężna postać Izajasza Anioła – przyjaciela Norberta, a może raczej kogoś w rodzaju mentora, patrona. Izajasz jest z pozoru malarzem, racjonalnie szalonym artystą, zarazem żarliwym do obłędu katolikiem, ostatecznie odrzucającym sztukę na rzecz wiary. Alegorycznie rzecz ujmując, Izajasz Anioł pozostaje reprezentantem ginącego gatunku człowieka Zachodu osadzonego we własnej kulturze, religii i filozofii, w swoim sacrum, zarazem będąc współczesnym jurodiwym. No bo kim ma być dziś rozumnie wierzący katolik, do tego hołdujący, jak się zdaje, zasadzie, że sztuka powinna czegoś sięgać, coś istotnego poruszać i być rozmową z odbiorcą a także z wymiarem boskości w samym człowieku? Dzisiaj?! Toż to tylko do domu wariatów z takim! Wyposażenie Izajasza w przymioty wschodniocerkiewnych szaleńców bożych wydaje się jedyny sensownym zabiegiem stylizacyjnym – i trzeba przyznać wykonanym nader sprawnie. Bowiem oto Izajasz wnosi nie tylko powiew sacrum, ale i dobrej dostojewszczyzny. Wydaje się zresztą, że Izajasz Anioł swoją barwnością i wielowymiarowością przyćmiewa pozostałe postaci i jego cień unosi się nad cała powieścią. Izajasz w alegorycznej strukturze powieści jest dopełnieniem pary Luiza – Norbert, zamieniającym układ binarny w trynitarny i rzeczywiście – doprowadza w finale do symbolicznego rozwiązania tkwiących w trójcy antynomii (nie zdradzę w jaki sposób, ale proszę mi wierzyć, że tak jest). Zarazem poprzez postać Izajasza podejmowany jest wątek miejsca sztuki we współczesnym świecie, także wobec religii – tutaj polecam fragment powieści pokazujący spotkanie Izajasza z inną alegoryczno-archetypową postacią powieści – Remigiuszem Kolcem. Poprzez Izajasza rozgrywa się także dramat pytań o zło współczesnego świata, to zło, które wdziera się pod postacią porannych serwisów do czytelniczej kawy czy herbaty i również los Izajasza Anioła staje się tragicznym rozwiązaniem tego konfliktu, któremu jeden z recenzentów odmawiał wiarygodności, pisząc: „Wiadomo że kiedy słucha się dziś serwisów informacyjnych radia i telewizji, można zwariować od katastrof, wyniszczania się ludności kolejnych krajów, wybuchów samochodów pułapek, od Al-Kaidy, Busha, Putina, Czeczenii etc. Ale jakoś udaje się nam nie zwariować, zjeść śniadanie i pójść do pracy. A wspomniany już kolejny narrator przygodny Izajasz Anioł, kiedy raz przez pomyłkę wysłucha porannego serwisu radiowego, wariuje naprawdę [...]” (z recenzji M. Orskiego W ekstazie narracji, „Nowe Książki” 2/2005). Z całym szacunkiem dla redaktora naczelnego „Odry”, ale czy nie widać z książki, że w istocie szaleństwo Izajasza jest jedynie figurą, która pokazuje mnie – czytelnikowi – że z faktu, iż mogę po wysłuchaniu serwisu radiowego, obejrzeniu dziennika, przeczytaniu „Buntu w Treblince” Willenberga zjeść cokolwiek i normalnie pójść do pracy, nie wynika wcale to, że jestem normalny. Znieczulenie zdaje się raczej świadczyć o tym, że to ja jestem szalony i my wszyscy i cały ten nasz tak zwany „świat” – a nie Izajasz Anioł!?

Z innej jeszcze strony wydaje się, że między Norbertem a Izajaszem rozgrywa się dramat oparty na przeciwstawieniu racjonalności i szaleństwa, gdyż tymi obdarzył obu bohaterów autor. Wszystko zaś razem sprawia, że Izajasz staje się postacią centralną a pozostałe postaci – tłem dla samotnego wielkoluda. Tyle, że mnie wcale a wcale to nie przeszkadza. Dawno bowiem nie spotkałem w polskiej prozie równie ciekawej, wielowymiarowej i wiarygodnej a zarazem oryginalnej konstrukcji osobowej. Za sam fakt powołania do życia Izajasza Anioła w takiej postaci, w jakiej występuje w „Kronice…”, Winiarskiemu należy się uznanie. Wydaje się zresztą, że z precyzyjnej konstrukcji ikony współczesnych dylematów metafizycznych, którą w zamierzeniu miała być „Kronika… „, Izajasz – jak to jurodiwy – sprytnie się wymknął i rozegrał własną partię, przez chwilę rządząc autorem i narratorem wedle swojej idei. We wszystkich przypadkach, w których Izajasz miał stanowić przeciwwagę dla kolejnej personifikacji jakiegoś punktu widzenia, postawy poznawczej – powołana przez narratora postać swobodnie dominowała przeciwnika, wychodząc – zapewne wbrew intencjom – na plan pierwszy i tłumiąc wszystko wokół. A może po prostu piszącemu te słowa Izajasz jest po prostu najbliższy sercu?

Dla porządku – „Kronika...” nie jest o poszukiwaniu bliskości, jak głosi dopisek Gabrieli Matuszek na IV stronie okładki. W gruncie rzeczy potrójne wiązanie relacyjne Luiza-Norbert-Izajasz Anioł wydaje się być alegorią neurotycznej duszy początku wieku. Duszy, która sama nie wie, czy ją coś boli, bo nawet nie wie, czy istnieje, czy może jest ledwie widzeniem złudnym. Tutaj warto poszukać powiązań Winiarskiego ze współczesnym mu Pielewinem i jego „Pustotą i Czapajewem” wydaną w Polsce jako „Mały Palec Buddy”. Jednak wiązania intertekstualne prozy Winiarskiego to już sprawa warta osobnego opracowania (nie wątpię, że wielotomowego), które ośmielę się jedynie zasygnalizować, zostawiając ich analizę specjalistom.

3. Spór o wiarygodność postaci, istotę przekazu, czystość stylu, skalę dopuszczalności nawiązań, aluzje tekstowe – to wszystko dyskurs raczej dość wysublimowany. Ewentualne uchybienia na tym tle są dla przeciętnego czytelnika słabo widoczne (chociaż oczywiście wszystko zależy od skali ewentualnych potknięć) i nie odbierają przyjemności lektury, tym bardziej że pod względem czysto językowym, warsztatowym „Kronika…” od pierwszego do ostatniego zdania pozostaje bez zarzutu. To zdania premedytowane i szlifowane do ostatniej chwili, do ostatniego przecinka, to się czuje. Winiarski wie, jak to się robi. Jednak pomimo tego w Kronice… niestety zdarzają się wpadki zupełnie innego rodzaju, które może by nie drażniły, gdyby powieść była napisana z gruntu niedbale. A że jest napisana z dużą dbałością – to tym bardziej wszelkie wypadki przy pracy zdają się być jaskrawe.

Na przykład – wydaje się, że niezupełnie dokładnie zakreślone pozostają ramy czasowe, by nie powiedzieć, że w kilku miejscach zostają przypadkiem połamane. Powstaje w trakcie lektury złudzenie, że wszystkie opisane zdarzenia mają miejsce w pierwszych latach tego tysiąclecia, szczególnie w latach 2001–2003. Skoro tak, to nie za bardzo wiadomo skąd takie dogłębne przeżycia Izajasza Anioła wywiedzione z relacji o wojnie w Czeczenii, skoro ta po roku 2001 prawie znikła z pierwszych stron gazet, ustępując miejsca innym konfliktom. Bo przecież nie może tutaj chodzić o pierwszą wojnę czeczeńską z lat 199496, która rzeczywiście była szeroko opisywana i relacjonowana. Idąc dalej – Izajasz Anioł obserwuje bezpośrednio zamachy 11 września 2001 roku w szpitalu dla umysłowo chorych i narrator dowiaduje się od lekarza, jakie zrobiło to na Izajaszu wrażenie, ale chwilę wcześniej bohaterowie są w razem w sierpniu 2002 roku a z ekranu telewizora wylewa się msza z Papieżem, podczas gdy wiemy z logiki powieści, że takie spotkanie po wyjściu Izajasza Anioła z placówki dla umysłowo chorych byłoby niemożliwe. Jeżeli to gesty zamierzone, to nie wiadomo, czemu służą, jeżeli wpadki redaktorskie, to nie powinny się zdarzyć przy takiej powieści.

Drugi powód mojej irytacji jest taki, że „Kronika...” została napisana trochę na zasadzie „pokojowej popołudniówki”. Z tego, że niemal żaden z bohaterów nie zostaje umieszczony w kontekście zwykłych zajęć zarobkowych (jeden rzeźnik i jedna jasnowidzka wiosny nie czyni) – można wnosić że większość zdarzeń ma miejsce wieczorami albo też większość bohaterów po prostu nie zarabia na życie, żyjąc nie za bardzo wiadomo za co i z czego, utrzymując wcale ciekawy poziom funkcjonowania. Po drugie, większość zdarzeń ma miejsce we wnętrzach, mieszkaniach, a świat zewnętrzny, plenery, krajobrazy – niemal nie istnieje. Świat wdziera się do „Kroniki…” wąskimi lufcikami – poprzez ekrany telewizorów, uchylone okna, głośnikami radia, szpaltami gazet. Wydaje się wręcz, że akcja dzieje się w głowie narratora, a nie w jakiejś rzeczywistości, to bardziej gonitwa myśli niż zdarzeń, proza refleksji, a nie akcji – tyle że subtelniej zawoalowana niż w „Loqueli”. Trudno by było co prawda umieścić prozę Winiarskiego w dominującym w polskiej literaturze ostatnich lat nurcie prozy dziejącej się „nigdy i nigdzie”, na to autor „Kroniki...” jest zapewne zbyt inteligentny i przebiegły. Jednak nietrudno zauważyć, że kreowane przez niego „gdzieś i kiedyś” pozostaje zaledwie słabym szkicem.

Jednak, jak powiedziałem na wstępie, Winiarski był poetą, ale postanowił zostać prozaikiem. Był to być może akt zdroworozsądkowy, może Winiarski uznał, że nie ma sensu pisać powieści płaskiej, dziełka znośnego i obnośnego, ale że trzeba stworzyć coś, co będzie miało szansę przeskoczyć inne książki o kilka długości. Niezależnie zatem od moich uszczypliwości – chciałbym wyraźnie zaakcentować, że wady prozy Winiarskiego należą do wad dobrych książek; moje utyskiwania podszyte są żalem czytającego, że książka mogła być lepsza niż dobra i podejrzeniem, że autora na to stać.

4 Wśród licznych interpretacji powieści Winiarskiego jest zapewne możliwa i taka, która podejmuje wątek meta-literackich napięć pomiędzy metodami twórczymi, wykorzystywanymi przy pisaniu tej książki. A owe napięcie powstaje między typem ekspresji prozy i poezji, metafory i narracji. Gdyby uznać w uproszczeniu poezję za domenę eskpresji żywiołowej, intuicyjnej, emocjonalnej, szalonej, a prozę za sferę aktywności naznaczoną w znacznie większym stopniu racjonalnym namysłem – to owo napięcie między szaleństwem (poezją) a wyrachowaniem (prozą) na poziomie meta-literackim stałoby się głównym dramatem „Kroniki…” Powieść byłaby – przyjmując ten punkt widzenia – nierówną walką pomiędzy racjonalnym Jakubem i rozlicznymi fantomami jego odszczepionych osobowości a wśród nich – potężnym Izajaszem Aniołem, który, jak wspomniałem, wymknął się spod kontroli narratorowi (jak to jurodiwy) i przerósł swoim szaleństwem wszystkich innych jakubowych fantomasów i fantomaski o głowę. Co więcej, nadal swoją wyrazistością przerasta wiele znanych postaci z czytanych ostatnio polskich powieści.

W tym starciu racjonalny Jakub przegrał z szalonym Izajaszem i z tego być może wynikają drobne potknięcia, niedoskonałości jakubowej prozy. Jeżeli tak było w istocie – to będąc na miejscu autora, wcale bym tej przegranej nie żałował, tylko zabierał się do napisania ciągu dalszego dziejów Izajasza i jego dzieci.

Złudny Radosław Wiśniewski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas